Idea wyjazdu Hondą Transalp do Murmańska wyłoniła się na wspólnym dwutygodniowym objeździe Karpat poprzedniego lata. Ostatecznie z pięciu ochotników, którzy mieli jechać zostało nas trzech: Bartek, Patryk i ja.

Tekst: Krzysztof Dzik

Zdjęcia: Krzysztof Dzik, Patryk Załużny, Bartek Zabdyr

Murmańsk. Murmańsk? Jechać motocyklem tam, gdzie niedźwiedzie zamarzają nim dobiegną do jaskini? Nigdy nie byłem w Rosji ani nawet na północy. Bartek jest miłośnikiem północy a szczególnie Finlandii, gdzie nawet studiował. Był pięć razy za kołem polarnym. Lubi dokładne planowanie, zajął się więc już na jesieni wynajdywaniem atrakcji, układaniem trasy i koniecznych way-pointów. Patryk na wiosnę włączył się w plany jako kontroler ilościowego i jakościowego poziomu eskapady. Sam za planami nie przepadam – będzie jak będzie, dojadę gdzie zajadę. Miesiąc urlopu i oszczędności dają mi komfort.

Narva - ten most to środek przejścia granicznego pomiędzy Rosją i Estonią

Moje osobiste przygotowania są śmiechu warte. Mam więcej czasu wolnego, chcę zaliczyć Gamvik i Nordkapp. Chciałbym zobaczyć też Lofoty, ale boję się tamtejszej pogody i zmęczenia. Którędy wracać?  Niech będzie Finlandia, do której mnie nie ciągnie, ale jest bliżej. Lecz o dalszej podróży zdecyduję na miejscu, w Murmańsku lub Rybackim po zasmakowaniu północy. Opcja minimum (czytaj „tchórz”) to powrót z kolegami. Wyjazd  planujemy na 6 czerwca, gdy w Polsce będzie się rozpoczynało Euro 2012.

W maju czytam piąte przez dziesiąte relacje z Murmańska i Skandynawii oraz przeglądam nasze tracki. Wcześniej poczytałem trochę o Ukrainie, gdzie w ramach rozgrzewki spędziliśmy majówkę.

Na tydzień przed „Dniem Zero” spotykamy się i przy „północnej butelce” wspólnie analizujemy każdy dzień jazdy.

Cztery dni przed – wychodzę z marketu z dwiema siatkami wypełnionymi zupkami, muesli, kabanosa mi i chlebem z ważnością do października –  to na powrót.

Trzy dni przed wyjazdem– zakładam szutrówki, robię crossowe podnóżki, poszerzam stopkę i grzebię w całym motocyklu.

Dwa dni przed – odjazdem wymieniam tarcze i klocki (ciekawski pomiar suwmiarką dwa tygodnie wcześniej wykazał, że jest źle).

Dzień przed odjazdem wymieniam uszczelki w zaciskach hamulcowych – zauważyłem że klocki trą o jedną tarczę.

Dwie godziny przed – drukuję mapy Finlandii i Norwegii, a w moją „nawigację”, czyli telefon wklepuję współrzędne najważniejszych atrakcji do zwiedzenia w drodze powrotnej typu „Rovaniemi czyli Mikołaj”.

A godzinę przed odjazdem rezygnuję z zapasowych opon. Damy radę.

Jedziemy do Murmańska!

Rosja.  Paliwo po trzy złote

Emocje piłką są nie dla nas. Uciekamy przed tłokiem związanym z mistrzostwami. Nasze cele to:

  • poznanie osobiście mentalności Rosjan,
  • zwiedzenie Republiki Karelii, w szczególności miejsc związanych z wojną z Finami,
  • zobaczenie gór Chibin z bliska,
  • poznanie życia rdzennych mieszkańców północy, Saamów, w muzeum w Lovoziero,
  • zwiedzenie Murmańska i – opcjonalnie – wycieczka do Tieribierki,
  • dotarcie do Vayda-Guba, „rosyjskiego Nordkappu” i objechanie Półwyspu Ribaczij,
  • szybki powrót asfaltem do domu.

Chłopaki ruszają ze stolicy koło południa, gdzie dopiero poprzedniego dnia odebrali wizy. Spotykamy się w zajeździe Żubryn za Suwałkami. Dobre warunki, ceny i jedzenie z kuchni czynnej non-stop. Stamtąd uderzamy 800 kilometrów do Narvy.

XR, Krzysztof i panna młoda
Via Baltica. No cóż, droga przerzutowa, nudno, ale co zrobić. Wiercimy się jak się da: nogi na tylne podnóżki, nogi na gmole, tyłek na bak, tyłek do tyłu, stajemy, leżymy.  Okolica płaska, droga prosta, pola i łąki, jedziemy przepisowo w obawie o mandaty. Druga połowa już idzie lepiej. Robimy krótkie postoje tylko na jedzenie i tankowanie. Ile czasu urwiemy, tyle zobaczymy Narvy. W planach jest zwiedzanie zamku w Sigulda, ale odpuszczamy żeby być szybciej w mieście granicznym.

Miasto okazuje się nieciekawe i już pozamykane, lecz przejście graniczne – nietypowe. Jest w centrum, na moście. Poczekalnia do niego to nie ulice, lecz wielki plac na obrzeżach Narvy, gdzie trzeba się najpierw stawić i czekać, jak na tablicy wyświetlą numery rejestracyjne interesantów, sprawdzą dokumenty i skasują kilka euro. Schodzi nam ze wszystkim dwie godziny, gdyż motamy się z wypełnianiem papierów. Celnicy wykazują się wielką cierpliwością, znają angielski, interesują się motocyklami, na przejściu ogólnie panuje porządek.

Pierwszy CPN i niekłamana satysfakcja – paliwo po niecałe 3 złote. Woooohoooo!

Rosja – jest inaczej. Lekki bałagan, stare kopcące graty, płacenie przed zatankowaniem, samochody naprawiane na poboczach. Ale ludzie – bezpośredni i naturalni.

Z początku jedziemy drogą na Petersburg, potem zbaczamy nad Zatokę Fińską. Zaliczamy pierwsze szutry. Zapach gazu nie daje mi spokoju na postojach. W końcu opróżniam sakwę. Półkilowy kartusz jest dziurawy od nita sakwy i radośnie tryska. Tydzień lub dwa gotowania w plecy. Mam na szczęście zapasowy, a Bartek zabrał starą, ruską, toporną benzynówkę. Trafiamy pod pomnik Wojny Ojczyźnianej, gdzie robią sobie zdjęcia dwie Młode Pary. Przez chwilę to my stajemy się atrakcją, przy której się fotografują. Próbuję się przytulać do urodziwych dam, ale nielzja – nie można.  Przy następnym pomniku podobnie – zakąszają i piją szampana. Docieramy w ten sposób do obwodnicy Petersburga, która biegnie na wodzie i pod wodą.

Wiejski sklepik w Karelii. Spotykaliśmy się nie tylko z zainteresowaniem ale także z życzliwością ze strony Rosjan
Mijamy elektrownię atomową. Punkt kontrolny obstawiony wojskiem – tylko nie to… Obwodnica to teren wojskowy? Trzeba się wracać? Na szczęście wojskowi dają znaki by jechać bez zatrzymywania. Na samej obwodnicy, która jest  wielopasmową autostradą Bartkowi gaśnie XR. A tu nie ma nawet gdzie się zatrzymać nie mówiąc o nawróceniu. Na szczęście to tylko przyciśnięty tankbagiem wężyk od odpowietrzenia zbiornika.

Zabawki dla bogatych

Na trasie E18 Petersburg – Helsinki robi się tłoczno i europejsko. A my właśnie od tego uciekamy… Zbaczamy szybko na wysokości jeziora Nahimovskoye w dziurawe drogi. Chcemy zobaczyć Rosję, a nie samochody małe i duże. Wskakujemy na A125, gdzie rejestrujemy pierwsze karelskie widoki. Występuje tu duża koncentracja wojskowych koszar. Interesuje nas linia Mannerheima, na której wojska fińskie podczas wojny zimowej 1939–40r. mimo słabych umocnień, ponad trzy miesiące powstrzymywały ataki Armii Czerwonej. Niestety nie da się wjechać ani wejść: na poligonie trwają ćwiczenia czołgów. Droga przeorana jest metrowym rowem. Bartek pod nadzorem pilnujących żołnierzy wchodzi jednak i zdobywa zdjęcie przy pomniku. Pozostali konsumują szybki posiłek z siedzenia motocykla w chmarze komarów. Od teraz stanie się to codziennością. Czas goni, więc ruszamy do Wyborga. Tam w zamówionym hostelu chcemy się wyspać i umyć, gdyż następne wygodne spanie planujemy dopiero w Kirovsku.

Tak przywitała nas Karelia

Kierujemy się na Ruskealę trasą A124. Po drodze mijamy pomniki batalii wojny zimowej: Finowie nakręcili o niej dwa filmy. Podczas posiłku na leśnym parkingu dołącza do nas najpierw Igor na Transalpie jadący na weekend do swej daczy nad Ładogą, a następnie Siergiej na AT, który zmierza na rajd terenowy do Ruskeala, a więc w naszym kierunku. Ma sporo wyposażenia z dżipa, z którego się przesiadł na Afrykę, m.in. saperkę, siekierę czy krzesło. Zdziwieni stwierdzamy brak rejestracji w ich jednośladach. Wyjaśniają, że motocykl w Rosji to igruszka – zabawka – dla zamożnych. Opłaty są na tyle wysokie, że lepiej zapłacić jednorazowo mandat za brak rejestracji i można jechać dalej. Ubezpieczenia jednak mają. Wspólnie jedziemy do miasta. Igor prowadzi nas nad jedyny na świecie „jeziorny fiord” w miasteczku Lakhdenpokhya. W czasie wojny stacjonowały tu nawet okręty podwodne (ma głębokość stu metrów). Stąd również kilka razy w roku startuje odcinek specjalny rajdów off-roadowych.

My w drodze, oni w drodze, kawa, herbata, suszona ryba - magia przypadkowych spotkań
Nasz przypadkowy przewodnik zabiera nas do swojego domku nad Jeziorem Ładoga, gdzie rozbijamy kemping. Przez sąsiadów zostajemy ugoszczeni kolacją z samogonem. Gospodarz zabiera nas na krótką przejażdżkę niepozornym, acz bardzo dzielnym terenowo UAZem 3962. W tym cichym zakątku pomału wysypują szutrówki i stawiają dacze mieszkańcy miast. Kładziemy się spać do namiotów pod prawie jasnym niebem. Powietrze jest czyste i całkiem bezwonne, jak kiedyś w Bieszczadach. Wokół rozpościera się sycąca i kojąca zmysły cisza.

Rankiem nieśpiesznie przystępujemy do wymiany opon. Po dokręceniu główki ramy decyduję się na założenie zużytych przez Patryka TKC80, które miały wtedy nakręcone już około 14 tys. km. Muszę oszczędzać szutrówki na skandynawskie nienasycone  asfalty, gdyż swoich wieźć mi się nie chciało. Igor prowadzi nas do Ruskeala, gdzie ma się spotkać z przyjaciółmi i pojechać w swoją stronę. Po drodze zajeżdżamy na wodospady położone przy szosie na rzece Tohmajoki. Są na tyle malownicze, że kręcą przy nich filmy. W Ruskeala trafiamy na sznur samochodów terenowych uczestniczących w rajdzie. Po wymianie zdań odłączamy się by zajrzeć do ich bazy i jedziemy jednak nad główną atrakcję tego miejsca, czyli Marmurowe Jezioro powstałe podczas wydobycia tego minerału.

Nad jedną z wielu zatok Morza Białego
Zaskakują nas tłumy ludzi  i szerokie przysposobienie turystyczne tego miejsca: duży parking, pamiątki, jedzenie z rusztu, oświetlone ścieżki, zabawy na linach i na wodzie. Spotykamy trzech Finów na dużych enduro wracających z weekendowego objazdu Ładogi drogami gruntowymi. Wszyscy mają opony Heidenau K60, które na ich drogach wytrzymują 11 tys. km, podczas gdy nasze TKC80 – ok. 3 tys. km. Chwalą też unikalne, ręczne oliwiarki łańcucha firmy Osco.  Posileni wskakujemy na motongi i znikamy w korku wśród weekendowych turystów.

Uciekamy na fantastyczne szutry A131 w kierunku Suoyarvi. Droga jest wyjątkowo prosta, równa i szeroka, więc radośnie przekraczamy 100 km/h. Gruntówka z czasem staje się bardziej kręta wyboista, pojawiają się też ostre kamienie. To jednak trasa stworzona wręcz dla obładowanych ciężkich enduro. Nie chciałbym tam jednak jechać po tygodniowym deszczu.

Chibiny - znany ośrodek wypoczynkowy dla motocyklistów
Za wsią Loylmola odnajdujemy kolejne pomniki walk. Ponieważ tamtejsze komary żyć nie dają, przerzucamy nogi przez siodła i uciekamy. Nocleg znajduje nas sam: do stojącego na drodze Bartka podchodzi pan, który wskazuje nam miejsce obok dozorowanej przez niego posiadłości. Jest trawa, drewno i nawet malutka zatoczka nad jeziorem. O to nam chodziło, więc szybko się rozbijamy. Nie mija 5 minut, a stróż przyprowadza właścicieli. To motocykliści z grupą przyjaciół z Moskwy. Są w trakcie budowy schroniska dla motocyklistów! Na wieść, że polskije bajkiery są za płotem, przybywają witając nas szerokim uśmiechem i siatką browarów. W mig łapiemy wspólny język, gdyż większość zna angielski. Proponują nam ruską banię i zapraszają na podwórze, jednak jutro czeka nas duży dystans, czas nagli. Siergiej ma też Transalpa, a Katerina GS500, acz rozgląda się za bardziej terenowym. Po sympatycznych razgaworach wymieniamy się kontaktami i udajemy na spoczynek.

Zły bilans poranka

Rano podczas pakowania na trawie wywraca się mój Tramp: spękane prawe lusterko, pęknięty kanister i odbarwiona benzyną szyba to bilans poranka. Tutaj akurat nie psuje mi to humoru. Jadąc przez piękne leśne szutry i wioski w jednej z nich stajemy, by odszukać nieoznakowany podwórkowy CPN i spożyć szybki posiłek podany na siodle. Nagle jesteśmy kontrolowani przez strażnika jadącego za nami prywatnym dżipem. Interesują go paszporty. Skąd, dokąd czemu itp., a my wypytujemy o przejezdność dróg i zaprawki, czyli stacje benzynowe. Jest miły acz stanowczy, po spisaniu dokumentów puszcza wolno. Pogoda jest piękna, ekstra droga, a obok lasy, jeziora, bagna, rzeki, cisza i komary. Czasami przystaję z błahego powodu i nasłuchuję las, wczuwam się w zapachy, sycę oczy „rosyjską Finlandią”. Sprawia mi dużą przyjemność świadomość, że dookoła jest właściwie tylko przyroda. Jesteśmy w europejskiej dziczy. A mimo to czujemy się bardzo swojsko. Cieszą nas również typowe rosyjskie wsie – z pozostałościami komunizmu, drewnianymi chatami, uroczymi magazynami (sklepami), naturalnymi, skorymi do rozmów ludźmi i ich starymi pojazdami różnego przeznaczenia. Tak, po to tu właśnie przyjechaliśmy. Szkoda tylko że nasz dzienny średni dystans to ledwie 350 km i nie można się tym wszystkim nasycić do woli. Dziś jedziemy ile się da, najlepiej do Kostomukszy, czyli 400 km głównie szutrami. Robimy najbardziej niepewny odcinek wyprawy – nawet na fińskich forach motocyklowych Bartek nie znalazł odpowiedzi, czy te drogi są przejezdne ciężkim jednośladem. Nie chcemy asfaltu M18, a alternatywnych dróg w lesie w kierunku północnym oprócz tej po prostu nie ma. Szczęściem jest sucho i nie mamy najmniejszych problemów z brnięciem w kierunku Morza Barentsa.

Jedziemy do Teribierki!

Na jednym z mostów robimy przerwę na zdjęcia. Dołączają do nas dwaj tubylcy wracający z wędkowania w muzykalnym busie. Częstują nas pyszną suszoną rybą, odwdzięczamy się suszonymi owocami.  Jadą tam, gdzie my.

O której będziecie w Kostomukszy?

Budiem, kak zajediem.

Tak tu się liczy drogę.

Dojeżdżamy do celu zmęczeni przed godz. 23. i z ostrym słońcem prosto w oczy szukamy kempingu. Na zaprawce ponownie znajduje się pomocna osoba, która nas prowadzi na miejsce. Kemping jest na europejskim poziomie, a dokładniej – na fińską modłę.  Za około 140 zł na osobę dostajemy drewniany domek pachnący świeżym drewnem, z kuchnią, łazienką i fińską sauną. Zażywamy jej do pierwszej w nocy studząc się w zimnym jeziorze, do którego uprawiamy sprint w ręcznikach. To jest należyty relaks po trudach podróży! Sauna w nocy znakomicie suszy pranie.

Ruszamy znów na północ przez gęste ostępy karelskich lasów w krainie tysiąca jezior, miliona ryb i miliarda komarów. Jesteśmy w środku Karelii. To rozkoszne europejskie zadupie jest dostępne dla każdego krajana znad Wisły już pod dwóch dniach jazdy i uiszczeniu ok. 100 dolarów za wizę, do odebrania po tygodniu. Były CCCP odwdzięcza się dwa razy tańszym paliwem oraz klimatem i ludźmi, jakich nie spotkamy na zachodzie.

Dla takich dróg tu przyjechaliśmy - 40 kilometrów pięknego szutru do Teribierki
Po opuszczeniu asfaltu znów doświadczamy wyjątkowo równych szutrów. Z jaką prędkością jedziemy – mogę się tylko domyślać, gdyż moja linka prędkościomierza odmówiła posługi nie wiem nawet gdzie i kiedy. Pod siedzeniem jedzie wprawdzie uniwersalny zestaw naprawczy, ale akurat nie od tej linki.  Pogoda jest idealna. Oglądamy kolejne jeziora, rzeki, bagna, mosty, łąki, wioski. Na jednym z zakrętów zatrzymujemy się przy mundurowym. Wypytujemy o jakość dróg zakąszając kanapką i kawą z termosa. Okazuje się równym gościem, był w Afganie i na innych „misjach”. Popisuje się wypasioną przystawką do iPhona, którym zdalnie odpala radio.

Tak dojeżdżamy do Kalevala, gdzie łaskawie siąpi na kaski pierwszy niepolski deszcz. Podganiam tempo po paru zdjęciach i trafiam na suszarkę. Macha mi wielka czapa, więc posłusznie zjeżdżam. Na twarzy policmajstra maluje się zdziwienie połączone z zawodem, jakby myślał: „co to za kosmita?”. Polak, trzeba puścić. Tłumaczę, żem się zgubił z drugami i żem ich gonił . Haraszo, pajezżaj. Odnajdujemy się z chłopakami na stacji, gdzie przeczekujemy ulewę. Docieramy w końcu do sławetnej Murmanki, czyli drogi M18, której każdy udający się na Półwysep Kolski ma serdecznie dość z powodu monotonii. My się tym akurat cieszymy przez parę minut, gdyż zaraz zjeżdżamy w kierunku kempingu, którego namiary dostajemy na zamówienie smsem.

Krzysztof nosił się z zamiarem zmiany sprzętu
Kemping jest  zajęty przez uczestników kończącego się wyścigu Redfox Adventure – łączy on dyscypliny takie jak kajak, rower, bieg, wspinaczka, trekking czy narty. Wsuwając na stojąco kolację szukamy choćby paru metrów trawki, gdyż miejscówka jest przednia. Jesteśmy nad fiordem Morza Białego. Miejsca jednak brak, więc kierujemy się 2 km na południowy zachód, gdzie za wsią mamy tylko dla siebie dużą trawiastą polankę z gotowym na ogień paleniskiem, strumykiem i dostępem do morza. Lata świetlne stąd trwa akurat mecz Polska – Rosja. Nie zdobyliśmy się na odwagę obejrzenia go w wiejskim klubie bilardowym, który i tak był cały zajęty. Mamy bardziej przyziemne problemy. Patryka motocykl ma automatyczną olejarkę, która się zatkała gdzieś w Polsce. Po tysiącu kilometrów niedostatecznego smarowania łańcuch się naciągnął się i zjadł zębatkę zdawczą na tyle, że przeskakuje na niej łańcuch pod obciążeniem, a tylna ma się niewiele lepiej. Mamy przed sobą ponad połowę planowanej drogi: jest źle. Bartek zabezpieczył się w zapasową do swojej XR, czyli węższą. Przymiarka… pasuje! Ale to środek zastępczy, trzeba nowego napędu. Sms do Igora. Załatwi napęd w Petersburgu i pośle go pociągiem do Murmańska, gdzie za trzy doby w kolskiej Moto-Gostinicy będzie można go odbierać. Uff, dobrze zawierać znajomości w podroży. Jak się później okaże, najbliższe sklepy motocyklowe są właśnie w Petersburgu i Murmańsku. Na zaprawkach próżno szukać nawet sprayu do łańcucha, na trasie Suwałki – Narva nie było ani jednego.

Mgliście i dżdżyście ale ... - droga w kierunku Norwegii
Rano zastaje nas deszcz i… brak wody w morzu. Rano po odpływie już ktoś dreptał po dnie, pewnie w poszukiwaniu ryb. Wskakujemy na szosę północ- południe i doznajemy logistycznej porażki. Wjechaliśmy niezatankowani akurat w najdłuższy odcinek między stacjami. Pierwszy gaśnie mój XL, a pęknięty kanister trzyma tylko połowę etyliny, perfumując resztą prawą nogawkę kierowcy. Rozlewamy z Acerbisa w XR po równo i na oparach osiągamy Zielenoborskij, przy czym na dokładkę Bartkowi cenna E-92 wycieka. Motocykl gaśnie akurat przed przydrożnym barem, gdzie po zatankowaniu jemy solankę z klasycznym mięsem i frytkami, a z ubikacji zapamiętujemy suszarkę do rąk włączaną nie automatycznie, a prostym ściennym wyłącznikiem od żyrandola.

Psia pogoda sprawia, że nie zatrzymujemy się nawet by zrobić zdjęcie przy znaku „Krąg polarny”. Jest zimno. Góry półwyspu Kolskiego, choć okryte chmurzyskami – przykuwają uwagę, gdyż do tej pory było płasko i lesiście. Docieramy do Kirowska, gdzie już na wjeździe trafiamy na ekipę Polaków w dwóch 4×4 wracających z tygodniowego objazdu półwyspu Ribaczij. Sprzedają nam potrzebne info –  namiary na szklaną restaurację Fusion. W hotelu dostajemy elegancki pokój z łazienką oraz meldunek, wymagany przy wyjeździe. Godzien polecenia hotelik pomarańczowej barwy wśród marniejących szarych bloków z ery socjalizmu dookoła.

Kałuże kryte lodem

Po kolacji i zakupach siadamy znowu na motongi. Zaczęliśmy dziś jazdę późno i chyba nie mamy dość wrażeń. Przed 22. z batonem i przeciwdeszczówką udajemy się na rekonesans gór. Jutro rano oczywiście mamy w planie objazd Chibin, ale jedziemy powęszyć.

Murmańsk
Wjeżdżamy na północ w kierunku górskiej bazy. Mijamy opuszczony ośrodek narciarski – widać, że turystyka nie jest domeną tego miasta. Droga wiedzie strumieniami i to całkiem wartkimi. Moczymy buty w lodowatej wodzie już na wjeździe, więc dalej przemy z rozpędu. Po strumieniach jest błoto, a następnie śnieg. Spore połacie śniegu zalegają na drodze, a między nimi duże kamienie. Wyraźnie przyjechaliśmy tu jakiś miesiąc za wcześnie.  Przepychamy motocykle przez zaspy sami dziwiąc się potem, skąd wzięliśmy tyle determinacji, aby brnąć dalej o tej porze w taką pogodę, z planami jutrzejszej jazdy. O dziwo są tu ludzie – mijają nas dwa duże quady, którym zazdrościmy zdolności pokonywania tych grząskich przeszkód.

Gdy dobiega północ, termometr pokazuje 5 stopni i zmęczenie daje o sobie znać. Ciało odczuwa chłód mimo wysiłku, a przed nami kolejna wielka płachta śniegu obok jeziora z pływającym lodem – decydujemy się wracać. Jesteśmy jakieś 12 km od miasta dokładnie w centrum gór. No pięknie, nasza ułańska fantazja poszła spać, a my musimy sobie radzić wśród ścian z kamieni przykrytych chmurzyskami. Sytuacji nie polepsza stan ogumienia. Opony buksują przy zwykłym ruszaniu.

Północne słońce w Teribierce
Nawet dwie osoby to mało, by po śniegu pod górkę pchnąć 220 kg. W jednej z dużych kałuż kryjących lód Bartek polega i topi XR. Po bezskutecznym osuszaniu gara pozostaje nam zrobić użytek z jego linki.  Jakby było mało, wcześniej Patryka przygniata motocykl w strumieniu i nie może stanąć na nodze. Zamieniamy się wierzchowcami, musi sobie radzić zaciskając zęby. Jego bajk ma świeże gumy, więc przejmuję go. Holując się tak przez błoto, krzaki, strumienie dojeżdżamy do śpiącego Kirowska o 2:30. Tak się mści ignorowanie rozsądku. Zasypiamy około 4. rano.

O 14.  pora zacząć dzień. Patryk liże rany po wczoraj, Bartek reanimuje moto susząc jak się da i wymieniając olej.  Pozostaje mi sprawdzić wschodnie drogi gór, co mieliśmy na dziś w planie. Najpierw jestem ciekaw, czy da się przejechać wschodem jeziora Umboziero. Napotkani rybacy sa sceptyczni – za mokro. Za wioską Oktiabrskij okazuje się to prawdą. Kałuża za kałużą szerokości drogi. Zawracam, gdy woda wlewa mi się do kasku, a mijającemu mnie jeepowi kryje koła. Utknąć tu samemu byłoby niezłą wtopą. Udaję się powęszyć po wschodzie gór. Dojechać da się asfaltem do szlabanu, gdzie jest Wastoćnyj Rudnik, czyli kopalnia wschodnia. Próbuję bliżej jeziora, ale znów szlaban. Strażnik wyjaśnia, iż w sierpniu może by pojeździł, ale najlepiej dżipem, teraz za dużo wody. Zaglądam jeszcze na ponure, pełne pustostanów osiedle robotnicze i gnam z powrotem. Próbuję podjechać asfaltem w góry, ale znów szlaban i rudnik. Objeżdżam jeszcze lekko upiorny Titan i zwiedzam znowu Kirowsk, kolejną kopalnię i okoliczne krzaki. Chłopacy smacznie spędzili popołudnie goszcząc się wystawnie w Fusion i degustując piwo Baltika. Dostali nawet specjalny vipowski zdalny dzwonek do przywoływania kelnerki.

Stolica ludów północy

Dziś udajemy się do nieoficjalnej stolicy rosyjskich Saamów, czyli Lovozero, gdzie zamierzamy zwiedzić muzeum. Najpierw zajeżdżamy do Revdy, gdzie tankujemy najtańsze w życiu paliwo – E-92 za 2,76 i to z dystrybutora naliczającego z dokładnością do litra! Patryk wpada na kontrolę prędkości, ale jakoś się wymiguje z mandatu. Na bramie rudnika dowiadujemy się, że można dalej, ale na pieszo. Jest tam do zwiedzenia duże górskie jezioro. Wolimy wjechać w mocno kamienistą drogę 800 metrów pod górę, gdzie oglądamy piękną panoramę półwyspu Kolskiego. Jesteśmy na wysokości kilometra, a dookoła równo, wzrok sięga bardzo daleko i jest super. Tajga, rosyjska tajga. Stajemy nad stromym urwiskiem by zrobić sesję zdjęciową surowego księżycowego krajobrazu. Dalej wjechać da się, ale jest jeszcze trudniej (przy moim ładunku i oponach to prawie niemożliwe), a nam brak czasu i ciągnie burza.

Góry nas pokonały - w Chibiny warto wybrać się miesiąc później, kiedy śniegu już nie ma, a poziom wody w strumieniach opada
W Lovoziero udajemy się wpierw na kemping nad jeziorem. Wjeżdżamy w las i oczom naszym ukazuje się transparent informujący o jutrzejszym święcie Saamów! Witani jesteśmy serdecznie przez batiuszkę (popa), współorganizatora. Nie dość, że jutro jest Saamskij prazdnik, to jeszcze zlot motocyklowy! Trafiło się nam wyjątkowo.

Saamowie, czyli Lapończycy (oni sami tej nazwy nie lubią) są potomkami pierwotnych mieszkańców Skandynawii. Zamieszkują jej północną cześć, mają swój język, flagę i hymn, ich liczebność to kilkadziesiąt tysięcy. Przez wieki byli wynarodawiani przez Europejczyków, lecz od kilku dekad wzrasta ich poczucie wspólnoty i duma z przynależności. Poznajemy współorganizatora Władimira Kuzniecowa – miłośnika dawnej kultury, fotografa i nauczyciela. Nad albumem jego fotografii z pierwszej ręki poznajemy dzieje przodków, oglądamy unikalne zdjęcia rytów skalnych i słynnych kamiennych labiryntów, budynków sakralnych i kolorowych zórz polarnych.

Z namiotów wychodzimy przy bulgocie silników zjeżdżających się zlotowiczów. Motocykle różnorakie: CB400, 1300, X4, IŻ, XR, GL i inne. Większość bez tablic. Święto jest zorganizowane sprawnie i rodzinnie. Gry i zabawy terenowe, przejażdżki motorówkami, karuzela, mnóstwo pamiątek i smakowitości no i przede wszystkim występy muzyczne. Występują małe dzieci, młodzież, dorośli i seniorzy. Pieśni śpiewane są po rosyjsku i saamsku. Stroje są bardzo kolorowe, a niektóre lica piękne. Szczególnie ładnie wypada grupa taneczna dziewczyn w biało-czerwonych strojach.

 

Hondy Transalp i tundra

Jest weekend, więc przyjechało sporo zwiedzających, dookoła chodzą artyści w starych ludowych strojach. Ciekawie prezentuje się saamskij futbol. Grają same kobiety wielką piłką ze skóry, co rodzi sporo śmiechu. Po rozejrzeniu się oglądam i nagrywam występy, gdy tymczasem Patryk z Bartkiem integrują się z motocyklistami. Nad posiłkiem z zupy rybnej i pieczonego renifera uściślają transakcję odebrania napędu do Patrykowego RD10. Uiszczamy zlotową opłatę, by mieć pamiątkę z poroża renifera i wpisać się na pamiątkową skórę.

Żal odjeżdżać, ale musimy się trzymać reżimu trasy, gdyż jesteśmy 3 tys. km od domu a już za 10 dni chłopacy muszą „podbić kartę w fabryce azbestu”.

Ruszamy pod Murmańsk, gdzie się tankujemy, a następnie na 80- kilometrowy asfalt na wschód. Jest słonecznie, lecz wietrznie i zimno. Słoneczna sobota sprawia, że nie tylko my jedziemy do tej wioski na końcu świata. Wiedzie do niej 40-kilometrowa fantastyczna droga szutrowa otoczona pięknym, surowym krajobrazem. Jesteśmy w rosyjskiej tundrze ! Dookoła skały, mech, krzaki, głazy, przewracające się słupy i jeziora skąpane w wieczornym, niezachodzącym słońcu. Wszystko nosi ślady erozji tęgich mrozów, wiatrów i śniegu. W końcu to już Arktyka, a raptem metr pod nami jest wieczna zmarzlina.

Kirowsk, 22:00. Tego nocnego wyjazdu w Chibiny jeszcze będziemy żałowali
W Tieribierce  zwracają uwagę gnijące na brzegu stare kutry rybackie i łódki. Leżą sobie o tak porzucone i stanowią wdzięczny temat dla fotografów. Patrząc na drewniane domy i wyobrażając sobie tutaj zimę aż dreszcz zimna przelatuje po plecach. O dziwo dwa sklepy czynne są od 8 do 23. Po wiosce śmiga Iż przerobiony na trójkołowca, przy czym koła ma z dużych dętek samochodowych. Oczom ukazuje się też ładna kolista plaża służąca zlotowiczom i droga wyrąbana w skale. Zatrzymuję się tam by zdać sobie sprawę, że znajduję się nad Morzem Barentsa! Dowiózł mnie tu mój Transalp, poczciwy koń podróżny. Eh, co za satysfakcja. Chwila wzruszenia i zadumy….  Przez sms odnajduję chłopaków, którzy pojechali dalej. Zasięg gsm bez problemu. Tubylcy zapytani o miejsce pod namioty kierują nas do dalszej północnej części wsi. Tam pod sklepem dopada nas podchmielona czwórka. Okazują się sympatycznymi rybakami, częstują od razu piwem i świeżutkimi wędzonymi rybami. Złapali je dzisiaj rano i pokazują na filmiku jak – podbierakiem na plaży wyjmowali je wprost z wody do wiaderka. Dookoła sypiące się szopy i drewniane garaże. Rozmawiamy o tym jak tu się żyje, szczególnie zimą. W jednej z tych szop pokazują sniegohoda, czyli skuter śnieżny, pachnący nowością dwusuwowy Arctic Cat z przysposobioną tubą na świder do lodu na podlodowe połowy. Zapraszają nas usilnie na wiosnę.

Mimo, że są wstawieni, mówią całkiem poważnie i biorą nasze telefony. Oferują pomoc w transporcie z Murmańska, połowy ryb na jeziorach, polowania, jazdy skuterami, wędkowanie w morzu i inne arktyczne atrakcje (dla zainteresowanych służę telefonem). W trakcie odpalania klasycznego Urala z koszem wyjaśniają, o co poszło między naszymi kibicami w Warszawie. Jest sobota, 16 czerwca, dochodzi północ. Bardzo miło spędziliśmy tę godzinę, lecz pora na biwak. Kierują nas nad kamienistą plażę. Gdy namioty rozbite, a ogień płonie przychodzi zaraz inny podpity mieszkaniec niosąc nam uprzejmie na kartce wynik meczu. Jak napisał, CSSR – Polska 1:0.

W dole Rewda
Mnie bardziej interesuje czy da się dojechać do resztek baterii dział nabrzeżnych, które są kawałek na zachód. Zostawiam piwne rozmowy by trafić na świetne miejsce przy romantycznym wodospadzie. Krystalicznie czyste jezioro zamienia się w strumyk, ten daje wodospad wpadający do małego wąwozu prowadzącego do morza, a nad nim nocne słońce. Zamiast szukać dział wdrapuję się na górkę i chłonę okolicę. Napawam się tym miejscem. Przy takiej pogodzie i porze nocy miejsce jest piękne w swojej surowości: resztki śniegu na pofalowanych łagodnie od erozji skałach, różnokolorowe mchy, przezroczyste jeziorka na różnych wysokościach, kupki obłych kamieni niczym jaja dinozaurów, niezachodzące słońce nad chyba najbardziej kapryśnym morzem zwiastującym koniec kontynentu. Naprawdę warto tu było przyjechać. Z radochy wysyłam kilkadziesiąt smsów z pozdrowieniami i rozmawiam o meczu z niedopitymi kumplami ze Świnoujścia. O w pół do czwartej zamykam oczy w ten jakże owocny dzień – pardon, noc.

Murmańsk i dalej

Ruszamy zwiedzić Murmańsk dopiero po 15. Tutaj czas liczy się godzinami jazdy i odpoczynku. W tą słoneczną niedzielę mijamy kilka samochodów jadących pewnie do uroczego wodospadu, a niedaleko szosy na jednym z licznych jezior latają sobie kitesurferzy.

W końcu dojeżdżamy do bram słynnego miasta-bohatera leżącego nad niezamarzającym fiordem. Miasto jest młode, lecz mimo wieku i położenia zdołało przyjąć tyle hitlerowskich bomb, że tylko Stalingrad miał gorzej. Zburzono w trakcie wojny 3/4 zabudowy. Nie dziwi więc typowo socjalistyczny krajobraz wielkich wspólnych domów z konkretnego materiału. Widać je najlepiej z miejsca największej atrakcji miasta, którą jest oczywiście Alosza – ogromny pomnik obrońcy Zapolaria. Dojeżdżamy tam mimo zakazu, nikt nas na szczęście pałą nie przegania.

Alosza dumnie spogląda na miasto
Czas na obiad i na zrzucenie ciepłej odzieży, gdyż przygrzewa słonko. Tuż nad jeziorem obok pomnika, przy głównej ulicy zjeżdżamy na chodnik by zakosztować drogiego (45 zł) szaszłyka w tłumnym miejscu. Wyskakuję z ocieplaczy obserwując przechadzające się w obcisłych spodniach i koszulkach rosyjskie krasawice. Nie tylko w mieście, również na wsiach młodzież ubiera się modnie, a płeć słaba wręcz wyzywająco. Farbowane włosy, mocne makijaże, duże szpilki, spodnie ciasne tak, że wkładają je chyba „na krem” – szczególnie tutaj się to uwidacznia. Kontrastuje to  z miejskim szarym betonem i sypiącymi się samochodami sdiełano w CCCP. Przydaje się nauka rosyjskiego jeszcze z czasów, gdy był jedynym słusznym obcym w podstawówce – wypytuję o atrakcje miasta przechodniów. Zwiedzamy pomnik pamięci marynarzy zrobiony z kiosku Kurska, latarnię morską i cerkiew. Przychodzi też czas na muzeum – atomowy lodołamacz Lenin. Na stacji podchodzi do nas para motocyklistów. Chłopak sprzedaje nam namiar na sklep motocyklowy, gdzie pracuje. Niestety jest niedziela , więc zamknięte.

Kierując się na zachodni brzeg, gdzie jest muzeum oręża, tankujemy w mieście i spożywamy kolację nie na siedzeniu motocykla, lecz na czymś wygodniejszym – koszu na śmieci. Tam podbiega do nas Tatar i uradowany zaprasza do Gostninicy motocyklowej w Kola. Odpowiadamy, że wiemy i będziemy, ale pojutrze, gdyż teraz udajemy się na Ribaczij.

Murmańsk, port towarowy
Przed nami ostatnia prosta przed punktem zwrotnym wycieczki. Po drodze nie sposób nie trafić na Dolinę Sławy – miejsca największych starć z Niemcami na froncie północnym. To spore miejsce pamięci z planszami natarć, pomnikami i tysiącami nazwisk poległych. Jest coraz zimniej. Na nogach mam trzy, a na tułowiu aż sześć warstw odzieży. Przez drogę przetaczają się chmury, pada mżawka, a widoczność nie przekracza 20 metrów.

Dojeżdżamy do posterunku ze szlabanem. Wiemy już, że do wjazdu potrzebna jest specjalna przepustka, więc walimy głupa.

Dzień dobry kontrola paszportowa. Dokumenty poproszę.

– Dzień dobry, już daję.

– Dokąd jedziecie?

– My turisty.

– Ale gdzie jedziecie?

– No turisty

– Ale gdzie jedziecie!

– Na Rybacki.

– Na Rybackim jest zamknięta strefa wojskowa i potrzebne specjalne zezwolenie od wojska.

– Nie rozumiem.

– Hmmmm… Dawać paszporty, wpiszemy Was w książkę.

– Dziękuję.

Po chwili pogranicznik wraca z dokumentami.

– Na jak długo jedziecie?

– Na dwie noce.

– W porządku. Jechać.

Po zjeździe z asfaltu szukamy noclegu nad rzeczką, gdzie rybacy zapuszczają wędki. Co jakiś czas przejeżdża dżip lub quad. Nagle słyszę kilka motocykli, lecz nim w klapkach udaje mi się wybiec, odjeżdżają. Woda ciepła nie jest, ale i tak zażywam kąpieli, jak co dzień. Jak co dzień robię też do śniadaniowego termosa szybki wartościowy posiłek typu muesli zalane wrzątkiem z mlekiem w proszku, liofilizat, tudzież zupka z Radomia mniej wartościowa, lecz gorąca i smaczna. Komarów zauważalnie mniej.

Półwysep Rybacki

Jedziemy na nasz punkt zwrotny. Chcemy dojechać do Vayda-Guba, czyli latarni w najbardziej wysuniętym w Europie punkcie Rosji. A potem na wschód. Są tam ciekawe skały, przy których piknikowali ziomale spotkani w Kirovsku. Droga jest bardzo dobra jak na nasze konie. Wjeżdżamy pomału znowu w tundrę. Krajobraz z leśno-krzaczastego zmienia się na skalno-mchowy. Kolejny raz oglądamy łagodnie pokancerowane skały, wielobarwne mchy i przezroczyste lodowate jeziora otulone tym razem przez wolno ciągnące chmuro-mgły.

Jedno z wielu jeziorek pomiędzy półwyspem rybackim i średnim
Staję popatrzeć na dziki kamienisty brzeg. Dziwne, dopadł mnie chyba Duch Morza. Opłynąłem pół Europy, ale nigdy nigdzie jeszcze jak tam, nad Morzem Barentsa,  tak dosadnie nie poczułem, nie uzmysłowiłem sobie, jak bardzo morze jest nieprzejednane, niewzruszone, jaki to żywioł nieogarnięty, ogrom bezkresny i potęga. Jeszcze nigdy powietrze w nozdrzach nie miało tak czystego morskiego zapachu, szum fal nie budził takiego szacunku i niepewności, a wiatr nie był tak kompletnie obojętny na mnie. Człowiek sam, bez wynalazków technicznych jest wobec natury dosłownie niczym.

Po dojechaniu do zabudowań na przesmyku chcemy się zorientować o możliwości kupna paliwa. To w razie gdyby na powrocie zbrakło. Najbliższe zaprawki są na wylocie Murmańska i w Zapolarnym. Brak żywej duszy, jedziemy zachodnim brzegiem. Droga się różnicuje. Duże kamienie i kałuże, na horyzoncie straszy mżawka i kołdra chmur, jest spory wiatr. Zagaduję starszą parę w busie o jakość dróg, lecz rozmowa się nie klei ni po rosyjsku, ni po anglijsku. Obracam się za nimi i widzę blachy – czeskie! Na klapie namalowany zarys państw i napis: Praga-Murmańsk Ekspedycja 2012. O żesz wy, było gadać po czesku żeście Czesi!

Dalej droga przecina zaśmiecone i śmierdzące szambem brody tuż przy plaży. Mamy stracha, ale pokonujemy je bardzo sprawnie. Dalej plażą dojeżdżamy do bunkra by zrobić kilka fotek, po czym dojeżdżamy na wzgórze ze złamanym masztem. Jest tam widok na zatokę, skalne urwisko i bazę radarową. Mijając z pewną taką nieśmiałością grupę żołnierzy docieramy do czerwonego majaka podobnego jak na Gamviku. Jest! Osiągnęliśmy ostatni cel wyjazdu. Dojechaliśmy do rosyjskiego Nordkapu, gdzie nie ma nic dla turystów, nawet paliwa. Tylko trud, zimno i satysfakcja. Robimy zdjęcia, choć wiatr prawie zwiewa aparaty. Nie za przyjemnie w tym celu podróży, tak jak czasem na szczytach gór. Latarnika też ni widu ni słychu. Konsumuję ciepły posiłek z termosu, koledzy jadą za wał ziemny rozpalić kuchenkę i też coś oszamać. Badam w międzyczasie drogę na wschód. Po dwóch dużych kałużach znów mam nalane do kasku i cały tułów mokry. W nizince kapituluję przed kałużą, gdzie samochody ratowały się twardymi podkładami z blach i desek. Za mokro.

Jednogłośnie decydujemy się wracać. Starczy nam półwyspu i tego wiatru, przed którym nie ma tu schronienia. Zapasowy dzień zużyliśmy już na Tieribierkę. Jedziemy z tundry do tajgi na kamping. Wracając mijamy grupę rowerzystów jadących z Murmańska z zamiarem rozbicia się na Ribaczim. Pedałują z bagażami i gołymi nogami, masakra.

Po tygodniu białych nocy zachód słońca był miłą odmianą
Lądujemy kilometr od poprzedniego miejsca spania. Przydaje się bagnet AK do rąbania drewna, które palić się jednak nie chce. Mży.

Ostatni dzień przed powrotem zaczynamy jazdą w deszczu do Kola. Na posterunku strażnicy każą nam jechać pomiędzy szlabanami, nie wychodzą nawet z budki. Uśmiechają się i machają przez szybę. Znowu  na odcinku do Murmańska trudne warunki. Zazdroszczę ludziom w samochodach. Z trudnościami trafiamy do Motogostinicy Siergieja, jest tam również serwis motocyklowy. Patryk wymienia wreszcie napęd załatwiony dzięki Igorowi, a ja ruszam do jedynego od Petersburga sklepu motocyklowego by kupić spray do łańcucha.

Warsztat i hotel to bardzo przyjazne miejsce, czujemy się wśród swoich. Można korzystać z narzędzi i dłubać do woli w bajku. Jest sala do tańcowania, bilard, cieplutkie pokoje, kuchnia, a nawet sauna. No i mnóstwo motocyklowych akcentów. Siergiej to super gość, a i jego znajoma również. Po kąpieli wyskakuję na luzaku w klapeczkach do garażu na kontrolę i… staję jak wryty na deszczu. Przed serwisem pręży się sprzedawana tylko w Japonii (i niespotykana w Europie) – Honda CB1300 rok 98-00. Rarytas. Co tutaj typowe, na dokumentnie zdartych na slicki oponach. A my tu na kostkach…  Podczas mej nieobecności ziomków zabiera na kolację Tatarin. Opowiada im jak dojechał zimą do Tieribierki na ścigaczu.

Wieczór to oczywiście kolacja z butelką, rozmowy z gospodarzem, podsumowania i refleksje, czytanie wrzutów na świetnej ścianie pamięci, słuchanie opowieści Siergieja o podróżnikach, w tym z Polski. I szczypta smutku, że to już koniec, czy raczej początek odwrotu. No, bo to Kolski nadal jest. Koniec dla chłopaków, mają pięć  dni na powrót i stawienie się w stołecznej fabryce azbestu. Dla mnie to połowa urlopu, więc zostaję.

Okaże się później, że towarzysze stawili się w Polsce trzy dni pokonując 2500 km, z czego połowę w deszczu – Patryka gonił rychły ślub kolegi. Czyli powrót to niezła batalia z kilometrami i rzadkimi na M18 zaprawkami. 18 litrów Trampka to niewiele i trzeba mieć kanister nawet na rosyjskie asfalty.

W Nowogrodzie zaliczają w końcu coś, od czego odwykliśmy – noc. Na przejściu granicznym bez kolejki i nie ma problemu z przewiezieniem znalezionego poroża. Tymczasem ja wygrzewam się w luksusowej saunie w Kola zbierając się niespiesznie do dalszej jazdy po Skandynawii.

6 KOMENTARZE

  1. Po więcej info, zdjęć i tracki zapraszamy na forum Transalpa :)
    (a dokładniej – Fora ogólne ‹ Wspomnienia ‹ Wyprawy – relacje, zdjęcia )

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here