[sam id=”24″ codes=”true”]To było 9 wspaniałych dni pełnych relaksu, łapania dystansu, ciszy i spokoju. Szwecja czaruje wspaniałymi, niemal pustymi drogami, otwartością ludzi i chęcią dzielenia się swoją historią. To idealne miejsce na odskocznię od codzienności.

Tekst i zdjęcia: Marcin Całkiewicz

Pogoda nie zachęca, od rana pada. Ale słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Z drobnym poślizgiem ruszam – jak zwykle bocznymi drogami. Nie zamierzam jechać szybko, więc pchać się na autostradę nie ma sensu. Wyjazd aż do Sochaczewa to samochód za samochodem. W końcu udaje się. Zdaję się na Garmina i … nie wiem jaka logika kieruje jego wyborem trasy, ale na moje włóczenie jest dobry. Co prawda gdy pada i wieje, to człowiek marzy, żeby jak najszybciej dotrzeć do celu, ale…

[sam id=”11″ codes=”true”]

Pierwsze 180 km jadę w deszczu. Boczny wiatr także pokazuje co potrafi – ze środka swojego pasa wylatuję często prawie na przeciwną stronę. Na początku myślę, byle by ten deszcz się skończył, z wiatrem dam radę. Ale po pewnym czasie sam nie wiem co gorsze. Deszcz ogranicza widoczność, co w połączeniu z wiatrem mocno wyziębia, ale jest przewidywalny. A wiatr… co chwila jadę kładąc się na niego, żeby tylko utrzymać tor jazdy.

W końcu bez pośpiechu

IMG_0042
Mój wierny towarzysz podróży
W pewnym momencie deszcz się kończy. Słońce zaczyna przygrzewać. Ale wiatr nie odpuszcza. Jeszcze spory kawałek jadę w deszczówce, żeby wyschnąć i nie dać się wyziębić wiatrowi. Na domiar złego odkręca się linka prędkościomierza i licznik kilometrów przestaje działać. Dobrze, ze pamiętam ile kilometrów było gdy tankowałem – za pomocą GPS pilnuję przebiegu, żeby na czas uzupełnić paliwo. Na stacji zrzucam deszczówkę, naprawiam linkę, zjadam co nieco i jakoś lepiej się czuję. Wiatr przestaje być straszny.

Po 400 km marzę już tylko, żeby stanąć… Siedzenie krzyczy, że chce wysiąść, a tu jeszcze prawie 200 km. Chwila przerwy pomaga. Patrzę na czas, dystans i choć średnia wymuszona pogodą i ruchem na drodze wynosi 55 km/h, to mam jeszcze sporo czasu. Na luzie. Po raz pierwszy od dawna nie muszę się spieszyć.

IMG_0645
Takimi drogami prowadził mnie Garmin
Garmin cały czas mnie zaskakuje. Co innego pokazuje w BaseCampie, co innego przy ładowaniu trasy, a w trakcie jazdy jeszcze ją „optymalizuje”. Z jakiś powodów zamiast po obwodnicach pcha mnie przez miasta, co nie było ani krótsze, ani szybsze. Ponieważ jednak pogoda się poprawia, to mi to nie przeszkadza i w końcu docieram.

[sam id=”22″ codes=”true”]

Pani na check-in jest bardzo miła. Sprawnie wydaje bilety i kieruje na terminal. Promu jeszcze nie ma. Gadam sobie z jednym z dostawców i już wiem, że zanim wjedziemy to swoje odstoimy. Przycumowanie promu idzie sprawnie, ale jak zaczynają wyjeżdżać samochody… nie ma końca. Nie wiem, że tyle ciężarówek może się na nim pomieścić. I przychodzi kolej na drugą stronę. Najpierw ciężarówki. Niektóre osobowe próbują się wyrwać, ale obsługa szybko je stopuje. Ja wjeżdżam na pokład jako drugi. Miejsce tuż przy wjeździe. Szybka instrukcja jak mam ustawić moto. Następnie pan bierze pas, ładnie przypina mój sprzęt i po sprawie. Jeszcze tylko kolacja, kąpiel, przegląd trasy na dzień następny i nadchodzi północ.

Jak tu pusto…

IMG_0032
Bardzo lubię te proste skandynawskie klimaty
Sprawnie zjeżdżam z promu i w drogę. I tu niespodzianka… kontrola celna. Każdy pojazd musi się otworzyć. U mnie sprawdzają jeden kufer, zadają pytanie “dokąd” i życzą szerokiej drogi. Na pierwszy ogień Ystad. Zwiedzanie o 6:30 to czysta przyjemność. Nikt nie przeszkadza. Wstaje słońce – to największy plus. Słońce w pełni, zero chmur, wiosna w powietrzu.

Zwiedzam tylko starą część Ystad. Skandynawskie podejście do zabudowy od zawsze mi się podoba. Skromnie, zgrabnie, przytulnie, kolorowo. Czasami mam wrażenie, ze tymi kolorami wynagradzają sobie trudy zimy. Patrząc na domy, zieleń, kompozycję przestrzeni mam ochotę tu pozostać. Skandynawskie klimaty mi pasują. Co z tego, że mam wrażenie, że w niektórych z nich konstrukcja siada, jeśli czuję, że one nadal żyją. Hotele, restauracje, galerie…

[sam id=”11″ codes=”true”]

I dalej na wschód. W Polsce nie potrafimy korzystać z tego co mamy, a i przepisy tego nie ułatwiają. Tu co chwila są odjazdy od drogi, parkingi wśród drzew z ławkami i widokiem nad morze. Odbijam na taki parking i idę na plażę. Słońce rozleniwia. Kiedy jadę dalej moja prędkość spada do 40 km/h. Nie chce mi się szybciej. Rozglądam się tylko i chłonę widoki. Pagórki, pola pełne zieleni i żółtego rzepaku. Przestrzeń…

IMG_0072
Ales Stenar, czyli szwedzkie Stonehenge nie zrobiło na mnie wrażenia
W Ales Stenar jestem na parkingu sam. Nie chcę sprawdzać na ile Szwecja jest bezpieczna, czy można zostawić tu graty. A co jeżeli przyjadą nasi? Jakoś tym razem nie ufam i wszystko zabezpieczam, tzn. kurtkę, kask, GPS zabieram ze sobą. Cel wycieczki, czyli kamienie, które mają być szwedzkim Stonehenge nie robią na mnie większego wrażenia, ale cisza, powiew morza, śpiew ptaków zachęcają do leżakowania. Tyle, że teren zaminowany, dookoła pełno owiec. Chodzą, jedzą i się produkują. W Szwecji często w pobliżu zabytków można spotkać naturalne kosiarki w postaci owiec i krów, które dbając o wysokość trawy, dbają także o bogactwo otoczenia.

W drodze do Skillinge i Brantevik stwierdzam, że warto zatankować. Ale stacji takich jak u nas tam jak na lekarstwo. Przy drodze stoją wprawdzie dystrybutory, ale budynki jeżeli są, to pozamykane. Na szczęście trafiam na moment gdy tankuje „tubylec”. Krótka rozmowa i wiem co i jak. Najpierw wczytuje się kartę kredytową, wskazuje dystrybutor i następnie tankuje. Szybko i sprawnie, coś jak kiedyś u nas na Neste, ale tu płaci się przed tankowaniem.

IMG_0092
Bałtyk po szwedzkiej stronie jest piękny i czysty
Na wjeździe do Skillinge idę na molo. Woda przejrzysta, widać dno pełne kamieni. Do molo przykręcono tabliczki z nazwiskami rodzin, nazwami firm, które je sponsorowały. I to jest super, każdy może się dołożyć do budowy swojego miasta. A na brzegu, pomimo wczesnej pory, dość spory ruch jak na Szwecję. Sześć par, rodzin, spaceruje, wyprowadza psy, korzysta ze słońca.

Później w miasteczku uzupełniam zapasy i chwilę się włóczę. I tu, i w Brantevik mam wrażenie, że to letnisko. Ta zabudowa, ten powolny, senny rytm życia. Nikt, nigdzie się nie spieszy. Małe domki jednorodzinne, wiele osób jeszcze siedzi przy śniadaniu.

Następny punkt to Stenshuvud National Park. I znowu zaskoczenie. Parking nie znajduje się nie wiadomo jak daleko od parku, ale w nim. Z samochodu, czy z motocykla można od razu zacząć piesze wycieczki. Zaczyna być coraz cieplej. Niby Szwecja, więc powinno być bezpiecznie, ale czemu wszędzie dookoła naklejki firm ochroniarskich? Znowu mam dylemat czy iść i taszczyć kask, kurtkę, czy też zaryzykować, zostawić, a może wręcz odpuścić wspinaczkę.

[sam id=”21″ codes=”true”]

Zabieram. Może i jest ciężko, bo ścieżka ostro pod górę. Ale widoki ze szczytu… Żałuję, że nie mam lepszego aparatu. Po drodze trafiam na grupę pań. Zachowują się „inaczej”. Jak idę pod górę, to stoją i rozmawiają, ale mają jakieś dziwne rzeczy w ręku – jakieś bębenki szamańskie, albo coś podobnego. Jak wracam trzymają się za ręce stojąc w kręgu i śpiewają, jakby modły jakieś czyniły.

Po wyjeździe z parku, na krótko odwiedzam Kivik i sklep z przetworami z jabłek. Rejon ten słynie z sadów, głównie pełnych jabłoni. Kivik najlepiej odwiedzać samochodem. Łatwo zmieścić wino, cydr, dżemy i wszelakiej maści przetwory, które można zrobić z jabłek, gruszek i innych owoców.

IMG_0129
Piękne widoki z Parku Narodowego Stenshuvud

Następnie szybko przez kolejną osadę rybacką (Hallevik) i gonię do Kalmar. Pierwszy dzień w Szwecji zaskakuje mnie ciepłem, wiosną (której u nas od dawna nie ma) pełną słońca, kolorów, spacerujących ludzi i ruchem na drogach. W porównaniu do Finlandii, tutaj jest gęsto na głównych drogach i na nich widać pośpiech. Tam trzy samochody w zasięgu wzorku to korek, tu rzecz normalna.

I jeszcze coś o znakach. Bardzo często ludzie przy domach stawiają swoje znaki. Na nich postacie dzieci z różnymi zabawkami. I ostrzeżenie, że tu są małe dzieci, które się bawią, zwolnij, bądź uważny. No i znak „ptak z małymi”. Pomyślałem przypomina bażanta i chwilę później taki stał na drodze, ale bez dzieci.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Szwedzi podobnie jak Finowie mają upodobanie do amerykańskich samochodów. Dużo tu Mustangów, Corvette, ale też trafiają się dwa Pontiac Bonneville z lat sześćdziesiątych. Co prawda ich stan wołał o pomstę do nieba (rdza, zniszczony lakier, rura wydechowa ciągnąca się prawie po ziemi), ale w środku różowy flaming, a z tyłu, do zderzaka przyczepione duże kostki do gry.

Dzień mija jakoś tu i teraz, nieważne co za chwilę, gdzie będę nocował. Totalna odskocznia.

Olandzkie wiatraczki

IMG_0240
Kompaktowe olandzkie wiatraczki
Noc jest rześka i poszarpana. Temperatura około 13 stopni. Co chwilę się budzę. Odwykłem od spania w namiocie, a jeszcze jakiś latający włazi pod tropik i bzyczy przy uchu. Ptaki też nie mają wolnego. Całą noc nadają. Na nogach jestem 6:30. Śniadanie, pakowanie i jakimś cudem jest 8:30.

Przejazd przez śpiący Kalmar i na most. Pierwsze co widzę to droga do nieba. Most ostro idzie w górę, żeby za chwilę tak samo opaść, a potem długo biec tuż nad wodą. Pogoda nie napawa optymizmem. Na kempingu słońce jeszcze się nieśmiało przebija przez chmury, ale na wyspie widać, że gdzieś pompa mnie dopadnie. Temperatura waha się od 11 do 13 stopni.

Na Olandii można powiedzieć, że każdy ma swój wiatrak, a niektórzy nawet po kilka. Stare, drewniane, tuż przy domach. Kiedyś wiatraki kojarzyły mi się z dużymi budowlami, a to są wersje kieszonkowe. Z podstawą może 4-5 metrów.

IMG_0385
Ruiny dumnie górują nad okolicą
Jedziemy (ja i mój wielbłąd, z całym dobytkiem) na północ do Lange Erik, ale po drodze trafia się Borgholm Slott. Królewski zamek zbudowany w XII wieku, umożliwia obserwację i kontrolę cieśniny kalmarskiej. Dzisiaj pozostały z niego mury i wieże. Zamek jednak żyje, jest scenerią koncertów, występów teatralnych, wystaw i imprez na świeżym powietrzu.

Niebo coraz mniej łaskawe, trzeba zakładać deszczówkę. Tak dojeżdżam do latarni. Na północy dorodne lasy. Lange Erik niestety zamknięta i nie można wejść na górę, więc tylko na plażę. Tam kilkadziesiąt wież z kamieni. Jeden na drugim. Niektóre wieże całkiem wysokie, a w oddali widać statek. Wygląda jak okręt wojskowy. Powrót na południe trochę inną trasą. A tu Garmin wiedzie mnie w las. Normalnie bym się ucieszył, ale z kuframi w taką pogodę odpuszczam. Ale nie ma tego złego… trafiam na stację końcową kolejki wąskotorowej. Kilka zdjęć i cisnę do Lerkaka, bo tam mają być wiatraki do zwiedzania.

[sam id=”11″ codes=”true”]

W lasach… krowy. Nie na pastwiskach, bo ich tam nie ma, ale między drzewami. I inne niż u nas, czarne, z małymi białymi łatami, albo highlandery, których cielaki wyglądają jak duże psy, a właściwie mopy, bo takie kudłate.

IMG_0169
Charakterystyczny krajobraz wyspy Oland
Na północy nie pada, ale im bardziej na południe, tym bardziej moczy. W Lerkaka, przy drodze stoi kilka wiatraków. Wszystkie można zwiedzać, chociaż wokół nikogo pilnującego. Podchodzę się do drzwi, wyjmuję drewnianą zatyczkę i jestem w środku. A tam mechanizmy wiatraka, które wyglądają, jakby można było je w każdej chwili uruchomić. Kilka drewnianych, zębatych kół, w dobrym stanie i drabina, na drugi poziom.

I dalej jadę w deszczu do Lange Jan. To latarnia na południowym końcu wyspy położona w rezerwacie przyrody. Krajobraz tej części wyspy przypomina mi Kenię. Spore, puste przestrzenie i karłowate drzewka, ale tutaj zamiast kóz, hoduje się czarne owce. Przy samej latarni sporo samochodów i całe stada podglądaczy. Z aparatami i lunetami przypatrują się życiu ptaków. Tu latarnia była otwarta, ale jest mi zimno i jestem zmęczony, więc krótki odpoczynek i na kemping.

IMG_0514
Piękne boczne drogi Szwecji
W Szwecji trzeba uważać na łosie, które w ramach relaksu mogą wyjść na drogę, nie oglądając się, czy ktoś przypadkiem nie jedzie. Ale tutaj, ten numer robił mi cielak. Opuszczając teren rezerwatu, dostrzegam w pewnym momencie krowę z cielakiem, która szła w stronę drogi. Przezornie zaczynam zwalniać. Dystans pomiędzy krową i cielakiem teoretycznie jest taki, że powinienem się bez problemu zmieścić. Krowa przechodzi przez jezdnię, ja jestem coraz bliżej, a cielak jak nie przyspieszy… jakby co go gdzieś ugryzło – biegnie nie patrząc, że jadę (a może dlatego) przez jezdnię.

Tym razem droga bez deszczu, ale z wiatrem. Zimny, boczny, kładący, od lądu, w stronę wody, co chwila uderzenia. Muszę się dobrze kulić, żeby zabierał jak najmniej ciepła. Ciekawe jaka pogoda na jutro…

21:45, a na dworze można czytać bez dodatkowego oświetlenia. W nocy nie robi się ciemno, tylko szarawo. Jest ciepło, 16 stopni. Zaczyna się unosić mgła. Mam nadzieję, ze do rana zniknie.

Motocyklowe historie

IMG_0312
Niezwykłe eksponaty Muzeum Husqvarny
Jednak mgła nie schodzi. Na nogach jestem o 6 rano i 7:30 wyjazd. Przynajmniej nie pada. Szwedzi się uwidocznili, w drodze do pracy, szkoły, sklepu. Tym razem jadę z dala od wybrzeża. Przez lasy, pagórki, zakręty. Temperatura taka jak w nocy. W namiocie było 13 stopni i na moto termometr pokazuje tyle samo. Dookoła lasy, rosnące na kamieniach. Wioski, miasteczka składające się z kilku, kilkunastu domów rozrzucone co 30-40 kilometrów.

Nie wiem czy to kwestia tempa, czy jakości paliwa, ale spalanie wychodzi mi w okolicach 4 litrów, w Polsce ok 5-5,5 litra. Jadę doładowany kuframi, w podobny sposób jechałem w piątek na prom i o ponad litr na 100 km wyszło więcej. Więc co z tego, ze paliwo droższe, jak mniej go schodzi.

IMG_0304
Mógłbym tutaj siedzieć w niskończoność

Docieram do Husqvarny, a właściwie do Husqvarna Fabriksmuseum. Wykorzystując siły natury, a dokładnie wody zaczynali od produkcji strzelb dla szwedzkiego wojska. A później to czego oni nie robili. Maszyny do szycia, broń, sejfy, okna dachowe, motocykle, rowery, kuchnie i piece węglowe, kuchenki, kosiarki, piły, silniki do łodzi, sprzęt dla narciarzy pomagający przewozić bagaże. Najdłużej utknąłem w sali z motocyklami. Na szosę, w teren, dla wojska, sportowe, na Paryż-Dakar. Wersje wojskowe z płozami do jazdy zimą. Jest też motocykl Silver Arrow, na którym właściciel jeżdżąc codziennie do pracy i z powrotem, niezależnie od pogody pokonał 650 tys. km. Czyli można powiedzieć, że ponad 16 razy okrążył Ziemię na równiku…

A może tam wrócić i jeszcze sobie posiedzieć….

[sam id=”11″ codes=”true”]

Za Husqvarną znowu zaczyna moczyć. Na razie bez przekonania, ale na przystanku wskakuję w pomarańczową pelerynkę i ruszam dalej w drogę. Nad jeziorem Wetter mgła przesuwa się na lasy. Jezioro Wetter jest drugim co do wielkości jeziorem Szwecji i ma powierzchnię ok 1,9 tys km2, dla porównania nasze największe jezioro, Śniardwy ma ok 114 km2, czyli jest jakieś 16,7 razy mniejsze.

Do Bjorkenas Moped & Motorcykel Museum dojeżdżam w lekkim deszczu, ale jak tylko wchodzę do środka, to pogoda podkręca tempo. Muzeum jest prywatnym zbiorem rowerów, motorowerów, motocykli i rowerów z silnikiem. To wszystko stoi lub wisi pod sufitem w szopie na podwórku pana Andresa Arnessona. Z tego co mówi, najstarszy zabytek ma 100 lat i jest to rower z doczepianym kołem napędzanym silnikiem. Pytam dlaczego nie dołączono silnika bezpośrednio do roweru. Odpowiedź jest prosta – wystarczy odkręcić dwie śrubki i koło można zamontować przy innym rowerze. Poza tym, konstrukcja swoje waży i tak jest stabilniej.

IMG_0362
Prywatne Muzeum pana Arnessona
Inną ciekawostką są krzesełka na rowery lub skutery służące do przewozu dzieci. U nas dziecko ogląda plecy wiozącego, tam zamontowane jest w przestrzeni pomiędzy kierującym a kierownicą, więc maluch widzi dokąd jedzie. Niby proste, a gdzie to kupić… W zbiorach podobno był kiedyś nasz Komar, ale go nie widzę. Z innych ciekawostek: bilet raz kupiony obowiązuje do końca sezonu.

I teraz dylemat. Jest ok 15:00, jechać dalej, czy zgodnie z planem nocować w Granna. Deszcz mnie przekonał, zostaję i nawet biorę domek, coby graty przesuszyć. Po rozlokowaniu idę na spacer. Małe miasteczko, z jedną główna ulicą, jak powiedział sprzedawca typowo wakacyjne. Ma dwie główne atrakcje. Produkuje znane w całej Szwecji cukierki o nazwie polkagris. Oryginalnie były o smaku miętowym, teraz wybór smaków jest spory. Podobno w fabryce (a właściwie fabrykach, bo dziś w miasteczku jest ich kilkanaście) można obserwować proces ich produkcji.

Druga atrakcja to muzeum związane z mieszkańcem Granna, Augustem Andree. W roku 1897 próbował przelecieć balonem nad biegunem północnym. Jemu się nie udało, ale 100 lat później inny mieszkaniec Granna, Axel Madsen dokonał tego. Była już 18:00, więc niestety nie udało mi się zwiedzić Granna Museum – The Andree Expedition Polar Centre. W drodze do domku odwiedzam jeszcze sklep, bo skoro jest kuchenka, to można zjeść jakiś normalny obiad.

A niebo znowu się otworzyło, ale tym razem z efektami świetlnymi.

Zagubiony wśród strzałów

IMG_0198
Ruiny klasztoru Cystersów
I cóż z tego, że ze Szwecji… Lepiej mi się spało na ziemi, w namiocie, niż na łóżku w domku. Poranne pakowanie, spacer nad brzegiem jeziora, sprzątanie domku, kontrola czystości (pani, ocenia czy nie ma bałaganu – w takim wypadku czekałaby mnie kara 300 SEK) i w drogę.

Jakoś ciężko mi się jedzie. Nie mogę złapać rytmu. A widoki dookoła … co chwilę chcę się zatrzymywać. Trasa tuż nad jeziorem, co chwila punkty widokowe, więc się zatrzymuję, choćby na chwilę. Pogoda tez robi się wspaniała. W pewnym momencie widzę znak „ruiny klasztoru”, a ponieważ znam jedno zdjęcie tego miejsca, zjeżdżam.

W tym słońcu wygląda to wspaniale. Z większości budynków zostają tylko ledwo wystające murki, jedynie kościół jest w lepszym stanie, dumnie góruje nad resztą. O tej porze prezentuje się to romantycznie, nastrojowo, pytanie jakie budzi uczucia po ciemku, czy w trakcie burzy.

Sam klasztor pochodzi z 1143 r.  Był zbudowany przez Cystersów z Clairvaux we Francji. W XVI wieku, w ramach Reformacji Gustaw Waza skonfiskował go i teren wraz z 224 zagrodami stał się Alvastra kungsgard, czyli majątkiem królewskim. Klasztor został opuszczony, a królewskie farmy się rozwijały. Dzisiaj teren jest w dzierżawie, ale bez problemu można spacerować po ruinach i ogrodzie.

IMG_0462
Ruiny robią wrażenie
I dalej na północ. Słońce przygrzewa, Szwecja pokazuje swe piękno, droga łagodnie się wije, wznosi i opada, wśród pól, jezior i porozrzucanych domostw. Im bliżej północnego końca (ok 110 km od punktu startu), tym chłodniej, a niebo znowu zaczyna przypominać, że oprócz słońca nosi też wodę. Już prawie witam się z gąską, już prawie nawracam na południe, a tu ślepa droga. Ślepa, bo remont, więc powrót do głównej, jeszcze extra 10 kilometrów i uciekam. Na szczęście tym razem chmury skraplały się dalej na północ.

Wracam z drugiej strony jeziora. Żeby bliżej brzegu Garmin prowadzi mnie w las. Droga szutrowa, sporo drobnych, luźnych kamieni. Jedziemy na cypel, ale droga przestaje się zgadzać. Jakieś napisy, że teren wojskowy, żeby uzyskać dokładne godziny strzelania i teren nim objęty należy dzwonić pod numer, ale jadę dalej. W lesie policja. Jechać, nie jechać. Czy będą się czepiali? Jadę. Radiowóz jest pusty –  prawie, z tyłu siedzi pies. Im dalej w las, tym więcej obiektów wojskowych. Zawracam.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Tym razem widzę policjantkę. Więc grzecznie proszę o pomoc i pytam jak dojechać, pokazuję na GPS gdzie, pytam czy to nie jest teren zamknięty. Ale policjantka niestety nie jest pewna którędy, więc wracam na główniejszą drogę i po chwili przy drodze widzę wyrzutnię rakiet oraz czołg, a z tyłu jakieś zakłady. Więc już nie kombinuję. Czas na Karlsborg i twierdzę.

IMG_0127
Garmin nieraz prowadził mnie w las
Twierdza okazuje się czynną bazą wojskową. Nie za bardzo wiem jak ją ugryźć. Jakaś brama, znaki parkingu, ale gdzie to muzeum? Robię rekonesans dookoła. I udaje się. Zamiast parkować przed bramą i na piechotę iść do muzeum, od tyłu wjeżdżam na teren bazy i podjeżdżam pod samo muzeum. W 1819 r, na skutek utraty Finlandii przez Szwecję na rzecz Rosji, powstał plan obrony zakładający budowę trzech centralnych twierdz. Po jednej na północnym i południowym końcu jeziora Vattern, plus centralna na zachodnim brzegu. Miała ona być na tyle duża, żeby pomieścić garnizon, magazyny i miejsca dla cywilów. W przypadku wojny, do miasta miał być przeniesiony parlament. Budowę oszacowano na 10 lat, ale zajęła 90 lat, po czym 16 lat później podjęto decyzję o rezygnacji z Karlsborga jako twierdzy. Dzisiaj jest to wojskowe centrum szkoleniowe.

Żeby już nie kręcić się dookoła, wyjeżdżam przez główną bramę. Podjazd pod światła. Automatyczna zmiana z czerwonego na zielone, nikogo, kto mógłby zadać jakieś pytanie co tu robię i w drogę. Znowu szutry i teren wojskowy. Ale tym razem słyszę strzały, więc grzecznie się wycofuję. Ale jadę dalej bocznymi drogami, przez szutry, piasek i błoto (ja je wszędzie znajdę).

IMG_0531
Kościół ze wspaniałymi malowidłami
Trafiam na jakieś wsie, ale nie takie jak widać z okien samochodu, tylko ze stadami krów na drodze, takie prawdziwsze. W planach jeszcze Habo Kyrka. Stary drewniany kościół bogato zdobiony. Jak wchodzę do środka to staję jak wryty. To nie są bogate zdobienia. Ten kościół jest wewnątrz jednym wielkim obrazem, jedną kompozycją stworzoną na drewnie. Malowania, rzeźby, organy,… tego nie odda żadne zdjęcie. Próbuję zrobić kilka, oglądam dostępne na miejscu foldery, ale to nie to. Tam trzeba pojechać i to zobaczyć.

Do noclegu zostało 80 km. Na początku korzystam z drogi szybkiego ruchu, ale później znowu Garmin prowadzi mnie przez szutry i coś co będzie kiedyś drogą, a na razie jest zbiorem drobnych kamyków, na których moto czasami chce tańczyć.

IMG_0544
Zdjęcia nie są wstanie oddać tych wspaniałości
Sam kemping mały, ale właścicielka bardzo miła. Gdy rozbijam namiot przynosi kawę. Później trochę sobie rozmawiamy. Mam wrażenie, ze Szwedzi są bardziej kontaktowi niż Finowie. Tam ludzie albo czytają gazetę, albo rozmawiają przez telefon, tu pytają gdzie jedziesz i opowiadają o swojej podróży. Jeszcze trochę wyleguję się na trawie, moczę nogi w jeziorze (dzieciaki skaczą z drugiego piętra wieży ustawionej na pomoście) i spać.

Jest 22:00, leżę w zamkniętym namiocie i piszę to bez żadnego sztucznego światła. Jest tak jasno.

Szklane skarby

Powietrze w nocy jest mokre. Temperatura około 12 stopni, nie pada, a mam uczucie, że woda płynie dookoła. Pobudka o 6:00, powolne śniadanie, pakowanie i 7:30 w drogę. Pierwszy punkt to wieża widokowa, i tu niestety mały problem, bo wieża czynna od 12:00, a jest 9 rano. Więc tylko chwilę się kręcę i jadę dalej, do huty szkła. Kosta Boda. Ten rejon Szwecji słynie z dużej ilości hut i produkcji wyrobów szklanych. Wybieram hutę w mieście Kosta. Pierwszy punkt to muzeum, w którym można kupić eksponaty. Oczekuję, że to będzie szkło jakoś ukształtowane, kolorowane, jakieś rzeźby i produkty dnia codziennego. Ale to co widzę w pierwszej sali zaskakuje mnie. To dzieła sztuki. Połączenie szkła, metalu, kamienia, sam nie wiem czego jeszcze. Pełne koloru, obrazu, formy.

IMG_0563
Szklane dzieła sztuki za niebotyczne kwoty
W kolejnych salach jest już bardziej zgodnie z oczekiwaniami, ale i tak robi wrażenie. Wzornictwo skandynawskie, pomysłowość, użyteczność zawsze stały na wysokim poziomie. Ale te ceny… jeśli coś stłuczesz to żeby spłacić szkody, musisz wydać równowartość kilku mieszkań. Cena pojedynczej rzeźby, instalacji to od kilku do kilkuset tysięcy SEK.

Ponieważ nie mam zbyt dużo czasu, to nie czekam już na możliwość samodzielnego wytopu szkła, tylko idę na łatwiznę i odwiedzam sklep przy hucie. I dalej do Ryd, gdzie jestem umówiony z kolegą na 12:00, a kiedy wyjeżdżam spod sklepu już jest za kwadrans 12:00. Do Ryd docieram około pierwszej. Stamtąd już razem ruszamy na cmentarz.

IMG_0596
Zwrócone naturze wraki
Kyrko Mosse to miejsce wyjątkowe, bo ktoś tu postanowił zwrócić naturze, to co kiedyś jej zabrano. W jednym miejscu zgromadzono kilkadziesiąt samochodów z lat pięćdziesiątych, może sześćdziesiątych i pozostawiono, żeby natura przyjęła je z powrotem. I rzeczywiście. Część eksponatów już jest prawie równa z ziemią. Przyglądając się tym resztkom widzę, że większość to rodzima produkcja – Volvo, w wersji osobowej. Ale jest także kilka dostawczaków, autobus, traktory.

Przed nami jeszcze jeden punkt i nocleg. Pierwszy etap to super droga. Prawo, lewo, góra, dół, tuż przy lesie, a droga szeroka na półtora samochodu. Gdyby tylko nie obawa o łosie, to można by poćwiczyć apeksy, okienka wlotowe i wylotowe.

[sam id=”11″ codes=”true”]

W Lagan, a właściwie w Alg Shop i Algland wizyta u łosi. Przede wszystkim sklep z pamiątkami. Łosie poduszki, magnesy, rzeźby, otwieracze, kubki, koszulki, naklejki, do tego trolle. Po małych zakupach odwiedzam pensjonariuszy Algland, czyli łose i jadę na kemping.

Namiot rozstawiony i po raz pierwszy w trakcie wyprawy taniec z komarami…

Łosi brak

IMG_0617
O łosia łatwiej na drodze niż w rezerwacie

Dzisiaj startuję z opóźnieniem. Kemping opuszczam ok 10:00. W planach łosie na wolności i wioska z XIX wieku. Do łosi jest niedaleko. Na parkingu trochę turystyków. Najpierw wizyta w informacji, czy aby biletów nie trzeba i jazda na wieże widokowe.

W informacji są lunety, żeby obserwować park. Niestety łosi na horyzoncie brak. Czas na wieże. Jedna niska, niczym przeciętna ambona u nas w lesie, ale druga to kilka pięter. Na samej górze przyjemny chłodek i wiaterek, bo na dole ok 30 stopni. Ale i tutaj nie dostrzegamy łosi. Zapewne za gorąco i siedzą po bagnach, a z wież czy poprzez lunety widok na łąki i jeziora. Super widok, duża przestrzeń, na horyzoncie zamknięta lasem, przed którym jest jezioro. Pomiędzy wieżą, a jeziorem łąki – podmokłe, a właściwie zalane wodą.

Dalsza trasa to wyprawa na zachodnie wybrzeże do wioski, w której odtwarzane jest życie z XIX wieku. Domy, mieszkańcy, stroje. W maju wioska zamieszkana jest tylko w weekendy. Więc domy i obejścia oglądam tylko z zewnątrz. Za wioską trafiam na ciekawy widok. Uprawa ziemi, ale nie taka jak dziś. Dwa konie, radło i najpierw chłop, a potem baba tą ziemię orają jak za dawnych lat.

Dalsza część drogi to już typowa przelotówka. Krótki postój w sklepie i jadę autostradą w stronę Malmo. Jutro przeprawa przez Sund.

Z deszczem w stronę domu

IMG_0671
W skansenie życie biegnie jak kilkaset lat temu
Jeszcze tylko rozliczenie za nocleg i na Oresundsbron. Pierwszy most, ten tak bardzo reklamowany, jakoś nie robi na mnie wrażenia. Najpierw mostem, potem kawałek po wyspie i przejazd tunelem. Ledwie opuszczam Szwecję, już mam ochotę do niej wracać. W Danii poczułem się niemal zagrożony. Tam cisza, spokój, pustki na drodze. Tu samochód na samochodzie, a styl jazdy jak w Polsce. Dodatkowo w trakcie tankowania, za płatność kartą jest doliczana extra kwota (nie wiem dlaczego). Ale Dania ma też swoje dobre strony. Zatrzymałem się by złapać chwilę oddechu przy punkcie z hamburgerami. Tam mięso w hamburgerze wystaje poza bułkę i ma smak mięsa, a warzywa są warzywami.

No i ten drugi most, nad Wielkim Bełtem (Storebaeltsbroen). 17 km mostu z widokami na morze i ląd sprawia, że zwalniam, żeby jak najdłużej na to patrzeć. Końcówka Danii i początek Niemiec to przebieranka. Na horyzoncie chmury. W Danii tylko straszy deszczem, ale w Niemczech zaczynają padać tak wielkie krople, że w pierwszej chwili myślę, że to grad. Zjeżdżam na stację paliw, pod dach, żeby przeczekać ulewę. Wrzucam na luz, a tu coś niedomaga – jakby na jednym garnku nie dopalał. Więc nie gaszę, a trzymam lekko na obrotach. Jak wejdzie powyżej 3 tys, to jest ok, ale poniżej coś przytyka. Gdzieś musiało go zamoczyć.

IMG_0430
Piękne budynki są co krok
Ale nic, ruszam. W Niemczech dotacje unijne zrobiły swoje. Autostrady w remontach. Ze względu na pogodę skracam czas powrotu z trzech do dwóch dni, co oznacza, że dziś muszę trochę pojechać i zamiast w pobliżu granicy z Danią nocuję pomiędzy Hamburgiem, a Berlinem. Motel przy trasie, warunki ok, tylko internetu brak. Rano szybkie śniadanie i ostatnie 800 km do zrobienia. W lutym, po tutejszych autostradach jechało się sprawnie, teraz ze względu na remonty jednak trochę się traci. I znowu zaczyna moczyć. Trochę przed granicą z Polską.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Dojeżdżam do granicy. Na przejściu wspólna brygada polsko-niemiecka. W pewnym momencie rzucają papierosy, bieg do samochodu, światła i start. Coś do mnie…??? Nie, pogonili za jakimś małym dostawczakiem i wzięli go na pobocze. Kawałek dalej, już na autostradzie nerwowe krzątanie, policja stoi na sygnale, coś zabezpiecza. Okazało się, że chwilę wcześniej wysadziło koło w ciężarówce. Dobrze, że mnie przy tym nie było, bo guma na dużej przestrzeni rozrzucona. Na stacji ściągam deszczówkę i spokojnie gonię dalej. Niestety pogoda nie chciała odpuścić. Za Koninem jak nie lunie – widoczność spada do 150 m. Wiatr zaczyna już nawet nie wynosić, a wyrzucać na drugi pas, z taką mocą, że wcześniejsze doświadczenia to pikuś. Wskakuję pod wiadukt i czekam.

Stoi już tam jeden Anglik na motocyklu. Za chwilę na autostradzie jeżdżą już tylko ciężarówki, bo pozostali stają na poboczu. Po około 20 minutach zaczyna odpuszczać. Jeszcze tylko moczenie za Łodzią i jestem w domu.

1 KOMENTARZ

  1. Świetny wyjazd, zbieram się w sobie aby wyruszyć do Skandynawii, może w przyszłym roku się uda…
    Odnośnie nawigacji – szczerze polecam darmowe mapy zarówno Polski jak i reszty Europy. Kilka razy przekonałem się, że mapy komercyjne mają bardzo duże opóźnienia w stosunku do darmowych co zmieniało zupełnie układ trasy. Polecam ump.waw.pl oraz OpenStreetMap jako sprawdzone źródła, a gdy już je sobie wgracie, ustawcie w Garminie motocyklowe planowanie trasy. Zapewne czasem się zdziwicie, że niedaleko domu można mieć takie fajne zakręty :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here