Kiedy sytuacja polityczna na rosyjsko-gruzińskiej granicy pokrzyżowała nasze plany podróży na Kaukaz, zdecydowaliśmy się wybrać na Półwysep Kolski. Podróż w obie strony zajęła nam dwa tygodnie. 

Tekst: Maciej Majcher, zdjęcia: Justyna Jakubowska, Maciej Majcher

Pewnego zimowego wieczoru, stresując się nadchodzącą sesją, zaczęliśmy snuć plany na najbliższe wakacje. Podróż miała spełniać następujące warunki: być tania, krótka, ekscytująca i na wschód. Od zawsze intrygował nas Kaukaz, dlatego tam właśnie zdecydowaliśmy się wtedy udać. Zaczęliśmy wyszukiwać informacje w internecie.

Pierwszy plan ładniejszy od drugiego
Niestety napięta sytuacja polityczna na rosyjsko-gruzińskiej granicy skomplikowała nasze plany. Jedynymi możliwymi drogami dojazdu do Gruzji były prom z Ukrainy lub przejazd przez Turcję. Koszty obu tych opcji znacznie przewyższały nasz budżet. Po długich poszukiwaniach drugiego wariantu zdecydowaliśmy się ostatecznie na Półwysep Kolski.

W maju rozpoczęliśmy intensywne przygotowania.

Pierwsze koty za płoty

Po wyjeździe z Kozienic w Warszawie odbieramy jeszcze wizy do Rosji. Dalej jedziemy przez Mazury, odwiedzając po drodze znajomych w Sejnach. Na Litwie stopniowo, lecz nieubłaganie dochodzi do nas coraz bardziej niepokojąca woń smażonego plastiku. My jednak udając że nic się nie stało jedziemy dalej i przekonujemy się wzajemnie, że to zapewne zapach palonych w ognisku śmieci.

Przez Afrykę najedliśmy się strachu
Następnego ranka Africa odpala już z małym zająknięciem. Delikatnie informuje nas, że potrzebuje pomocy, my jednak, lekceważąc jej prośby, omijamy Wilno z boku. Dopiero po kilkudziesięciu kilometrach zatrzymujemy się na poboczu aby sprawdzić, czy naprawdę musimy się martwić. Niestety, musimy.

Problemem jest brak prądu. „Zapewne padł regulator” – diagnozuje przygodnie spotkany litewski mechanik, a to oznacza dla nas wyrok: koniec podróży. Nie dajemy jednak za wygraną: tygodnie przygotowań, zaciskania pasa i w tak banalny sposób mamy wracać do Polski?!

Wodząc nosem za smrodem spalenizny dochodzimy do wtyczki między alternatorem a modułem. Bingo: okazuje się, że w Polsce przy wymianie na nową za słabo zostały ściśnięte wsuwki. Na szczęście mamy przy sobie drugą, zapasową wtyczkę.

Dobrze, że tu nie ma przypływów
Dzwonimy do Polski, doradzić się i upewnić, że to nie jest wina regulatora. Wszyscy zapewniają, że to słabe styki, więc ściskamy je ile sił w rękach i ruszamy dalej, odpalając oczywiście „z pychu”. Na Łotwie, tuż przed granicą, łapie nas policja za przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym. Stoją tuż przed znakiem – przy wyjeździe z wioski i są nieugięci. Płacimy mandat-łapówkę w rublach.

Docieramy do granicy. Sprawnie i w miarę szybko załatwiamy jedno okienko za drugim. Niestety przez mandat nie starcza nam rubli na „strachowkę” – ubezpieczenie drogowe, a za jej brak możemy znowu dostać mandat. A do pierwszego miasta z bankomatem daleko. Tuż za granicą idziemy do prywatnej budki ze strachowkami.

Sympatyczna młoda dziewczyna proponuje nam, że wyda nam ubezpieczenie za tyle pieniędzy ile mamy, a resztę oddamy jak będziemy wracać. A to wcale nie są małe pieniądze. Mieliśmy wracać inną drogą, lecz jej dobroć zobowiązuje nas do uczciwości. Obiecujemy, że wszystko oddamy.

Burza

Typowy lokalny most
Następnej nocy nocujemy w Pskowie – mieście, zdobytym niegdyś przez Polaków. Kolejnego ranka dojeżdżamy już do Petersburga. Samym miastem jesteśmy rozczarowani – dużo tu wprawdzie wielkich, wystawnych budowli, pałaców i cerkwi, ale odnosimy wrażenie, że brakuje w tym duszy. Oglądamy więc z obowiązku najważniejsze obiekty Petersburga i ruszamy dalej, w kierunku jeziora Ładoga.

Ładoga to największe jezioro w Europie. Rzeczywiście, jego brzegów nie widać. Wszędzie pełno jest piaszczystych plaży, gdzie wielu Rosjan spędza wolny czas opalając się i grillując. Miejsce zdecydowanie mało interesujące. Moczymy tylko ręce i jedziemy nad Onegę drugie co do wielkości jezioro w Europie.

To już miejsce całkowicie inne niż Ładoga: dzikie, bezludne, krystalicznie czyste, o kamienistym dnie. Po długich poszukiwaniach znajdujemy piękny punkt na nocleg w pobliżu tajemniczej wioski na zalesionym brzegu Onegi. Niewielu tu ludzi, widać tylko pojedyncze łodzie rybackie. Rozbijamy namiot nad samym brzegiem.

Psków

200-tysięczny obecnie Psków to jedno z najstarszych miast Rosji. W 1212 roku został zdobyty i spustoszony przez Estów. Od 1510 jest w Wielkim Księstwie Moskiewskim. Był to zawsze ważny ośrodek strategiczno-wojskowy na drogach z Moskwy do portów bałtyckich, wielokrotnie w XIV wieku oblegany m.in. przez wojska Stefana Batorego. Psków to ważny węzeł uruchomionej pod koniec 1862 roku Kolei Warszawsko-Petersburskiej.
koniec ramki

Jezioro Ładoga

Ładoga to największe jezioro Europy, położone w Rosji na północny wschód od Petersburga. Ma pochodzenie lodowcowo-tektoniczne, znajduje się na wysokości 5 metrów n.p.m. Na Ładodze jest ponad 600 wysp, a wypływa z niego rzeka Newa, która z kolei przepływa przez Petersburg.
Wzdłuż brzegów jeziora biegnie Kanał Nowoładoski.

Ni to asfalt ni szuter
W nocy zrywa się straszna burza. Pioruny walą jak opętane w drzewa i tafle wody. Echo rozchodzi się na wiele kilometrów i powtarza przerażające uderzenia potęgując tym i tak silna już burze. Od uderzeń dudni w uszach. Ciarki przechodzą po plecach. Przerażeni zwijamy się w kucki i modlimy o szybki koniec burzy. Po kilku godzinach nawałnica ustępuje i powoli oddala się od naszego obozowiska, pozwalając nam ponownie zasnąć.
To była ciężka noc. Zapamiętamy ją i ten paraliżujący strach do końca życia.

Morze Białe i Apatity

Następnego dnia wjeżdżamy w krainę tysiąca jezior – Karelię. Kiepski asfalt – dziurawy i wyboisty, rekompensuje krajobraz: skałki, pagórki, mniejsze i większe jeziora, mokradła i bagna. Tego dnia powoli dojeżdżamy do Koła Podbiegunowego. Szczęśliwi robimy pamiątkowe fotki przy geograficznym znaku i ruszamy dalej na północ.
Czujemy, że rzeczywiście się ochłodziło. Nocujemy nad Morzem Białym, blisko wioski, w której – jak wynika z rozmowy z tubylcami – jesteśmy pierwszymi Polakami.

Można się zadumać nad życiem
Morze Białe ma bardzo specyficzny klimat – zimny, surowy i tajemniczy. Odmiennie od innych morskich akwenów jest gładkie i spokojne niczym oczko wodne w ogrodzie. Brzeg – górzysty z licznymi skałami schodzącymi w głębię wody. Wszędzie panuje idealna cisza, przerywana jedynie co jakiś czas warkotem silnika rybackiej łodzi.

Kierujemy się dalej na północ i z trasy na Murmańsk odbijamy na wschód do miasta Apatity. Jesteśmy na Półwyspie Kolskim. Apatity to brzydkie, obskurne, szare miasto, powstałe w miejscu największych złóż apatytu, leżące na tle pięknych, wielkich, łysych gór Hibin. Chcąc zbliżyć się do nich, dojeżdżamy do wcale nie ładniejszego – Kirowska.

Postsowiecki szarobrudny przemysł otoczony pięknymi, dzikimi Hibinami wyzwala w nas mieszane uczucia. Ale my planujemy wjechać w największą dzicz tych ciekawych gór. Nie mamy jednak żadnej mapy, która wskazywałaby nam taką drogę, a na miejscu nie ma gdzie takiej kupić. Zaczyna też padać. Chowamy się przed deszczem na przystanku, delektując się smakiem kupionych chwilę wcześniej pysznych rosyjskich ciasteczek. Nagle podjeżdża do nas motocyklista na Yamasze XJR 1200 i pyta, czy u nas wszystko w porządku, czy nie potrzebujemy pomocy.

Podaj łapę!
Po krótkiej rozmowie, Filip prowadzi nas do serca Hibin. O to właśnie nam chodziło. Wymarzony off-road. Kamienista dróżka wzdłuż strumienia między dwoma pasmami gór lekko osłoniętymi mglistymi obłoczkami. Jedziemy i jedziemy i nie możemy wyjść z podziwu. O takim miejscu marzyliśmy przez cały rok.
Powoli zaczyna padać. W końcu dojeżdżamy do schroniska.

Mamy do wyboru dwie opcje. Pierwsza, droższa, dla cudzoziemców w nowo wybudowanym budynku, w bardziej luksusowych warunkach – z łazienką i pościelą. Ten luksus kosztować ma nas obojga 1000 rubli, chyba, że się śpi we własnym śpiworze – wtedy 800 rubli. Druga, tańsza opcja to nocleg w starym drewnianym schronisku z kamiennym piecem na środku izby i piętrowymi łóżkami, bez łazienki. Ten wariant kosztuje 300 rubli. Dopłacając 1000 rubli można też korzystać do woli z sauny.

Wybieramy oczywiście tańszą opcję – jest o wiele bardziej urokliwa w tym miejscu świata, poza tym bardziej przystępna dla naszych portfeli. Postanawiamy też zatrzymać się tu na dłużej.

Dzikie góry

Ha! Wszedłem!
O poranku wyruszamy zdobyć szczyty Hibin. Charakterystyczne dla tych gór są skaliste, dość strome zbocza, porośnięte żółtymi, prawie białymi porostami i płaskie szczyty połączone ze sobą w ciągnące się pasmo. W górach nie ma wyznaczonych szlaków, ścieżek ani żadnych zakazów wjazdu dla motocykli i innych pojazdów.

Przyzwyczajeni do zakazów i nakazów w polskich górach jesteśmy tym mile zaskoczeni. Wybieramy więc pierwsze lepsze podejście i zmierzamy w jego stronę. Idziemy przez prawdziwą, gęstą tajgę, pełną egzotycznej dla nas dzikiej roślinności. Pogoda zmienia się co pół godziny. Raz słońce, raz deszcz. Raz zimno, raz ciepło.
Jesteśmy już u podnóża zbocza.

Zaczynamy ostre podejście, które okazuje się o wiele dłuższe i o wiele bardziej strome, niż się nam początkowo wydawało. Wijący się strumyk dostarcza nam wodę do picia. Wreszcie dochodzimy do szczytu, a widok zapiera dech w piersiach. Po stronie południowej, wspaniała panorama całych Hibinów, srebrzących się jasnymi porostami. Na północ widać ogromne błękitne jezioro. Omijające nas smugi deszczu na przemian zmieniające się z promieniami słońca, tworzą tęczę dodającą całemu obrazkowi kolorytu. Siedzimy wpatrzeni w niego bardzo długo. Czujemy się spełnieni i szczęśliwi.

Kozica z Kozienic
Ze szczytu wybieramy najłatwiejsze zejście. Okazuje się jeszcze trudniejszym niż wejście. Widziane z góry małe kamyczki okazały się głazami, a zielona trawka – nasiąkniętymi wodą porostami, niezwykle śliskimi na ostrych, niewygodnych kamieniach. Ślizgamy się okropnie, buty mamy całkowicie mokre. Przebrnąwszy pas wodnistych porostów wchodzimy w podmokły las.

GPS wyznacza nam azymut na schronisko. Nie możemy iść jednak prosto do celu, musimy wielkimi łukami omijać mokradła. Kolejną przeszkodą jest rwąca, górska, lodowata rzeka. Idziemy wzdłuż jej nurtu wybierając najbardziej dogodne przejście brodem. Zdejmujemy i tak mokre buty i wchodzimy do wody. Jest tak zimna, że przebiegamy przez nią szybko, kąpiąc się w najgłębszym miejscu.

Docieramy wreszcie do drogi. Zadowoleni zmierzamy w stronę schroniska. Patrzymy, a tu zbliża się motocykl – KLE 500. Po krótkiej rozmowie z motocyklistą umawiamy się na następny dzień na wspólny wypad w góry. Dochodzimy do schroniska. Ku naszemu zdziwieniu koło naszej Afryki stoją dwa Transalpy.

Trochę rozmokła ta droga
Nadchodzi wieczór. Przyjeżdżają Filip na swojej XJR i ktoś na starym Uralu. Motocykliści zapraszają nas do wspólnej biesiady. Przy piwku, ziemniakach z gotowanym kurczakiem i przyjemnych polsko-rosyjskich rozmowach mija nam wieczór. Z właścicielami Transalpów z Petersburga umawiamy się też na wspólny powrót.

Nazajutrz dojeżdża Tenerka i KLE. Pożegnawszy Filipa i Dimę od Urala, jedziemy w hibiński off-road. Misza – kierowca Tenerki jest tubylcem z Kirowska i bardzo często pokazuje przyjezdnym motocyklistom najciekawsze zakątki okolic. Na początku jest szutrówka miejscami ubłocona. Potem coraz ciężej – ostre podjazdy usiane wystającymi kamieniami i głazami.

Opony tracą przyczepność na śliskich powierzchniach pokrytych kroplami deszczu. Chwila odpoczynku i znów błotniste, głębokie koleiny i kopanie się kół. Przeprawa przez rzekę, ostry podjazd pod górę i punkt kulminacyjny osiągnięty – piękne jezioro, położone wysoko, otoczone szczytami gór. Drobno-kamienista plaża idealnie nadaje się do endurowych szaleństw. Chwilę odpoczywamy.

Dzidowanie na plaży było bardzo przyjemne
Przeżywając te same uczucia, zaprzyjaźniamy się z rosyjskimi motocyklistami. Ruszamy z powrotem do bazy. W schronisku oględziny strat: ułamane lusterko, wgięta osłona silnika, a u Miszy – kapeć w tylnym kole, taki dziwny, ze dętka wkręcona jest w łańcuch. Żegnamy się z Kirowszczanami, a Transalpowiczom mówimy „do zobaczenia” i jedziemy na Murmańsk.

Czujemy sporą różnicę w długości dnia i nocy. Słońce zachodzi ok. północy, a wschodzi godzinę później. W chłodną, jasną noc grzejemy się przy ognisku i jemy pyszną jajecznicę z kiełbasą.

Ciemno przez godzinę

Murmańsk to duże miasto, nie wyróżniające się niczym szczególnym, poza tym, że do bieguna jest tyle samo co do Moskwy. W porównaniu do innych miast w tym regionie jest jednak bardziej czyste i kolorowe. Nie poświęcamy mu jednak zbyt dużo czasu i uwagi. Wysyłamy kartki do Polski i odwiedzamy port, żeby zaliczyć pobyt nad Morzem Barentsa.

Co prawda nie jest to otwarte morze, tylko mała zatoka, ale nigdzie indziej pojechać nie można. Cały Półwysep Kolski to militarna strefa Rosji i wszędzie jest „zakrytaja zona”. Port Murmańsk jest bazą Północnej Floty Rosji i słynnych łodzi atomowych.

Pod tęczą ale bez podekstów
Zaczynamy wracać. Na trasie spotykamy się jeszcze z Dimą i Aleksjejem od Transalpów. Razem ruszamy na południe. Droga biegnie dość szybko ale niestety nudno. Te same stacje, kawiarenki, krajobrazy. Jedynie dziury w drodze nie pozwalają zasnąć. Motocykle dostają mocno w kość. Od dołów i wibracji pęka stelaż pod zegarami i od kufrów, odkręca się szpilka od silnika i śruba dociskająca główkę ramy.

Po wspólnym pokonaniu sporego kawałka trasy, nocujemy nad Morzem Białym, w bardzo urokliwym miejscu. Następnego dnia jedziemy jak najdalej na południe. Zaproszeni przez Dimę na wieś, nocujemy u jego rodziny i korzystamy z prawdziwej rosyjskiej bani, gdzie temperatura dochodzi do 100 stopni.

W okolicach Petersburga rozstajemy się z naszymi współtowarzyszami podróży. Reszta trasy idzie sprawnie i szybko. Po drodze odwiedzamy jeszcze budkę ze strachowkami, oddajemy pieniądze i dajemy pani z okienka dużą czekoladę z wyrazami wdzięczności. Granica już bez żadnych problemów. Potem – Łotwa, Litwa i jesteśmy już w kochanej Polsce. Po noclegu w okolicach Augustowa docieramy do domu.

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here