Ciepło, słońce, puste drogi, piękne góry, brak zakazów na leśnych drogach. Wioski jakby uśpione. Taką Grecję lubię, właśnie taka uwalnia mnie od dręczącego stresem codziennego bytu. Łatwo, szybko i bezboleśnie wchodzę w tryb z etykietą “wakacje”.

Tekst: Mariusz Reweda, zdjęcia: Mariusz Reweda, Przemek Rychlik

Tak jak ostatnim razem, zostawiamy przyczepę u Adama w północnej Grecji i po 24 godzinach jazdy samochodem, wsiadamy na motocykle. Nie ujeżdżamy daleko, ledwie 90 kilometrów. To wystarczy abym przypomniał sobie atmosferę greckiej maniany, jaką poznałem przed rokiem.

Grecka maniana

Przyczepka zostaje u Andrzeja
Nikt nie reaguje na zator głównej arterii. Kiedy kumple ze szkolnego boiska, teraz sędziwe dziadki, długo politykują przekrzykując silnik starej Corsy zaparkowanej w poprzek ulicy. Jeden wychyla się z plecionego, ratanowego krzesełka, opierając wolną od papierosa rękę o rozchwiany stolik. Drugi gestykuluje dłonią przez otwarte okno samochodu. Dołączył się i trzeci na zmęczonej Hondzie z rozbitymi światłami. Wklinował się w jedyną wolną szczelinę i oparł łokcie o kierownicę, jakby przygotowany na dłuższą rozmowę.

Stoimy z tyłu i kombinujemy jakby tu po chodniku, między wystawionym sprzętem sklepu żelaznego, ominąć greckie próżniactwo. Po chwili z tyłu ktoś trąbi i zator ospale rozpływa się wlewając kilka samochodów, jak przerwana zapora z worków ustawiona przez powodzian. Nikt nie rzuca inwektyw przez okno samochodu. Prędzej pobłażliwie kiwa ręką, pozdrawia kolegę, zatrzymuje się na chwilę, aby wziąć ognia do wygasłego peta. Wszyscy tu się znają, każdy ma taki sam charakter.

Tu się nikomu nigdzie nie spieszy
My w końcu też się zatrzymujemy. Nie ma nic lepszego na upał jak łyk coli z lodówki w cieniu platana. Schodzimy po schodkach do sklepiku. Colę wyciągamy z mokrej od rosy lodówki. Przemek zauważa butelkę Metaxy na półce z surowej, brudnej deski, a Tomek świeży chleb w drewnianych skrzynkach. Ja przymierzyłem się do butelki wina oplecionej pajęczyną na najwyższej półce tuż pod brudnym sufitem z łuszczącego się, nigdy nie tynkowanego betonu. W drzwiach staje młody budowlaniec w usmarowanych wapnem i farbą drelichach. Przypomina sobie trzy słowa po polsku – piłka, młotek, dobrze. Za naszymi motocyklami parkuje nowy Merc właściciela restauracji z przeciwka, a skuterem przyjeżdża cycata kelnerka – kończy się czas sjesty.

Tu jest życie

Senne miasteczka
W nocy i cały, długi ranek leje jak z wiadra. Więc i tym razem musimy odpuścić przejazd przez góry Tesali. Jedziemy ostrożnie po mokrym wapiennym asfalcie autostrady do Ioanniny. Dalej łykając kilometry jak bocian żaby, w ekspresowym tempie docieramy do mostu na Peloponez. Po drugiej stronie zanurzamy się w piątkową, duszną, lepką, rozświetloną jedynie lampami kafejek, głośną fiestę w Patra. Ruch uliczny przepływa pomiędzy autobusami, stolikami, zaparkowanymi byle jak samochodami oraz tłumem młodzieży. Przepływa podobnie jak górski potok, który omywa nieruchome kamienie, a czasami uda się mu zabrać któregoś ze sobą, bo akurat zechciał przesunąć się nieco dalej.

Nie można zaprzeczyć, to TU jest życie, a my walimy na prowincję, w krzaki, na zapomnianą przez turystów plażę. Czasami chciałbym dla odmiany wprasować się w ten miejski harmider. Puścić wodze fantazji i węża z kieszeni na wolność. Zasmakować tego co grecka, roznegliżowana, do przesady głośna i wyperfumowana młodzież, nazywa wolnością i radością życia. Spróbować choć raz, zanim będzie za późno.

Takie plaże to esencja Grecji
Tego wieczoru kończymy na betonowym, opuszczonym molo. Potem lokalny restaurator, kafejki której już nikt nie odwiedza, zaprasza nas na trawiaste podwórko otwarte na ulicę i promenadę na plaży. Sodowe latarnie rozbijają  ciemną noc wyblakłym pomarańczem. Przezroczysta woda jest spokojna jak jezioro. Ale po drugiej stronie zatoki Korynckiej, światła Messolongi przydymia deszcz. Siedzimy tak pijąc wino za winem, zagryzając Metaxą, czekamy na Bogdana i nasze bagaże. Podobno sezon się skończył, dlatego promenada jest zupełnie pusta a kawiarnię odwiedza tylko młodzian na Fazerze, próbujący imponować kelnerce. Mimo to szef poleruje srebra i stoliki. Choć dziś zarabia jedynie parę euro na winie dla Przemka i Tomka.

Bobek przyjechał koło północy, o tej porze jesteśmy już zaprawieni winem na amen z tęsknoty.

W poszukiwaniu dzikich plaż

Kolejny ranek przynosi poprawę pogody. Na kaca funduję sobie kąpiel z płetwami. Chłodna woda i palące słońce, to otrzeźwia jak diabli.

U szczytu półwyspu Araksos trafiamy na słodkowodne rozlewiska. Niskie szuwary czerwienią się jesiennym listowiem. Od wschodu dolinę zamykają żółte skały, przechadza się po nich pasterz z kozami. W dole bieleje kościółek, a po drugiej stronie stoi las piniowy. Iglaste drzewa tworzą swymi rozłożystymi koronami dach na cienkich, długich nóżkach. W tym cieniu kumuluje się pachnący żywicą, spokój sobotniego poranka. Grzechem byłoby opuścić to miejsce przed czasem.

Dreptamy śladami historii
Podobnie rzecz się ma z ocienioną, mokrą od nocnego deszczu szutrówką. Jedziemy nią szukać kolejnych, dzikich plaż. Droga biegnie lasem, potem przez wysokie, szumiące na wietrze trzciny i mokradła, a kończy się w zapomnianej przystani dla kutrów, okolonej białymi skałami. Dalej jest piach plaż i bobrowanie do następnej drogi, do cywilizacji. Dzikie plaże pośród skał, z zalesionym zapleczem… po prostu marzenie. Ale trzeba jechać dalej.

Dzisiaj kończymy na innej piaszczystej plaży w lesie. Fale jednak uniemożliwiają kąpiel. Wieczorem przychodzi mgła i ożywia zapachy w suchym jak pieprz, sosnowym lesie.

Emeryci na śniadanie

Na śniadanie jest Olimpia, o której można poczytać w innych miejscach. Autokary przyjeżdżają i odjeżdżają. Wysypują się z nich posezonowi emeryci. Popędzani przez zawsze dziarskich przewodników, dreptają w stronę kas biletowych. Po godzinie wracają pijanym ze zmęczenia kuśtykiem i obstępują jedyną ławkę gdacząc jak sikorki przy karmniku w zimie życia. Zalatuje od nich naftaliną zmieszaną z potem i starością. Tylko głośna wycieczka z Włoch, wystrojona jak na wesele, wonie perfumą i brylantyną. Grube mammy może trochę rozgotowanym makaronem. Przypomina to wszystko czarno-białe powojenne filmy. Ciekawe kiedy ja zacznę gdakać, zrzędzić i trącić starością.

Tylną bramą jest za darmo
Dziś docieramy do kolejnej, piaszczystej plaży. Zakole laguny ograniczają skały i niski, iglasty las. W nim właśnie rozstawiamy namioty. Ludzi jest niewiele. O tej porze roku Grecy już się nie kąpią. Jedynie turyści z dzieciakami ćwiczą pływanie. No i my pod dyrekcją Przemka ćwiczymy figury wyjęte z tańca synchronicznego. Jakieś piramidy i skoki z barana. Przemek wyciąga zabawki ze wspomnień dzieciństwa nad jeziorem.

Kolejny nocleg znajdujemy w Methoni. Miasteczko jest znane z rozległego zamku na skalistym cyplu. U jego podnóża ciągnie się piaszczysta, twarda plaża z tawerną i hotelem. Nieco dalej parkują w lagunie kolorowe kutry, a za usypanym z kamieni molem, można nurkować i na płetwach dopłynąć do tylnej morskiej bramy zamku by zwiedzić go za darmo.

Zatrzymujemy się pod zamkowymi murami oplecionymi kolczastymi roślinkami nieznanej mi nazwy. Nocuje tu także kilka kamperów. Plaża służy za suchy dok dla kutrów na zimę i na czas remontu. Jedną ze staromodnych kryp z uporem leniwca i pietyzmem dzięcioła remontuje Grek na emeryturze. Tu wszystko wygląda właśnie tak od niechcenia, dla zabicia czasu, przy okazji.

Przyjezdny nasiąka tą atmosferą ospałego poglądu na świat i bezustannie marzy o przeprowadzce na Peloponez. O tym aby chociaż nauczyć się zwolnić tempo, by w wolnej chwili od obowiązku pracy i domu, miast brać się za motocykl, rower, czy kajak, po prostu pójść na long cafe albo piwo do knajpy, by popieprzyć o niczym, wpatrzywszy się w ruch samochodów i ludzi na ulicy. Bezustannie marzy, jak Syzyf wtacza swój kamień wolności na szczyt marzeń, ale życie jakie wybrał niechcący, spycha go zdecydowanie obojętnie w otchłań obowiązków, jakie sobie wziął na garb.

Grecja jak Monika

Lepiej niż w domu
Spędzamy wieczór w tawernie w miasteczku. Objadamy się do syta suwlaków, opijamy wina po którym głowa nie boli i bełkoczemy, przekrzykując się w opiniach na temat Grecji. A ona sama nic sobie nie robiąc z naszych pomysłów i z kryzysu, trwa wokół nas przyjemnie kojąc umęczone budowaniem kolejnych szczytów marzeń przyjezdne duszyczki. Grecja jak Monika – dziewczyna ratownika, pyszni się swoimi kształtami, a motorzysta marzy, że mu się przydarzy.

Dzisiejsze bobrowanie po górach daje ciekawe rezultaty. Szutrówka jest odpowiednio trudna i odpowiednio urozmaicona krajobrazowo. Objeżdżamy cały półwysep ze szczytem Mawrewuni przecinając na wskroś górzyste plantacje oliwek na czerwono-pomarańczowych stokach. Zsuwamy się po kamieniach w doliny i zaraz potem wdrapujemy serpentynami po luźnym żwirze na przełęcz. Na zakończenie otrzymujemy stawiający oczy w słup widok na błękitną lagunę, a po drugiej stronie wielkiej wody, na półwyspie Mani, tonące w chmurach szczyty Tajgetu. Wyrastają powyżej linii brzegu i unoszą się jak zjawy, lekko tylko bardziej realne od tych białych obłoków, które tworzą im sukienki i zasłaniają nogi.

Po południu defilujemy truchcikiem przez nowoczesną Kalamatę. W mieście etos Grecji, która kusiła nas swoimi wdziękami w Methoni, gdzieś się ulatnia. Zastępuje go młodzieżowy lans na motocyklach i w kabrioletach. Wystudiowany luz strojów i póz jak z francuskiej riwiery. Głośne tłumiki wybajerzonych skuterów mają podnieść rangę męskości mężczyzn. Dudniące w nosie perfumy dziewczyn, zaznaczyć powab. Tu i ówdzie spostrzegam grupki czarnych imigrantów handlujących na chodnikach popeliną. Trudno uwierzyć, że nie kradzioną.

Przeskakujemy góry

Widoki wynagradzają wszystkie trudy
Pod Lidlem byle jak zaparkowany tuż przed wejściem pick-up, wypluwa tłumek rozwrzeszczanych Albańczyków . Koczują tu, niedaleko, w szuwarach, na plaży, w miasteczku namiotowym. Nie pamiętam takich dzikusów z wizyty w Albanii. To chyba albańska wizytówka, jak kiedyś handlarze i złodzieje samochodów budowali polską wizytówkę na zachodzie. Przed Albańczykami spod Lidla odjeżdża Subaru emerytów ze Szwajcarii. Kupili kwiaty doniczkowe na promocji, pewnie do swojej letniej rezydencji na stokach gór powyżej Kalamaty. Jedni i drudzy realizują swój plan na “nowe życie w przyjaznej Grecji”.

Kolejnego dnia przeskakujemy góry Tajget. Jest tu taka dziurawa szutrówka, wysypana luźnym kamieniem. Spodziewamy się pięknych widoków na jedną i potem drugą stronę nasady półwyspu Mani i tego otrzymujemy w nadmiarze. Oprócz widoku morza u styku gór, są nagie skały kanionów i otwarte panoramy połonin z rzadka porośnięte drzewami. Niestety nie trafiamy ładnej pogody. Po wschodniej stronie przełęczy 1563 m. npm., pod górą Mawrowuna (1 908 m. npm.), wpadamy w deszcz, który nie chce się skończyć nawet kiedy docieramy wreszcie nad morze w Githio.

Kawa. Na nią zawsze jest czas
Zła pogoda nie odstrasza myśliwych. Mimo iż dziś środa, wałęsają się całymi tabunami po dzikich górach. To popularny sport w Grecji. O ile zabijanie można nazwać sportem. To pewnie zależy od tego, kogo się zabija. Psy w klatce na małej przyczepce, ciągnięte za samochodem terenowym w góry to normalny obrazek w weekendy.

Deszcz postanawiamy przeczekać w opuszczonym ośrodku wczasowym przy plaży. Wjeżdżamy motocyklami do potężnej rotundy – na kształt schroniska na Śnieżce. Kiedyś była tu restauracja. Na stoku klifu zbudowano kilkanaście bloków z pokojami dla gości. A na plażę można było zejść po zacienionej, pachnącej dusznym, śródziemnomorskim kwieciem ścieżce. To musiał być jeszcze dziesięć lat temu piękny hotel, dziś mieszkają tu zwierzęta, głównie ptaki, a czasami włóczędzy jak my.

Udaje się nam jednak wstrzelić w okienko pogodowe i jedziemy szukać naszej plaży. Wieczór zaś spędzamy w wioskowej tawernie, spożywając tani posiłek i hektolitry wina. W sumie wychodzi taniej niż w Polsce, a przy okazji przeczekujemy wieczorną burzę. Rozmiar ulewy przypomina monsun w Indiach. Obawiamy się czy nasze namioty i motocykle nie spłyną do morza. Nawet po burzy trudno przejść przez wioskę, bo ulice blokują rozlewiska deszczówki. Nasze domki wytrzymują jednak nawałnicę. Mała przestrzeń osobista, z cudem zachowanym w suchości śpiworem, czeka na powracających z imprezy, uszczęśliwionych greckim winem turystów.

Peloponez na dziko

W drogę. Góry się same nie przeskoczą.
W czwartek puszczamy się przez najdzikszy rejon Peloponezu – wschodnią Lakonię. Już na samym początku widzimy tego efekty. Drogi zaznaczone na mapach GPS okazały się czystą, twórczą kartografią. Nigdy nie istniały. Musimy więc polegać w większym stopniu na głównych drogach, które i tak czasami są szutrowe, a ruch samochodów w ogóle nie istnieje. Ale oczywiście warto zapuścić się w ten rejon, bo dzięki temu znajdujemy wspaniałą dziką żwirową plażę ze skalistą zatoką i drzewami dającymi cień. Odnajdujemy także spokój w Peleta, z pozoru zupełnie wymarłym, ale ciągle żywym. Wietrzna, zimna pogoda zamyka mieszkańców w domach i tawernach.

Wystarczy, że temperatura spada do 15 stopni i życie zanika. W pięknym Kastanitsa zatrzymujemy się aby wypocząć po uciążliwym i długim odcinku leśnych bezdroży. Ręce bolą od trzymania kierownicy na wybranym kursie, kiedy kamienie na ostrych serpentynach rzucają motocyklem we wszystkie strony. Krajobrazy kanionu Dafnon są wspaniałe, ale półtorej godziny bez przystanku na serpentynach mocno nas wykończyło.

Spaceruję po miasteczku precyzyjnie rozplanowanym na skalistych stokach gór. Brak przestrzeni skutkuje w takich wypadkach przywiązaniem większej uwagi budowniczych do detali wąskich uliczek, schodków, wykuszy i mostków. Do wkomponowywania ścian domów i dachów w mury podtrzymujące ulice. Gospodarze z uwagą wykorzystują każdy centymetr tarasów by posadzić drzewko oliwne albo zrobić podjazd na samochód.

Turystów brak. Może oprócz nas.
Można powiedzieć, że brak przestrzeni wymusza większy dla niej szacunek, a więc większą, niż jest to we wioskach na nizinach, dbałość o wykończenie detali, wielofunkcyjność przestrzeni publicznej, kunsztowne wykończenia balkonów, podpór, okapów, drzwi i balustrad. Przechadzanie się po uliczkach Kastanitsa, pośród bielonych, kamiennych domów, przenosi turystę do innego świata, jakby bajkowego domu dla lalek. Wszystko jest takie cukierkowo piękne i niepowtarzalnie delikatne.

Poszukiwanie przejść z jednej terasy na drugą, zapomnianych chodników otwierających się nagle na wciśnięty pomiędzy napierające nań domy placyk, wyłożone białym kamieniem, daje satysfakcję godną odkrywcy i poczucie przeniesienia do jakiejś makiety miasteczka w pomniejszonej skali. Czuję to zawsze kiedy odkrywam na nowo te najwęższe uliczki Dubrownika. Kastanitsa jest nieco inne, poświęcone przede wszystkim mieszkańcom, dawniej hermetycznym góralom. Brak tu oznaczeń po angielsku. Jeśli już przyjeżdżają tu turyści, to raczej Grecy, w lecie, dla ochłody, w ucieczce od nadmorskich upałów. Jest tu więcej takich wiosek, na przykład Sitaina albo Prastos czy Agios Vasileios.

Ostatnie bobrowanie

Co, ja nie dam rady?
Następny dzień obfituje w bobrowanie po lasach. Jadąc na skróty wbijamy się w stoki rozległych masywów szczytów Killini (2 376 m. npm.) i Aroania (2 341 m. npm.). Z pozoru centralny i północny Peloponez wydaje się nudny, nie tak spektakularny jak południowe półwyspy, pozbawiony wiekowej struktury zabudowy wiosek, bardziej nijaki bo rolniczy i bez widowiskowych, dzikich plaż. Jednak są tu wysokie na ponad 2000 metrów góry, które zajmują połowę północnego Peloponezu. Pokrywają go piniowe lasy i tylko w głębokich dolinach można znaleźć cywilizację. My jednak celowo jej unikamy. Właściwie to nasz ostatni, bobrowy dzień tej wyprawy. Chcę maksymalnie nacieszyć się nieskrępowanym jeżdżeniem po bezdrożach Grecji.

Udaje się to znakomicie, a to przede wszystkim dzięki ładnej pogodzie. Gdyby deszcz zmoczył błotniste, strome ścieżki górskie, rdzawa glina szybko by nas oblepiła na podobieństwo niewypalonej cegły. Gdyby wiał zimny wiatr jak wczoraj, w letnich ciuchach przemarzlibyśmy na kość. A tak jedynym, naszym zmartwieniem jest wybór odpowiedniej ścieżki i niepewność, czy aby ta ścieżka zaraz nie skończy się na jakiejś polanie. Oznaczałoby to, że musimy kombinować innymi drogami, albo wracać i objeżdżać góry ze spuszczoną głową, dookoła asfaltem. Wtedy przyjemność odkrywania bezdroży Grecji na własny rachunek przekształciłaby się w pogoń z czasem, by zdążyć na wieczór zjechać z gór i uciec przed chłodem na plażę.

Ciągle nie mogę wyjść z podziwu dla Grecji. Brak zakazów jeżdżenia motocyklami po tak pięknych górach sprawia, że mam ochotę tu wracać i szukać nowych wrażeń w dzikich rejonach Peloponezu. Jest coś takiego, że każdy odkrywa na swój rachunek jakieś eldorado, miejsce dlań szczególnie piękne, dające mu przyjemność, którą szukał. Znam wielu, którzy preferują Ukrainę, Rumunię, Albanię, Bułgarię, czy Korsykę. Ja na dobrą sprawę nie wiem tak naprawdę czemu wolę Grecję. Próżno szukać racjonalnego wytłumaczenia. Człowiekowi jedynie się wydaje, że nim się kieruje. To musi być coś głębiej, bliżej serca, uczuć, a może przeznaczenia. Tomek kwituje moją jazdę – włączyła ci się nieśmiertelność, bo gnasz jak wariat. Może moim przeznaczeniem jest skoczyć w jakąś, grecką przepaść. Ale nie dziś, może jutro.

To inna rzeczywistość
Ostatnie dwa dni to powrót na północ Grecji, do miejsca gdzie czeka przyczepa na motocykle. I tak w ostatni, długi dzień, po 35 godzinach od momentu przebudzenia na plaży półwyspu Tragowuni, na wschód od Lamii, znalazłem się z powrotem w polskim domu, w zupełnie innej rzeczywistości. Nawet nie pogodowo, bo ostatni dzień jazdy po Grecji był dość zimny, a pierwszy w Polsce jest dość ciepły. Ale zupełnie innej rzeczywistości. Już jadąc nocą swoją wachtę za kierownicą busa przez Serbię, zacząłem baczniej obserwować krzaki i miejsca dogodne do zasadzki, jaką mogą zastawić na nas policjanci. Na Węgrzech już przestałem ignorować budki dla ptaków z fotoradarami i na poważnie zmęczył mnie tłum samochodów na drodze. Wcześniej przeprawy przez granice, zwłaszcza dyskusje z paniami celniczkami, też sprowadziły mnie bliżej realnej, europejskiej ziemi.

W Grecji puste drogi, typowa maniera spędzania leniwego czasu na piciu kawy, albo jeśli już to spokojnym przemieszczaniem się jakimś gratem do sąsiedniej wioski, przenoszą mnie w inny wymiar. Tu kompletnie nie ma policji drogowej! Przejechaliśmy ponad 2100 km po różnych drogach, także kawałki autostrad i nie spotkaliśmy radarowców, a wszystkie fotoradary są nieczynne, nikt na nie nie reaguje. To pierwszy kraj, w mojej historii podróżowania po różnych kontynentach, w którym nie odczuwa się tego podskórnego lęku o zawartość portfela, kiedy w sposób niewymuszony nagina się lekko przepisy ruchu drogowego. Tu jest jak dawniej w Polsce, przepisy są po to aby informować i rozstrzygać spory wynikające z wypadków.

A tak na marginesie widzieliśmy tylko jedną stłuczkę. Ludzie widząc ograniczenie do 50, zwalniają tak aby było bezpiecznie. Widząc STOP, wiedzą że muszą ustąpić pierwszeństwa i dobrze popatrzeć w obie strony, ale po co się zatrzymywać skoro można upewnić się, że jest się samotnym na skrzyżowaniu, jadąc powoli. Jednocześnie prawie nikt nie ma tu tego cwaniactwa, typowego dla krajów byłych demoludów aby wykorzystać każdą możliwość by wykręcać najlepsze czasy jak jakiś Kubica. Wszystko to skutkuje pogłębieniem oddechu, poświęceniem większej uwagi dostosowaniu prędkości do warunków na drodze, a nie do przepisów na drodze. Większemu zaufaniu do własnych umiejętności, a nie do umiejętności stawiania znaków i przepisów przez do tego powołanych ludzi. Wyjeżdżając z Grecji popadam w delikatnie zduszony oddech obawy o to czy aby chusteczka w którą wydmuchuję nos jest atestowana, bo jak nie, to mogą mnie pociągnąć za to do odpowiedzialności.

Tu wolny czas spędza się wolno
Wyskakuję z ukrycia, z kraju nietranzytowego dla tirów, o gęstości zaludnienia mniejszej od polskiej o 35%, łagodniejszym klimacie społecznym, obyczajowym i pogodowym, piękniejszym krajobrazowo i dojrzalszym kulturowo, kraju gdzie wolny czas spędza się wolno, a nie wyszukuje nowych czynności aby go wypełnić pogonią za czymś nadanym nam przez kreatorów mody i dobrego wizerunku. Wracam na ojczyzny łono. Cóż więc w tym dziwnego, że nie jestem z tego kontent.

5 KOMENTARZE

  1. Myślałem że motocykle na przyczepkach wożą tylko Niemcy. A tu widać moda na przyczepkowe motocyklowanie dotarła już do nas. Na marginesie – widziałem kiedyś jednego Niemca który GS-a przywiózł do Francji też na przyczepce – tylko by ł na wyższym przyczepkowym levelu bo go z niej nie zdjął ani razu, po czym na aluminiaki nakleił sobie naklejki z “F” i pojechał do domu :-) I to jest dopiero coś :-)

  2. Nie jestem fanatykiem motocykli tylko zwykłym użytkownikiem, to takie samo żelazo do przemieszczania się jak każde inne. Skoro szybciej, taniej jest na przyczepce to korzystam i nie umiem znaleźć przyjemności w dojazdówce na silę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.