Plan jest bardzo prosty. Jadę na Mazury, a dokładniej na Pojezierze Ełckie i Suwalskie. Baza startowa w Ełku u rodziny. Cel: jak najwięcej szutrów, z dala od miejskiego zgiełku i ludzi. Do dyspozycji mam niecałe cztery dni.

Tekst i zdjęcia:  † Wiesław Małachowski 

Od redakcji

Wiesław MałachowskiPoczątek listopada to właściwy moment by przypomnieć tych, którzy w tym roku od nas odeszli. Przypominamy zatem wyprawę naszego kolegi, świetnego fotografa, podróżnika motocyklowego i człowieka, który potrafił innych zarazić swoją motocyklową i fotograficzną pasją.
Człowieka, który ze swoją nieodłączną fajką i zestawem do parzenia kawy przemierzał szutrowe drogi naszego kraju na swym żółtym GS-ie. I umiał z każdego zakątka Polski wydobyć ukryte piękno, którego inni nie dostrzegali.

Wieśku, pamiętamy Cię.

Redakcja Motovoyagera

Pierwszego dnia robię prawie trzysta kilometrów w temperaturze dochodzącej do 30°C. Skwar jest na tyle uciążliwy, że jeżdżę w samej zbroi, co wzbudza na wsiach u mijanych ludzi pewną sensację. Pani w przydrożnym sklepie mówi mi, że wyglądam jak kosmita. Może i tak, ale pozwala mi to nie zalewać się potem i zachować, choć minimum bezpieczeństwa. Pola i lasy są niesamowicie nagrzane od palącego słońca, a powietrze na horyzoncie aż drży. Po drodze nie spotykam właściwie nikogo. Zdecydowana większość trasy to szutry lub mazurskie bruki. Te ostatnie wąskie, mocno wybrzuszone, obsadzone drzewami. Leżą tu już dziesiątki lat a niektóre z nich pamiętają zapewne czasy Prus Wschodnich.

Ten bruk pamięta Prusy Wschodnie
W Płocicznie zaglądam na chwilę na stację Wigierskiej Kolei Wąskotorowej, której początki sięgają pierwszej wojny światowej. Jest gorąco i sennie. Kilka samochodów, kobieta handlująca plastikowymi zabawkami. Spotykam później kolejkę jadącą przez Puszczę Augustowską. Ludzie machają, ja odmachuję. Jest miło. Im bliżej jestem granicy z Litwą, tym więcej nazw miejscowości po polsku i litewsku. W Widugierach robię małą przerwę na posiłek.

Widugiery

Wieś Widugiery w znacznej większości zamieszkują Polacy pochodzenia litewskiego. Da się tu często usłyszeć dla nas mało zrozumiały język litewski.

Pierwsze wzmianki o osadzie można odnaleźć w pismach Jana Długosza, gdzie wspomina o tym, że tu – w roku 1418 r. gościł król Jagiełło jadąc na polowanie do wigierskich lasów.

Nazwa wsi pochodzi z języka litewskiego od słów „vidurys girios” i oznacza środek lasu.

Okoliczne pola – już w części pokoszone, pachną intensywnie słomą czekającą na zebranie. Temperatura wciąż trzyma się nieźle, a termometr w motocyklu pokazuje już 32°C. Widoki sielskie i czarujące. Jest pięknie.

Doliną Czarnej Hańczy

Droga w nieznane
Następnego dnia, skwar jest nieco lżejszy, ale dalej jest gorąco. Znowu jadę tylko w zbroi. Nie kończące się szutry, bruki, wioski. W Babkach Gąseckich stara, ale działająca elektrownia wodna, prowadzona przez pana Aksiucika, sąsiaduje z przepięknym stawem.
Im bardziej zbliżam się do jeziora Hańcza, tym mocniej teren jest pofalowany, coraz więcej głazów porozrzucanych po polach. Jest to efekt oddziaływania lodowca przed kilku tysiącami lat. Wedle legend wiele z tych kamieni to źli ludzie zamienieni w nie z powodu złych uczynków.

Wjeżdżam na Leszczynową Górę, skąd widać całe jezioro. Kilka osób się opala, parę łódek. Trochę ruchu w rozsianych wokół jeziora bazach nurków.

Leszczynowa Góra

Jest to zalesione wzniesienie (272 m n.p.m.) ze stromo opadającym urwiskiem ku Hańczy we wsi Przełomka. Nazwa kolonii pochodzi od porastającej dawniej ten teren puszczy. We wsi znajdują się trzy okazałe drzewa (pomniki przyrody) – dwa klony i wiąz. Okolica ta należy do Suwalskiego Parku Krajobrazowego.

To inny świat
Kilka kilometrów od Hańczy znajduje się Dolina Szeszupy, jedno z najpiękniejszych miejsc jakie spotkałem. Dojeżdża się tam mocno pofałdowanymi szutrami – rewelacyjne trasy dla motocyklistów! Wszystko tu, bardziej przypomina niższe partie gór niż niziny. W dole znajduje się wieś Szeszupka. Prawie odcięta od świata osada, jest od końca XIX wieku zamieszkiwana przez Starowierców, którzy byli zmuszeni do wyemigrowania z carskiej Rosji. Opuszczone domy z lat trzydziestych XX w. Niestety cerkiew zamknięta jest na cztery spusty. Cudowny pejzaż wokół wszystko rekompensuje. Wrażenie niesamowite. Wpaść można w jeszcze większy zachwyt, kiedy uświadomimy sobie, że miejsce to jak i dolina leży znacznie poniżej tafli jeziora Hańcza.

Starowiercy

Stanowią oni odłam Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Na początku drugiej połowy XVII wieku w Cerkwi rosyjskiej doszło do reformy, która miała na celu likwidację różnic, jakie ją dzieliły od prawosławnego Kościoła Wschodu (bizantyjskiego). W Cerkwi doszło do rozłamu, a w jego następstwie do prześladowań zwolenników dawnej wiary, starych ksiąg, ikon i obrządków. Prześladowani szukali schronienia w najdalszych zakątkach carskiej Rosji i poza jej granicami. Obecnie na Suwalszczyźnie żyje ok. tysiąca Starowierców.
Religia zabrania im m.in. picia alkoholu i nakazuje nosić brody.

Dziwny zabytek

Zabytkowa mleczarnia
Słońce trochę „odpuszcza”. Popołudniowe cumulusy dają trochę oddechu. Szybko mijam Augustów. W Tobołowie trafiam na bar Cymes, a w nim genialne jagodzianki pieczone na tataraku! Padło ich cztery! Później okazało się, że piekarnia Cymes słynie w regionie z doskonałego chleba i jagodzianek właśnie.

Zauważam na mapie, że kilka kilometrów stąd, w Łabędniku jest jakiś „zabytek”. Po lekkim przetrawieniu jagodzianek ruszam zatem w tamtym kierunku. Wjeżdżam do wsi, a tu nic. Żadnej wieży cerkwi czy kościoła, żadnych ruin. Podjeżdża do mnie trzech kilkuletnich chłopaków. Pytam zatem czy tu jest jakiś „zabytek”. Widzę, że nie bardzo wiedzą o co mi chodzi, więc pytam czy tu jest coś starego. Jasne, że jest – odpowiadają. Ta stara mleczarnia, obok której jesteśmy.

Rzeczywiście, obok nas stoi ceglana rudera z wyłamanymi drzwiami, pomalowana na biało. Pan wejdzie do środka – mówią. Wchodzimy. Wewnątrz chyba kilka tysięcy pustych butelek po winie marki wino i różnych innych znakomitych alkoholach. Okazuje się, że od kilku lat jest to miejsce spotkań miejscowych w sobotnie wieczory. Robimy z chłopakami małą sesję zdjęciową, za którą muszę „zapłacić” przekazaniem ścisłych danych technicznych motocykla.

Mazury uzależniają
Wracam do Ełku wybierając głównie szutry. Zdarza mi się kilka razy, że GPS pokazuje że jadę drogą gruntową, a ja pomykam świeżutkim asfaltem, poprzedzonym tabliczką z logiem Unii Europejskiej. Tego dnia nawijam znowu prawie 300 kilometrów. Nie spotykam żadnego motocyklisty, za to kilku rowerzystów oraz pijanego faceta w pokrzywach, któremu wystawała noga na drogę. Ominąłem buta w ostatniej chwili.

Następnego dnia pogoda jest, ale inna. Pada, czasami intensywnie, głównie przejściowo. Zahaczam o Sztynort. Siąpi. Atmosfera senna. Tu zjadam doskonałą sielawę w barze obok. Kasują mnie na 35 zł. To jest jedyna cena, jaką znam z Mazur, ponieważ poruszałem się głównie obok takich atrakcji, zajadając zupki marki „zalewane” oraz pijąc kawę własnego wyrobu. Nie żeby z oszczędności, ale przy moich drogach nic nie było.

Z obowiązku kulturowego zaglądam do Mikołajek pachnących frytkami i Wojnowa (klasztor Starowierców). Nawigowanie kończę w Karwicy Mazurskiej. Dalej już wbijam się na asfalt i powrotną drogę do Lublina. W siodle (samej jazdy) spędziłem 16,5 godziny. Zrobiłem 908 km po bajecznych terenach, wśród lasów i pól dających wyciszenie i wielką frajdę z jazdy. Polecam.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here