Napędzająca Street Boba jednostka Twin Cam 103 to zdecydowanie najmocniejszy punkt tego motocykla. Ma piękny dźwięk, fajnie wibruje i oferuje solidnego kopa w stylu jazdy prawdziwym muscle carem. Sześciobiegowa skrzynia działa bez zarzutu, choć trzeba się przyzwyczaić do jej topornego uroku.
Do codziennej jazdy zupełnie wystarczają trzy długaśne pierwsze biegi. Zawieszenie lubi raczej dobre drogi, boleśnie przypominając naszemu zadkowi, że na dukty drugiej kategorii są inne motocykle.
Hamulce mnie nie przekonują. Owszem, motocykl zwalnia, ale nie budzą zaufania. Jazda tym motocyklem wymaga zmiany przyzwyczajeń i wcześniejszego planowania różnych manewrów.
Małe lusterka, tak przydatne w mieście, mają niestety ciemną stronę – widać w nich głównie nasze rękawy, niezależnie od prób różnych ustawień. Przestrzeń bagażowa? Nie bądźmy śmieszni, nie w tym modelu…
Do domu dojeżdżam sztywny, obolały, z odciskami na dłoniach. Street Bob to twardy zawodnik, przez kilka dni nie udało mi się odnaleźć komfortowej pozycji. Z tego też powodu rezygnuję z wcześniejszych planów pojechania nim w dłuższą trasę i przedwcześnie zwracam do salonu.
Amerykański sen
Mój amerykański sen się skończył, ale ziarno zostało zasiane. Na pewno nie ten model i raczej nie dziś… ale te motocykle mają w sobie jakiś dziwny magnetyzm. Mimo wielu ich wad, na żadnej innej maszynie nie poczujemy takiej interakcji z żywym organizmem.
Stąd jestem pewien, że gdzieś tam czeka inny Harley-Davidson z cholernie długim oznaczeniem, który okaże się w sam raz dla mnie.
A dla kogo w takim razie jest Street Bob? Dla indywidualisty z silnym parciem na podkreślanie swojego „ja”. Niechętnego dłuższym wycieczkom, preferującego szybkie przeloty po mieście i atomowe starty spod świateł.
Równie dobrze może to być sfrustrowany krawaciarz, który wieczorem chciałby zmienić się w herosa lub miejskiego bandytę, w zależności od stopnia frustracji. Street Bob ma spory potencjał, ale nie w kierunku turystyki. Grając w gałę w kaloszach można co najwyżej poobcierać nogi.

