[sam id=”24″ codes=”true”]To było całkiem niedawno, choć wydaje się inaczej. Pamiętam jak to przeżywaliśmy – nasza pierwsza wyprawa, pierwszy raz przy wieży Eiffla, na Lazurowym Wybrzeżu, na alpejskich zakrętach i wreszcie w zielonej Szwajcarii.

Tekst i zdjęcia: Liwia Klich i Sebastian Mazur, LifeWeLove.com

Ta wyprawa była pierwsza pod wieloma względami. Po raz pierwszy korzystamy z couchsurfingu jako surferzy. Nagrywamy pierwsze video, niemal video-dziennik z wyprawy, pieczołowicie zmontowany z bardzo średniej jakości filmów z aparatu. A w podróży tyle kolorów, emocji, zachwytów, przyjaźni! Tego nie da się opisać. To po prostu chyba na dobre przekręciło kluczyk w naszych rozdudnionych stacyjkach i napędza nas do dziś.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Często przed podróżą słyszymy zewsząd opinie “ekspertów” co do obranej przez nas trasy. W naszym przypadku na Francję pada z kilku powodów, m.in. dlatego, że w tym kraju akurat jeszcze nie byliśmy, chcemy poznać jego południowo-północne kontrasty na własnej skórze i przy okazji odwiedzić mieszkającą tam rodzinę.

Poza tym na pierwszą samodzielną moto-wyprawę taki “cywilizowany” kierunek wydaje się w sam raz. Dziś możemy się sami ustosunkować do wcześniej otrzymanych opinii i podzielić naszym doświadczeniem. Decyzję o tym czy jest to kierunek dla Was, podejmiecie oczywiście najlepszą sami, zależnie od Waszych upodobań. My nie żałujemy ani jednego dnia tej wyprawy.

Drożyzna i Polaków nie lubią

Trudno się zupełnie nie zgodzić, zwłaszcza kiedy mamy w pamięci ostatnią wyprawę na Bałkany, gdzie zarówno bardziej przychylne były ceny, jak i spotkani ludzie. Ale jak zawsze staramy się nie szufladkować żadnych narodowości. Jeśli jedzie się z pozytywnym nastawieniem, to właśnie łamie się te stereotypy, bo i ludzie też odpowiadają wówczas życzliwością.

Stereotypy z kolei nie biorą się też znikąd… Śmiać nam się chce, kiedy prawie wszyscy podejmujący nas gospodarze już od progu zapewniają, że mają w zapasie dużo piwa, wina lub wódki. Chwilami mało polscy się czujemy, bo nam akurat alkohol do szczęścia nie jest potrzebny.

Warto zaznaczyć, że wspomniane ostrożne nastawienie do Polaków na zachodzie raczej nie dotyczy społeczności Couchsurfing, bo tworzą ją ludzie otwarci na podróżników, zwłaszcza z innych kultur i o to chodzi w całym tym doświadczeniu – aby się poznać, wprowadzić do własnych obyczajów, zawrzeć międzynarodowe przyjaźnie, zawsze patrząc na drugiego człowieka przez szerszy pryzmat.

Przygoda z couchsurfingiem jest świetna, a pieniądze, zamiast na hotele i restauracje, dziennie pożytkujemy w bardzo minimalnych kwotach na wodę, bagietki, ser i owoce, plus paliwo, rzecz jasna. Do tego zapas puszek z Polski i jazda!

Couchsurfing.org

Portal, poprzez który ludzie udostępniają turystom swoją kanapę, nieodpłatnie, po prostu w ramach gościny. Potem będąc z kolei w ich kraju, mogą liczyć na to samo, prosząc o nocleg członków społeczności. Couchsurfing to w dosłownym tłumaczeniu „surfowanie na kanapie”. Dlatego osoby, którym udostępniana jest kanapa zwani są surferami (ang. surfer – surfingowiec), a ci co ich goszczą – hostami (ang. host – gospodarz).

Niemcy to zaskakująco piękny kraj

Tak właśnie jest, gdy wreszcie zjeżdżamy z autostrady. I przez to nawet docieramy do francuskiej granicy o jeden dzień dłużej niż jest w planie. Najpierw zaskakuje nas barokowy Würzburg, w którym spotykamy naszych pierwszych gospodarzy. To bawarskie miasto nieco przypomina Pragę. Może ze względu na usytuowaną na wzgórzu twierdzę i prowadzący do niej piękny most.

Würzburg zapamiętamy jako miasto barwne i słoneczne, miasto plantacji winorośli (bo stamtąd właśnie pochodzi wino frankońskie), pięknych zabytków z różnych epok i wytwornej rezydencji biskupiej z bajkowym ogrodem. Rezydencja ta zresztą wpisana jest do listy światowego dziedzictwa UNESCO i, ciekawostka, tam właśnie kręcone były sceny z filmu Trzej Muszkieterowie z 2011 r.

[sam id=”11″ codes=”true”]

A potem “miasto nad fosą” – Heidelberg, położone w Badenii-Wirtembergii, z najstarszym niemieckim uniwersytetem i górującym nad miastem Heidelberger Schloß, gotycko-renesansowym pałacem. A pomiędzy takimi perełkami oczywiście bardzo zadbane wioski i miasteczka, pola słoneczników, krowy na zielonej, przystrzyżonej trawce, co chwila wyrastające zamki na pagórkach.

Odnośnie zamków – ciekawym szlakiem dla motocyklistów może być Droga Romantyczna (Romantischestraße), ciągnąca się od Würzburga do Füssen. Wiedzie ona przez historyczne, średniowieczne miasta i twierdze aż do słynnego na całym świecie, bajkowego zamku na skałach, Neuschwanstein, wzniesionego w XIX wieku dla bawarskiego króla Ludwika II Wittelsbacha. Ponoć na nim właśnie wzorował się Disney w swoich bajkach, a sam obiekt również zaistniał na pop-artowym plakacie Andy Warhola. Z pałacu z kolei już blisko w Alpy.

Północ i południe Francji to dwa światy

Tak, ta teoria się w naszym przypadku potwierdziła. Różnice klimatyczne, a wraz z nimi inna flora, fauna i stopień nasłonecznienia są dość oczywiste z racji różnego położenia geograficznego (Francja to jednak spory kraj).

Co do odrębności językowej i kulturowej, wynika to z historii i wpływów śródziemnomorskich na południu, a brytyjskich na północy kraju. W południowych obszarach Francji chętnie wprowadza się na stół włoską kuchnię. Ludzie z południa mówią półżartem, że ich akcent jest piękniejszy od północnego, bo jest bardziej melodyjny i czasem dodają, że Paryżanie to buraki, nie uzasadniając tego jednak w żaden konkretny sposób (coś jak polskie awersje do warszawki).

We Francji tylko francuski

To jest dość powszechna opinia o Francuzach. Często w kontaktach z Francuzami można odnieść wrażenie, że uznają swój język za najpiękniejszy, kuchnię za najwykwintniejszą, zabytki za najokazalsze i w ogóle co francuskie to najlepsze, więc po co im angielski. Dlatego ta opinia ma swoje podstawy.

Szczególnie w małych miasteczkach spotkaliśmy się z postawą typu “albo mówisz do mnie po francusku, albo Ci nie pomogę, nawet nie spróbuję”. W większych miastach natomiast lub miejscach typowo turystycznych tego problemu już nie ma w takim natężeniu. Jednak znajomość przynajmniej paru podstawowych fraz po francusku jest bardzo ważna przy przełamywaniu lodów i pozyskiwaniu przychylności Francuzów.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Warto przynajmniej pokazać, że coś próbujesz w tym kierunku… A uczyć francuskiego też będą Cię bardzo chętnie i cierpliwie. Nam zdarzyło się właśnie trafić na gospodarza, który nie mówił ni w ząb po angielsku, ale z wielkim entuzjazmem prowadził z nami żywiołową, kilkugodzinną „dyskusję” we francusko-migowym. Z tego wszystkiego migowy był tak naprawdę jedynym w miarę czytelnym dla nas elementem i zarazem językiem porozumienia z owym Francuzem.

Powtarzane wiele razy zdania po francusku chyba miały, w intencji mówcy, w końcu utkwić nam w głowie i nas czegoś nauczyć. Ale dla nas to było bardzo ciężkie, szczególnie poprawna wymowa po francusku. Niektórzy Francuzi z kolei przyznali, że dla nich nauka angielskiego to nie lada orzech do zgryzienia ze względu na kwestie techniczne i „poprawne operowanie w tym celu językiem” – im ciężko jest wykrzesać poprawny akcent. Uważają, że innym narodowościom jest łatwiej, a dodatkowo w ich naturze leży to, że potrafią szybko się do czegoś zrazić. Być może właśnie dlatego w tej “dumnej” Francji jest tak jak jest z tym językiem.

Żabie udka, ślimaki i bagietka

Ok, z tą bagietką i rogalikiem owszem. Francuzi piją także sporo wina. Z żabimi udkami było jednak inaczej – nie są wcale jadane masowo w całej Francji. Co więcej, spotykamy rodowitych Francuzów, którzy żaby w życiu nie mieli w ustach lub miewają tylko od święta. Ma to związek z objęciem żab ochroną, co skutkuje ich importem aż z Azji, aby mogły pojawić się we francuskim menu.

Podobnie rzecz ma się ze ślimakami, które, uwaga, sprowadza się ponoć obecnie głównie z Polski. Nam się udało zakosztować wszystkich słynnych potraw francuskich dzięki staraniom i talentom kulinarnym goszczącej nas francusko-polskiej rodziny i przyznamy, że tak delikatnego mięsa jak żabie jeszcze nie jedliśmy. A ślimaki w sosie czosnkowym smakowały trochę jak takie dobrze przyrządzone grzybki – jeśli ma się okazje spróbować, to naszym zdaniem warto.

Nie zwiedzicie Paryża w jeden dzień

paris-mapTego akurat nikt nawet nie musi nam mówić. Już po samym Londynie czy Barcelonie wiemy, że na słynne stolice to i tydzień nie starczy. Dlatego w przypadku Paryża musimy nastawić się na mocno nielubianą przez nas objazdówkę, a raczej „metrówkę”. Mamy łącznie jakieś 8 godzin na najważniejsze zabytki w mieście i konkretnie już wytyczoną trasę od punktu do punktu, aby sprawnie przemieszczać się metrem i zobaczyć kluczowe miejsca. Tak wygląda nasz plan, całkiem sensowny, bo zaproponowany przez znajomego, który już tam wcześniej był (dzięki Paweł raz jeszcze!):

Paryż – najważniejsze zabytków do zwiedzenia w jeden dzień

1. Wieża Eiffla i ewentualnie Plac Warszawy po drugiej stronie rzeki

2. Sacre Coeur (widok na miasto), niedaleko jest Moulin Rouge

3. Łuk Triumfalny

4. Luwr

5. Centrum Pompidou

6. Notre Dame

7. Dzielnica żydowska (wąskie uliczki i dużo knajpek)

Chaîne des Puys w samym sercu Francji to łańcuch wygasłych wulkanów – niezwykły, a przy tym nieoblegany tak turystycznie region Francji, warto zobaczyć. Szczególnie na motocyklu warto. Trasy są wygodne, chwilami nieźle kręte i przede wszystkim widokowe. Tam się wreszcie zaczęły ciekawe krajobrazy. Dla poszukiwaczy nowych smaków dodam, że będąc tam warto zamówić lokalny przysmak La Truffade.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Północ-południe? Tylko A75 z wiaduktem Millau

millau-viaduct-franceZdecydowanie tak. Zawsze staramy się omijać autostrady. Wyjątek stanowią tylko sytuacje, gdy naprawdę bardzo się śpieszymy, a tym razem właśnie tak było – chcemy zdążyć na zapowiedzianą wizytę w okolicach Carcassonne. Śmiało możemy stwierdzić, że autostrada A75 jest najpiękniejszą autostradą jaką do tej pory jechaliśmy, a do tego bezpłatną (opłata tylko przy wjeździe na most).

Prowadzi ona z Clermont Ferrand na południe. Droga wiedzie cały czas przez skaliste kotliny i zielone pagórki, na których w oddali malują się zabytkowe twierdze. Po drodze niemal każde miasteczko zaprasza jakąś atrakcją turystyczną – zamkiem, rezerwatem, pomnikiem przyrody. Wiadukt Millau z kolei jest nie ladą atrakcją. Jest to najwyższa tego typu konstrukcja na świecie, w której wysokość pojedynczego słupa przekracza wysokość wieży Eiffla (342m).

calanques-marseillePoza sezonem koszt wjazdu na wiadukt to ok. 6 euro. I tutaj dobra rada dla tych, którzy się tam znajdą i chcą uwiecznić niezwykły widok z tego niebotycznego szlaku – koniecznie zjedźcie na pierwszy zjazd przy wjeździe na most. Łatwo go przegapić i wtedy ponoć już „po ptokach”, bo nie ma więcej okazji, aby stanąć. Taką radę dają nam Francuzi, ale my z niej nie korzystamy, bo postanawiamy pojechać równie malowniczą, bezpłatną trasą wokół mostu. I tam też łatwo się rozpędzić i ominąć kilka świetnych spotów na niesamowite zdjęcia. Wiem, o czym mówię, bo do dziś nie mogę przeboleć naszego pośpiechu tamtego dnia i widoków jedynie „muśniętych” spojrzeniem.

Marsylia to mafie i narkotyki

marseilla-boatsPo iluś takich komentarzach naprawdę zaczęliśmy brać to do serca. Ale życie, o ironio, samo wytyczyło nam trasę. I to taką, w której właśnie w Marsylii mieliśmy zostać aż na 2 noce. I zupełnie tego nie żałujemy, bo Marsylia jest piękna, ciekawa i jeśli nie włóczysz się w nocy po ubogich dzielnicach, to w naszym odczuciu – zupełnie niegroźna.

Marsylczyk, poważany architekt, u którego nocowaliśmy, słysząc nasze obawy co do swojego miasta zaczął śmiać się, dodając: “Marsylia nie jest groźna w ogóle, może kiedyś bywała, ale my sami chętnie podtrzymujemy tę legendę, bo cenimy sobie spokój i fale turystów nie są nam tu potrzebne”. Marsylię wyjątkowo dobrze wspominamy może też dlatego, bo tam wreszcie zsiedliśmy na nieco dłużej z motocykla, przywdzialiśmy lekkie odzienie i w pełni wakacyjnym tonie wypoczęliśmy.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Plaża, spacer wąskimi uliczkami i do bazyliki Notre-Dame na wzgórzu La Garde, rejs statkiem przy niesamowitych Calanques (to takie klimatyczne śródziemnomorskie fiordy) – te chwile pięknie wspominamy. A potem… było z każdym kilometrem jeszcze piękniej.

Saint Tropez to pipidówa

Chyba samo sedno. Nie mówię, że tam jest brzydko. Zresztą chyba nie ma nieładnych miejsc wzdłuż Lazurowego Wybrzeża. Niewątpliwie jednak w słynnym Saint Tropez jest bardziej kameralnie i skromniej niż zwykle sobie to turyści wyobrażają. Ma się wrażenie, że są piękniejsze miejsca Lazurowego Wybrzeża i San Tropez jest zdecydowanie przereklamowane.

Południowe, zwłaszcza te bogate dzielnice Francji, są oblegane przez turystów i mieszkający tam couchsurferzy dostają ponoć setki zapytań miesięcznie. Trzeba mieć farta lub szukać w jakichś mniej popularnych mieścinach lub po prostu od razu nastawić się na camping. Nam udało się znaleźć camping za ok. 20 euro od osoby za noc w nieco mniej komercyjnej miejscowości Antibes nad morzem i to była chyba najtańsza możliwa tam opcja.



2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.