O wspaniałych górskich przełęczach Alp napisano wiele słów. Czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że ktoś już moją historię opowiedział. A jednak to niemal święte dla motocyklistów miejsce można odkrywać za każdym razem na nowo.

Tekst i zdjęcia: Tomek Frasik, Joanna Gierek, Adrian Pers

Jest godzina 8:00, zbiórka pod moim blokiem. Piękna słoneczna pogoda. Stoją 2 zapakowane po kres możliwości motocykle – moja Yamaha XJ600N oraz Suzuki Bandit 600N Adriana. Dzisiejszy cel jest prosty – autostradami dojechać gdzieś za Wiedeń i nie usnąć po drodze.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Sprawnie pokonujemy odcinek do granicy. Upewniamy się, że czeskie autostrady nie wymagają winiet dla motocykli. Szczęściem nie, bo za taką nawierzchnię grosza bym nie dał. Kto narzeka na ilość i jakość polskich autostrad niech sprawdzi o czym mówię.

Pora wjechać do Austrii. Autostrady prowadzą nas przez kilka tuneli, objeżdżamy Wiedeń i lądujemy w Sankt Polten. Rozpoczynamy poszukiwanie noclegu, ale nadzieje na przystępne ceny mijają równie szybko jak czas do końca dzisiejszego dnia.

Objechawszy kilka miejscowości przy A1 ostatecznie zakwaterowujemy się w Melku. Miasteczko wita nas potężnym klasztorem Opactwa Benedyktynów górującym nad jego panoramą. Pod wieczór spacerujemy lokalnymi uliczkami, kupujemy piwo i pora spać. Pierwsze 600 km za nami.

Bramy Alp

Miejscowość Melk w Austrii
Nasze postanowienie brzmi: zawsze wstawać o 7:00. Za każdym razem trzeba bowiem zapakować bagaże, to wycieczka objazdowa. Zapominając, że w cenie noclegu mamy śniadanie wskakujemy na A1 i w Linzu robimy małe zakupy w Lidlu. Kiedy mijamy Salzburg i zbliżamy się do Innsbrucka, ukazują nam się góry, na które znudzeni jazdą na wprost z utęsknieniem czekamy.

Mała korekta trasy na stacji paliw i postanawiamy wjechać na chwilę do Niemiec. Dość autostrad – polawirujemy między jeziorkami i wjedziemy sobie na pierwszą krętą drogę – Deutsche Alpenstrasse. Trafiamy na dość niską przełęcz (około 1200 m. npm.), która raczy nas miłymi widokami. W końcu mogę sprawdzić jak w zakrętach spisuje się mój ważący prawie 400 kg obładowany zestaw XJ z bagażami. Bez zarzutów, Bandit tak samo. A to dopiero początek. Przepustka do przełęczy alpejskich.

Tuż za Salzburgiem
Niestety mylimy drogę i musimy zawrócić. Przejeżdżamy Innsbruck, płacimy parę euro i jedziemy w stronę Brenner Pass (1374 m.npm.). Góry witają nas tuż przed zachodem słońca. Zmęczeni, ale entuzjastycznie nastawieni myślimy o jutrzejszym dniu i noclegu. Tuż za granicą nieopodal Vipiteno trafia się hotelik z garażem dla motocykli! Po spacerze po malowniczym miasteczku i wypiciu lokalnego wina kładziemy się spać. 500km zrobione.

Mit Stelvio

Po śniadaniu doglądamy uważniej motocykli i okazuje się, że moja XJ wypiła trochę oleju. Stałe wysokie obroty na autostradzie połączone z wysoką temperaturą dały jej się we znaki. Smarujemy łańcuchy i ruszamy na pierwszą wysokogórską przełęcz we włoskich Alpach – Jaufenpass.

Ja, Asia i Adrian na Jaufen Pass
Droga wije się najpierw przez lasy, gdzie zakręty są dość ostre, by w szczytowej fazie (2094 m.npm.) przejść w szerokie łuki obfitujące w zapierające dech w piersiach widoki na góry. Zatrzymujemy się przy restauracji by zrobić zdjęcia, pospacerować i napawać się krajobrazem. Szum wiatru przerywa co chwila ryk wydechu motocykli wspinających się na szczyt. Motocykli i licznych sportowych samochodów, w większości Audi R8, których posiadacze mają tu chyba zlot.

Przebijamy się pośród gąszczu zaparkowanych aut i zjeżdżamy z przełęczy. Górskie panoramy zastępuje spuszczona z góry nitka asfaltu przecinająca małe miasteczka – widok równie piękny co z drugiej strony przełęczy. Niczym pies spuszczony z łańcucha rzucam się ochoczo w wir zakrętów zapominając, że głównym celem wyprawy jest turystyczna jazda i podziwianie krajobrazów.

Wjazd na Stelvio
Moi towarzysze zaraz upominają mnie na dole, że taka jazda jest głupim pomysłem. Tak czy siak poczciwa załadowana Yamaha dzielnie łyka winkle, co bardzo mi imponuje i prowokuje do jazdy w stylu miejscowych bikerów.

Z żalem odjeżdżamy od Jaufen lekceważąc obok leżącą przełęcz Timmelsjoch. Jeszcze dziś chcemy zaliczyć Stelvio i nie chcemy by brakło nam czasu. Może kiedyś tu wrócimy.

Mknąc pośród mniej krętych, ale nadal górskich dróg z widokiem na masywy, po naszej prawej stronie trafiamy na spory samochodowy ruch, miejscami korek. Moja pesymistyczna intuicja podpowiada mi, że wszyscy oni jadą na Stelvio. Już widzę tę jazdę… Na szczęście po dotarciu do Parku Narodowego Stelvio odbijamy w lewo, w stronę przełęczy na drogę SS38, zostawiając alpejskie godziny szczytu za sobą.

Na przełęczy Stelvio
Póki co nie widzimy jeszcze, co do zaoferowania ma nam ta droga. Tyle czytaliśmy, oglądaliśmy i słyszeliśmy o niej, że informacje te urosły do rangi mitu. Czy aby na pewno nie jest to wszystko przereklamowane?

Raz po raz słyszymy warkot motocykli jadących na przełęcz lub wracających z niej. Istne szaleństwo, ruch jak na zlocie – to mi się podoba! Wkrótce odpowiednia tabliczka informuje nas, że właśnie dojeżdżamy do celu podróży. Droga zaczyna się wspinać, zakręty zacieśniają się. Póki co jednak mamy leśne widoki z nieśmiało wyłaniającymi się szczytami.

Droga robi się bardzo wąska, samochody czekają by umożliwić sobie przejazd. Prędkość w zakrętach jest minimalna, co nie pomaga w utrzymaniu balansu na motocyklu. Szybko orientujemy się w technice wchodzenia w lokalne zawijasy, co nieco przyśpiesza naszą wspinaczkę. A wspinamy się coraz wyżej. Czuć to w mocy motocykli – Bandit ma trochę koni więcej i wiezie tylko kierowcę z bagażem, a moja XJ ma już twardszy orzech do zgryzienia.

Wschodni podjazd na Stelvio
Daję radę – z niektórych nawrotów udaje się sprawnie wyjść z zapiętą dwójką. Co jakiś czas stajemy na poboczach w szczytach zakrętów – robimy fotki, dajemy odpocząć sprzętom. Spotykamy parę z Polski w sportowym BMW, rozmawiamy i wzajemnie robimy sobie zdjęcia, miły akcent.

Bliżej szczytu drzewa ustępują widokowi na pnącą się w górę serpentynę asfaltu i ośnieżone szczyty – to jest to! Mijając niezliczone samochody, tłumy motocyklistów oraz kolarzy atakujemy kolejne nawroty. Prawdziwie czuć tę wysokość – widok zapiera dech w piersi, podobnie zresztą jak rozrzedzone powietrze.

Oliwkowa zieleń trawy i grafitowoszare skały malowniczo kontrastują z wiecznie białymi wierzchołkami gór. Przybywa chmur, co dodatkowo zwiększa walory widokowe trasy. W końcu jesteśmy na górze – znajdujemy miejsce parkingowe tuż przy przepaści i pierwsze co robimy zerkamy w dół.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Droga w górę jest męcząca i wymagająca, a nawierzchnia lekko zniszczona, ale to, co widzimy rekompensuje wszelkie niedostatki. Do tej pory widok ten znałem z programu Top Gear oraz licznych filmów w internecie. To trzeba zobaczyć na żywo – nic tego nie odda nawet w 50%. Wstęga asfaltu rozwinięta pośród gór i ta nieprzenikniona przestrzeń! Robimy zdjęcia, chodzimy wzdłuż krawędzi i oglądamy przybywające sprzęty.

Stelvio Pass - tej fotki zabraknąć nie mogło
Posileni kanapkami z kiełbasą i kapustą zakupionymi na straganie, zaczynamy zjazd w dół. Jak to w górach, pogoda zmienia się w ciągu kilku minut i po chwili zaczyna mocniej padać. Droga z przełęczy nie jest już tak mocno pokręcona jak ta na szczyt – zakręty są łagodniejsze, nawierzchnia równiejsza i przede wszystkim szersza – przypomina to jakby tor wyścigowy.

Nie czas jednak na wyścig, bo robi się mokro i ślisko. Nawet lokalni bikerzy kończą przycierać podnóżkami o asfalt. Walory widokowe wzdłuż drogi wzbogacają się o liczne wodospady oraz strumyki. Im bardziej w dół tym pogoda lepsza, a my w promieniach słońca docieramy do Bormio, gdzie szybko znajdujemy hotel z zacnym widokiem na góry. Zresztą, z każdego zakątka tego miasta je widać. Popijając wino i piwo zapisujemy 170 km przebyte tego dnia.

Cztery przełęcze

W drodze na Bernina Pass
Wita nas słoneczny poranek. Dziś przed nami cztery przełęcze, zaś granicę Włochy – Szwajcaria przekraczać będziemy trzykrotnie. Przez liczne tunele docieramy do Tirano, gdzie obieramy kierunek na Szwajcarię. Rozpoczyna się ładna droga, która powoli wznosi się ku Przełęczy Bernina. Szybki postój na zdjęcia i zostajemy wygonieni przez właściciela restauracji. Nieopatrznie zaparkowaliśmy na parkingu dla gości.

Przełęcz Bernina
Niepostrzeżenie docieramy na Bernina Pass (2330 m. npm.). Widać tego dnia wielu motocyklistów postanawia zrobić to samo – na trasie spory ruch i masa samochodów. Na szczycie urzeka nas małe jeziorko świetnie wkomponowane w górzysty krajobraz. A na dole kolejne. I jeszcze jedno! Każde w innym odcieniu błękitu. Widoki jak z pocztówki. Obserwujemy dojeżdżających i parkujących motocyklistów ze skarpy nieopodal restauracji. Moją uwagę przykuwa Ducati w stylu Cafe Racer. Tylko gdzie przypiąłbym tu bagaże?

Opuszczając rejony Berniny kierujemy się na północny zachód i odbijamy na drogę prowadzącą do Chiavenny. Wzdłuż trasy mijamy 2 jeziora, a co za tym idzie widok na liczne żaglówki i motorówki. Można się rozmarzyć. Tuż za drugim zbiornikiem wodnym trafiamy do miasteczka Maloja – na wylocie czeka na nas bardzo miła i nietypowa przełęcz – Passo del Maloja (1815 m.npm.).

Widok na miasto Splugen
To ciasno ułożona wstążka 15 zakrętów, gdzie każdy niemal zachodzi na następny. Dość tłoczno, więc jedziemy w żółwim tempie, ale i tak cieszymy się widząc w dole kolejne zawijasy. Po chwili już jesteśmy na dole i niebawem przekraczamy granicę z Włochami. Stamtąd do Chiavenny, a z niej tylko 2 kroki do kolejnej przełęczy.

Zalesiona droga prowadzi nas przez małe miejscowości. W potężnym upale dostajemy się do Splugen Pass i atakujemy zakręty wijące się przez malownicze opustoszałe miasteczka. Liczne tunele i galerie potęgują wrażenia. Niekiedy tunel znajduje się na ostrym zakręcie, gdzie ciężko byłoby się minąć z samochodem. Na szczęście teraz jest niemal pusto.

Nasze motocykle spisywały się wzorowo
Docierając do kolejnych nawrotów, nad głową już widzimy kolejny i tak niemal do szczytu (2113 m.npm.). Kiedy osiągamy go, drzewa stopniowo zanikają, góry się piętrzą by wreszcie wyłonić spory dział wodny wraz z zaporą. Kapitalny widok! Nie tylko my tak uważamy – wokół znajduje się niezliczona liczba camperów, namiotów, przyczep, leżaków i wszystkiego, czego tylko potrzebuje człowiek na urlopie na łonie natury. Tuż obok drogi widzimy nawet lądujący i startujący śmigłowiec.

Droga w dół to piękna serpentyna pośród żywo zielonych łąk. Szkoda tylko, że akurat teraz trafia się wyjątkowo ostrożny kierowca małej ciężarówki pokonujący zakręty z niemal zerową prędkością. Tworzy się zator, ale kto powiedział, że motocykl nie zmieści się obok? Zaraz po zjeździe wskakujemy na drogę prowadzącą do San Bernardino.

Jezioro na szczycie San Bernardino Pass
Droga do przełęczy wiedzie wzdłuż autostrady. Z tego co widzę tę opcję wybieramy tylko my i jakiś inny motocyklista. Równym asfaltem w świetle popołudniowego słońca wspinamy się ku górze. Na szczycie (2066 m.npm.) czeka na nas ładne jeziorko, w którym widać biorą ryby – dostrzegam sporą ilość wędkarzy.

Spacerujemy po stromych skałkach przy drodze i strzelamy foty. Droga w dół okazuje się ciekawsza niż podjazd – przypomina ten ze Splugen, ale zakręty nie są tak ze sobą zwarte. W samym dole czeka na nas trochę sygnalizacji świetlnych – odbywają się remonty nawierzchni, ale przynajmniej widać, że o nią dbają.

Docieramy do Bellinzony i kręcąc się w pobliżu dwóch jezior – Maggiore i Lugano znajdujemy przyjemny nocleg. W ogromnym upale jakoś zasypiamy. Wpadło 280 km.

Pod Mt Blanc

Widok z Przełęczy św. Gotarda
Czekają na nas dwie blisko siebie położone przełęcze – Gotthard i Furka. Średnio wyspani ruszamy na zakupy do Lidla, a stamtąd nudną drogą równolegle do autostrady w kierunku naszych celów. W trasie spotykamy motocyklistów ubranych w wojskowe mundury, jak się potem okazuje, rzeczywiście byli to mundurowi, do kierowania ruchem czy coś w tym rodzaju. Najpierw mało przyjemny widok – mocno rozbity skuter na wjeździe do małego miasteczka, a zaraz potem z tunelu wyłania się starszy pan sunący z góry na hulajnodze. Humory wracają.

Przełęcz Gotthard Pass zaczyna się obiecująco – szeroka droga oparta na wysokich filarach. Na jednym z zakrętów robimy zdjęcia gdzie pozują nam kierowcy – motocykli, kabrioletów i rowerzyści. Ruszamy coraz wyżej i dojeżdżamy do serpentyn na przełęczy (2106 m.npm.). Jak się okazuje jesteśmy już poniekąd na górze – ciekawie wygląda Tremola, stara droga przez przełęcz, którą nieopatrznie mijamy pytając o kierunek na Przełęcz Furka. Nic to, musimy obejść się smakiem.

Tremola, stara droga przez Przełęcz św. GotardaBardzo szybko docieramy do podnóża Furka Pass. Na licu góry opiera się pięknie wyglądająca serpentyna. Znakomicie widzimy to już z daleka, zapowiada się więc przyjemny wjazd. Tak też oczywiście jest. Adrenalinę podnosi nagminny brak barierek. Ot, słupki chroniące przed nie wiem czym. Ale jakoś mi to pasuje.

Motocykliście na Ducati chyba jeszcze bardziej, bo żywiołowo wyprzedza wszystkich na przełęczy. Docieramy na szczyt (2436 m.npm.), gdzie oczom ukazuje się moje marzenie – Yamaha XJR. Zakup tego sprzętu rozważałem zamiast wyjazdu w Alpy.

Na Przełęczy Furka
Na Furce mamy przyjemny wietrzyk i trochę śniegu leżące przy drodze – Asia rzuca we mnie śnieżkami. Na małej skarpie, tuż nad spadkiem terenu siedzi jegomość z piwem w ręku. Robię zdjęcie, które nazywam „Szczęśliwy Człowiek”. Istotnie – wyobraźcie sobie, że popijacie piwo, wasze twarze muska świeży wiatr, a przed wami rozpościera się górska panorama na wysokości niemal 2500 m.npm. Nie lubicie piwa? No to kawa, herbata, cokolwiek.

Zjazd w dół przełęczy to szerokie nawroty i ruch nieco mniejszy niż pod górę. W dole płynie rzeczka, której brzegi wydają się być zamarznięte. Jedna strona gór oświetlona promieniami słońca, na drugiej rysuje się zacieniona płachta. Wzdłuż drogi czasem pojawiają się tory kolejowe, czasem w skale wydrążono mały tunelik.

W miarę zbliżania się do Martigny nazwy szwajcarskich miejscowości brzmią coraz bardziej z francuska. Mijamy więcej plantacji winorośli, a na drogę pryskają zraszacze. Zimny prysznic czeka też nas tuż za Martigny, pod Wielką Przełęczą św. Bernarda, gdzie rzutem na taśmę pakujemy się w najdroższy podczas wyprawy nocleg i to wcale nie w adekwatnych do tego warunkach. Przejechane 260 km.

Kierunek Garda

Wielka Przełęcz św. Bernarda
Chłodny poranek pod przełęczą. To pierwsza, na której będziemy tak wcześnie, w oddali unosi się mgła, ale pogoda zapowiada się bardzo dobra.

Rzut beretem i już wspinaczka na Wielką Przełęcz św. Bernarda. Przejeżdżamy przez tunel i skręcamy na prawo. Góry z samego rana wyglądają cudownie, nieskazitelne piękno. W dolnych partiach mgiełka, w górnych szybko poruszające się chmury. Biały niknący puch spowija oliwkową trawę. Gdzieniegdzie przedziera się słońce, tu i ówdzie cień. Wokół brak żywej duszy. Im wyżej tym zimniej, lekko zmarznięci zdobywamy szybko szczyt (2469 m.npm.). Nie czujemy tej wysokości, bo podjazd zaczynaliśmy z dość wysoka.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Zjazd natomiast daje nam odczuć wysokość, na jakiej się znajdujemy. Od tej strony gór jest nieco ciemniej, mroczniej. Przypomina to zjazd ze Stelvio – podobne skalne słupki wokół dróg, a i układ trasy niezwykle podobny. Przejeżdżamy przez doświetlony tunel, a za chwilę, po pokonaniu kilku winkli widzimy go daleko i wysoko w górze. Powoli zostawiamy te góry za sobą. W miarę jak zjeżdżamy szybko rośnie temperatura, słońce raźniej przebija się przez chmury, a nam pozostaje dostać się na autostradę i przez Mediolan pomknąć w stronę Jeziora Garda.

Autostrada okazuje się głupim pomysłem. Chcąc jak najszybciej dotrzeć do celu podróży zmuszeni jesteśmy wyłożyć spore sumy na bramkach za coś, co drogą dobrej jakości nazwać nie można. A na pewno nie za takie pieniądze.

Nad Jeziorem Garda
Co by jednak nie powiedzieć o autostradzie, nad brzegiem Gardy jesteśmy w mgnieniu oka. Wita nas błogi wakacyjny widok – palmy, plaże, jachty, żaglówki, turkusowa woda… Szczególne wrażenie robi to na Asi, ale muszę przyznać, że sam nie pogardzę dniem wolnym od jazdy na motocyklu. Szybko odnajdujemy hotel z klimatyzowanym pokojem. Teraz nazwijcie mnie zbawionym. Przechadzka po mieście, a wieczorem ruszam z Asią na miasto porobić kilka nocnych fotek.

Plażing

Oj, niechętnie się wstaje kiedy ma się przed sobą tylko odpoczynek. Jakieś niewidzialne łańcuchy trzymają mnie w klimatyzowanym przybytku szczęścia. Tylko miłość jest w stanie je zerwać, dlatego za namową Asi ruszam z towarzyszami podróży nad wodę. Nadmienię, że nie przepadam za plażowaniem.

Tego dnia jednak lekki i chłodny wiatr trzyma mnie nad brzegiem kilka godzin. Robię zdjęcia, leżę (w cieniu rzecz jasna) i nawet moczę stopy w wodzie, co należy uznać za spory wyczyn. Dzień mija dość szybko, a pod wieczór udaje nam się zarezerwować hotel w Dolomitach, u celu jutrzejszej jazdy.

Dolomity

Dolomity w czystej postaci
Z jednej strony fajnie się odpoczywa, ale z drugiej czuję głód jazdy. Ruszamy drogą wzdłuż wybrzeża i żegnamy Gardę. Pochmurny poranek stopniowo przeistacza się w słoneczną pogodę. Krajowymi trasami docieramy do Trento, a stamtąd odbijamy na drogę SS612. Popełniam małą gafę. Od początku planowałem uderzyć na Bolzano, by przełęczami Nigerpass i Karerpass wjechać do Canazei. Niestety chwilowe zaćmienie kieruje nas na inną trasę, za to mamy okazję zobaczyć skocznię narciarską w Predazzo. Teraz już prosta droga do zakwaterowania się. Hotel już czeka, a więc plan jest taki – zostawiamy balast w pokoju i uderzamy na cztery przełęcze. Zanim jeszcze zacznie padać, bo chmurzy się i zbiera na deszcz.

Ledwo zostawiamy bagaże i już z małego rondka wbijamy się na pierwszą z przełęczy. Postanowiłem opisać je wszystkie naraz – w zasadzie to jedna wielka trasa wkoło Masywu Sella. Przełęcz o tej samej nazwie (2244 m.npm.) prowadzi nas szeroką jezdnią o wielkich łukach pośród drzew, by wreszcie odsłonić piękno Dolomitów.

Na Przełęczy Gardena
To pasmo górskie składa się jakby z oddzielnych grup gór, pomiędzy które wślizgują się liczne doliny i przełęcze. Na pierwszy rzut oka każda góra jest taka sama, ale wystarcza chwila postoju i dostrzegamy znaczące różnice w budowie każdej z nich. Jedne są strzeliste z ostrymi jak brzytwa wierzchołkami, inne zaś płaskie jak nasze Góry Stołowe. Naszą uwagę zwracają liczne skałki leżące u podnóża większych szczytów, w między które subtelnie wpisują się drzewa.

Kolej na Przełęcz Gardena (2136 m.npm.). Objeżdżamy pasmo od północnej strony, tym samym podziwiamy te same góry z nieco innej perspektywy. Stąd rozciąga się lepszy niż przedtem widok na pokonaną przez nas drogę. Oddalamy się więc od jezdni i wspinamy na łagodne wzniesienie. Podziwiamy panoramę Dolomitów, dla jednych jednostajną i niewysoką w porównaniu do zdobytych już gór, ale dla mnie będącą bardzo miłą odskocznią od typowych ośnieżonych szczytów alpejskich.

Przełęcz Gardena
Dalej Przełęcz Campolongo (1875 m.npm.) – bez większych widokowych niespodzianek, za to nadal z pięknymi panoramami na góry i szeroką kuszącą do szybszej jazdy drogą. Zjeżdżamy więc bez postojów w mniej turystycznym stylu i na dole posilamy się panini z szynką i serem.

Pordoi Pass (2239 m.npm.) pozwala nam domknąć koło zatoczone wokół Masywu Sella i z powrotem dojechać do Canazei. Już na drugim ostrym winklu w prawo na podjeździe łapię mocny uślizg tylnego koła. Uf, było gorąco… Zdołałem szybko skontrować i lekko podeprzeć się nogą od wewnętrznej strony. Mniej szczęścia i highside gotowy.

Ja i Asia na Przełęczy Sella
Tę przełęcz pokonuję już bardzo spokojnie, tym bardziej, że na zjeździe czai się na nas deszcz. Droga robi się mokra i śliska, każdy zwalnia, przez co na wjeździe do miasta tworzy się gigantyczny korek. Przykładem innych motocyklistów przeciskamy się bokami korzystając z każdej wolnej luki i po dłuższej chwili lądujemy w hotelu.

Pod wieczór spacer po miasteczku będącym kurortem narciarskim pełną gębą. Sklepy sportowe walczą z hotelami o miejsce przy ulicy. Każdy budynek ma unikalne stylowe zdobienie w postaci malunków na elewacji. Do tego kwiaty na balkonach i lampki choinkowe rozwieszone pod każdym dachem. Ma to swój urok, zapewne jeszcze większy w środku zimy.

Arrivederci Italia

Asia nie narzekała. A może nie słyszałem.
Pochmurny poranek niechętnie ściąga nas z łóżek. Do przejechania ostatnie trzy włoskie przełęcze, które będziemy zmuszeni zaliczyć w deszczu. Już przy pakowaniu się oraz zapinaniu kufrów i sakw zaczyna kropić nam na głowy. Zapowiada się męczący dzień.

Deszcz nagle przestaje padać, ale jezdnia ani myśli zrobić się sucha. Przełęcz Fedaia (2057 m.npm.) oferuje szeroką świetnie wyprofilowaną drogę. Żałuję, że nie mogę nieco bardziej pochylać się na winklach i zwiększyć prędkości. Ma to jednak swoje plusy – jadąc powoli podziwiamy najwyższy szczyt Dolomitów – Marmoladę, odzianą w mglistą szatę, majestatycznie górującą nad nami. Zaraz obok urokliwe jezioro i galeria. Ruch niewielki, chyba ze względu na pogodę. Nie robimy postoju, mkniemy na kolejną przełęcz.

Falzarego Pass, w tle kolejka
Podjazd pod Falzarego Pass okazuje się mniej ciekawy niż na Fedaia. W końcowej fazie droga przechodzi przez tunele, co z daleka wygląda monumentalnie. Z bliska okazuje się średnio praktyczne, gdyż na jednym zakręcie ciemny tunelik skutecznie osłabia widoczność. Dojechawszy na górę (2105 m.npm.) robimy dłuższą przerwę na spacer i zdjęcia. Tutaj już coś się dzieje – podjeżdżają autobusy wycieczkowe, coraz więcej motocyklistów. Mała kapliczka na wzniesieniu urozmaica krajobraz, podobnie jak wyciąg na szczyt góry. Chyba bałbym się wsiąść do tych wagoników – wysokość jest znaczna.

Zjazd z Falzarego przypomina nam o istnieniu deszczu, który na podjeździe Giau nabiera na sile fundując nam mocny prysznic. Całe szczęście, że mamy ubrania przeciwdeszczowe. Ma coś w sobie ten deszczowy krajobraz, ale chyba wolelibyśmy zaliczyć tę piękną przełęcz w słońcu. O dziwo – im wyżej tym opady coraz mniejsze, a przed nami pojawia się bardzo charakterystyczna góra tej przełęczy uwieńczona kwadratowym szczytem.

Gdzie my som chopie?
Zaczynają docierać inni motocykliści, parkujemy i już mamy robić zdjęcia, gdy rozpętuje się ulewa. Zaczyna grzmieć więc wolimy zakończyć eksplorację tego miejsca. Dopiero teraz większość bikerów pospiesznie zakłada przeciwdeszczówki. Droga w dół dłuży się w nieskończoność. Zjeżdżamy tą samą trasą, którą wyjechaliśmy. Opady raz słabną, raz zwiększają częstotliwość. Wreszcie całkowicie ustępują i pokazuje się słońce.

Z Cortiny d’Ampezzo obieramy kierunek na Austriacki Lienz. Z początku zapominamy o deszczu, ale po zbliżeniu się do granicy opady nabierają na sile. Miejscami ciężko się jedzie, nie mówiąc już o wyprzedzaniu czy bezstresowym hamowaniu. Do Lienz docieramy w średnich nastrojach, ale pogoda chyba chcąc nas pocieszyć i jednocześnie wysuszyć serwuje nam w końcu słońce. Po obiedzie wyruszamy na poszukiwanie noclegu, który znajdujemy nieco dalej na północ – u podnóża Grossglocknera, ostatniego celu naszej wyprawy.

Dzień Świstaka

Grossglockner Hochalpenstrasse
Mglisto i pochmurno. To chyba najzimniejszy do tej pory poranek. Spakowani wracamy do Lienzu zatankować. Łapie nas deszcz, a ja zastanawiam się czy nie przeczekać kiepskiej pogody w mieście zanim podejmiemy wyjazd na Grossglockner Hochalpenstrasse. Na horyzoncie po wschodniej stronie widać błękit nieba. Adrian uważa, że to bez sensu, czekanie nic nie gwarantuje. Całe szczęście posłuchałem go, bo w miarę zbliżania się do bramek widokowej trasy na Grossglockner słońce świeci coraz mocniej.

Już z oddali widzimy cały ośnieżony masyw górski. Dokuczliwy chłód uświadamia nam, że mamy do czynienia z nieco innym klimatem niż dotychczas. Stajemy na poboczu i dopinamy kurtki, ja zmieniam rękawice na te cieplejsze. Robimy kilka zdjęć- pejzażowe ujęcie na miasteczko, ze strzelistą wieżą kościoła a w tle góry- fenomenalny widok! Mijamy bramki, gdzie zostawiamy 23 euro i rozpoczynamy wspinaczkę na górę.

Widok na Grossglockner, Heiligenblut
Rozreklamowanie i komercyjność trasy ściąga tu masy turystów – miłośników wędrówek, rowerzystów i oczywiście tych zmotoryzowanych poszukujących równych asfaltowych dróg. Miejsce oferuje sporo atrakcji i punktów, na których możemy oglądać różne ekspozycje. Wszystko opisano na broszurze dołączonej do biletu wjazdu.

Symbolem Grossglocknera jest świstak. Ten sympatyczny gryzoń jest tu ponoć łatwy to sfotografowania, podobnie jak kozice, o czym informują nawet znaki przy drodze. Obawiam się jednak, że należy nieco oddalić się od zatłoczonej trasy by naprawdę poczuć faunę i florę Parku Narodowego Wysokie Taury. Niestety my nie mamy aż tyle czasu. Na szczęście starcza go, by po zaparkowaniu motocykli pośród dziesiątek innych sprzętów, udać się do restauracji, sklepu z pamiątkami i sfotografować lodowiec. Ten obecnie kurczy się w galopującym tempie, o czym czytamy na tematycznej ekspozycji.

Brukowana droga na Bikers Point
Wsiadamy na maszyny, cofamy kawałek w dół i wyjeżdżamy jeszcze wyżej, zmierzając ku słynnemu Bikers-Pointowi. Jest to wysoko wysunięty punkt, na który wjazd mają jedynie motocykle i samochody osobowe. Prowadzi nań brukowana, wąska i kręta dróżka, wijąca się już w chmurach. Emocjonujący wjazd wieńczą świetne fotki tuż nad obłokami i świadomość wyjechania na wysokość 2571 m.npm. Niezapomniane przeżycie. Zjazd w dół stopniowo ociepla powietrze. Krajobraz przypomina ten ze Stelvio – tutaj jednak więcej jest mgły i chmur.

Gdy przejeżdżamy przez bramki uświadamiam sobie, ile czasu można by spędzić na Grossglocknerze i jak szybko przemknęliśmy przez niego opuszczając liczne wystawy i atrakcje. No i najważniejsze – nie mamy zdjęć świstaka… Całe szczęście, że na szczycie w sklepie z pamiątkami napatrzyliśmy się na stada pluszowych gryzoni.

Chwila, to już opuszczamy Alpy? Niestety tak – kierujemy się w stronę Salzburga, potem autostradą A1 w stronę Wiednia i ponownie nocujemy w Melku.

Powrót ku Ojczyźnie

Pielgrzymi do świętych miejsc motocyklistów
Nie ma co się rozpisywać – przy ładnej pogodzie wracamy do Polski tymi samymi drogami, które zaprowadziły nas w te wspaniałe miejsca. Droga powrotna tradycyjnie – jakby szybciej, ale co najważniejsze bezproblemowo i bezpiecznie przekraczamy granicę i docieramy do swoich czterech ścian.

Wyprawa była bardzo udana, wszystko o dziwo poszło zgodnie z planem, na 11 dni tylko dwa były deszczowe. Motocykle spisały się na medal – bez jakichkolwiek awarii i niespodzianek. 14-letnia Yamaha XJ600nN ważąca z nami prawie 400 km dzielnie połykała kilometry i ciasne winkle. Wystarczy dbać o sprzęt, zapewnić dobry serwis i można ruszać w drogę każdym motocyklem.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here