Obiecujemy sobie, że będzie to jedyny odcinek nudnego połykania kilometrów, potem jazda już tylko lokalnymi drogami. I nieustający podziw na temat nawierzchni – zawsze równa, bez dziur, kolein czy studzienek. To, jak oni to robią, pozostanie na zawsze dla nas zagadką.
Piękna, słoneczna pogoda postanawia, że nie jedzie z nami na wakacje i zostaje w Polsce. Niebo po przekroczeniu granicy powoli zmienia kolor i gęstość. Robi się chłodno, więc Kasia – mój plecaczek – zakłada kombinezon przeciwdeszczowy chroniący przed wiatrem. Ruszamy ze stacji benzynowej i zaczyna padać, a ja odnotowuję pierwszy w historii przypadek idealnej synchronizacji przeciwdeszczówki z pogodą.
Do Norymbergi docieramy w strugach deszczu, kończąc pierwszy etap z pewnym niepokojem. Prognozy nie wyglądają za ciekawie i zaczynamy żałować, że nie jedziemy bardziej na południe Europy. Pocieszamy się, że jest środek lata – kiedyś musi wyjść słońce. Tym filozoficznym stwierdzeniem kończymy atmosferyczne dywagacje i zajmujemy się umacnianiem przyjaźni polsko-niemieckiej.
Mimo, że rozmawiamy w obu językach jakimś cudem wszyscy są w temacie, co utwierdza mnie w przekonaniu, że wszyscy motocykliści to jedna rodzina. Niestety, nie dojeżdża ekipa na Osiołku (Ducati Monster 620), który uparcie dojeżdża zawsze i wszędzie, dorównując kroku większym braciom. Tym razem pokonuje go aura i problemy z akumulatorem. Ekipa na Monsterku znajduje nocleg w Dreźnie, kilkanaście godzin później jesteśmy już w komplecie.
Pierwszy poranek i pierwsze zaskoczenie. Wita nas piękne słońce i bezchmurne niebo, a jedynym wspomnieniem wczorajszej pogody są nasze ciuchy. Dzisiaj nie jeździmy, więc trwa ogólne suszenie. W planach zwiedzanie Norymbergi, plan wycieczki szczegółowo opracowany przez Siwego zapowiada mnóstwo wrażeń. Motocykle zamieniamy na transport miejski i lądujemy na… cmentarzu!
Nie ma co się dziwić, jesteśmy w mieście, w którym zostało wydane dzieło Kopernika „O obrotach sfer niebieskich”. A sam cmentarz robi wrażenie tym, że bardziej wygląda na ogród. Zamiast nagrobków rosną kwiaty, którymi zajmują się ogrodnicy. Zniczowo-florystyczna samowolka ustępuje misternie rzeźbionym dziełom sztuki, a każdy nagrobek jest wyjątkowy. W takich okolicznościach spoczywa między innymi Wit Stwosz i Albrecht Dürer.
I w takich okolicznościach nachodzą mnie takie o to myśli: poprzedni wyjątkowy cmentarz, jaki podziwiałem odwiedziłem również w trakcie podróży motocyklowej. Tam też nie było zwykłych nagrobków, a ręcznie malowane. Tam w inny sposób oswajano śmierć, zamiast czaszek widziałem radosne, kolorowe obrazy. Stąd nazwa „Wesoły Cmentarz”. Jak zatem nazwać miejsce pełne kwiatów i dzieł sztuki? Bo przecież nie „Cmentarzysko sztuki”? Albo „Sztuczny Cmentarz”?
Opuszczam to miejsce pełen obaw, że zamiast Romantyczną Drogą podążam inną..
Cesarstwo i zła energia
Pozostając w historycznych klimatach udajemy się na Zamek Cesarski. Po drodze mnóstwo zieleni, ogrodów, ciekawej architektury. Docieramy do miejsca, gdzie mieszkał Albrecht Dürer. Przed jego domem pomnik będący hołdem dla artysty, który nieświadomy konsekwencji pozwolił sobie kiedyś sportretować zająca. Zrobił to tak doskonale i realistycznie, że ten właśnie sympatyczny zwierzak przycupnął sobie na dłużej na placu obok domu-muzeum artysty.
A Zamek? W Świętym Imperium Rzymskim Narodu Niemieckiego centrum władzy, dzisiaj kolejny zabytek, w dodatku położony na skale ponad miastem. Dla ówczesnych mieszkańców to zaleta, bo jest to doskonały punkt obserwacyjny na całą okolicę. Dziś również można podziwiać panoramę miasta, ale najpierw trzeba tam dojść. A ja jestem turystą motocyklowym, nie pieszym.
Średniowieczną Norymbergę mamy, pora na bardziej współczesne, choć ciężkie klimaty. Na tyle ciężkie, że kiedy docieramy na miejsce dawnych zjazdów faszystowskiej partii, zapada cisza. Zwarta do tej pory grupa nagle przestaje istnieć. Rozchodzimy się bez słowa, szukając dla siebie miejsca wśród ruin nazistowskiej przeszłości. Na trybunie honorowej czuję tyle złej energii, że muszę odejść na bok. To miejsce jest po prostu straszne, piekło na ziemi w przeddzień czekającego mnie Raju…
Niemiecka Route 66
Wolę myśleć o Norymberdze, jako miejscu pełnym zabytków, sztuki i zieleni. Średniowieczna potęga, centrum rozwoju niemieckiego Renesansu, obecnie jeden z ważniejszych ośrodków kulturowych i turystycznych. W szkole podstawowej uczyłem się o kupcach frankońskich, dzięki nim zawsze miałem piątki z historii – nauczyciel moje nazwisko czytał nie Frankowski, a Frankoński. A skoro mam takich znakomitych przodków, nie mogę dostawać słabych ocen. Szkoda tylko, że był to jedyny taki nauczyciel podczas mojej edukacji…
Jestem więc na ziemi frankońskiej, gdzie zaczyna się Droga Romantyczna, niemiecka Route 66 – dawny szlak handlowy, łączący malownicze średniowieczne miasteczka i zamki. Dzisiaj bardzo popularny szlak turystyczny, z ciągle zmieniającymi się krajobrazami, od rzecznych dolin do alpejskich gór.
Ruszam więc śladem kupców, z którymi już kiedyś los mnie zderzył. Ciekawe, czy tym razem też będzie na piątkę…
Na pewno na piątkę jest pogoda, więc rano szykujemy się do pierwszego etapu podróży. Wszystko idzie sprawnie do momentu odpalenia motocykli. Osiołek, którego tak chwaliłem nie ma siły zakręcić silnikiem. Już wcześniej miał problem z akumulatorem, ale po 7 latach używania każda bateria się kończy. Nawet Osiołkowa.
Natychmiastowa interwencja zespołu, operacja by-pass i niemiecki dawca pozwalają kontynuować podróż bez wielkiego opóźnienia. Do planu dnia dopisujemy wizytę w którymś ze sklepów motocyklowych, co akurat wszystkich cieszy. Tymczasem przed nami pierwsza atrakcja – jaskinia. Nie wiem, jak i po co kupcy transportowali swoje towary pod ziemią, obiecuję dopytać Siwego. W końcu on planował, więc nie dyskutujemy.
Pierwsze kilometry lokalnymi drogami i już wiem, że jest bajkowo. Asfalt idealnie równy, kierowcy uważni i życzliwi, do tego wszyscy jeżdżą zgodnie z przepisami. Nic więc nie przeszkadza w podziwianiu widoków i kontemplowaniu samej jazdy. W myślach rewanżuję się kupcom frankońskim, dostają ode mnie pierwszą piątkę. Więcej ocen nie zdążam wystawić, bo dojeżdżamy na miejsce. Parkujemy w cieniu i idziemy zwiedzać jaskinię. A w zasadzie zaczynamy wspinać się jakąś dróżką. Już mam poruszyć temat z Siwym i po raz kolejny przypomnieć o mojej pasji podróżowania, kiedy dróżka zamienia się w drewniane schodki.
Spadamy w górę
Robi się jeszcze bardziej stromo, więc tłumaczenie różnicy między ruchem wertykalnym a horyzontalnym odkładam na później. Bardziej porusza mnie jaskinia – wytwór z założenia podziemny, czyli taki, do którego się schodzi. My tu schodzimy w górę, myląc kierunki niczym bohaterowie Różewicza:
człowiek współczesny
spada we wszystkich kierunkach
równocześnie
w dół w górę na boki
na kształt róży wiatrów
dawniej spadano
i wznoszono się
pionowo
obecnie
spada się
poziomoTadeusz Różewicz
„Spadanie czyli o elementach wertykalnych i horyzontalnych w życiu współczesnego człowieka”
Pod ziemią śladów przodków nie znajduję, z tym większą ciekawością ruszam dalej. Przede mną romantyczna droga do Średniowiecza, które oprócz frankońskich kuzynów kojarzyło mi się głównie z jesienią średniowiecza. Na szczęście mamy lato, a chociaż uwielbiam Pulp Fiction jestem tutaj by kręcić własny film. Autorskie kino drogi, które ma zawsze ten sam tytuł: Podróże Motocyklowe…
Przygodę z historią zaczynamy od miasteczka Rothenburg. Wieże, mury obronne, warownie położone między malowniczymi uliczkami. Rycerze i smoki. W jednym ze sklepów znajdujemy wyjątkowo ciekawy okaz, więc z niewinną miną pytamy, czy możemy zrobić zdjęcia. Kiedy zaczynamy sesję ze smokami kuzynami, właścicielka otwiera szeroko oczy i zanim zdąży zaprotestować, grzecznie dziękujemy i idziemy dalej. Za chwilę kolejna sesja, tym razem Rybenia nie może oprzeć się urokowi Rycerza. Romantische na całego! Zaczynam się obawiać, co będzie w kolejnych miasteczkach, jak się później okaże – jak najbardziej słusznie.
O kolejnym miasteczku tylko wspomnę. Dinkelsbühl, uchodzące za Europejski Pomnik Kultury, to najlepiej zachowane średniowieczne miasto w Niemczech. Brzmi poważnie, ale dla mnie to znowu mury, wieże, kościoły o tyle inne, że otoczone wodą. Jest pięknie, ale tutaj pierwszy raz rodzi się pytanie – czy nie piękniej jest na motocyklu? Co jest lepsze – powiew wiatru czy historii? Zwiedzanie z motocykla czy z buta? Zwłaszcza, że jest to but motocyklowy. Dodatkowo temperatura sprawia, że pocimy się bynajmniej nie z emocji a ciężar skóry zajmuje bardziej niż ciężar historii.
Kiedyś znajomy bosman, po kolejnym dniu na oceanie stwierdził, że żeglarstwo to piękny sport, gdyby nie przeloty z portu do portu. Dla mnie te przeloty to esencja podróżowania, a dotykać średniowiecza mogę również oponami. Tak, to zdecydowanie dobry dotyk!
Romantyczne uniesienia
Dotykam więc dalej, aż docieramy do Nördlingen, gdzie czeka nas pierwszy na trasie nocleg. Parkujemy w garażu, w hotelu zostawiamy graty i ruszamy zdobywać kolejne mury. A w zasadzie jeden mur, który otacza zabytkowe centrum miasta. Ciągnąca się trzy kilometry budowla, połączona wieżyczkami i bramami robi wrażenie. Na tyle silne, że na chwilę zostajemy w jednej z baszt. W tak pięknych okolicznościach przyrody niespodziewanie przenika nas klimat Romantycznej Drogi…
Staję się Rycerzem a Kasia Księżniczką.
Zrzuciwszy ciężar motocyklowego ubioru, niczym nie skrępowani, pragniemy dotknąć Średniowiecza tu i teraz… I kiedy tak tańczymy nasz danse macabre zaznając szczęścia w naszym własnym raju, życie doczesne płynie dalej. Kiedy się orientujemy, nikogo z naszych już nie ma.
Nie mamy telefonów, nie znamy nazwy ani adresu hotelu, mamy przy sobie tylko jakieś pieniądze. Dobre i to, najwyżej weźmiemy jakiś nocleg a znajomych poszukamy rano.
Tymczasem, nie czekając jak nasze lato średniowiecza zmieni się w jesień idziemy na Rynek, gdzie oczywiście spotykamy resztę ekipy! Oddycham z ulgą i ciesząc się powrotem do epoki zamawiam jak najbardziej współczesne lody. Siadam przy stoliku i…
…Nowy się obraz przede mną rozrzucił:
Gdziem tylko spojrzał, kędym się obrócił,
Widziałem inne męki i męczonych.
Był to krąg trzeci, krąg deszczów ulewnych,
Deszcz jak z upustów spadał otworzonych
Ciężki i chłodny; śnieg zmieszany z gradem
W ciemnym powietrzu szumiał wodospadem,
Ziemia deszcz chłonąc, oddychała czadem.Dante Alighieri „Boska Komedia”
Nie, nie rozpętuje się piekło. Jest to zwykła letnia burza, a jeśli tutejsza Ziemia „deszcz chłonąc, oddychała czadem” to tylko dlatego, że jest czadowo. Średniowiecznie, romantycznie, motocyklowo. To, że dawno pomieszały mi się dzisiejsze zamki, wieże i kościoły nie przeszkadza kontemplować dnia. Te budowle to tylko pretekst, i (parafrazując ulubionego bosmana) byłyby nudne, gdyby nie przeloty między nimi. Wybaczcie, moi drodzy frankońscy kuzyni. To nie dla was tutaj jestem, chociaż poruszam się waszymi śladami. Nie wasze cenne zabytki mnie tu zwabiły, chociaż przeżywam w nich magiczne chwile. Nie handel w końcu powoduje moją podróż handlowym szlakiem.
Rycerski kosmita
Siedzę w miasteczku, które powstało na dnie krateru. Szkolili się tu amerykańscy kosmonauci, zanim polecieli na Księżyc. Pan Twardowski, zanim tam poleciał studiował magię na niemieckim uniwersytecie niedaleko stąd.
Ja, kosmiczny rycerz, lub jak kto woli rycerski kosmita, swoją misję Apollo przeżywam na motocyklu. Oderwany od przyziemnych problemów poruszam się w innym świecie. Tu są inne wartości, priorytety, potrzeby.
Zamiast pępka świata jestem tylko jego ułamkiem, miliardową cząstką wędrującą gdzieś po nieznanej orbicie. Tutaj moje problemy są zbiorem nic nie znaczących słów, nieistotnych nawet dla mnie. Kiedy to odkrywam, robię porządek i sprzątam pokład. Dalej jadę lżejszy, nie marnując sił na targanie ze sobą tych śmieci. Teraz mogę skupić się na właściwej treści. Jakiej? Czasami nie wiem, ale zamiast ulotnych słów słucham mantry silnika i własnego serca. Gdzieś tam zawsze jest podpowiedź…
Tym razem lecę Romantycznym Szlakiem, podróżując w czasie i przestrzeni do czasów Średniowiecza. Jutro ląduję u Śpiącej Królewny na bajkowym zamku Neuschwanstein, symbolu Disneylandu. A mówią, że życie to nie bajka…
Zaczynamy mało bajkowo. Wręcz mgliście, deszczowo i mało romantycznie. Czyżby kuzyni się pogniewali, że ich nie szukam, tylko sobie latam jakąś dudniącą rakietą? Trudno. Zakładamy przeciwdeszczówki i w drogę. Jedziemy przez góry, pogoda co chwila się zmienia. Czuję się jak w bollywoodzkiej produkcji “Czasem słońce, czasem deszcz”, będącej połączeniem komedii z melodramatem.
Kiedy widzę, że jedziemy prosto w deszczową chmurę, trafiamy na kilka zakrętów, odbijamy w innym kierunku i wjeżdżamy w słoneczny odcinek. Chmura wisi gdzieś nad nami, uczepiona wierzchołków gór, jakby specjalnie na nas czekała. Nie sprawiamy jej zawodu i za chwilę znajdujemy się w jej zasięgu. Lecz to były drobne igraszki. Zaczyna padać na dobre i już nie przestaje do wieczora. Martwię się o Śpiącą Królewnę, czy aby nie zmoknie jak ją obudzimy podjeżdżając pod zamek.
Póki co zatrzymujemy się w miasteczku Schongau, jemy obiad i wracamy na Romantyczną Drogę, która dzisiaj przypomina bardziej Drogę Mleczną. W okolicy zamku Disneya parkujemy na specjalnym miejscu dla motocykli, oprócz nie ma nikogo. Rozglądam się z ciekawością i ….
Houston, mamy problem
Moja misja Apollo na samym środku Drogi Mlecznej, to jak oglądanie filmu w ciemnych okularach. Nic nie widać. Tutejsza ziemia deszcz chłonąc oddychała parą wodną, więc zamiast najsłynniejszego na trasie Zamku widać mgłę. Może zaparował wizjer w kasku? Łapię się ostatniej deski ratunku i z nadzieją przecieram szybkę. Niestety, chyba pozostaną nam pocztówki, na których zamek pięknie widać o każdej porze roku.
Specjalnym autobusem wjeżdżamy pod taras widokowy – miejsce do podziwiania krajobrazu idealne. Pod warunkiem, że… No właśnie. Dobrze, że przynajmniej mamy przeciwdeszczówki – nie widzimy, ale nie mokniemy, czym wyróżniamy się od pozostałych zwiedzających. Wchodzimy na mostek, z którego rozpościera się idealny widok na morze mgły.
Chmury zasłaniają cały widok, ale nagle widzę cień szansy! Widzę, jak przez mgłę, widzę przez mgłę, widzę mgłę! Dlaczego właśnie dzisiaj? Środek lata? Ooooo, coś się wyłania… Jest! No, robi wrażenie! Ten zamek na pewno będę pamiętał, jest po prostu bajkowy. Wracam do motocykla bogatszy o kolejne cudowne chwile w moim życiu. Ta sceneria i most pomiędzy skałami, na którym pokładaliśmy się ze śmiechu, próbując robić zdjęcia ścigając się z chmurami…
Pora na zejście z chmur i powrót na ziemię, kończymy romantyczny etap podróży. Dotyk historii zamieniamy na dotyk kolanem, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Omijając Jezioro Bodeńskie, które w sezonie okazało się morzem ludzi udajemy się w kierunku Schwarzwaldu.
Po prostu B500
Dlaczego właśnie tam? Odpowiedź jest prosta: droga B500, opisywana jako najlepsza trasa motocyklowa w Niemczech. Najbardziej znany odcinek z Baden-Baden do Freudenstadt oferuje 64 km doskonałego asfaltu i niezliczoną ilość zakrętów.
Niemiecką wersję Route 66 właśnie zakończyłem, pora na słynny odpowiednik amerykańskiej winklozji – Tail of the Dragon. Swoją drogą szkoda, że polski odpowiednik Czarnego Lasu to tylko Czarnolas, chociaż czytając niektóre utwory Kochanowskiego stwierdzam, że tam też była niezła jazda. Ooo, na przykład ten:
Atoli patrząc na swe jajca silne,
Myśliłem rzeczy moim zdaniem pilne:
Jesli mię chce mieć szczęście w tym nierządzie,
Niech mi da wedle proporcyjej mądzie.Jan Kochanowski „O proporcyjej”
Temat cojones (zdecydowanie wolę rosyjską wersję – стальные яйца, od tej użytej pierwszy raz przez Hemingwaya) nie znalazł się tutaj przypadkowo. Na niektórych zakrętach trzeba mieć naprawdę stalowe te.. no… nerwy, żeby nie wypaść z gry.
Jest taki winkielek, który dłuuugo będę pamiętał…
Za kolejnym zakrętem doganiamy jakiś samochód. Dostawczego busa, żeby było ciekawiej. Wlecze się niemiłosiernie, a drogi z każdą sekundą ubywa. Przecież nie będziemy jechali 40 km na godzinę – myślę i przy pierwszej okazji wyprzedzam. Okazja okazuje się mało okazyjna, bo nagle przede mną wyrasta kolejny zakręt. Na oko jakieś 90 stopni. Za nim barierka, a w dole rzeka.
Myśl o kąpieli w lodowatej wodzie, w dodatku w pełnym ubraniu motocyklowym tylko na chwilę mnie rozprasza. Odwracam wzrok i skupiam się na zakręcie. Cholera, ta woda zdecydowanie za blisko – myślę. Sędzia patrzący na mnie z góry chyba dolicza czas gry, bo udaje mi się dohamować, złożyć motocykl w zakręt i słuchając tarcia wydechów o asfalt wygrać „Puchar Głupka, który musi za wszelką cenę wyprzedzić, bo mu szkoda poczekać”.
Działają odruchy zdobyte na torze motocyklowym, bezbłędna reakcja pasażerki i nakręcone kilometry. A odbierając Puchar postanowiłem więcej nie sprawdzać, czy „mój Anioł Stróż po wczorajszym wytrzeźwiał już”…
Zdjęć z samej B500 nie mam, następnym razem na motocyklu obowiązkowo zamontuję kamerę zgodnie z zasadą – to co masz w głowie, miej na twardym dysku. Mam za to zdjęcie z rękawiczką po tuningu, kiedy ruszając do Schwarzwaldu owinąłem izolacją przetarty palec. W świetle późniejszych wydarzeń zasugeruję, że dzięki tej operacji widzą Państwo „Palec Boży”.
Skoro w trakcie podróży średniowieczne klimaty zamieniamy na współczesne, po przeżyciach z cyklu „coś dla ducha” postanawiamy zafundować sobie „coś dla ciała”. Dzięki niezastąpionemu Siwemu i jego Mamie dostaliśmy w bardzo promocyjnej cenie noclegi w wyjątkowym miejscu. Zarówno pod względem standardu (przynajmniej dla motocyklowych podróżników) jak i obsługi. Chociaż słowo „obsługa” w tym przypadku nie bardzo mi pasuje. Nazwałbym to bardziej przyjmowaniem gości w rodzinnym domu – serdeczna atmosfera, wspaniałe, domowe jedzenie, klimatycznie, ciepło, uroczo. Tym bardziej, że właścicielka pochodzi z Polski, więc zamiast „cytować Goethego w oryginale” możemy normalnie pogadać.
Hotel „Elisabeth” znajduje się w miejscowości Baiersbronn-Schönmünzach 10 kilometrów od Freudenstadt, akurat tyle, żeby na B500 wjechać z rozgrzanym odpowiednio silnikiem. Lepszej bazy wypadowej nie można sobie wyobrazić, tym samym dostaje ode mnie dodatkową gwiazdkę za lokalizację. Tym bardziej, że ma specjalny parking dla motocykli.
Żeby skończyć z tą laurką opowiem o pewnej sytuacji. Moja Bejbe po pierwszej nocy w hotelu melduje, że się nie wyspała. Dziwne, bo nie przypominam sobie, żebym jej jakoś specjalnie w tym przeszkadzał. W końcu dobrze wie, że „najpierw są moje motory, potem motory moich kolegów, potem długo, długo nic”. Tym razem nie chodziło o mnie. Chodziło o prześcieradło, że szorstkie, drapie itd. Wracam myślami na średniowieczną Basztę i wpadam w przerażenie. To był ten moment, kiedy Kasia stała się Księżniczką i wygląda na to, że jej zostało. No ładnie, pomyślałem. Co będzie, jak pojedziemy do Baden-Baden? Przeniesie się do belle époque?
Piękna już jest, epokowa – dla mnie na pewno. Uff, możemy jechać.
Kugel Riders
Baden-Baden jak dla mnie – przereklamowane. Nie ma gdzie zaparkować, nie ma co oglądać, nie ma co fotografować. Wszędzie sklepy, butiki, biżuteria, zegarki, markowe ciuchy. W tym obcym świecie znajduję w końcu coś dla siebie – sklep z czekoladami. Wybór ogromny, więc trochę trwa zanim kupuję na wagę solidny kawałek. Mogę dalej hmm.. zwiedzać? Są jakieś zabytki, ale mnie bardziej interesują schody. Pozuję do cyklu „Siedzący na schodach”. Było Alcatraz, był Plac Defilad, niech będzie ekskluzywny kurort. Niezawodni przyjaciele oczywiście nie pozwalają na chwile samotności, na nic tłumaczenia, że cykl ma wyrażać tragizm miejsca i w związku z tym postać na zdjęciu jest sama. Trudno, muszę użyć innych środków ekspresji.
Na pocieszenie ciastka w słynnej cukierni (faktycznie dają radę), więc łaskawszym okiem zaczynam patrzeć na sklepy z pamiątkami. Przymierzam regionalną czapkę. Czapka jest bardziej kultowa, czy kulkowa? Czy może kultowa bo kulkowa? Jako Kugel Riders powinniśmy w takich jeździć.
Dlaczego Kugel Riders? Otóż kupiłem sobie nawigację. Wyrób budżetowy, więc się szarpnąłem. Lark 35 AT, który podzielił użytkowników na dwie grupy w zależności od tego, czy działa czy nie. Ja trafiłem na egzemplarz z problemami. Problem nr 1 – jak zamocować? Po konsultacji z Siwym zamawiam specjalną kulkę z gwintem, którą kupuję w norymberskim sklepie Louisa (w ramach akcji „kulka” odwiedzimy go potem nie raz).
Przyjeżdżamy, kulka już na mnie czeka. Jeszcze nie wie, że zostanie symbolem mojej walki z materią. Montuję kulkę – pasuje idealnie, ale pojawia się problem nr 2 – nie działa z uchwytem Larka. Dobrze, że przynajmniej działa z motocyklem – słyszę za plecami. Dokupuję uchwyt RAM, przekładam mocowanie, podłączam kablozje.
Problem nr 3 – nie ładuje. Na baterii też nie działa. Ważne, że kulka działa- pocieszają mnie szydercy. Zmieniam baterię (bateria oczywiście od Siwego). Działa. Potem dokupuję kabel, który podłączam bezpośrednio do nawigacji. Problem nr 4 – przez usb nie łączy, gniazdo ma za duży luz. Nic to – ważne, że kulka nie ma luzu i trzyma nawigację bez mrugnięcia kulką – znowu odzywa się loża. Patrzę na nich i słyszę Chór:
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?
To dziady jedne.
Trytytka załatwia temat. Po powrocie do domu, wracam do sprawdzonych rozwiązań: TomTom Rider i Garmin Zumo. Dodam, że Siwy z takim samym Larkiem przeprowadził nas przez Średniowiecze, Czarny Las i Baden- Nuden. Zulus na Stejku też nie miał żadnych problemów.
Bajka na koniec
Za siedmioma lasami (Czarnym Lasem, Czarnolasem, Legolasem, Lasem Krzyży i innymi), za siedmioma górami … Nie, w mojej bajce zatrzymamy się na górach, a w zasadzie wzgórzach. Otóż na tych właśnie wzgórzach, sztuk siedem (jak bajkowo, to bajkowo) od ponad tysiąca lat leży miasto Bamberg. Pływają tam gondole, a zamiast samochodów przed domami parkują łodzie. Nie dziwi więc, że miasto nazywane jest Małą Wenecją. Osobiście uważam, że lepiej być Małą Wenecją niż dużym Baden-Baden, zresztą nie tylko ja – Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Oświaty, Nauki i Kultury UNESCO od dawna obejmuje ochroną to miasto, pełne zabytków pochodzących od średniowiecza do baroku. Krótko mówiąc – jest co oglądać i podziwiać. A przy okazji można nieźle odpłynąć.
Tym miłym akcentem kończymy podróż i jedziemy do Norymbergi. Tam się rozstajemy, a my z Kasią przez Legnicę (tradycyjny nocleg u znajomych) wracamy do domu.
60 kilometrów od Warszawy robię ostatni postój. Wymyśliłem sobie, żeby tą naszą Romantische Straße zakończyć romantycznym akcentem na ławeczkach niedaleko pewnej stacji benzynowej. Pamiętałem, że są tam drzewka, cisza i spokój. Idealne miejsce na zajrzenie mojej ukochanej pasażerce głęboko w oczy. Podjeżdżamy, ławki zajęte przez jakieś panie. Wokoło pełno plastikowych butelek, śmieci i tona pestek słonecznika. Jednym słowem – śliski grunt. Dosłownie i w przenośni. Wiedziony samobójczym instynktem brnę dalej i proszę miłe panie o zwolnienie jednej ławki. Kasia z trudem powstrzymuje śmiech.
– Romantyczne miejsce, mówisz???
Romantyczność… Hmm… Jak to wytłumaczyć Księżniczce ze Średniowiecza? Zacząłem delikatnie perswadować:
– Słuchaj, dzieweczko!
Ona nie słucha – tylko się śmieje od ucha do ucha! No, to już lekka przesada- pomyślałem.
– Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!
postaci twej zazdroszczą anieli
a duszę gorszą masz… gorszą niżeli…
– W ciężkiej dla wszystkich podróży życia nie godzi się własnych ciężarów na cudze barki zwalać – nie dała mi dokończyć.
Że co? Po pierwsze – podróż wcale nie była ciężka, po drugie – podróż życia dopiero przed nami, więc:
– Miej serce i patrzaj w serce! Bejbe!
-Ej, ty! Chodź, pociupciasz sobie! – jedna z pań uaktywniła się na widok podjeżdżającego tira.
Zamarłem… Kasia tym razem litościwie nie odezwała się słowem, ale jej oczy śmiały się tak, że zrezygnowany rzekłem:
– Jedźmy, nikt nie woła.






















Ciekawa relacja :)
bardzo zacna relacja :)
nie pal tyle :)
Łatwo powiedzieć- nie pal. Tyle wrażeń.. ;)