TurystykaRelacje z wyjazdówBałkany: Jak Polak graniczną kolczatkę tratował

Bałkany: Jak Polak graniczną kolczatkę tratował

-

Do wyjazdu przygotowywałem się bardzo sumiennie już od dłuższego czasu. Właściwe przygotowania zacząłem już w listopadzie 2011 roku. Po paru miesiącach skompletowałem sprzęt, przygotowałem motocykl i nastawiłem się psychicznie. Czekała mnie pierwsza tak długa podróż w życiu. W dodatku motocyklem.

Tekst i zdjęcia: Tobiasz Kukieła
Początkowo ma to być wakacyjny wyjazd na Krym, później kolega proponuje Czarnogórę, aby po paru dniach w ogóle się z tego wycofać. Zostaję sam. Dodatkowym bodźcem jest spotkanie Bartka na zimowym zlocie Pingwina, który swoim Rometem 125 przejechał kilkadziesiąt krajów Europy. No i jak tu nie pojechać?

Ruszam 3 maja z Zelowa (woj. łódzkie). Pierwszy punkt wyprawy to polsko-słowacka granica w Hyżnem. Do granicy towarzyszy mi kolega na Fazerze, jednak deszcz, który zaskakuje nas po drodze przegania go z powrotem do domu. Ja moknę okrutnie, ale sukcesywnie pokonuję kolejne kilometry. Wykonuję ostatni telefon do domu jeszcze z polskiej sieci.

Jazda po Słowacji nie zachwyca. Ze Słowacji ruszam w kierunku Węgier, a tam ku miejscowości Suty. Po drodze spotykam samotnie jadącego Polaka na Africe Twin – pruje z Chorwacji. Krótka rozmowa, tankowanie i w drogę. Dziś chcę dojechać do Budapesztu.

 

Pierwsza gleba

Szybka wymiana gotówki – i ruszam w stronę węgierskiej stolicy. Parę kilometrów później widzę znak „Budapeszt 86” – zrobię więc pamiątkowe zdjęcie ze znakiem w tle. Bałkany: Jak Polak graniczną kolczatkę tratowałHamuję, motocykl mnie przeważa i jak długi lecę na ziemię. Wspaniały początek wyprawy! Jestem wściekły. Skoro pierwszego dnia mam takie przygody, to co będzie w Bośni czy Albanii? Podnoszę motocykl – nic z tego. Próbuję raz, drugi, ale nie mam tyle siły. Zatrzymuję jadącego z naprzeciwka busa i proszę ludzi o pomoc. We trzech podnosimy motocykl. Chwila rozmowy, podziękowania – i ruszam dalej. Jestem wściekły na siebie i swoją głupotę. Jest około godz. 18, jadę od 8 rano i od samego  rana nic nie jadłem. Może to przez zmęczenie robię takie głupoty? Decyduję się na postój i nocleg. Zjeżdżam z drogi i na wzgórzu nieopodal trasy rozbijam obóz. Rachuję straty. W wyniku tego głupiego incydentu rozbijam kierunkowskaz (udaje się go naprawić), krzywię klamkę hamulca przedniego oraz łamię podnóżek kierowcy – brak tego elementu będzie mi doskwierać do końca wyjazdu.

Główna wada stopów aluminiowych? Konia z rzędem temu, kto na Bałkanach znajdzie spawarkę tig i przeszkolonego do jej obsługi człowieka. Chcesz pospawać? Kub klej albo weź spawarkę pod gniazdo zapalniczki ze sobą. Moje morale spada drastycznie: jestem zdenerwowany tą parkingówą. Na dodatek wciąż pada i jestem zmęczony. Zasypiam z myślą, że jutro będzie lepiej.

Bałkany: Jak Polak graniczną kolczatkę tratował

Budzę się o 6.00. Właściwie to budzi mnie chłód. Wyściubiam nos namiotu, a tu mgła. Masz babo placek… Składam namiot – nie jest to łatwe: wiatr na wzgórzu jest taki, że nie da się utrzymać tropiku przy ziemi. Spakowany. W drogę ruszam delikatnie. Właściwie cały dzisiejszy dzień jadę bardzo spokojnie. Przez ten cały kram, który wiozę za sobą, spalanie zatrważająco rośnie. Wczorajsze 600 kilometrów nie zostaje pobite, tego dnia przejeżdżam około 500. Oczywiście gubię się w Budapeszcie – z pomocą przychodził mi dziadek na skuterze. Wyprowadza mnie na trasę do Chorwacji. Budapeszt jest przepiękny, choć zwiedzanie ograniczam do przejazdu tranzytem. Staję przed Sarajewem.

No tak, zarzekałem się, że nie wjadę na autostradę. Po kolejnych kilku błędach nawigacyjnych pruję nią aż huczy, także za namową jednego z napotkanych motocyklistów. Bałkany: Jak Polak graniczną kolczatkę tratowałZjazd z autostrady, na której notabene pół drogi przespałem, krótka dojazdówka do granicy i… Patrzę, idzie jakaś młoda para. Mają Polską flagę! To Polacy – wracają stopem z Czarnogóry. Brali udział w autostopowym wyścigu. Wariaci – myślę sobie… Przejście graniczne – szybko i sprawnie. Mały odpoczynek na ziemi niczyjej, czas na zdjęcia.

Jestem po chorwackiej części. Piękna długa prosta, wokół równina, a na horyzoncie majaczą góry. Bajkowe widoki. Kraj ten robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Przede wszystkim są tu bardzo życzliwi ludzie, którzy tylko na pozór patrzą się na mnie jak na wariata.

 

Francuz, co pól minowych się bał

Granica z Bośnią. Tu tak miło już nie jest. O ile na granicy chorwackiej strażnik przez 10 minut próbuje sformułować pytanie dotyczące spalania mojej TDM-y, to Bośniacy nakazują mi rozłożenie tego kramu do kontroli celnej. Pierwsze kilometry po bośniackiej stronie to dramat. Brud, slums i ugór. Jednak im bliżej gór i stolicy – Sarajewa, krajobraz zaczyna się zmieniać i robi się naprawdę pięknie. Postanawiam się przespać. Pytam się starszych ludzi pracujących w polu czy mogę spać na łące. Ok, ale zaraz prowadzą mnie nad rzekę. Jest cudnie, góry rzeka, zieleń. Idę spać. Jutro Mostar!

Bałkany: Jak Polak graniczną kolczatkę tratował

Po godzinie porannej jazdy docieram do Sarajewa. Bośnia to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Zaczynam się zastanawiać, dlaczego Władca Pierścieni był kręcony w Nowej Zelandii, a nie właśnie tu. Samo Sarajewo mnie nie urzeka. Ot, kolejna stolica, trochę wyburzona, ale tętni życiem. Widać rozwój. W ogóle cała Bośnia to jeden wielki plac budowy. Pełno jest rozwalonych, spalonych czy po prostu uszkodzonych domów. Ludzi są bardzo życzliwi, choć trochę przybici. Przy granicy trzeba uważać na oszustów. Na stacji paliw daję się nabrać: wymieniam 20 euro na bośniacką walutę i tracę na tym 20zł – zupełnie jak w filmie Sztos. Na domiar złego trzy puszki pepsi kosztują mnie 5 euro. Masakra.

Droga z Sarajewa do Mostaru, a potem na Dubrovnik, zapiera dech w piersiach. Winkle, widoki, winkle i jeszcze raz widoki. Bałkany: Jak Polak graniczną kolczatkę tratowałDocieram ponownie do granicy z Chorwacją, celnicy widząc że jestem Polakiem puszczają mnie bez kontroli, kolejni również. Szukam kantoru, oczywiście wszystko jest już zamknięte. Jakiś typ z czarnej beemki ma plik forsy, chce mi wymienić. O nie, kolejny raz frajera ze mnie nie zrobicie. – Ich bin journalist, I need a bill for my boss – tłumaczę. Udaje się, zakapior daje mi spokój. Ściema na dziennikarza zawsze w takich sytuacjach pomaga. No dobrze, wykaraskałem się wprawdzie z głupiej sytuacji, ale chorwackiej waluty nadal nie mam.

Wracam do Bośni. Za resztę kun tankuję motocykl. Leję dodatkowe paliwo w butelkę, robię zapas jedzenia. Jest sobota – nie wiem kiedy będę mógł wymienić pieniądze. Udaję się w stronę Czarnogóry. Przepiękna trasa. Jeszcze nigdy nie jechałem tak wysoko w górach. Zastanawiam się, czy Transfagar jest w stanie mnie czymś jeszcze zaskoczyć. Powoli zachodzi słońce. Bałkany: Jak Polak graniczną kolczatkę tratowałMyślę o noclegu, dodatkowo w głowie mam dziesiątki rozjechanych węży na asfalcie. Nie ma gdzie zjechać, wszędzie skały i przepaście. Widzę znak – Auto-Camping. Płacę dwa euro za miejsce na namiot i rozbijam obóz. Właściciel kempingu zaprasza mnie na swój kuter. Pływamy. Oglądam jak rozrzuca sieci rybackie. No tak, przecież to już Adriatyk ! Jem kolację na ławce nad brzegiem morza. Wracając do namiotu spotykam Francuza, przyjechał przed chwilą – jedzie na BMW 1100 GS dookoła Adriatyku. Mówi, że boi się zjechać z drogi choć na chwilę przez miny. Jest wyraźnie spietrany. Rano razem ruszamy w stronę Czarnogóry i Albanii. Swoją drogą – jak bardzo nieświadomy postępu był ten człowiek, że bał się pół minowych?

Z Monsieur Le Petit przejechałem tylko 40 kilometrów. Muszę zawrócić, żeby dojechać nad kanion rzeki Pivy – wracam w stronę Sarajewa. Przepiękna trasa, bardzo trudna technicznie. Bałkany: Jak Polak graniczną kolczatkę tratowałPrzez około 150 kilometrów praktycznie żywej duszy. Bardzo kręta, kiepska nawierzchnia, nieuprzątnięte kamienie z zimowych lawin, dużo niezabezpieczonych urwisk. Momentami wraz z nimi oberwany asfalt, a czasem jego brak.

Trasa raz pnie się w górę, a raz opada. Różnice wysokości są tak duże, że zaczynam czuć się źle. Pochodzę z nizin i do takich wrażeń jestem nieprzyzwyczajony. Ciemnieje mi w oczach i kręci się w głowie. Zjeżdżam z gór. Około 60 kilometrów przed granicą z Albanią rozbijam obóz i idę spać. Czuję się fatalnie. Na domiar złego bolą mnie oczy, dostaję ataku kaszlu i ostrego kataru. Biorę wszystkie leki jakie mam, przepijam dwusetką wódki i idę spać. Rano jak młody Bóg budzę się i jadę dalej – lekarze mnie zabiją za takie gadanie, ale wódka w połączeniu z lekami czyni cuda.

Przecież jesteś w Tiranie!

Sam już nie wiem, ile przejechałem kilometrów. Budzę się dokładnie o 7.50. Dziwne, z reguły jestem tak zaspany, że nie wiem, gdzie jestem. Tym razem zapamiętuję nawet godzinę. Na dworze deszcz – z ust wylewa się potok brzydkich słów. Uwielbiam złorzeczyć, bluźnić i rzucać mięsem.

Na chwilę przestaje padać i wpasowuję się w lukę pogodową. Wykorzystuję ją na pakowanie i szybki start. Gnam do Albanii, sam nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że tam padać nie będzie. Bałkany: Jak Polak graniczną kolczatkę tratowałMam rację: po półtoragodzinnej, orzeźwiającej jeździe w deszczu dotaczam się do granicy. Odprawa idzie mozolnie. Po raz kolejny na pytanie po co jadę do Albanii, odpowiadam, Ich bin journalist. I nagle wszystko idzie sprawniej. Kończy się asfalt, a zaczyna piękny sypki szuter, a raczej droga wypełniona małymi, nie ubitymi kamyszkami. Nie mogę jechać na stojąco – nadal mam urwany podnóżek. Motocykl porusza się z pełną inercją, przyprawiającą mnie o palpitację serca. Toczę się powoli. Dookoła pracują koparki i maszyny rozłupujące skały – Albańczycy chyba walczą o lepsze drogi. Niestety nic nie dzieje się w typowy europejski sposób. Owszem, urządzenie kłujące skały kilkanaście metrów nad drogą pod wodzą wykwalifikowanego pracownika nie próżnuje. Na dole natomiast zapomniano o zabezpieczeniu drogi od spadających głazów. Kamienie przelatują sobie obok aut. Modlę się, by któryś nie spadł na mnie. Po około 30 kilometrach jazdy po albańskich bezdrożach doganiam grupę Niemców jadących na beemkach. Jadą do Tirany – przyłączam się, w końcu w grupie bezpieczniej. Ich tempo emeryta z balkonikiem jest tak wolne, że szybko się odłączam i nawiguję na własną rękę. Co chwilę się zatrzymuję i pytam ludzi o drogę w stronę stolicy Albanii – Tirany. Bałkany: Jak Polak graniczną kolczatkę tratowałWiększość szczerzy zęby i macha rękoma w różnych kierunkach. Po 30. próbie pewien policjant oznajmia mi po angielsku Przecież jesteś w Tiranie. Brawo dla mnie, teraz tylko wydostać się z tego miasta chaosu. Właściwie cała Albania to chaos. Nie obowiązują tu chyba żadne przepisy. Wszyscy jadą jak chcą, trąbią i cieszą się. To, że jakimś cudem unikam rozjechania przez auta na ulicach Tirany zawdzięczam chyba tylko bożej opatrzności. W notatkach z wyprawy zapisałem sobie: To parszywe miasto, przyprawia mnie o dreszcze – muszę stąd jak najszybciej uciec. Z perspektywy czasu uważam, że Tirana choć dziwna to była jednym z fajniejszych miejsc, w których byłem w trakcie całej wyprawy. Chyba byłem po prostu zszokowany i przestraszony innością tego narodu i ich kultury. Nic to, uciekam w stronę Grecji.

Trasa pnie się coraz wyżej w górach. Powoli poziom paliwa w TDMce maleje. Jadę z nadzieją, że jeszcze dziś uda mi się dotrzeć do granicy na tym, co mam w zbiorniku. 50 kilometrów przed granicą opadam z sił i próbuję znaleźć nocleg. Niestety, na próżno. Bałkany: Jak Polak graniczną kolczatkę tratowałDroga wykuta w skale uniemożliwia mi po raz kolejny zjechanie na bok i rozbicie namiotu. Szukam motelu: 10, 20 euro za noc. Jadąc zauważam szyld informujący o kempingu samochodowym. Załatwiam miejsce za pięć euro i w deszczu rozbijam namiot. Kupuję dwa piwa. Siadam nad brzegiem jeziora i degustuję. Powoli zaczynam przyzwyczajać się do samotności. Jest pięknie.

Kolejny dzień podróży zaplanowany początkowo na krótki dojazd do Salonik i byczenie na plaży przeradza się w jeden z najdłuższych odcinków. Ruszam z samego rana spod miejscowości Elbasan. Przekraczam granicę, która był dość silnie strzeżona. Po udanej odprawie granicznej czym prędzej ruszam w drogę.

Greckich gór chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Są przepiękne. Natomiast trasa do Salonik jest nudna jak flaki z olejem.