Kiedy pada hasło Hiszpania i Portugalia, najczęściej każdemu przed oczami staje obrazek smażącej się na rozległych plażach nudy. Nie wszyscy pamiętają, że Hiszpania to także Pireneje, Góry Kantabryjskie, Iberyjskie czy westernowe Sierra Nevada. Portugalia to też nie tylko plaże. Pojechaliśmy odkryć właśnie taką Hiszpanię i Portugalię.

Tekst: Ewa Skowrońska; zdjęcia: Robert Żuraw

W kalendarzu 6 września. Wreszcie możemy się ostatecznie spakować i pomachać zostającym w domu. Wyjeżdżamy z okolic Warszawy, a w Bielawie w Górach Sowich mamy pierwszy nocleg, skąd na dobre wyruszamy w trasę następnego dnia. Ciężko się nie irytować jadąc po polskich drogach, ale na szczęście uśmiech z twarzy nam nie schodzi – a to dopiero początek.

Może się wydawać, że to nic trudnego zaplanować wycieczkę do Hiszpanii. Jeśli do tego dojdzie jeszcze część francuskich Pirenejów, góry Sierra de Estrella w Portugalii i tylko dwa tygodnie urlopu, to jest to nie lada wyzwanie. Przejazd przez Niemcy jest bezproblemowy. Sporo robót drogowych na autostradach, ale jedziemy średnio 120 km/h bez większych problemów, spotykając po drodze wielu motocyklistów.

Wiadukt Millau

Nawigujemy oldschoolowo, czyli na papierowych mapach, w rezultacie czego dochodzi do śmiesznej pomyłki. Jeden ze zjazdów z autostrady, w który mamy zjechać jest w remoncie. Zostajemy więc zmuszeni wybrać inny i nie wiadomo kiedy i jak znajdujemy się w Szwajcarii w Bazylei – pomimo iż planowaliśmy wjechać do Francji. Tankujemy tanie tutejsze paliwo i po krótkim błądzeniu wjeżdżamy do Francji. Wstępny plan na pierwszy dzień to zrobienie 1200 kilometrów. Udaje się.

Pierwszy nocleg mamy już we Francji. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej w okolicach Belfort w towarzystwie tirów. Obsługę zazwyczaj spotykamy dobrą, ale nie mówiącą raczej po angielsku lub słabo. My z kolei nie znamy francuskiego, więc często porozumiewamy się po prostu na migi.

 

Dzyń, dzyń…

Jedziemy w stronę wiaduktu w Millau. Francuskie autostrady są dość drogie. Za odcinek o długości około 350 kilometrów do Lionu płacimy 15 euro (ok. 60 zł), ale są w jeszcze lepszej kondycji niż niemieckie – darmowe. W okolicy Saint-Etienne zjeżdżamy z autostrady, gdyż portfel robi się coraz chudszy. Kolejną noc śpimy na kempingu pod Mendą (właściwie Mende), w cenie 14 euro za dwie osoby. Wreszcie mamy okazję wskoczyć pod przyjemny prysznic i zakończyć dzień dobrą kolacją, złożoną z pysznego koziego sera i bagietki, a to wszystko poprawione winogronami zerwanymi prosto z krzaka.

Takich widoków nie mogliśmy podarować

Rano budzi nas coś jakby bicie dzwonu, ale nigdzie w pobliżu nie ma żadnego kościoła tylko boisko piłkarskie. Wyglądamy z namiotu zaciekawieni i widzimy przechodzące nieopodal owce z ogromnymi dzwonkami u szyi. Te dzwonki będą nam towarzyszyć już do końca wycieczki, dyndając u szyi francuskim krowom, hiszpańskim owcom czy portugalskim kozom.

 

We Francji spotykamy mnóstwo motocyklistów. Czujemy się pewnie i swojsko, tym bardziej, że kierowcy samochodów zauważają nas i ustępują drogi jeśli zajdzie taka potrzeba. Docieramy pod wiadukt Millau.

Wiadukt Millau
Viaduc de Millau został wybudowany w ciągu autostrady A75 nad doliną rzeki Tarn. Jest on najwyższą tego typu konstrukcją na świecie z najwyższym filarem o wysokości 341 metrów.

Najpierw robimy zdjęcia z daleka z tzw. punktu widokowego – wrażenia średnie. Zobaczymy jaki będzie efekt, gdy będziemy na moście.

Zjeżdżamy w doliny
Wjazd na wiadukt kosztuje nas 3,90 euro (ok. 16 zł), jednak ten widok też nas nie zachwyca. Jedziemy dalej. Powoli zapada zmrok i trzeba szukać miejsca na nocleg. Śpimy w namiocie, przez co dają nam się we znaki bardzo zimne noce. Z założenia mieliśmy spać tylko na polach namiotowych lub na dziko, jeśli tylko będzie to możliwe, ale niskie temperatury w nocy skutecznie wybijają nam ten pomysł z głowy. Jesteśmy wprawdzie w Środkowych Pirenejach, ale może tylko tu po francuskiej stronie jest tak zimno. Liczymy na wyższe temperatury w hiszpańskich Pirineos.

Pireneje
Pireneje rozciągają się pomiędzy Atlantykiem, a Morzem Śródziemnym, osiągając długość ok. 450 kilometrów. Pasmem tym przebiega granica francusko-hiszpańska, przy czym większa część pasma wraz z najwyższymi szczytami należy do Hiszpanii. We wschodniej części gór znajduje się jedno z najmniejszych państw Europy – Andora.
Najwyższe szczyty zbudowane są z granitów i osiągają wysokość 3404 m n.p.m. – na Pico de Aneto w hiszpańskiej prowincji Huesca. Centralna, wapienna część, słynąca z doliny Ordesy i polodowcowego cyrku Gavarnie, wznosi się na Monte Perdido do wysokości 3355 m n.p.m. Obecnie granica wieloletnich śniegów położona jest na wysokości ok. 3 tys. m n.p.m.
Do najpiękniejszych rejonów Pirenejów należy obszar hiszpańskiego Parku Narodowego Ordesa i Monte Perdido.

 

Kemping widmo

10 września jesteśmy już w Hiszpanii. Śpimy w wiosce o wdzięcznej nazwie Viu, zaraz za Biescas. W nocy trochę jakby cieplej. W sumie płacimy 19,80 euro (ok. 80 zł) za oświetlony milionem małych lampek, prawie pusty kemping.

Enduro w wykonaniu cruisera

O tej porze roku takie ośrodki są średnio zapełnione, a nawet można powiedzieć pustawe, zwłaszcza te francuskie – większość turystów stacjonuje w hotelach ze względu na pogodę. Te po hiszpańskiej stronie są ładniejsze i zdecydowanie bardziej rozbudowane, w postaci całych kompleksów: toalety, prysznice (obowiązkowo z ciepłą wodą), restauracje, bary, sklepy i często baseny. Kilkukrotnie zdarza nam się nie płacić za nocleg, bo nie zgłasza się do nas żaden właściciel czy pracownik: w recepcji pusto i głucho. Pewnego razu nawet gdzieś w samym środku Hiszpanii trafiamy na kemping, gdzie nie ma żywego ducha.

Jeśli odbić w lewą stronę od wjazdu do Parku Ordesa, po około sześciu kilometrach jazdy droga szutrową można dojechać do Valle de Bujaruelo nad rzeką Ara, nad którą poprowadzony jest mały kamienny mostek św. Mikołaja z IX w. Miejsce urocze. Jest tam kemping – tylko namiot albo caravan. Propozycja zostania na noc jest bardzo kusząca, ale obawiamy się kolejnej chłodnej nocy pod namiotem. Kończymy nasz piknik pod wiszącą skałą i ruszamy w drogę do Kanionu Ordesa.

Nasza kwaterka

Otoczona przez trzytysięczniki i strome urwiska Ordesa jest jednym z największych kanionów europejskich, który najbardziej przypomina swoim kształtem prawdziwe amerykańskie kaniony, takie jak na przykład w Colorado.

Park Narodowy Ordesa i Monte Perdido
Park jest położony w prowincji Huesca i graniczy z francuskim parkiem narodowym Pyrenees National Park. Razem stanowią największy chroniony obszar w Europie. Monte Perdido osiąga wysokość 3355 m n.p.m. i jest trzecim co do wysokości szczytem w Pirenejach. Dla większości turystów jest to główny cel górskich wędrówek. Na niektórych szlakach czekają niespodzianki – np. w postaci wodospadu, pod którego strugami trzeba przejść. Park Narodowy Ordesa i Monte Perdido w 1997 r. UNESCO wpisało na listę Światowego Dziedzictwa.

Najbliżej położona Torla, urocze małe miasteczko, pełni rolę bazy wypadowej. Stąd planujemy wjazd na górę kanionu i przejazd jego szczytem. Niestety do parku jest absolutny zakaz wjazdu (tylko autobus), a pojazd trzeba zaparkować na oddalonym o cztery kilometry parkingu w Puente de los Navarros lub skorzystać z autobusu. Zawzięliśmy się jednak. Nie możemy podarować takich pięknych widoków lub oglądać je z okien autobusu, dlatego wjeżdżamy – oczywiście na motocyklu (od drugiej, mniej uczęszczanej strony, obok zamkniętego szlabanu, niedaleko wioski Nerin i Fanlo). Można zaserwować sobie tam kawę w najwyżej położonym barze w Pirenejach. Droga kamienista, więc mamy mały hardcore, nasze szosowe pół tony nie daje rady i niestety przejeżdżamy tylko część trasy.

Widok na Picos de Europa

Warto również zatrzymać się tutaj na trochę dłużej. Nasz grafik jest ciągle napięty, więc jeszcze tego samego dnia pędzimy dalej.

Canyon de Anisclo jest drugim największym kanionem, przynajmniej tak głębokim jak Ordesa, ale węższym. Wygląda jak duża rysa na jednolitym południowym zboczu Monte Perdido. Tego dnia zmęczeni górami instalujemy się w niedalekim Sarvise, w hostalu (nie mylić z hostelem czy hotelem, to raczej coś jak pensjonat z własną stołówką – ok. 150 zł za dwuosobowy pokój). Biegniemy do jednej z dwóch w tej wiosce restauracji, napełniamy brzuchy naprawdę smacznym w Hiszpanii jadłem i winem oraz pierwszy raz od pięciu dni wskakujemy do łóżka. Otaczają nas ryczące telewizory, płaczące dzieciaki, za oknem kościółek z bijącym co godzina zegarem, ale jest bosko, zwłaszcza, że za oknem siąpi.

 

Szczyty Europy

Nazajutrz wyruszamy do Picos de Europa. Przed nami 600 mało atrakcyjnych kilometrów poza pięknym Mallos de Riglos – formacji skalnej u podnóża Pirenejów, w rejonie Huesca. Picos de Europa (Szczyty Europy) stanowi potężny, wapienny masyw o długości i szerokości mniej więcej 40 kilometrów, położony zaledwie 25 kilometrów od Atlantyku. Wchodzą one w skład gór Kantabryjskich.

Góry Kantabryjskie
Najwyższym pasmem gór Kantabryjskich są Picos de Europa. Oddzielają Kantabrię od Asturii, a ich szczyty przekraczają 2,5 tys. m. Najwyższy – Torreceredo, ma 2646 m n.p.m. To wiele, zważywszy, że do morza wcale nie jest daleko. Na ośnieżone nawet latem wierzchołki można spoglądać z piaszczystych kantabryjskich plaż.
To właśnie bariera stworzona przez Picos de Europa sprawia, że inaczej niż na wybrzeżu Morza Śródziemnego czy w spalonym słońcem wnętrzu iberyjskiego subkontynentu, na kantabryjskim wybrzeżu jest zielono przez cały rok. Te same łańcuchy gór zatrzymują płynące znad Afryki gorące wiatry, które przynoszą słoneczną pogodę reszcie Hiszpanii.

Dzięki temu góry wydają się zdecydowanie wyższe niż są w rzeczywistości, choć faktem jest, że w ich skład wchodzi ponad 200 dwutysięczników.

Droga wykuta w skalnej półce
Uważane są one przez Hiszpanów za „najdziksze” miejsce w Hiszpanii. Rwące strumienie i rzeki żłobią głębokie kaniony, a białe, ostre granie lśnią imponująco na tle granatowego nieba. Góry są bardzo popularnym wśród Hiszpanów miejscem wypoczynku, dlatego oferta noclegowa jest całkiem dobra. Wybierać można między luksusowymi pensjonatami a schroniskami czy kempingami. Jednak położone niemal nad samym oceanem pozwalają obrać na bazę wypadową również jedną z nadmorskich miejscowości.

W Picos de Europa jest kilka tras będących niemal obowiązkowym punktem programu. Należy do nich przede wszystkim Wąwóz Cares (Garganta del Cares), biegnący zachodnią częścią grupy Uriello. Trasa z Poncebos do Cain liczy sobie 12 kilometrów (czas jazdy to ponad trzy godziny), niestety tę odległość trzeba pomnożyć razy dwa, bo jeśli chce się wrócić z powrotem do Poncebos, trzeba wędrować tą samą drogą. Trasa w znacznej części biegnie wykutą w skale półką, zawieszoną chwilami nawet 300 metrów nad korytem rzeki Cares. Szlak obfituje w liczne widoki na piękne wchodzące w chmury picos.

Tutaj spaliśmy
Polecamy również przejazd drogą lokalną CA 1. Droga poprowadzona jest pięknymi przełęczami z mnóstwem serpentyn i stromych podjazdów. Picos de Europa to góry, po których raczej nie da się pojeździć. Najciekawsze miejsca trzeba eksplorować na piechotę. Dlatego warto zrobić sobie w tym miejscu parodniowy odpoczynek od siodła. Przejść trasę, o której wcześniej wspomnieliśmy, przejechać się kolejką linową w Potes oraz podziemną kolejką do najwyżej położonej tam wioski Bulnes. Jest to zresztą jedyny środek lokomocji do tej wioski lub własne nogi.

 

Serra de Estrella – Portugalia

15 września przekraczamy granicę hiszpańsko-portugalską i jedziemy najdłużej jak to jest dziś możliwe, żeby dojechać w miarę blisko do Parku Serra de Estrella w środkowo-północnej Portugalii. Kiedy robi się już późno zaczynamy szukać noclegu. Trochę błądzimy. Dosłownie nie ma kogo zapytać, nie rozumiemy za dużo portugalskiego, a mało który Portugalczyk mówi po angielsku. Żałujemy, że nie mamy GPS-a. Tu niestety super naturalny, wbudowany GPS, w postaci wrodzonych instynktów, przewidywań i doświadczeń podpierający się papierową mapą zawodzi. Nie ma co mówić, przydałby się komputer. Przewodnik po Portugalii z mini słownikiem nie zmieścił się do kufra, więc języka uczymy się naprędce, między innymi na maciupkiej stacji benzynowej, w jeszcze bardziej maciupkim mieście, którą obsługuje jeszcze mniejsza Portugalka. Z tym, że pani mówi po swojemu bądź po francusku, a my po francusku tylko podstawowe słowa. Więc pytamy kobietę jak jest po portugalsku merci, a pani odpowiada obrigado itd. Przynajmniej nauczyliśmy się dziękować czy mówić „dzień dobry”. Nie chcemy wyjść na jakichś gburów z Polski.

Malownicza dolina

Żałujemy, że się nie przygotowaliśmy wcześniej. Kolejną lekcję wszelkich języków europejskich mamy odbyć niebawem jeszcze tego samego dnia późnym wieczorem. Zbliża się godzina 23., a my ciągle nie możemy znaleźć żadnego kempingu. Zaczepiamy mężczyznę, który okazuje się w sztok pijany. Stara się jednak ze wszystkich sił wyjaśnić jak dojechać do najbliższego kempingu. W jakim języku? Po angielsku, niemiecku, francusku, włosku, hiszpańsku i po portugalsku! W migowym języku również. Głowa mi puchnie, zaczynam mówić do niego w ten sam sposób, używając wszystkich języków obcych jakie znam, żeby mnie jak najlepiej zrozumiał. W końcu chcemy się go po prostu pozbyć, bo wydaje się że nic z tego nie będzie. Na odczepnego mówię, że już znam drogę i dziękuję. Tu dopiero zaczyna się zabawa! Mężczyzna mówi, że absolutnie nas nie puści dopóki nie powtórzę dokładnie tego co on powiedział, bo musi być pewny, że dobrze zapamiętaliśmy jego wskazówki. Nie wiem dlaczego po prostu nie odjeżdżamy, coś nas tam ciągle trzyma i potulnie powtarzamy po nim gdzie mamy jechać. Może dlatego, że jest to dosyć zabawne. Nie mamy innej alternatywy, więc jedziemy tak jak nam poradził, nie wierząc absolutnie, że gdziekolwiek dotrzemy, tzn. do kempingu. Okazuje się jednak, że dokładnie mijamy po drodze obiekty, o których mówił: bank, sklep, skrzyżowanie itp.

Po chwili jednak wyłapuje nas z tłumu – bo w ogóle przecież nie rzucamy się w oczy rycząc na wolnym wydechu, jakaś miłosierna dusza mówiąca płynnym angielskim i prowadzi nas za miasto na inny kemping, oddalony o jakieś 10 kilometrów. W końcu jesteśmy. Z czystym sumieniem polecamy to miejsce, jednak jego nazwy nie możemy zapamiętać. Mieści się on niedaleko miejscowości Gouvaia, która przy okazji może być bazą wypadową w góry. Bardzo rozległy, z wieloma atrakcjami oraz restauracją, z miłą obsługą i wyśmienitym, tanim jedzeniem.

Takie serpentyny nie są rzadkością

Dojazd drogą lokalną nr 17 lub 16. Można tam liczyć na pewno na bezpieczny pobyt za sprawą jednego Portugalczyka pracującego w ochronie. Jak tylko tam przybywamy, zaraz zjawia się niesamowicie towarzyski i gadatliwy grubasek, oczywiście i na szczęście mówiący płynnym angielskim i intensywnie zaczyna nas wdrażać w zwyczaje kempingowe. Oprowadza nas po całym obiekcie, przedstawia pracownikom w restauracji, którzy serwują nam pierwsze i drugie danie oraz deser i piwo lub wino do wyboru za jedyne sześć euro za osobę. Do tego wszyscy z ochroniarzem na czele koło nas skaczą, czujemy się więc ugoszczeni iście po królewsku. A co! Należy nam się po tylu kilometrach w siodle! Swoją drogą chyba nie za często tu ktoś zagląda we wrześniowych porach, stąd to poruszenie.

Serra de Estrella to niezwykle ciekawe w formie góry, zbudowane z krystalicznych skał, wchodzące w skład parku o tej samej nazwie. Są najzimniejszym i najwyższym miejscem w Portugalii. Najwyższym szczytem tego pasma jest Torre (1993 m n.p.m.). W drodze na Torre spotykamy z rzadka widzianego od paru dni motocyklistę, jadącego na nowiutkim Moto Guzzi. Okazuje się że to Anglik, który przyjeżdża w te strony od wielu lat odwiedzając znajomych.

Górskie miasteczko
Pytamy go między innymi o pogodę, bo na dziś zapowiadany był deszcz i obawiamy się załamania. Okazuje się, że pogoda przypomina tu angielskie czy irlandzkie klimaty, więc czujemy się prawie jak w domu (na co dzień mieszkamy w Dublinie). Nie jest to jednak do końca takie pocieszające, ponieważ niebo może się zaciągnąć i będzie już tylko mokro. Wjeżdżamy na górę i trochę zaskoczeni nie możemy znaleźć żadnego dobrego miejsca na panoramiczną fotę. Dlatego, że właściwie Torre nie jest typowym górskim szczytem, ale najwyższym punktem na płaskowyżu. W XVIII w. zbudowano na nim 7-metrową wieżę i nazwano po prostu Torre (wieża). Nieopodal znajdują się kolejne dwie wieże tworzące obserwatorium astronomiczne. Dojazd na samą górę wiedzie po gładkim asfalcie. W drodze powrotnej zajeżdżamy do przydrożnego kramu kupić jakieś pamiątki z tutejszej owczej wełny i kamionki. Myślimy, że znów czeka nas rozmowa na migi, a tu ku memu zaskoczeniu chłopak zaczyna do mnie mówić płynnym angielskim. Przynajmniej można się trochę potargować. W nocy deszcz okazał się szybką, gwałtowną niby burzą, a rano na niebie pokazuje się znów piękne słońce z towarzyszącym mu orzeźwiającym wietrzykiem.

 

Wiszące domy

Od tej chwili powoli zaczynamy wracać do domu. Powoli, bo przed nami jeszcze spory dystans – 4,5 tys. kilometrów i po drodze parę atrakcji, ale generalnie jedziemy już w kierunku Polski. Dojeżdżamy do miasta Cuenca w centralnej Hiszpanii w Castilii La Mancha. Miasta potocznie zwanego „Orlim gniazdem”, ze względu na pierwotne położenie wysoko na wzgórzu. Cuenca składa się z dwóch różnych części: starego i nowego miasta. Stare miasto słynie z wyjątkowego usytuowania na krawędzi pionowego urwiska. Powstałe w XIV wieku zadziwiające „wiszące domy” (Casas Coldagas) stały się symbolem tego miasta. Poza tym wąskie uliczki i pochyły rynek – Plaza Mayor, przy którym znajduje się ciekawa, piękna katedra zbudowana w 1177 r., liczne bary i tarasy widokowe stanowią wspólnie bardzo ciekawy punkt na mapie naszej wycieczki. Część współczesna miasta leży u podnóża skały.

Nocleg pod namiotem

Zupełnie przypadkiem trafiamy jeszcze na święto wina. Jak wnioskujemy, stare miasto, pomimo iż to nie środek sezonu, tętni życiem. Przez nie przewija się coś na kształt parady kolorowych przebierańców z głośną muzyką i uczestników rozdających młode wino. Paradę kończy przegonienie środkiem rynku stada byków.

Nie chcemy narzekać, ale dalszą część wycieczki mamy bardzo mokrą. Ścigamy się ciągle z deszczem. Podróż staje się nieprzyjemna, gdyż jedziemy już na łysej przedniej gumie, a przecież na wyjazd założyliśmy komplet nowych opon. Czujemy się jak na rajdzie, gdzie mierzymy się z silniejszym od nas przeciwnikiem – pogodą. Cały czas lawirujemy pomiędzy większymi, a mniejszymi opadami, których końca nie widać. Kiepska pogoda potrafi odebrać jakąkolwiek przyjemność. W dodatku jest chłodno i marzniemy, a podobno mieliśmy wygrzać stare kości w hiszpańskich tropikach. W drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o Consuegrę, Castillia La Mancha powalczyć trochę z wiatrakami Don Kichota.

Castillia La Mancha

Castillia La Mancha w przeszłości wraz z Madrytem tworzyła region Nowa Castylia. Jest to jeden z najsłabiej zaludnionych obszarów Hiszpanii. Stolicą regionu jest Toledo. W odległej przeszłości ta część kraju była miejscem wielu bitew toczonych pomiędzy chrześcijanami i muzułmanami. Do atrakcji regionu zalicza się m.in. jaskinię Montesinos, gdzie podobno wypoczywał słynny Don Kichot, a która dzisiaj słynie z tego, że jest największym w Hiszpanii siedliskiem nietoperzy. Inną atrakcją są słynne wiatraki z okolic miasteczka Consuegra. Te niewielkie, okrągłe, na biało tynkowane wiatraki to bohaterowie słynnego poematu Cervantesa. To tu, w El Toboso mieszkała Dulcynea, ukochana Don Kichota.

Uczestnicy wyprawy

Hiszpania kryje w sobie mnóstwo atrakcji, ale mamy załamanie pogody, jesteśmy już trochę zmęczeni, więc wracamy już na dobre do domu uciekając przed deszczem, który opuści nas dopiero w południowej Francji.

 

Mglisty powrót

Przejazd przez Andorę przypomina wizytę w wielkim turystycznym centrum handlowym, zwłaszcza w weekend. Spotykamy liczne pielgrzymki Hiszpanów i Francuzów po tanie papierosy i alkohol, którzy utrudniają nam wyjazd z kraju, stojąc w długiej kolejce do przejścia granicznego. Planowaliśmy rekreacyjny przejazd przez góry i sesję zdjęciową, lecz niestety pogoda wciąż kiepska. Jest bardzo zimno – 12 stopni i bardzo ślisko, więc ograniczamy się tylko do kupna paru pamiątek i czym prędzej czmychamy do południowej Francji.

Na południu tego kraju jest zdecydowanie cieplej, ale znów nowe doświadczenie meterologiczne – silny, niezwykle porywisty boczny wiatr, który rzuca nami po całej autostradzie. Kiedy wjeżdżamy do Niemiec przekonani, że już nic niezwykłego – jeśli chodzi o pogodę – nas nie spotka, znów niespodzianka. Praktycznie przez cały kraj brniemy w gęstej, mlecznej mgle. Mamy super niebezpieczne ostatnie 1,3 tys. kilometrów po zamglonej autostradzie.

 

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here