O ich wyprawie mało kto wie, a mnie do zadania kilku pytań Izie zainspirował jej komentarz pod artykułem o podróży dookoła świata na Suzuki GSX-R 1000. Wklejona przez nią fotka poczciwych Hond GL 125 i informacja o przejechaniu już ponad 30 000 km była dla mnie wystarczającym motywem do działania.

Jesteście ciekawi kim są tajemnicze osoby w maskach jednorożców, które bez dużego stażu i z małym, motocyklowym bagażem doświadczeń przemierzają Amerykę Południową na motocyklach kategorii 125? Poznajcie Izę z Polski i jej towarzysza Jaśka z Czech!

Wiktor Seredyński: Zasadniczo nic o was nie wiemy, ale twój komentarz sprawił, że nie mogłem odpuścić sobie zadania ci kilku pytań. Kim jesteście i co tak właściwie robicie w Ameryce Południowej, dodatkowo na poczciwych Hondach GL 125?

Iza Świecka: Bardzo mnie cieszy wasze zainteresowanie, bo jeździć po świecie można na różne sposoby. My na Amerykę Południową wybraliśmy motocykle i to była najlepsza decyzja. Nie jesteśmy co prawda superdoświadczonymi motocyklistami, ale kto powiedział, że trzeba nimi być? Mamy za sobą prawie 35 000 km, a to jeszcze nie koniec. Na wstępie muszę zaznaczyć, że Jasiek jest Czechem. W związku z tym nie można właściwie powiedzieć, że mieszkamy w Polsce czy Czechach, bo pracujemy na Islandii, ale nie lubimy mówić, że tam mieszkamy, bo zazwyczaj spędzamy tam 6 miesięcy w roku – nie przepracowujemy się. Świat jest tak duży, że martwimy się, że nie starczy nam życia żeby go zwiedzić. Cały czas powtarzam, że życie jest sztuką wyborów. My wybraliśmy: chcemy zobaczyć świat, a nie być niewolnikiem kredytu i pracy 8 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu przez 20 i więcej lat…

Jesteście zdecydowanie inni niż reszta podróżników. Nie dość, że nie macie napakowanych GS-ów, to zamiast fotek w kaskach macie maski jednorożców. Oryginalne…

Kilka miesięcy temu, zanim wyjechaliśmy, to trochę zazdrościliśmy tych podróżniczych motocykli, ale gdybyś zapytał mnie dziś – nie zamieniłabym swojego superadventurebike’a na żaden inny. Chętnie zabrałabym go ze sobą do Polski, ale to zbyt skomplikowane, a my nie wygraliśmy jeszcze w totka. Bycie innym jest fajne, właściwie wierzę, że najlepiej być sobą zawsze. Nic nie robimy tylko dlatego, że wypada, albo że wszyscy tak robią. 

A maski… właściwie to trochę przez rodzinę i znajomych, którzy chcą wiedzieć gdzie jesteśmy i czy żyjemy. Z czystego lenistwa, a czasami ograniczonego dostępu do netu narodził się pomysł konta na Instagramie. Z przekory powstało konto pełne selfie – za dużo mamy jednak internetowych narcyzów w dzisiejszych czasach… a nie będziemy przecież pokazywać swoich “gęb” na każdej focie.

Jak długo jesteście już w drodze? Jaki macie dalszy plan na podróż?

Przylecieliśmy do Limy na początku lutego. Około 3 tygodni musieliśmy czekać na blachy do motocykli. Ruszyliśmy z Huanuco (błogosławiony internet, gdzie można sprawdzić, że podatki i ubezpieczenie w Limie są dużo wyższe), czyli jedziemy już 10 miesięcy, ale to jeszcze nie koniec. Plany się nie sprawdzają. Wiedzieliśmy, że chcemy objechać kontynent – mieliśmy zaznaczonych kilka miejsc na mapie, ale najfajniejsze miejsca to te mało turystyczne, o których dowiadujesz się od innych, że warto je zobaczyć. Myślałam, że z Kolumbii uda nam się przejechać do Wenezueli. Niestety granice lądowe były zamknięte, a robienie tego nielegalnie to spore ryzyko oraz dość duża “rana” dla naszego portfela. Musieliśmy więc wrócić przez Ekwador do Peru. Stamtąd przejechaliśmy do Brazylii, potem Paragwaju i Argentyny. Ostatnie 3 miesiące to właściwie ciągłe przekraczanie granic Argentyna-Chile, czasami przez odnawianie wiz, a droga do Ushuaia też tego wymagała. Teraz wracamy już do Peru, bo tam legalnie będziemy mogli sprzedać motocykle. Będzie to prawdopodobnie trochę okrężną drogą, ale nic nie możemy poradzić, że jest tyle fajnych miejsc i dróg do zobaczenia.

Przemierzacie kraje trzeciego świata, jakie macie doświadczenia z tubylcami?

Ameryka Południowa jest fajnym kontynentem, każdy kraj jest trochę inny, ale trochę też podobny do Europy. Ludzie są inni, bardziej wyluzowani, nie biegnący za pracą i pieniędzmi. Mają czas żeby pogadać, są bardziej uśmiechnięci, widać, że szczęśliwsi, choć pewnie czasami żyje im się ciężej niż nam. Ryzykowałabym stwierdzenie, że tzw. szok kulturowy bardziej jednak przeżywa się w Azji, niż tutaj. Jesteśmy zauroczeni ludźmi, zwłaszcza w Kolumbii i w Argentynie, chociaż wcale nie znaczy to, że w pozostałych krajach mieliśmy złe doświadczenia. W Ekwadorze np. serwis Hondy nie wziął od nas ani dolara za przegląd, zmianę oleju, mycie i nabłyszczanie naszych sprzętów – chciałabym, żeby ktoś kiedyś pochwalił za to Polskę. Właściwie nie mamy złych doświadczeń z ludźmi w żadnym z krajów, które przejechaliśmy. No może poza kierowcami ciężarówek w Peru, którym czasami przydałby się kurs doszkalający z zasad poruszania się po drogach publicznych. Zdarzyło nam się wiele razy, że ludzie zatrzymywali się na drodze pytając, czy wszystko w porządku, a my zatrzymaliśmy się tylko po to, by napić się wody. Nie wiem czy w Europie ktokolwiek jechałby za motocyklistami przez godzinę, chcąc tylko kupić im obiad, a nam się to zdarzyło w Brazylii. Chyba na każdej stacji podchodzą do nas ludzie pogadać – mówię tu o lokalnych mieszkańcach, a chyba często “prowokują” ich do tego nasze superbike’i na peruwiańskich blachach.

Wasze maszyny na pewno nie były projektowane pod tak niewyobrażalne wyprawy, jak sobie radzą w trasie?

Mamy podkręcone wydechy, żeby lepiej radziły sobie na wysokościach. Jesteśmy laikami jeżeli chodzi o motocykle, ale chcieliśmy spróbować właśnie tych – bo są tanie, bezawaryjne i nasz budżet pozwalał nam w tej sytuacji spędzić więcej czasu w drodze. W Peru trafiliśmy na porę deszczową na początku wyjazdu, napotkaliśmy wielki problem – zamknięta droga z powodu obsunięcia się góry. Lokalni twierdzili, że potrzebują miesiąc, dwa na poradzenie sobie z naprawą drogi. Wybraliśmy więc inną, dłuższą opcję żeby to objechać – ale tam też spotkaliśmy obsuw. Wróciliśmy do punktu wyjścia i z pomocą lokalnych udało się przeciągnąć motocykle przez prowizoryczną bambusową kładkę nad rzeką błota. Zapłaciliśmy za pomoc niecałe 100 zł, byliśmy po kolana w błocie. Pokaż mi teraz jak przeprowadzasz przez to GS-a… Można podsumować, że motocykle radzą sobie świetnie. Czasami, na 4000 m n.p.m. i wyżej, jeżeli jest stromo, to czujemy jak silniki się męczą. Po cichu chcielibyśmy więcej mocy, ale zawsze dały radę, wjechały wszędzie, więc u nas mają miano superbike’ów.

Jak radzicie sobie z dala od domu? Macie jakieś sposoby na “polskość” w waszej wyprawie?

Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Niespecjalnie tęsknimy, bo jesteśmy szczęśliwi w drodze. Żyjemy w czasach, kiedy łatwo i bezpłatnie można rozmawiać z każdym i z prawie każdego miejsca na świecie, więc nie jest źle. A rodzice bardziej nas kochają, bo często nas nie ma, więc denerwujemy ich rzadziej.

A co na to wszystko wasze rodziny? 

Nie mieli innego wyjścia, jak pogodzić się z tym, że może nie doczekają wnuków, ale za to mają szczęśliwe dzieci.

Ciekawych przygód na pewno przeżyliście mnóstwo, ale taka jedna, która szczególnie utkwiła ci w pamięci to..

Chyba ten peruwiański obsuw wzbudza w nas najśmieszniejsze wspomnienia. Pewnie będziemy to pamiętać na zawsze. Patagoński wiatr odwraca moto w czasie jazdy na drodze o 90 stopni, dużo mocniej wieje niż na Islandii… Ciężko wybrać, bo fajnie jest być zapraszanym do odwiedzania tutejszych motocyklowych klubów, tylko dlatego, że jesteśmy chyba szaleni, żeby na takim moto porywać się na objeżdżanie kontynentu. Szczerze mówiąc sam wyjazd w niektórych opiniach był szalony – bez doświadczenia i ze słabą wiedzą mechaniczną, a jak widać można.

Czego wam życzyć na dalszą podróż?

Jak najmniej wiatru, bo ten daje się bardzo mocno we znaki w Patagonii.

I tego właśnie wam życzymy!

Dzięki!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.