Ta wyprawa miała wyglądać zupełnie inaczej. Mieliśmy jechać ze znajomymi do Gruzji, ale jak to zwykle bywa nie udało się zgrać urlopów. Serbia wyniknęła trochę przypadkiem, ale okazała się prawdziwym skarbem.

 

Tekst: Paweł Babiszewski, zdjęcia: Paweł Babiszewski i Piotr Ożga

Początkowo planujemy zwiedzić Rumunię, której nie dokończyliśmy w ubiegłym roku. Z Zamościa wyjeżdżamy w sobotnie popołudnie. O zmianie trasy decydujemy w ostatniej chwili, podczas przymusowego postoju blisko granicy polsko-słowackiej, gdzie łapie nas deszcz. Nie decydujemy się na konkretny kraj, lecz wiemy że będą to Bałkany.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Po pół godzinie ruszamy dalej. Deszcz nie słabnie, ale my nie mamy czasu czekać aż przejdzie. Wreszcie jest. Z oddali widzimy znajomą stację Petrochemii w Barwinku. Robimy tu ostatnie tankowanie po stronie polskiej. Teraz lecimy wymienić walutę w pobliskim kantorze. Niestety nie idzie nam to już tak sprawnie. Jesteśmy świadkami okropnej kłótni pomiędzy właścicielką kantoru a jednym z klientów. O mało co nie dochodzi do bójki, ale na szczęście kobieta jest skutecznie odizolowana od krewkiego klienta drewnianą przegrodą.

Mamy dość bycia świadkami tej farsy, wsiadamy na motocykle i dzięki traktatowi z Schengen w mgnieniu oka jesteśmy po drugiej stronie granicy.

Serbia (2)
Niczym z obrazu Van Gogha
Słowacja wita nas lepszą pogodą. Ponieważ miałem już okazje zwiedzić Słowację w przeszłości, nie tracimy czasu na znalezienie noclegu. Naszym celem jest zalew Velka Domasa, powstały ze spiętrzenia rzeki Domasy.
Zachodni brzeg zbiornika obfituje w różnego rodzaju hotele i bazy noclegowe. Ze względu na długi weekend sierpniowy w Polsce i najazd naszych rodaków mamy trudności ze znalezieniem wolnego miejsca.

Po 30 minutach bezowocnego szukania zostajemy odesłani przez bardzo uprzejmego Słowaka do pobliskiego hotelu, gdzie wreszcie się zatrzymujemy. Jesteśmy lekko przemoczeni. Na osłodę dostajemy miskę ruskich pierogów i małe co nieco na rozgrzewkę.

Samoobsługowy fryzjer

Serbia (1)
Afryką do Serbii? Czemu nie!
Kolejny dzień przed nami. Robimy kilka fotek, jemy szybkie śniadanie i przygotowujemy się do wyjazdu w kierunku Węgier. Pierwszym celem jest Tokaj słynący z produkcji wyśmienitego wina. Na drogach panuje mały ruch, świeci słońce, a po drodze mijamy przepiękne pola słonecznikowe oraz sady winogronowe.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Docieramy wreszcie do miasta, gdzie udajemy się prosto do znanej nam z poprzednich wojaży restauracji. Miejsce to znane jest ze świeżych, smacznych potraw rybnych. Krótki odpoczynek, zakup dwóch butelek wina i z powrotem w drogę. Postanawiamy wypróbować GPS, który po kilku kilometrach okazuje się jednak bezużyteczny.

Teraz obieramy kierunek na stolicę Węgier – Budapeszt. Ze względu na znaczną ilość dróg szybkiego ruchu czas przejazdu jest zdecydowanie za krótki. Niestety mamy pecha. W Budapeszcie gubimy drogę na jednym ze „ślimaków”. Kosztuje nas to pół godziny błądzenia w tym pięknym mieście.

Serbia (18)
Kocham takie drogi - nieodkryte i kręte
W końcu wracamy na określony azymut i zaczynamy już prawidłowo przedzierać się do przodu. Powoli nadchodzi zmrok. Przejeżdżamy przez centrum, obok Placu Bohaterów, który w ten sierpniowy wieczór wygląda uroczo.

Najwyższa pora znaleźć miejsce na nocleg. Jest nim hotel sieci Etap, z podziemnym parkingiem i ceną ok. 200 zł za noc dla jednej osoby. Zanim jednak położymy się do łóżek koniecznie musimy zwiedzić tę piękną stolicę nocą. Obfitość rożnych barów, pubów oraz innych lokali zadowoli najwybredniejszego nawet turystę.

Następny dzień wita nas słonecznym i gorącym porankiem. Około godziny 10. udajemy się na poszukiwanie miejsca, gdzie moglibyśmy coś zjeść. Znajdujemy chińską restaurację, która serwuje swoje specjały już od godzin porannych. Szybki kurczak w sosie słodko-kwaśnym i wracamy do hotelu. Po drodze mijamy zakład fryzjerski, gdzie postanawiamy się ostrzyc.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Dzielnica w której przebywamy wygląda raczej na biedniejszą cześć Budapesztu, co potwierdzają również panie fryzjerki swoim niechlujnym wyglądem. Odbija się to też na mojej fryzurze, gdzie po okazaniu swojego niezadowolenia proszę o maszynkę do strzyżenia i strzygę się sam ku zdziwieniu i uciesze pań.

Serbia (43)
Chwila wytchnienia i refleksji
Następnie wracamy do hotelu, w którym już skończyła nam się doba hotelowa, lecz nikt nie robi nam z tego żadnych problemów. Żegnamy piękny Budapeszt i kierujemy się nad błękitny Balaton.

W Budapeszcie podczas postoju w korku nawiązujemy kontakt z Niemcem jadącym na BMW K 1200 LT, który szybko i zręcznie wyprowadza nas na autostradę w kierunku jeziora, a później Chorwacji – naszego następnego celu. Po drodze zatrzymujemy się na stacji benzynowej, gdzie spotykamy kilku motocyklistów.

Poznajemy też parę sympatycznych Polaków na CBR 1100 XX – zamieniamy z nimi kilka słów na temat celu naszej podróży. Mam również okazję porozmawiać z pewnym Holendrem, który wraca do domu przez Słowenię. Był on jednym z uczestników tygodniowego festiwalu muzycznego na węgierskiej wyspie w sercu Budapesztu.

Serbia (37)
Bywały zakręty, które przynosiły takie widoki
Dosiada pomarańczowego XL 600 V, który w tym malowaniu wygląda niezmiernie ciekawie. Największym jednak zaskoczeniem jest nawiązanie znajomości z dwiema Polkami z Poznania, które w nie pierwszą już podobno podróż na Bałkany wybrały się samochodem. Od tej pory przez kilka dni dane nam będzie podróżować razem. Wreszcie docieramy nad Balaton, gdzie jemy wspólny obfity posiłek. Dziewczyny co roku jadą autem w rożne miejsca Europy. Ostatniego lata były w Czarnogórze i bardzo dobrze wspominają ten kraj.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Chorwacka granica: miło, czysto i ogólny porządek. Wymieniamy pieniądze na chorwacką walutę i euro. Ponieważ dzień dobiega już końca, postanawiamy znaleźć jak najszybciej nocleg. Odbijamy więc z autostrady jakieś 100 kilometrów od granicy, na drogę gorszej jakości i postanawiamy jechać do momentu, aż znajdziemy hotel.

Serbia (40)
Może tego nie widać, ale pod kaskiem jest duży banan
Nie trwa to na szczęście długo. Docieramy do położonego na zboczu motelu, gdzie zostajemy przywitani przez właściciela iście po królewsku. Obsługa przemiła, cena 70 zł za noc, na dole restauracja i bar, a do tego motocykle bezpiecznie stoją w garażu. Rozpakowujemy się, idziemy do naszych świeżo wyremontowanych pokojów, gdzie czeka na nas rozpakowanie bagaży i od dawna wyczekiwany prysznic.

Nie możemy się już doczekać kolacji, schodzimy do restauracji i pytamy o tradycyjne mięsne potrawy chorwackiej kuchni. Bez wahania polecono nam „mixed grill” czyli zestaw mięs różnego rodzaju, do których podają nam dwa rodzaje chleba. Ciężko jest opisać smak tych pyszności. Jest to coś, czego nigdy nie próbowałem i tego smaku nigdy nie zapomnę, a to wszystko za jedyne 20 zł.

Nadmorskie bulwary

Serbia (39)
Takie ruiny tworzą klimat Bałkanów
Nastaje kolejny poranek. Tego dnia chcemy dojechać do nadmorskiej miejscowości Senj. Nasza czwórka opuszcza motel w godzinach przedpołudniowych. Udajemy się na autostradę A1, która przechodzi w drogę nr 23 i dobiega do wspomnianego już Senj.

W międzyczasie w mojej głowie pojawia się inny pomysł: mamy kilka godzin zapasowych, więc postanawiamy zobaczyć stolicę Chorwacji – Zagrzeb.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Miasto to wygląda nad wyraz nowocześnie, na jego granicach budowy nowych osiedli idą pełną parą, co świadczy że Zagrzeb nadal się rozwija. Pomimo dużego ruchu i korków na ulicach nie odczuwa się pośpiechu, nie ma też zajeżdżania drogi motocyklistom. Robimy szybką przejażdżkę po mieście, podziwiając architekturę i przepiękny dworzec kolejowy.

Serbia (57)
Drogi Czarnogóry to prawdziwe mistrzostwo świata
Zaczyna się nam powoli kurczyć rezerwa czasowa, więc udajemy się w pościg za naszymi towarzyszkami podroży. Spotykamy się z nimi dopiero na umówionym kampingu w Senj. Lecz tutaj niespodzianka – nocleg na polu namiotowym za motocykl i jedna osobę to aż 90 zł. Na pocieszenie do morza mamy minutę na piechotę. W końcu rozbijamy namioty i idziemy cieszyć się wakacjami.

Zasolenie morza od strony chorwackiej dochodzi do 30%, co prowadzi do kilkumetrowej przejrzystości wody – czegoś takiego nigdy jeszcze nie widziałem na własne oczy. Morze jest ciepłe, lecz na życzenie można znaleźć plażę z chłodną wodą. Nadchodzi wieczór i czas na naszą kolacje, na którą udajemy się do dosyć zatłoczonego centrum Senj.

Senj

Początki miasta Senj sięgają czasów starożytnych. Ta nadmorska osada została założona przez Greków z Peloponezu w roku ok. 350 przed Chrystusem. Za czasów Rzymian działał w niej jeden z ważniejszych portów przeładunkowych. Według legendy w połowie IX stulecia przypłynęli tu z Konstantynopola bracia Cyryl i Metody (ówcześni misjonarze). Tutaj również uruchomiono na przełomie XV i XVI w. pierwszą w kraju – 50 lat po wynalazku Gutenberga – drukarnię.

Symbolem Senju jest ogromna twierdza Nehah wzniesiona w 1558 r. z pozostałości kościołów i klasztorów zburzonych przez Turków. Położone u stóp twierdzy stare miasto to labirynt wąskich i krętych uliczek, w których łatwo zabłądzić. Ulica Potok prowadzi na barokowy Wielki Plac (Velika Placa), do zamku Frankopanów i bramy Velika Vrata, zaś Uskocka na Stari Trg, do XII-wiecznej katedry Najświętszej Marii Panny i renesansowego pałacu z arkadami oraz pięknym dziedzińcem.

Na północ od muzeum rozciąga się stara część miasta zwana Gorica. Po murach obronnych otaczających Senj pozostały między innymi potężne kamienne baszty: Leonova Kula, Lipica i Sabac.

Idziemy bulwarem wzdłuż morza, które emanuje światłem w rożnych kolorach z przytwierdzonych do dna lamp. Robi to na nas duże wrażenie, dodatkowo pozwala nam to oglądać pływające w morzu ryby oraz nurków.
W tej miejscowości spędzamy trzy dni i dwie noce. W dniu odjazdu postanawiamy jeszcze tu wrócić. Kolejny etap: granica chorwacko-bośniacka niedaleko Kleku.

Serbia (59)
Most na Tarze - jeden z najbardziej znanych mostów w Czarnogórze
Jedziemy drogą wzdłuż morza, gdzie widoki zapierają dech w piersiach. Uwagę zwraca brak solidnych zabezpieczeń przed upadkiem z klifu, a podobno w Czarnogórze jest jeszcze gorzej. Cały czas kierujemy się na Dubrownik, temperatura powietrza jest bardzo wysoka, a ja dziękuję sobie, że pojechałem w dosyć lekkiej, przewiewnej kurtce motocyklowej, która średnio nadaje się na deszczową brytyjską pogodę. W międzyczasie próbujemy znaleźć jakiś hotel, ale wszystkie miejsca są już zajęte. Postanawiamy więc wziąć ostatnią kąpiel w chorwackim Adriatyku.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Ponieważ już zmierzcha i spada temperatura, zaczynamy się zbierać do dalszej drogi. Dojeżdżamy wreszcie do granicy chorwacko-bośniackiej. Strażnicy nie sprawdzają żadnych dokumentów, tylko machają nam by jechać dalej. Po kilku kilometrach znowu znajdujemy się w Chorwacji.

Serbia (56)
Tunel motocyklowy
Około północy zbliżamy się do Dubrownika, szukamy bezskutecznie najbliższego pola namiotowego. Dojeżdżamy do centrum miasta mijając po drodze drogowskazy prowadzące do knajpy motocyklowej. Zostajemy miło powitani przez właściciela, który po podaniu nam czegoś do picia wdaje się z nami w dłuższą pogawędkę. W międzyczasie pytamy o ceny noclegów. Okazują się one wysokie, co również dotyczy pól namiotowych.
W końcu znajdujemy jedno takie miejsce. Szybko meldujemy się i targujemy cenę na 45 zł za noc bez namiotu i motocykl. Można i pod gołym niebem gdyż jest bardzo ciepło.

Trochę off-roadu

Nazajutrz pobudka około 10. rano. Granica czarnogórska przypomina przejścia na wschodzie Polski – długie kolejki. Na szczęście my jako jadący motocyklami nie musimy długo stać, a lejący się żar z nieba skutecznie zachęca do szukania choćby odrobiny cienia. Pochłaniamy przy tym olbrzymie ilości wody. Na nieszczęście, gdzieś na Węgrzech gubię camelback – plecak na wodę.

Serbia (53)
Most to most - przejechać trzeba
Przed przekroczeniem granicy mam poważne obawy co do braku Zielonej Karty, która jest tu obowiązkowa. Kłopot w tym, że mój motocykl zarejestrowany jest w Wielkiej Brytanii, gdzie w większości firm ubezpieczeniowych za Zieloną Kartę trzeba płacić i jest ona wystawiana tylko na państwa, przez które chcesz podróżować. Mam jednak nadzieje, ze będę mógł wykupić ubezpieczenie na granicy.

Przy kontroli okazuje się, że nasze paszporty w zupełności wystarczą. Nikt nie pyta nas nawet o dowody rejestracyjne, nie mówiąc już o prawie jazdy. Kierujemy się na najbliższą stację benzynową na małą kawę i zatankowanie motocykli. Zgodnie z rytuałem kupujemy obowiązkową nalepkę z odwiedzanego państwa.
Jedziemy w głąb kraju, chcąc oddalić się jak najbardziej od granicy. Trasa wiedzie wzdłuż Zatoki Kotorskiej, gdzie postanawiamy wykąpać się w Adriatyku.

Podgorica

W czasach rzymskich Podgorica znana była jako Birziminium, a potem do roku 1326 nazywała się Ribnica. Pod koniec IV wieku miasto to było pod panowaniem Wenecji a następnie stało się częścią Imperium Ottomańskiego.

W listopadzie 1918 roku Wielkie Zgromadzenie Serbskie uchwaliło w Podgoricy włączenie Czarnogóry do Serbii. Z czasem Podgorica wraz z Czarnogórą weszła w skład Jugosławii. Podczas drugiej wojny światowej miasto było okupowane przez wojska włoskie, a następnie hitlerowskie.

Z polecenia Josipa Tity w roku 1944, Podgorica została zbombardowana i całkowicie zrównana z ziemią przez naloty alianckie. W latach powojennych zostało odbudowane, a jego nazwa zmieniona na Titograd (na cześć dyktatora Tity). Do Titogradu została przeniesiona stolica Czarnogóry z Cetinje w 1946 roku. Powrót do dawnej nazwy nastąpił w 1992 roku.

Serbia (54)
Szutry! Kat już się cieszy
Naszym kolejnym celem jest stolica Czarnogóry – Podgorica. Miasto wygląda trochę inaczej niż pozostałe regiony kraju. Jest zakurzone, zanieczyszczone spalinami Kamazów i innych postsowieckich ciężarówek. Jest bardzo gorąco i duszno. Podgorica leży w ponad 60-metrowej depresji, a temperatura za dnia przekracza 40 stopni.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Tankujemy na stacji Lukoil. Sieć tych stacji jest obecna w całym kraju. Zostawiamy czarnogórską stolicę i prujemy do przodu. Drogi i krajobrazy robią się coraz ładniejsze. Postanawiamy spędzić kilka dni w tym pięknym i przyjaznym kraju. Zadziwiające jest to, jak wielu mieszkańców sprawnie włada językiem angielskim, nawet w najmniejszych miejscowościach.

Serbia (49)
No ok, brodem tego nie nazwę, ale i tak jest fajnie
W jednym z wiejskich sklepów mamy śmieszną sytuację: na koniec zakupów pytam o masło. Nikt nie wie o czym mówię, pomimo że próbuję wytłumaczyć w kilku językach o co mi chodzi – uciekam się nawet do gestykulacji. Na koniec wychodzi na to, ze masło to po prostu maslo.

Szukamy miejsca na nocleg, co wymaga zaciągnięcia informacji u tutejszych przemiłych ludzi. Okazuje się, że w niedalekim Mojkovacu jest hotelik. Spędzamy w nim dwa dni, a towarzystwa dotrzymuje nam człowiek organizujący wyjazdy terenowe samochodami 4×4.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Zostajemy przez niego skierowani do rezerwatu Biogradska Góra nad jeziorem Biogradskim. Mamy wreszcie pierwszą okazję do zasmakowania prawdziwego off-road, na który tak długo czekaliśmy.

Park Narodowy Biogradska Gora o powierzchni 5,4 tys. hektarów to jedna z trzech ostatnich puszczy w Europie, z typową dla niej roślinnością (80% obszaru to lasy). Wiele drzew ma ponad 500 lat. Pozostała część to połoniny. Na terenie parku znajduje się kilka jezior: najważniejsze – Biogradskie leżące na wysokości 1094 m n.p.m., Pesica, Sisko i Meliki Ursulovac. Na obszarze puszczy występuje aż 86 gatunków endemicznych (unikalnych), blisko 80 rodzajów kolorowych motyli oraz wiele zwierząt takich jak niedźwiedzie, wilki, jelenie czy lisy.

Widoki ze szczytów są zapierające – można je porównać do Karpat. Różnica jest jednak taka, ze czarnogórskie góry są trochę bardziej zalesione.

Serbia (44)
Miał być off-rad a tu droga
Mamy do przejechania około 40 kilometrów bezdrożami. Jednak jazda na stojąco jest nieco utrudniona. Zaczepiam piętą o ucho wychodzące z bocznej stopki, przez co ją nieznacznie rozkładam i tym samym odcinam zapłon. Ponadto ciężki big foot zamocowany do końcówki „kosy” powoduje szybsze się jej rozkładanie.

Mam dość. Odczepiam blachę, a przy najbliższej okazji ucho zostaje odcięte. Pomijając tę wadę mój KTM spisuje się świetnie – tak jak dwa pozostałe które kiedyś posiadałem. Africa Twin kolegi, jak to Afryka, także jest bezawaryjna.

Przez następne dwa dni zwiedzamy okolicę, poznajemy nowych ludzi, uczestniczymy w kilku imprezach zarówno w mieście jak i w hotelu.

Serbia bez Zielonej Karty

Nadchodzi czas wyjazdu z Czarnogóry – następny kierunek to Serbia. Mam jednak wielkie zmartwienie, gdyż nie posiadam Zielonej Karty. Kierujemy się na Białe Pole, a potem na Gostun. Wreszcie granica. Czarnogórscy oficerowie żegnają nas bardzo miło podczas sprawdzania paszportów.

Serbia (21)
Wspaniałe czarnogórskie zakamarki
Jedziemy na stronę serbską – jej widok nie napawa nas optymizmem. Jesteśmy obsługiwani przez żołnierza z karabinem w ręku. Umawiamy się wcześniej z Piotrkiem, że ja jadę pierwszy ze względu na brak najważniejszej przepustki. Pogranicznik pyta o dokumenty i Zielona Kartę. Daje mu co mam. To wprawia go w wielka złość. Zaczyna coś wykrzykiwać i rozkazuje zjechać na bok. Tłumaczę, a raczej kłamię, ze to jest komplet dokumentów, jakie tylko mogę dostać od brytyjskiego ubezpieczyciela i po cichu liczę na załagodzenie sprawy. Oznajmiam, że chcę wykupić ubezpieczenie na granicy, jeśli mam niepełny komplet dokumentów. W międzyczasie Piotrek zostaje obsłużony przez innego żołnierza.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Za chwilę wzywają mnie do budki oficerskiej. Tam pełne zaskoczenie – Hello, how are you? wypowiedziane prawie płynną angielszczyzną. Wita mnie serbski oficer i zaprasza do środka.
Zostaję pouczony o tym, że Zielona Karta jest obowiązkowa. Na granicy nie mogę jej kupić ale 15 kilometrów stąd jest miasteczko, gdzie ją nabędę. Dostaje też ręcznie zrobioną mapkę i mogę jechać.

Serbia

Jako samodzielne państwo Serbia istnieje od 5 czerwca 2006 roku. Powstała w wyniku rozpadu Serbii i Czarnogóry. Serbia i Czarnogóra powstała z kolei 4 lutego 2003 roku z rozpadu Federacyjnej Republiki Jugosławii, utworzonej po rozpadzie w latach 1991-1992 Socjalistycznej Federalnej Republiki Jugosławii. W skład SFRJ wchodziło sześć Socjalistycznych Republik: Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Macedonia, Czarnogóra, Serbia i Słowenia.

Serbia (28)
Z dala od asfaltów nasze motocykle czują się najlepiej
Udało się. Nasza radość okazuje się jednak przedwczesna. Po dotarciu do wspomnianego miejsca odszukujemy oddział Awtozawod (odpowiednik Automobilklubu), który jest zamknięty. Wcale się nie dziwię, gdyż granicę przekraczamy w sobotę i jest już godzina 14.

Pytam przechodnia, czy coś wie o innym takim punkcie w okolicy. Okazuje się ze następny jest po drugiej stronie ulicy, ale też zamknięty. Nasze motocykle przyciągają grupkę osób pracujących w niedalekim zakładzie lakierniczym. Wśród nich jest właściciel zakładu, który okazuje się mieć kontakty z ludźmi pracującymi we wspomnianym Awtozawodzie. Spędza on prawie godzinę na rozmowach telefonicznych, lecz okazuje się, że dla Serbów sobota dzień wolny od pracy. Nie skutkują nawet obietnice zapłaty za zaoferowaną pomoc.

Wreszcie następuje przełom w naszych kłopotach. Pracownicy warsztatu lakierniczego dochodzą do wniosku, że nie potrzebuję Zielonej Karty na przejazd przez Serbię. Na wspomnienie o kontroli drogowej reagują śmiechem, a jeden z nich proponuje abym dał 50 zł łapówki policjantom – wtedy mnie puszczą. Jestem sceptycznie do tego nastawiony, ale mamy do przejechania około 600 kilometrów, więc można spodziewać się nawet kilku patroli lub wcale. Waham się przez następne 20 minut, ale w końcu decydujemy się jechać.

Serbia (30)
Piękno bałkańskich krajobrazów zadziwia
Piotrek jest poirytowany sytuacją, ale na pocieszenie jest jednak fakt, że mamy przed sobą Serbię – obcy kraj w którym jeszcze nie byliśmy. Przed nami pełno tajemnic.

Ruszamy najpierw zatankować motocykle. Gdziekolwiek się nie zatrzymujemy, zostajemy przyjęci bardzo ciepło. Każdy chce z nami porozmawiać. Jednak zaczyna nam doskwierać głód. Rozglądamy się za jakimś lokalem. Dojeżdżamy do dużego skrzyżowania, w środku lasu, wokół którego pełno jest barów i restauracji. Wszędzie stoją motocykle.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Parkujemy nasze sprzęty przy jednej z grup i udajemy się do najbliższego lokalu. Nie mamy serbskiej waluty, tylko euro, wiec pytam dla pewności, czy obsługa na pewno je przyjmie. Należy znać aktualny kurs, w razie częstej serbskiej praktyki zaniżania obowiązującej stawki dinar – euro.

Jest już dosyć późno, więc nie mamy dużego wyboru. Decydujemy się na półmisek baraniny, ze smacznym kefirem i chlebem typu Pita.

Słowackie quady

Serbia (6)
Chopper czy Cadillac? Zależy z której strony się patrzy
Mamy coraz mniej czasu, ruszamy więc w kierunku Węgier do miasteczka Horgos. Serbskie drogi są w dobrym stanie. Wyżynne i pagórkowate tereny robią na nas wrażenie. Praktycznie przez cały kraj wzdłuż głównych tras ciągną się stoiska z owocami, warzywami i mięsem. Czyni to niezwykłą okazję głównie dla turystów, do spróbowania wszelakich płodów serbskiej ziemi. Również my zaopatrujemy się w najróżniejsze smakołyki oraz owoce.

Ostrzegano nas, że kolejki przed granicą mogą być bardzo długie. Wszystko się potwierdza. Ze współczuciem patrzymy na ludzi z końca ogonka – na szczęście nas to nie dotyczy. Tak samo jak przed wjazdem do Serbii: ustawiam się przed kolegą – to wszystko znowu przez brak Zielonej Karty. Mam nadzieję że się uda.

Serbia (5)
Plac Bohaterów w Budapeszcie - dwaj na pierwszym planie
Przychodzi nasza kolej. Celnik od razu krzyczy: Passport and Green Card! Po staremu wyciągam komplet angielskich dokumentów i tłumaczę że to wszystko co mam. Człowiek ten nie jest jednak zadowolony, a ja zaczynam tłumaczenie, że wpuszczono mnie do Serbii bez tego papierka.

Rozmowę prowadzimy w języku angielskim i idzie nam to nadzwyczaj sprawnie. Mundurowy ma już dość – ja tym bardziej. W pewnym momencie wykrzykuje: Don’t understand?, każe mi zjechać na pobocze, a sam znika z mojego pola widzenia. Myślę że już po wszystkim – będą kłopoty i to niemałe.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Po kilku minutach pojawia się obok mnie Piotrek, który przeszedł odprawę pomyślnie. Pyta z uśmiechem dlaczego nie jadę dalej. Odpowiadam, że zabrano mi paszport. Nagle kolega wyjmuje jakieś dokumenty z kieszeni i mi je wręcza.

Serbia (60)
Transport publiczny radzi sobie całkiem dobrze
Okazuje się, że urzędnik dał mu moje, kiedy tego nie widziałem. Śmiejemy się już razem i podjeżdżamy do węgierskich celników którzy przepuszczają nas bez zbędnych problemów.

Zaczyna padać. Kierujemy się w ogromnym deszczu do Szeged celem znalezienia noclegu. Wokół szaleje prawdziwa burza z piorunami. W motelu niestety nie mają wolnych pokoi, ale za to możemy przenocować w baraku. Nie dość że płacimy prawie 200 zł za tragiczne warunki, to dodatkowo jesteśmy kompletnie mokrzy. Przypominam sobie, że przecież w jednym z kufrów mam przeciwdeszczową kurtkę – jest już jednak na nią za późno.

Podczas porannego parkowania motocykli zauważamy Afrykę na polskich tablicach. Należy ona do pary Polaków, którzy jak się okazuje są w drodze do Albanii. Przed wyjazdem rozmawiamy z nimi przez krótki czas i życzymy im szerokiej drogi. My natomiast obieramy kierunek na Słowację do przejścia granicznego w Somoskoujfalu.

Serbia (31)
Czy potrzeba coś dodawać?
Jesteśmy wreszcie u naszych południowych sąsiadów. Mijamy park off-roadowy i nabieramy ochoty na wypożyczenie quadów. Przez kilka minut szukamy wjazdu. Nieoczekiwanie podjeżdża do nas miły Słowak, którego pytamy czy możemy wypożyczyć dwa sprzęty i trochę sobie poużywać. Niestety nie ma możliwości wynajmu, ale jak najbardziej możemy tam wjechać swoimi jednośladami. Spędzamy tam ze 30 minut, a Piotrek w międzyczasie wykonuje kilka efektownych skoków swoją Afryką.

Czas się zbierać i jechać w kierunku domu. Niestety wkrótce musimy się rozdzielić. Kolega postanawia jechać prosto w kierunku Zamościa, a ja – odwiedzić moją dawno nie widzianą rodzinę w okolicach Rybnika. Rozjeżdżamy się za Luczeńcem i obiecujemy sobie bezpieczny powrót do domu. Mi zostaje tylko dojazd do Czech i jestem w Polsce.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Po kilku dniach spotkamy się z Piotrkiem w Zamościu, by podziękować sobie za wzajemnie towarzystwo podczas podroży i opowiedzieć sobie o drodze powrotnej każdego z nas.

Nasz wyjazd to 4200 przejechanych kilometrów, niezliczona ilość pochłoniętego paliwa (szczególnie mojego KTM) oraz niezapomniane i bezcenne wspomnienia. Najdalszy punkt czyli Serbia – choć z wielkimi przygodami – został osiągnięty.

3 KOMENTARZE

  1. Sprostowanie… zasolenie Adriatyku może wynosić 30 promili, a nie procent. Po za tym kilka z tych miejsc zweidziłem w zeszłym roku motocyklem i potwierdzam, że Serbia jest baaardzo fajna (tylko mało jej opisaliście :P )

  2. Przewodnik emocjonalny , ale nie praktyczny. Za mało informacji co do cen, konkretnych tras, mapek itd.(dotyczy Serbii). Oczekiwał bym porad bardziej konkretnych,opisów tras, zabytków, punktów noclegowych, adresów fajnych ludzi, których mam nadzieję spotkaliście itd. Gratuluję udanego wyjazdu!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here