Jedziemy na Sardynię?! Jedziemy! Decyzja o tej podróży wyszła dość spontanicznie, a dla mnie była to maleńka powtórka z rozrywki, ponieważ rok wcześniej miałam okazję przejechać trochę kilometrów po tej wyspie jako „plecak” na motocyklu. Jednak tym razem miało być zupełnie inaczej. Za kierownicą dwóch kółek, przez cały tydzień, a celem objechanie całej Sardynii wybrzeżem. Dobry plan? Najlepszy!

Innych wariatów również udało się namówić do tej wyprawy, a wiec kupowanie biletów na lot z Krakowa do Cagliari, załatwienie wynajmu maszyn i czas start! Termin – koniec września, bo jesień na Sardynii jest wyjątkowa – tak mówili tubylcy przy okazji mojej zeszłorocznej wizyty. Prognozy pogody były zadowalające, bo jedyne 30 stopni oraz słońce każdego dnia naszego pobytu.

W Cagliari wylądowaliśmy wieczorem, a mimo to czuć było upał. Po dojechaniu na miejsce noclegu ruszyliśmy na nogach, aby odwiedzić słynne Poetto, zjeść pierwszą włoską kolację i czekać na poranek, aby odebrać maszyny z wypożyczalni CarBustec. Tak też uczyniliśmy.

Następnego dnia spotkałam ponownie tych samych właścicieli, którzy ponownie przyjęli nas bardzo ciepło i obdarowali dobrymi radami na podróż. Maszyny załadowane, a więc jedziemy realizować nasz cel. Wyruszyliśmy z Cagliari na wschód drogami, które wyjątkowo dobrze wspominam. Wówczas widziałam pierwszy raz tą dziką niesamowitą i piękną Sardynię, pokonując winkle, które otoczone były górami i wybrzeżem. Uśmiech i wspomnienia były murowane.

Jednak tego dnia maszyny odmawiały nam posłuszeństwa. Choć załatwiliśmy szybko te niewielkie problemy z wypożyczalnią CarBustec – uznaliśmy, że przejedziemy dziś niewiele kilometrów, aby zbędnie nie kusić losu i uwierzyć w jego znaki. Zatrzymaliśmy się w Costa Rei na południowo-wschodnim wybrzeżu. Niestety po tej stronie wyspy nie udało się zobaczyć zachodu Słońca, ale było pewne, że kolejny dzień rozpoczniemy wczesnym rankiem, spacerem na plażę, aby zobaczyć jego wschód.

To był przyjemny początek dnia, a więc śniadanie i czas na dalszą drogę. Naszą następną destynacją było maleńkie i urokliwe Tortoli oraz półwysep Arbatax, który znany jest z czerwonych skał oraz przepięknego klifu. Dobrze było ponownie odwiedzić to miejsce, bo czaruje krajobrazem i muzyką fal uderzających o kamienie.

Włoska kawa, lody i jedziemy dalej – do Cala Liberotto, gdzie udało nam się załatwić kolejny nocleg. Tym samym przejechaliśmy już ponad połowę wschodniego wybrzeża. Niestety nie udało się dotrzeć do wszelkich wyjątkowych miejsc, polecanych przez przwodniki, ponieważ nie wystarczyłoby nam czasu na zrealizowanie naszego planu objechania wyspy wokół.

Serpentyny i widoki na drogach wschodniego wybrzeża powodują okrzyki szczęścia w kasku. Dwa koła, ty, winkle i dzika Sardynia. Nic więcej do szczęścia nie potrzeba! Udało się też spotkać FoodTrucki przy drogach, które na naszą prośbę serwowały mrożoną kawę, a z głośników leciały nuty, do których od razu chciało się tańczyć. Upał dawał się we znaki, więc i strój motocyklowy został zamieniony na krótkie spodenki. Jak szaleć to szaleć!

Z Cala Liberotto udaliśmy się już na północ, omijając Olbię – dotarliśmy na półwysep z miasteczkiem Santa Teresa. Piękne miejsce, z niesamowitymi krajobrazami, a zarazem widokiem na Korsykę, która była niemalże na wyciągnięcie ręki. W końcu francuska wyspa również kusi nas – motocyklistów – na odwiedzenie jej niesamowitych dróg.

Po incydencie z kelnerem, który, o dziwo, nie wiedział czym jest espresso i ewidentnie miał zły dzień, wyruszyliśmy do Isola Rossa na północnym wybrzeżu. Lepszego miejsca nie mogłam sobie wymarzyć. Motocykle pod drzwiami domku, z niego widok na morze i zachód Słońca, a od plaży dzieliło nas zaledwie kilka schodków. Człowiek sobie wtedy uświadamia, jak niewiele potrzeba do szczęścia. Udało się krótką chwilę spędzić na plaży, zjeść tam pizzę na wynos z pudełka i oglądać jak w bardzo szybkim tempie słońce topi się w morzu. 

Następny dzień szykował nam wiele atrakcji, o których nie mieliśmy pojęcia. Ruszyliśmy północnym wybrzeżem na zachód do Groty Neptuna. Droga z niesamowitymi winklami, prowadząca na wysokie wzniesienie, dawała ogromną radość z kolejnych niesamowitych krajobrazów. Każde z nas kręciło głową w kasku z niedowierzania i zachwytu. Grota Neptuna również nas zaskoczyła. Potrzebne było przejście “zaledwie” kilkuset schodków, aby podziwiać co natura potrafi samodzielnie stworzyć.

Później zachodnim wybrzeżem kierowaliśmy się już na południe, spotykając na drodze dzikie konie, przejeżdżając przez znane Alghero i jadąc takimi drogami, gdzie bakcyl “wariata” szybko się aktywował. Serpentyny nad przełęczami, pomiędzy większymi i mniejszymi górami, a w oddali widoczne nadmorskie wybrzeże. Bajka. Dotarliśmy do miejscowości Arborea, z małą przygodą, gdy zgubiliśmy jednego z naszych motocyklistów… Ale wszystko dobrze się skończyło i mogliśmy planować kolejny dzień. Kierunek – San’t Antioco, czyli maleńka wysepka, połączona z dużą Sardynią mostem.

Na Sant’Antioco mieliśmy zabawić dwa dni, aby dotrzeć na baseny skalne i w końcu trochę odpocząć, bo koniec wyjazdu tuż tuż. Jakim zdziwieniem obdarzyli nas mieszkańcy, którzy obserwowali naszą konsumpcję „pseudo” obiadu, czyli parówek i bułek, na ławce przy porcie, ponieważ o godzinie 15.00 nie zjecie nigdzie posiłku – Włosi mają przecież siestę. A my umieraliśmy z głodu. Całe szczęście, że niewielki supermarket siesty nie miał.

Przedostatniego dnia objechaliśmy maleńkie Sant’Antioco, przy okazji plażując, kąpiąc się, a na koniec dnia znaleźliśmy sposób na siestę – zorganizowaliśmy zakupy i samodzielnie zrobiliśmy dobrego polskiego grilla. W dzień powrotu do kraju, gdy lot mieliśmy dopiero o godzinie 20.00, dotarliśmy do Cagliari. Udało się jeszcze pospacerować, kupić kilka pamiątek i prezentów, oddać maszyny i z przesympatycznym taksówkarzem udać się na smutny powrót na lotnisko. Nieco zmęczeni, ale bardzo usatysfakcjonowani.

W skrócie? Sardynia jako wyspa jest niesamowita. Krajobrazy wyjątkowe, drogi, dzięki którym chce się jechać więcej i więcej, czując ciągły niedosyt. Wielokrotnie oczy uśmiechały się a w kaskach piszczało się z radości. Tubylcy przeróżni. Niektórzy charyzmatyczni i przesympatyczni, pomocni i zupełnie normalni. Inni? Zupełnie na odwrót. W wielu miejscach widać, że nie dbają o swoją wyspę, bo niestety w miastach i nie tylko widać ich bałaganiarstwo.

Baterie naładowane na kolejne miesiące, a w głowie już plany następnej wyprawy na dwóch kółkach. Ale gdzie? To się okaże!

Motocyklem po Sardynii – zdjęcia

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.