Słowenia jest małym i bardzo ciekawym krajem. Łączy surowy górski klimat Alp Julijskich z przylegającą do Adriatyku równina o klimacie ciepłym, typowo południowym. Oba regiony dzieli zaledwie 150 kilometrów. 

 

Tekst i zdjęcia: Mariusz “Maju” Janusek

Przed wyjazdem odnajduję w internecie kemping w okolicy Lublany, stolicy Słowenii. Oferuje on do wynajęcia domki, jednak ostatecznie nie decydujemy się na rezerwację. Doświadczenia z poprzednich wyjazdów podpowiadają mi, że damy radę i bez tego. Miejsce które sami znajdziemy będzie naszą bazą noclegową na cały czas pobytu w Słowenii.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Startujemy o 9. rano z Wrocławia i jedziemy prosto na południe. Mijamy Kłodzko, granicę przekraczamy w Boboszowie i kierujemy się na Wiedeń przez Brno.

W stolicy Austrii posilamy się. Na najbliższej stacji benzynowej zaopatrujemy się w dziesięciodniowe naklejki na autostradę, dzięki czemu dalszy odcinek trasy odbywa się znacznie szybciej i bez dłuższych postojów. Przez Graz i Klagenfurt trafiamy pod granicę słoweńską, którą ostatecznie przekraczamy w Loibltunnel. Przez miasta Trzic i Kranj trafiamy do wcześniej upatrzonej małej miejscowości Smlednik niedaleko Lublany.

IMG_0654

Kraina

Kraina jest nazwą jednego z regionów historyczno-etnograficznych tworzących dzisiejszą Słowenię. W XIX wieku jako Księstwo Krainy była krajem koronnym Austro-Węgier. Na początku XX wieku wchodziła ona w skład Rzeszy Niemieckiej.

Tutaj zaczynamy poszukiwania kempingu. Kiedy odnajdujemy strzałki wskazujące miejsce docelowe okazuje się, że jest to gdzieś o wioskę dalej. Szutrowa droga którą jedziemy w pewnym momencie przegrodzona jest całkowicie barierkami i znakami „roboty drogowe”.

Dalej rzeczywiście widać wykopy, ale ponieważ nie ma rowów bez problemu omijamy wykopy jadąc skrajem łąki. W końcu luźna nawierzchnia to dla naszych maszyn nic nowego. Szukane miejsce jest w pierwszej wiosce za wykopami. Wolny jest tylko jeden domek, bierzemy więc to co jest. Podobno niedługo zwolni się drugi. Nie jest źle, gdyż mamy do dyspozycji dwa pokoje, łazienkę i kącik kuchenny. Na dwa motocykle i dwie pary wystarczy. Jednoślady parkują tuż przed domkiem. Za jeden domek wynajęty dla dwóch osób właściciele ośrodka życzą sobie 150 zł, dla czterech osób – 230 zł za dobę.

Kolejką na zamek

IMG_0695

Pierwszy dzień pobytu chcemy przeznaczyć na zwiedzenie położonej niecałe 20 kilometrów dalej Lublany. Rano odnajdujemy inną, otwartą drogę z kempingu na pobliski asfalt i lecimy na południowy wschód do stolicy.

Wjeżdżamy do centrum miasta, parkujemy kulturalnie na deptaku i spinamy razem motocykle. Akurat trafiamy na targ staroci, gdzie można kupić wszelkiego rodzaju gadżety z dawnych lat. Zwiedzamy kawałek centrum. Jest ono małe – jak zresztą cała stolica Słowenii, a następnie zastanawiamy się nad sposobem dostania się na zamek górujący ponad miastem.

Lublana

Lublana została założona przez Rzymian w I wieku n. e. pod nazwą Emona. W kolejnych wiekach była pod panowaniem Francji, Niemiec i Austro-Węgier. Po I Wojnie Światowej miasto znalazło się w Królestwie Serbów, Chorwatów i Słoweńców. W latach 1945-91 Lublana stała się stolicą Socjalistycznej Republiki Słowenii w ramach Jugosławii.

Wsiadamy więc na motocykle i jedziemy według wskazań GPS – w stronę drogi, która na mapie przebiega w okolicy szczytu. Szybko okazuje się, że rzeczywiście przebiega – ale przez wnętrze góry. Długim tunelem trafiamy na przeciwną stronę wzgórza. Ostatecznie dostajemy się na miejsce specjalną kolejką szynową.

Zamek wewnątrz wygląda zupełnie inaczej niż z dołu miasta, niestety gorzej. W środku znajduje się dużo współczesnego betonu i sklepy z pamiątkami. Z wieży zamkowej rozpościera się widok na okolicę, ale to nic szczególnego – widzimy głównie współczesną zabudowę i równinny teren. Wejście na zamek jest bezpłatne, ale trzeba zapłacić za kolejkę i wejście na wieżę.

Opuszczając Lublanę zaczynamy poszukiwania innego noclegu na zapas, bo w obecnym nie mamy do dyspozycji dwóch ostatnich nocy – jest już rezerwacja dla kogoś innego. Znajdujemy oferty z różnymi cenami w małych hotelach i motelach. Ceny zaczynają się od 100 zł za parę.

IMG_0659

Wieczorem oglądamy telewizję. Chcemy się dowiedzieć jaka pogoda będzie następnego dnia. Klimat w tym małym kraju potrafi się znacznie różnić w zależności od rejonu. Ponieważ w górach ma być nieciekawie, na jutro planujemy wyjazd nad morze.

Kawałek Italii

Nazajutrz zwykłymi drogami jedziemy w stronę Adriatyku, przez Lublanę i Postojną. Nad nami cały czas dużo chmur, wyraźnie odczuwamy również chłód. Pogoda zmienia się gdy kończą się pagórki, a my trafiamy prawie nad samo morze koło Triestu. Tutaj jest już ciepło i słonecznie. Postanawiamy zobaczyć kawałek tego włoskiego miasta i zaraz potem jesteśmy już poza granicami Słowenii.

100_4152

W Trieście panuje typowy dla Włoch zgiełk. Szybko pojawia się mnóstwo jednośladów, które wciskają w każde wolne miejsce. Zupełnie inny świat – dotychczas mijaliśmy uśpione miejscowości o małym ruchu, a tutaj – totalny chaos. Ponieważ nie planowaliśmy zwiedzania Włoch przejeżdżamy tylko nadmorski kawałek miasta i oglądamy to, co akurat przypadkowo napotykamy. Dzięki motocyklom nie mamy problemu z zatrzymywaniem się w najciekawszych miejscach.

Jaskinia UNESCO

Wracamy do Słowenii małym przejściem granicznym, skąd mamy już tylko kilkanaście kilometrów do Skocjan. Tutaj znajduje się jedna z bardziej interesujących jaskiń. Mamy szczęście, bo za pół godziny jest możliwe ostatnie dziś zwiedzanie. Bilety kosztują 50 zł i honorowane są jedynie karty Maestro. Zwiedzanie zaczyna się od najwyższej części jaskini, do której prowadzi sztucznie wykuty korytarz.

Chodzi się po wylanym z betonu chodniku, a po bokach umieszczono barierki. Przewodniczka opowiada również po angielsku. Na początek widzimy niewielkie stalaktyty i stalagmity, a po przejściu dalej trafiamy do potężnej sali – tak dużo pustego miejsca pod ziemią robi wrażenie. Oficjalne fotografowanie jest oczywiście zabronione, lecz my robimy zdjęcia kompaktem z ukrycia.

Jaskinie Szkocjańskie

Ich łączna długość wynosi ok. 6 kilometrów. Jaskinie charakteryzują się dużą wysokością komór i korytarzy oraz płynącą przez nie podziemną rzeką o nazwie Reka. Wypływa ona spod szczytu góry Sneznik i trafia do jaskini wąwozem pod wioską Skocjan, gdzie następnie trafia do Jeziora Martwego. Od tego punktu zaczyna się nieznana część jej podziemnego biegu mająca blisko 40 kilometrów długości. Reka ponownie wypływa na powierzchnię przy brzegu morza w miejscowości Timav i niedługo potem wpada do Adriatyku.

100_4266

Zaczynamy iść coraz bardziej w dół jednocześnie słysząc coraz większy szum. W końcu stajemy wysoko ponad ogromną pustą przestrzenią, na której dnie płynie szeroka rzeka podziemna. Przewodniczka informuje, iż w miejscu gdzie stoimy była kiedyś woda. Dość ciekawe, biorąc pod uwagę że rzeka jest przynajmniej 100 metrów niżej. Dalszy etap zwiedzania przebiega po wykutej nad rwącą wodą półce skalnej. W końcu trafiamy na most, który wzniesiono 45 metrów ponad wodą. Cała ta trasa wzdłuż rzeki jest dość długa i przypomina spacer szlakiem w skalistych górach.

Kiedy na końcu tunelu pojawia się naturalne światło dzienne, wychodzimy na powierzchnię na zboczu głębokiej rozpadliny. Okazuje się, że ostatnim etapem zwiedzania jest kolejka, która wywozi zwiedzających na poziom parkingu. Zdecydowanie polecam zobaczenie tej jaskini – jest ona wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO. Jest jedną z wielu setek tego typu jaskiń w kraju.

Następnie jedziemy do Hrastovlje. Cała trasa odbywa się mało uczęszczanymi drogami dobrej jakości. Z trafieniem nie ma problemu, gdyż uwzględnia je nawigacja GPS. Na miejscu znajduje się Kościół św. Trójcy. Ta niewielka budowla wzniesiona w XV wieku słynie z oryginalnych malowideł na ścianach. Przedstawiają one na przemian ludzi i szkielety – motywy często przedstawiane w przewodnikach i innych materiałach o Słowenii.

Wybrzeże Adriatyku

IMG_0755

Jedziemy w stronę morza. 35 kilometrów dalej jesteśmy już pod samą chorwacką granicą i po kolejnych kilku docieramy do Portoroz. Tutaj z wody morskiej jest pozyskiwana sól, ale nie dane nam jest ujrzeć sam proces produkcyjny. Zalane pola podzielone na kwadratowe zbiorniki widoczne są przy drodze.

Tuż obok jest miejscowość Piran. Do nadmorskiej części na cyplu wjazd jest płatny. Szlaban w poprzek drogi skutecznie zagradza przejazd samochodom, ale nie motocyklom. Wjeżdżamy. Jeden z miejscowych informuje, że jednoślady wjeżdżają gratis. Na miejsce trafiamy tuż przed zachodem słońca. Pięknie koloryzuje ono wszystko na czerwono. Skłania nas do dłuższej sesji fotograficznej tym bardziej, że jesteśmy w tak malowniczym miejscu o tak specyficznej porze.

W bezpośrednim sąsiedztwie mamy większe miasta – jak Izola i Koper, ale ze względu na zapadający zmierzch nie odwiedzamy ich. Zapadające ciemności zmuszają nas do szybkiego powrotu autostradą. Do Lublany mamy niewiele ponad 100 kilometrów. Prowiant na kolację i śniadanie kupujemy jeszcze w mieście. Wprawdzie na kempingu jest sklepik, ale przed sezonem nie ma tam za dużego wyboru.

Dostajemy dzisiaj drugi domek do dyspozycji i od tej nocy Transalp nocuje na czymś w rodzaju balkonu.

Szybki Krk

Ponieważ chorwacka wyspa Krk jest oddalona tylko 50 kilometrów od Słowenii – trzeba to wykorzystać. Lecimy więc za granicę. Przed wyruszeniem okazuje się, że kompanka Jacka nie ma paszportu, a Chorwacja przecież to jeszcze nie Unia Europejska. Decydujemy się jednak zaryzykować. Na trasie wśród zalesionych pagórków mijamy miasta: Postojna, Pivka i Ilirska Bistrica. Jest słoneczna pogoda, ale przed nami na horyzoncie wiszą czarne chmury – wygląda, że to nad Chorwacją.

Pod bramki graniczne wjeżdża pierwszy Jacek, bo przecież to ich mogą nie wpuścić. Wszyscy po prostu pokazujemy dowody osobiste i na szczęście udaje się przejechać. Jedziemy boczną drogą, ponieważ chcemy zobaczyć coś więcej. Rijekę traktujemy tranzytowo. 20 kilometrów dalej zatrzymujemy się przed mostem na wyspę. Są bramki, a wjazd jest płatny. My mamy tylko europejską walutę, ale udaje się dogadać i w końcu nas wpuszczają.

Już na wyspie Krk kierujemy się do miasta o tej samej nazwie. Północna, równinna część pokryta jest jedynie wysokimi krzakami. Wciąż świeci słońce, a widziane wcześniej ciemne chmury gdzieś znikły.

IMG_0862

Domy kryte czerwoną dachówką, trochę murów obronnych od strony morza, nadmorski deptak, przystań jachtów – takie widoki tu spotykamy. Na dłużej chcemy się jednak zatrzymać na końcu wyspy. Krajobraz zaczyna się zmieniać: po obu stronach wyrastają skaliste pasma górskie i w takim otoczeniu trafiamy do miejscowości Baska. Dalej się nie da. Przed nami morze, a za nim widać kontynentalną część Chorwacji. Rozgaszczamy się na plaży, a za kebaba udaje się nam zapłacić w euro. Wracamy wąskimi i krętymi drogami północno-zachodnią częścią wyspy.

Słoweńskie Alpy

IMG_0933

Słoneczna pogoda dzisiejszego dnia sprawia, iż wybieramy się w Alpy, a konkretnie w zachodnią część Triglavskiego Parku Narodowego. Już po przejechaniu 40 kilometrów trafiamy do miasta Bled. Leży ono nad jeziorem o tej samej nazwie, na którym znajduje się wyspa, a na niej kościół. Na brzegu, na wysokiej skale wznosi się warowna budowla udostępniona dla turystów. Miejsce bardzo malownicze, z zaśnieżonymi szczytami Alp w tle. Do wyspy kursują małe turystyczne łodzie.

Jedziemy dalej szeroką doliną, jedyną drogą na zachód. Po lewej mijamy Park Narodowy z najwyższymi szczytami Słowenii, po prawej – góry dzielące Słowenię i Austrię. Przejeżdżamy przez Jesenice i Kranjską Gorę i tuż przed włoską granicą skręcamy w lewo w dolinę o nazwie Planica, by po chwili dojechać do skoczni narciarskiej. Ten „mamut” o nazwie Letalnica jest największą skocznią na świecie. Latem obiekt wygląda zupełnie inaczej niż zimą: skocznia sprawia wrażenie krzywej, a dziwne wrażenia potęguje płynący w poprzek zeskoku strumyk. Mimo to moja pasażerka (fanka skoków narciarskich) jest zachwycona, ponieważ jest to dla niej najważniejszy punkt tej wyprawy.

Planica

Planica jest doliną górską położoną w Alpach Julijskich przy granicy z Włochami i Austrią niedaleko Kranjskiej Gory. Znajduje się tam kompleks skoczni narciarskich, z których najbardziej znana jest Letalnica – skocznia mamucia (najwyższa na świecie). Zbudowano ją w pierwszej połowie XX wieku i nazwano pierwotnie Velikanka. Obiekt nie jest wyposażony w igelit ani w sztuczne oświetlenie, dlatego konkursy rozgrywa się tam tylko zimą i zawsze w godzinach porannych. Punkt konstrukcyjny skoczni wynosi 185 m. Rekord długości skoku – 239 m, został ustanowiony przez Bjorna Einara Romørena 20 marca 2005 r. Najdłuższy skok oddany przez Polaka wynosi 225 m. Odległość ta została uzyskana przez Adama Małysza 22 marca 2003 r.

IMG_0819

Wracamy do głównej drogi i jedziemy dalej na zachód. Chcąc objechać góry Triglavskiego Parku Narodowego musimy przejechać kawałek poza granicami Słowenii. Wjeżdżamy do Włoch i po kilkunastu kilometrach skręcamy na południe, by w końcu dotrzeć do malowniczego górskiego jeziora. Zielonkawa woda o niesamowitej przejrzystości, malutka wysepka porośnięta iglakami, ośnieżone szczyty, wszystko to spotykamy tutaj. Lago di Predil to miejsce tak spokojne i ciche, że aż nie chce się jechać dalej.

Triglavski Park Narodowy

Park jest położony w skalistych górach rozdzielonymi głębokimi wąwozami i spienionymi potokami. Utworzono go w 1924 roku. Centralnym punktem Parku jest Triglav (Trzy Głowy) – olbrzymia góra o trzech wierzchołkach. Jego północna, wapienna ściana jest niemal pionowa i ma 1000 metrów wysokości oraz 3000 metrów szerokości. Ze ścianą zespolony jest pionowy filar, wysoki na około 150 metrów, zwany Sfinksem.

Wielu alpinistów wybiera tę najtrudniejszą drogę na szczyt, gdyż według ludowych wierzeń można spotkać tam legendarnego Złotoroga, czyli mitycznego kozła ze złotymi rogami, który żyje na szczycie góry i strzeże jej skarbów. Między skalnymi szczelinami spotyka się tam wiele unikatowej roślinności – między innymi różę Triglavu, niebieską goryczkę, żółtą pępawę i mak julijski.

Kiedy w końcu ruszamy, dalej wspinamy się krętymi serpentynami, aby dotrzeć ponownie do Słowenii. We Włoszech przejechaliśmy zaledwie 23 kilometry. Wyraźnej granicy oczywiście nie ma, ale zamiast tego przy drodze jest stara fortyfikacja. Miejsce na militarną budowlę idealne, gdyż broni ona jedynej w okolicy drogi do Włoch. Dodatkowo nad budowlą powiewa podarta włoska flaga zatknięta na drewnianej żerdzi. To zestawienie poniszczonych murów i flagi w podobnym stanie sprawia wrażenie, jakby przed chwilą zakończyła się jakaś bitwa.

Kilkaset metrów dalej, już w Słowenii, widzimy kolejną warowną budowlę na stoku góry. Na najbliższym rozwidleniu skręcamy w lewo aby dotrzeć pod szczyt Mangart (2677 m n.p.m.).

100_4182

Trasa jest poprowadzona raz jedną, raz drugą stroną kamienistego żlebu, którym schodzi woda i śnieg z wyższych partii gór. Jednak my już po 2 kilometrach jesteśmy zmuszeni do odwrotu z powodu zasypanej drogi. Zawracamy i kontynuujemy podróż dolinami w głąb Parku Narodowego. Jadąc dalej w stronę miasteczka Soca zauważamy, że jest tutaj więcej obronnych budowli dostępnych dla zwiedzających.

Leżą one wzdłuż strumienia, nad którym przerzucone są wiszące mosty dla pieszych. Kiedy zatrzymujemy się przy jednej takiej przeprawie, rwący nurt znajduje się akurat na wprost nas, w głębokim na kilka metrów wąwozie. Za miejscowością Trenta jedziemy ciasnymi serpentynami. Asfalt jest tu dobrej jakości bez niebezpiecznych piasków na zakrętach. W końcu trafiamy na najwyższą przełęcz Słowenii – Vrsic (1611 m n.p.m.).

IMG_0793

Tutaj zalegają jeszcze spore ilości śniegu, a na parkingu masa turystów. Skończyło się wspinanie pod górę, teraz czas na ekonomiczny tryb jazdy, czyli z górki. Z przełęczy zjeżdżamy na północ w stronę miasta Kranjska Gora. Okazuje się że kręte i strome zakręty mają nawierzchnię wybrukowaną, a proste odcinki to asfalt.

Słoweńskie wina

Słowenia jest siódmym w Europie producentem wina. Wytwarza go ok. 100 mln litrów rocznie, z czego tylko 8% jest eksportowane. Spowodowane jest to wyższym niż we Włoszech spożyciem, tj. 40-50 litrów na osobę rocznie. W Mariborze rośnie najstarsza na świecie winorośl – Stara Trta. Ma ona ponad 400 lat i rocznie daje około 100 butelek wina.

Po zjechaniu na dół docieramy w okolice Planicy. Wracamy nią kawałek w stronę Jesenic i Bledu, aby ponownie wjechać do Vrata. Przez 10 kilometrów brniemy wśród lasów, aby w końcu znaleźć się na małym parkingu. Dalsza część drogi jest zamknięta szlabanem, który akurat został otwarty na czas przejazdu terenowych samochodów tutejszych ratowników górskich.

Stoimy przez chwilę i kiedy wyjeżdża ostatnie auto, jeden z ratowników macha ręką abyśmy wjeżdżali. Zadziwia mnie tym, ale dwa razy nie trzeba nas zachęcać. Już po chwili parkujemy pod samym schroniskiem. Posilamy się i na piechotę zaczynamy eksplorować otoczenie. Odkrywamy lądowisko dla helikopterów.

Z drugiej strony schroniska jest malutka kapliczka, do której można zajrzeć przez kratę. Jesteśmy na wysokości 1000 m n.p.m. i z każdej strony otaczają nas skaliste, zaśnieżone góry, w tym najwyższy szczyt Słowenii, którego wizerunek widnieje na fladze państwowej – Triglav (2864 m n.p.m.). Kiedy słońce zaczyna zachodzić, ruszamy na nocleg do naszej bazy.

Sztuczny wodospad

IMG_0750

Ponieważ od dzisiaj na nasze domki jest już rezerwacja, rano zmieniamy miejsce zamieszkania na okolice miasta Kamnik. Noce spędzamy już w ośrodku SPA. Kolejnego dnia objeżdżamy wschodnią część Triglavskiego Parku Narodowego. Przez Kranj dostajemy się ponownie do miasta i jeziora Bled i dalej wzdłuż zachodniej granicy Parku Narodowego jedziemy wzdłuż rzeki Sava Bohinjka aż do jeziora Bohinjsko.

Tutaj kursują statki wycieczkowe. Mają one za zadanie przetransportować turystów bliżej wodospadu Savice, który znajduje się powyżej wschodniego brzegu jeziora. Moczymy nogi w jeziorze i dalej na kołach jedziemy wzdłuż brzegu aż do końca drogi, gdzie przed pieszą wycieczką nad wodospad posilamy się w leśnej knajpce.

Pieszy szlak wiedzie mniej więcej wzdłuż potoku. Wstęp na wodospad jest płatny w małym domku na początku wędrówki, ale dopiero później dowiadujemy się, że mamy w nagrodę do pokonania wiele schodów i pochylni pod górę w lesie.

100_4221

Kiedy już docieramy na koniec ścieżki, możemy w końcu ujrzeć cel – wodospad Savice. Nie jest od specjalnie wysoki ani szeroki. Woda jest sztucznie spiętrzona tworząc malutkie jeziorko, w skały wmurowana jest jakaś budowla, a poniżej widnieje niski tunel. Wygląda to jak alternatywne ujście wody w kierunku np. turbiny wodnej. Z poziomu wodospadu można również ujrzeć dolinę, w której znajduje się oglądane przez nas przed chwilą jezioro.

Wracamy tą samą trasą i dalej w stronę miasta Bled, ale tym razem mniejszymi drogami przebiegającymi bardziej w górach. Prowadzą one wśród iglastych lasów i zapomnianych małych wiosek. Niedawno skoszona trawa i zapach siana suszonego na specjalnych drewnianych konstrukcjach tworzą specyficzny klimat. W tym rejonie góry są znacznie niższe. Z asfaltu w pewnym momencie zjeżdżamy na szuter, aby po kilku kilometrach ponownie zamienić się na asfalt. Co ciekawe, ten nieutwardzony odcinek jest najwyższą częścią drogi, czyli dojazdem i zjazdem ze szczytu.

100_4167

W końcu tymi zakamarkami trafiamy ponownie do miasta Bled, mijamy je od północy i ponownie jedziemy na wschód. Okrążamy Trzic i kierujemy się na wschód, by się dostać na małą przełęcz na granicy austriackiej – Seeberg Sattel. Dlaczego tam? Bo obok sąsiedniej przełączy byliśmy pierwszego dnia, a chcemy jeszcze zobaczyć coś nowego licząc na ciekawą panoramę. Mijamy mniejsze górki, miasteczka i wioski, gdzie można podpatrzeć zwykłe wiejskie gospodarstwa, z wylegującymi się psami na łańcuchach.

Zostawiamy z tyłu zielone łąki i lasy, a za nimi wznoszące się skaliste szczyty wapiennych Alp Kamnickich.

Alpy Kamnickie

Są one częścią Północnych Alp Wapiennych znajdujących się na terenie Słowenii pomiędzy dolinami Sawy i Sawinji. Ich najwyższy szczyt to Grintovec (2558 m n.p.m.).

Przełęcz na granicy okazuje się dość niska i w dodatku zalesiona, więc widoków nie ma. Są za to nieużywane zabudowania i bramki służb granicznych. Kiedy wracamy słońce jest już na tyle nisko, że oświetla tylko wierzchy skalistych gór na horyzoncie tworząc przepiękne kontrasty. Staramy się jak najszybciej dostać w okolice Kamnika, co z użyciem GPS tym razem nie jest proste, gdyż ten uparcie wyznacza kierunek główną drogą. Na szczęście udaje się wedle naszego życzenia dotrzeć na skróty.

Znikające jezioro

Ostatni dzień naszego pobytu na Słowenii przeznaczamy na zwiedzenie najbliższej okolicy. Na początek postanawiamy zobaczyć znikające jezioro w Cerknicy. Trasa wiedzie przez Lublanę, której centrum omijamy większymi ulicami przeprowadzonymi przez mieszkalne dzielnice miasta. Lokalnie pojawiają się korki, ale dajemy sobie z nimi radę. Po opuszczeniu stolicy jedziemy na południe drogą 643, która ma nas zaprowadzić aż do samej Cerknicy. Z trasy tej korzystają najczęściej duże ciężarówki i autobusy. Stąd nasze zdziwienie, gdy nagle asfalt zmienia się w szuter.

Jezioro Cerknica

Jezioro Cerknica rozlewa się na tzw. polju – kotlinie o płaskim dnie nad zapadniętą jaskinią krasową. W grocie znajduje się duża liczba kotłów erozyjnych, syfonów i podziemnych korytarzy, które przez większą część roku pozostają suche. Od strony południowej polje Cerknica jest zasilane wodami rzeki Strzen, a od wschodu i zachodu podziemnymi wodami z płaskowyżu Bloke i masywu Javornik.

Wiosną i jesienią, w porze intensywnych opadów, wpływają tu strumienie, a woda z bulgotem przenika między skałami. Zapadliska i syfony nie są w stanie wytrzymać ciśnienia napierającej pod ziemią wody, w wyniku czego polje zamienia się w jezioro. Jego głębokość nie przekracza kilku metrów. Kiedy jest sucho (zwykle latem), rolnicy wypasają tu bydło i koszą trawę. Jako pierwszy ten zbiornik wodny odkrył grecki geograf i historyk Strabo i nadał mu nazwę Lacus Lugeus (Płaczące Jezioro).

Nad samo jezioro trafiamy bez problemu, w czym pomagają również drogowskazy. O tej porze roku akwen wygląda zupełnie normalnie. Brzegi porośnięte krzakami, zielone łąki, trzeszcząca pod nogami sucha trzcina zamiast piasku. Jest tutaj również mała wystawa ozdobnych uli. Ich prostokątne przednie ściany pokryte są malunkami.

100_4148

Ewenement tego zbiornika wodnego polega na znikaniu wody latem, a jest to związane z jego wapiennym podłożem. Można powiedzieć że na lato rzeka przenosi się pod skały. Nie jest to rzadkie zjawisko w Słowenii. Dookoła jeziora prowadzi piaszczysta droga, którą przelatujemy z przyjemnością.

Predjamski Grad

Ten zamek z XII wieku został wbudowany w obszerną jaskinię w skałach, zakrywając jej wejście. Około 1570 roku został rozbudowany do obecnego kształtu. Jaskinie połączone są rozległym systemem korytarzy. Chroniła się tam w chwilach zagrożenia najazdami okoliczna ludność wraz ze swoim dobytkiem. W XV wieku zamek była siedzibą legendarnego barona-rozbójnika Erazma Lüggera, który – jak Janosik albo Robin Hood – grabił przejeżdżające w pobliżu kupieckie karawany, a łupy rozdawał biednym.

Podczas wojny austriacko-węgierskiej baron stanął po stronie Węgrów, co w rezultacie doprowadziło do oblężenia zamku przez wojska austriackie. Istnienie podziemnych przejść pozwalało załodze zamku na skryte wychodzenie na zewnątrz po zaopatrzenie. W ten sposób Lügger drwił z Austriaków wysypując je im na głowy. Oblężenie trwało rok, aż w 1484 baron został zdradzony przez kogoś ze swej służby i zabity przez austriacką kulę armatnią w chwili, kiedy przebywał w toalecie.

Jedziemy dalej przez Postojną, do miejscowości Predjama. Tutaj przed wejściem do miejscowej jaskini został w XII wieku wybudowany na skale zamek Predjamski Grad, który był siedzibą miejscowego rozbójnika i barona. Obecnie obiekty są udostępnione dla zwiedzających, a okresowo odbywają się tutaj imprezy o charakterze historycznym. Nie decydujemy się na zwiedzanie wewnątrz, gdyż w planie jest znacznie większa jaskinia znajdująca się 9 kilometrów dalej. Nie bawimy więc tutaj zbyt długo i wracamy kilka kilometrów do miasta Postojna.

Jaskinia Postojna

Znajduje się ona nieopodal miasta Postojna. Jaskinia ma około 20 kilometrów podziemnych sal i korytarzy. Trasa turystyczna ma długość 5,5 kilometra. Jej zwiedzenie zajmuje 1,5 godziny. 4-kilometrowy odcinek tzw. Starego Korytarza pokonuje się kolejką elektryczną. Jaskinia została wydrążona w skałach przez rzekę Pivkę. Jej starym korytem przebiega trasa turystyczna. Wokół siebie można zaobserwować wielometrowe o różnych odcieniach żółci nacieki, zwieszające się ze stropów setki stalaktytów oraz wyrastające z ziemi ogromne stalagmity o najrozmaitszych formach, kształtach i kolorach.

Wchodząc do jaskini można wyraźnie zauważyć osmalone ściany. Jest to efekt działania słoweńskiej partyzantki. W 1944 roku dowodzony przez Polaka oddział partyzantów wysadził znajdujący się tu niemiecki skład paliw.

Lukrowana jama

Znajduje się tutaj najbardziej znana jaskinia w Słowenii – Postojnska Jama. W bezpośrednim sąsiedztwie wejścia jest usytuowany wielki parking, ale obecnie przed sezonem świeci on pustkami. Bilety wstępu to wydatek 70 zł za osobę. Kiedy przychodzi pora wejścia pod ziemię, okazuje się że idzie z nami również wycieczka szkolna z podstawówki. Niesamowity zgiełk mocno daje się we znaki w zamkniętej przestrzeni.

IMG_0777

Udostępniona podziemna trasa turystyczna liczy 5 kilometrów, z czego pierwsze dwa pokonujemy elektryczną kolejką. Siada się na podwójnych krzesełkach zamocowanych na wagonikach i jazda przez tunele. Wyższe osoby muszą uważać na głowę, bo można zahaczyć o skały. Cały przejazd jest dobrze oświetlony. Po zatrzymaniu wagoników wysiadamy i przechodzimy do większej komnaty, w której wszyscy zwiedzający mają możliwość wyboru grupy językowej w jakiej będą dalej zwiedzać jaskinię.

My gromadzimy się w grupie angielskojęzycznej i z zadowoleniem zauważamy, iż hałaśliwe dzieciaki są w innej. Wprawdzie obecnie mało to zmienia, ale z biegiem czasu coraz bardziej się od nas oddalają i robi się w końcu cicho. Zastanawiam się, czy takie wrzaski ze względów bezpieczeństwa nie powinny być zakazane w tego typu obiekcie.

Idziemy kolejnymi korytarzami wraz z wybranym przewodnikiem. Ten szczegółowo opisuje poszczególne miejsca, wyjaśnia wątpliwości, odpowiada na pytania. Chodzi się po chodnikach wylanych z antypoślizgowego materiału. Ogrom i urok tej jaskini trudno opisać, a zdjęcia muszę robić z ukrycia. Zdecydowana większość jaskini wygląda jakby była oblana lukrem.

IMG_0886

Czasami przejście z jednej sali do drugiej jest możliwe tylko dlatego, że został odpiłowany jeden z kilku stalaktytów tworzący naturalną kratę dzielącą pomieszczenia. W podziemnym basenie można zobaczyć żywego płaza, który występuje tylko w okolicznych jaskiniach. Nie ma oczu, pigmentu (dlatego jego skóra przypomina ludzką), nie potrzebuje też do życia światła, a i bez jedzenia może żyć wiele lat. Znany jest on pod nazwą Odmieńca Jaskiniowego (Proteus Anguinus).

Po dłuższym spacerze trafiamy do ogromnej sali, w której organizowane są różne uroczystości, również koncerty. Posiada ona dużą powierzchnię, dzięki czemu jest tak wszechstronna. Pod ścianami ulokowano sklep z pamiątkami, jest nawet barek.

IMG_0985

Tuż koło niego – peron kolejki, którą wracamy w okolice wyjścia na powierzchnię. Po ponad dwóch godzinach ponownie widzimy słońce.

Wyjeżdżamy z parkingu – wielkie tablice zachęcają do zwiedzania. Na jednym plakacie zauważam podziemne miejsce, którego tutaj nie widziałem. Zaciekawiony wczytuję się w reklamę i widzę nazwę – Wieliczka.
Plan został zrealizowany, wsiadamy więc na motocykl i bez pośpiechu wracamy na bazę oddaloną o 80 kilometrów.

Nazajutrz pakujemy się i ruszamy do domu. Przez Kamnikę, Celje, Maribor, Graz, Wiedeń, Brno docieramy do rodzinnego Wrocławia.

2 KOMENTARZE

  1. Świtna relacja:)

    Byłem w zeszłym roku w Alpach Julijskich, ale niestety nie na motocyklu. Polecam także przejechanie Doliny Soczy. Piękne alpejskie widoki oraz duuużo serpentyn :)

    Pozdrawiam Marcin

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here