Ćwierćfunciak z serem
Mówiąc o Street Glide „motocykl” popełniłbym faux-pas. Bardziej odpowiednim określeniem byłoby Pan Motocykl, albo choćby Motocykl. Tak zatem będę go tytułował – Motocykl pisane wielką literą. Street Glide to przykład luksusu po amerykańsku – wszystko jest wielkie. Nie duże, ale właśnie wielkie. Przyciski mają wielkość kciuka, zegary talerza a manetki przypominają w chwycie rękojeść miecza – są grube i doskonale leżą w dłoniach.
[sam id=”21″ codes=”true”]
Siedzenie to temat na osobny artykuł – nic nie uwiera, nie gniecie, nic się nie odciska nawet po kilkuset kilometrach. Szkoda, że tego samego nie może powiedzieć pasażer – nędzna namiastka siedziska nadaje się tylko do tego, by podrzucić kogoś lekkiego sto metrów. Ale taki jest Street Glide – to Motocykl obudowany wokół kierowcy. Ma gdzieś to, co dzieje się za jego plecami – pasażerów czy innych motocyklistów. Chcesz, to siadaj, nie chcesz – twoja strata. Ten model jest jak wypaśna amerykańska kanapka z kotletem – duża, soczysta i tylko dla ciebie.
Z cicha pękł
Na hasło „Harley” otwierają się w umyśle drzwiczki, za którymi stoją brodaty jeździec z brzuszkiem, motocyklowe orgie i huk wydechów. Z wypiekami na twarzy nastawiałem ucha czekając na donośny gulgot z kominów. Nic. Street Glide podjechał cicho jak dworcowy żul proszący o drobne na „chleb”. Prawie ze łzami w oczach zadumałem się nad upadkiem współczesnego świata, który spokojnie patrzy jak piękne dzieło mechaniki wciska się w okrutne kajdany bezsensownych norm „ekologicznych”.
[sam id=”11″ codes=”true”]
Starty spod świateł nie polepszają sytuacji, powodując u mnie grymas rozczarowania. Pewne ukojenie przynosi odkręcenie manetki podczas jazdy – kiedy silnik wchodzi na obroty w kasku słychać coś na kształt charakterystycznego gulgotu, z którego Harry jest znany. Wprawdzie to tylko nagroda pocieszenia, ale jednak.
Harry Potter
Wyjeżdżając z Warszawy usiłuję doszukać się w Motocyklu tej legendy, tej aury, która na wszystkich działa jak piękna dziewczyna na budowlańców. Nawet na przyzwyczajonej do wszelkiej maści luksusu warszawskiej ulicy nie było głowy, która nie obróciłaby się za czarnym jak smoła Street Glidem.
Nie twoje klimaty? Poczytaj test Kawasaki GTR1400 lub Yamahy FJR1300

…dobrze że Autor użył poetycko-metaforycznego opisu ,może ktoś się nabierze i da namówić na ewentualny zakup, swoją drogą coś w tym jest, nie jedzie, nie skręca, nie hamuje, nie wygląda, nie gada,- co to za zagadka ??