wt., 18 sty 2022

Prawo drogi – interaktywna, motocyklowa powieść cykliczna. Odcinek 1: Amnezja

-

Droga to dla wielu tylko środek dotarcia do celu. Dla motocyklisty to cel sam w sobie. Może to i frazes, ale właśnie wokół drogi kręci się życie większości z nas. Tak jak i dla, na razie bez imiennego, bohatera naszej powieści. Przed wami pierwszy odcinek przygód, yyy, jego…

Zanim zaczniemy, najpierw informacja ogólna. Macie wpływ na treść naszej powieści. To fikcja jest, więc możemy ją dowolnie kształtować, także według waszych pomysłów. W komentarzach na fb czy bezpośrednio pod artykułem sugerujcie kierunki rozwoju sytuacji, a może podchwycimy któryś z nich. Przede wszystkim zadanie na dziś – wymyślić ksywę jemu, naszemu głównemu bohaterowi…

Amnezja…

To zabawne, ale kiedy pije się samogon, to ten radosny stan, kiedy błędnik ma huśtawkę nastrojów, trwa znacznie dłużej, niż po spożyciu wódki. W odróżnieniu od niej jednak, nie powoduje kaca, a trzeba przyznać, że jest to ogromny plus. Kolejnym jest to, że bimber, który jest tani jak woda, może mieć kolor whisky. Wystarczy przelać go do butelki po tym trunku i nikt nie zadaje durnych pytań.

Położyłem się spać tuż po wschodzie słońca, kiedy na biwaku zrobiło się naprawdę wilgotno. Był środek lata, więc można założyć, że dochodziła czwarta rano. Ognisko już się dopaliło, a niedobitki imprezy szlajały się po okolicy wymieniając między sobą bełkotliwe wyznania braterstwa i miłości. Rześkie powietrze ululało mnie do snu tak skutecznie, że nie zorientowałem się nawet, iż zaległem na dziurawym materacu.

Obudziłem się parę godzin później. Zamiast języka miałem w ustach suchy jak wiór kapeć, a plecy bolały jakby mnie kto kijem zdzielił przez nerki. Wszędzie czułem piasek. We włosach, w nosie, między palcami. Nieprzyjemnie chrzęścił w zębach. Postanowiłem zignorować ten drobny dyskomfort i szczelniej owinąłem się śpiworem. Z niemałym wysiłkiem przewróciłem się na drugi bok, licząc że zasnę zanim mózg włączy żółty alarm uznając, że koniecznie trzeba opróżnić pęcherz.

Po południu byłem już w doskonałej formie. Zero kaca, zero zawrotów głowy, tylko lekki mętlik i dziwne uczucie ni to relaksu, ni to żenady. Niewątpliwym sukcesem okazał się fakt, że nawet nie bełtałem! Co więcej, byłem głodny, a dla mnie zwykle oznacza to stan kompletnej trzeźwości. Wytoczyłem się zatem z namiotu, wypiłem duszkiem butelkę wody niemiłosiernie nagrzanej przez słońce.

Rozprostowałem kości ziewając z gracją szczytującego słonia. Przy tej okazji rozejrzałem się po pobojowisku, wciąż śmierdzącym wystygłym ogniskiem. Dzikie pole namiotowe na zaanektowanej przez nas plaży wyglądało jak plan zdjęciowy z filmu o zombie. Kilku kolegów gramoliło się z namiotów, nie do końca panując nad swoimi ciałami. Jęczeli, stękali i ogólnie wydawali z siebie nieludzkie odgłosy. Z niewyraźnymi minami uciekali przed słońcem, dźwigając ciężkie oczy w instynktownym poszukiwaniu najbliższego źródła kawy. Nie wiem jakie preparaty spożywali zeszłej nocy, ale ewidentnie musieli bawić się w ich mieszanie.

Ja zaś, cały w skowronkach uśmiechnąłem się do siebie, rozebrałem do samych gaci i jak stałem, tak wbiegłem do jeziora. Chłodna woda przegoniła resztki syndromu dnia wczorajszego i spłukała ze mnie ten cholerny piasek. Ależ mnie plecy bolały…

Każdy kiedyś sikał w wodzie. Nie każdy się do tego przyzna, ale prawda jest taka, że to dość powszechna praktyka. Skupiając się na opróżnieniu pęcherza, lustrowałem plączące się po plaży odrzuty statystów z The Walking Dead i coraz bardziej dochodziłem do wniosku, że niedzielny powrót do domu stoi pod wielkim znakiem zapytania. Jako jedyny wyglądałem jakbym był w stanie w ogóle wsiąść na motocykl. Moi kumple zapewne jeszcze nie rejestrowali, która maszyna należy do kogo.

Po kąpieli poszedłem powiesić ręcznik na moim Drag Starze 1100 custom. To był mój pierwszy motocykl. Lubiłem go. Prosty, ładnie skrojony cruiser w przystępnej cenie. Wygodny, dzięki wąskiej oponie z przodu prowadził się dobrze i było mnie na niego stać. No dobra, było mnie stać na kredyt na jego zakup.

Pogrzebałem w skórzanych kufrach w poszukiwaniu kuchenki turystycznej i już po chwili siedziałem przy stoliku, jak głupi uśmiechając się do kubka czarnej niczym noc, rozpuszczalnej lury. Pierwszy łyk gorącego napoju sprawił, że się wzdrygnąłem, gdyż okrutnie podrażnił dziąsła po lewej stronie szczęki. Ból był tak niespodziewany i dotkliwy, że jęknąłem. Rozmasowałem twarz w tamtym miejscu, ze zdziwieniem odnotowując niemałą opuchliznę.

– Żyjesz? – Siwy przysiadł się do mnie. Miał podkrążone oczy, które skrywał pod obszernym daszkiem sportowej czapeczki. Jeździł potężnym, przez siebie przerobionym streetfigherem. Lubił popisywać się trikami, prędkością i złożeniami w winklach, lecz prawda była taka, że uwielbiał także dalekie, samotne trasy pełne urzekających pejzaży.

– Żyję – odparłem polewając mu kawy. – Ale plecy mnie bolą jak złe… i mam coś z zębami.

– Nic dziwnego. Po tym co odwaliłeś…

Moje serce na chwilę się zatrzymało. Nie piłem często, dlatego utraty pamięci nie należały do obowiązkowych punktów sobotnich wieczorów. W głosie Siwego było jednak coś, co kazało mi zadać sobie pytanie, czy na pewno wiem jak wyglądała miniona noc. Pomyślmy… Złapaliśmy się w Warszawie, śmignęliśmy na Mazury, winkle, winkle, rybka w Mikołajkach, winkle, jezioro, biwak, bania, bania… bania… spać. Miałem nieodparte wrażenie, że pomiędzy jedną, a drugą banią musiał nastąpić jakiś incydent.

– O czym ty mówisz? – zapytałem z niepokojem. Przyznam, że w duchu liczyłem na niespodziewany najazd gotowych na wszystko plażowiczek. Niestety myliłem się.

– No… zaprzyjaźniłeś się z tymi klubowiczami. I to całkiem mocno.

– Co?

Siwy skrzywił się w grymasie ni to złośliwości ni to zrozumienia. On już wiedział, że ja nie wiedziałem. Ja wiedziałem, że on wie, że ja nie pamiętam. Musiał mieć niezły ubaw.

– No bo tu obok taki gang się rozbił i wpadli do nas na imprezę. 

– Gang? – naprawdę nie wiedziałem o czym on mówił.

– No gang, nie gang, wiesz… Paru kolesi na czopach. Co drugi łysy i z brodą. Kamizelki, łańcuchy, ostry dowcip, głośne śmiechy, mocny bimber i pili na umór… na nasz umór, bo oni trzymali się całkiem nieźle.

Zrobiłem wielkie oczy. Nic podobnego nie kojarzyłem. Jasne, wiedziałem, że istnieje coś takiego jak kluby motocyklowe. Jak się jeździ na moto, to prędzej czy później wpada się na jakiegoś delikwenta w skórzanej kamizelce, z fantazyjną grafiką na plecach, podpisanego jakąś złowieszczą nazwą w stylu Demony Rozpaczy czy coś równie mrocznego. Ale jak to możliwe, żebym przeoczył tak charakterystyczny szczegół nocnej imprezy, jak wizyta tego typu bikerów?

– No i… 

– No i wpadli tu do nas. Piliśmy razem, było nawet sympatycznie. Śmichy, chichy. Nie wiadomo kto, ale ktoś zaczął mówić o tych bitkach w telewizji co się celebryty piorą. Wyszło, że oni jakiegoś prawdziwego zawodnika tam u siebie mieli. No więc powiedziałem, że ty też trenujesz… no i wiesz… samo tak jakoś wyszło…

– Aha… – miałem coraz gorsze przeczucia. – Nie mów…

– Właśnie tak. Postanowiliście zobaczyć, który ma większe jaja, czyli że tak powiem, odbyć przyjacielską walkę na plaży. Nie rób takiej miny, było ambitnie ale bez agresji. Zaczęliście się przytulać, dusić i wyginać kończyny pod dziwnymi kątami. Typ wyglądał charakternie, ale i tak stawiałem na ciebie – uśmiechnął się dumnie.

Pokręciłem głową i znowu rozmasowałem bolącą szczękę. Bójka na plaży z członkiem klubu motocyklowego. I ja tego nie pamiętałem… może za mocno oberwałem w łeb? Różne już historie się słyszało o akcjach po pijaku, ale to brzmiało cokolwiek abstrakcyjnie, szczególnie, że aż tak całkowicie to po raz pierwszy urwał mi się film. Istna amnezja… Dziwne.

– I jaki był wynik? – No przecież musiałem zapytać, bo za cholerę nie mogłem przypomnieć sobie czegokolwiek.

– Oni mówili, że remis. Byliście tak napruci, że naprawdę trudno powiedzieć. No, ale dla mnie to chyba wygrałeś. Założyłeś mu tę… no… balaklawę. Mało co mu ręki nie złamałeś.

– O kurna… – jęknąłem ignorując jego oczywisty błąd w nazewnictwie dźwigni potocznie zwanej balachą. 

Nie popisuj się po pijaku! Powtarzałem sobie to od czasu, kiedy urządziłem z kumplami konkurs lowkicków podczas pochleju na działce, jak jeszcze byliśmy na studiach. Każdy mógł mi na czysto sprzedać po dziesięć kopnięć, a ja obiecałem, że żaden nie wytrzyma jednego mojego. Wygrałem, ale musiałem potem odkupować kumplowi telefon służbowy, którego ten akurat zapomniał wyjąć z bojówek…

Nie wiem dlaczego, ale zdjął mnie niepokój. Cholera, różne rzeczy się słyszało, a pokutujący w telewizji wizerunek tych kolesi od kamizelek mówił sam za siebie. Niby można się spodziewać, że większość to bajki, ale kto wiedział z kim mieliśmy do czynienia? 

– Chyba pójdę tam i pogadam z nimi – mruknąłem. – Dowiem się czy wszystko w porządku.

Taki miałem pomysł, co poradzę? Uznałem, że podejdę, zbiję pionę, a przy okazji wybadam czy nie ma między nami złej krwi.

– Nie radzę – Siwy wydął usta i pokręcił głowa. – Na odchodnym bełkotali coś o plamie na honorze i takich tam.

Aż zgrzytnąłem zębami. Nie miałem pojęcia co zrobić z tym fantem. Miałem już wstać od naszego biwakowego stolika, kiedy usłyszałem od strony lasu huk. Za chwilę dołączył do niego kolejny i jeszcze jeden. Tak, ktoś właśnie odpalił kilka chopperów. Basowy pomruk rozszedł się echem po jeziorze, zrywając do lotu stada leśnych ptaków i boleśnie porażając moich skacowanych towarzyszy. 

Spojrzałem w kierunku oddalonej o kilkanaście metrów ścieżki prowadzącej do duktu wiodącego przez las. Już po chwili zobaczyłem kilka motocykli jadących w tamtą stronę. Dwa Harleye, wielki bagger z logo Indiana, GS 1200, CBR 1100 XX i jakaś bliżej niezidentyfikowana samoróbka, wyglądająca jakby naćpane Motomyszy z Marsa obrabowały złomowisko. A na nich jeźdźcy w skórzanych kamizelkach, w kaskach integralnych, jetach lub orzeszkach, ciemnych okularach. Toczyli się równo i dostojnie. Niemal rutynowo. Pewni siebie, w idealnych odstępach tak jakby to mieli wypraktykowane, czy wyuczone. Nawet nie spojrzeli w naszą stronę, co odczytałem oczywiście jako zły znak.

– Jadą już – zauważyłem z cieniem ulgi. – Chyba mają lepszą przemianę materii niż my.

– To pewnie kwestia wprawy – zaśmiał się Siwy.

Nie uchwyciłem ich logo, ale udało mi się przeczytać nazwę klubu. Wagabunda MC Polska. Hmm… nic o demonach. Może i dobrze, ale czułem przez skórę, że na tym się to wszystko nie skończy.

C.D.N.

Jarek Dobrowolski
Jarek Dobrowolski, miłośnik dwóch kółek, którego nie zatrzymuje nic poza głębokimi śniegami. Autor kilku projektów literackich. Celem jednego z nich jest przekroczenie granicy pomiędzy byciem turystą, a rasowym podróżnikiem i odnalezienie prawdziwego znaczenia tego czym jest przygoda i jak ją rozumiemy. Ciągle poszukujący minimalistycznych rozwiązań przynoszących maksymalne efekty ostrożnie dobiera wyposażenie oraz szlifuje umiejętności. Beznadziejnie zakochany w swoim BMW R1150 GS adventure.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

POLECAMY

Koniec bezkarności motocyklistów – nowe fotoradary będą bronią na fanów jednośladów

To prawda, dotychczas motocykliści mogli czuć się na drogach wyjątkowi, bo w pewnym stopniu byli bezkarni. A wszystko za sprawą tego, że zarówno fotoradary,...

Junak 121 2022 – powrót króla pragmatycznej uniwersalności… [dane techniczne, cena, opis, opinia]

Junak 121 to motocykl, który spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem przez polskich motocyklistów i to już chwilę po jego premierze na rynku. Jego...

Był niewłaściwie ubrany i jechał motocyklem. Dostał aż 1500 złotych mandatu. [Uwaga na policję ze Skarżyska-Kamiennej !]

Mówią, że nie ma złej pogody na motocykl, a jedynie źle ubrani motocykliści. Najwidoczniej sentencję tę znają doskonale funkcjonariusze świętokrzyskiej drogówki. Ich szczególną uwagę...

Prawo drogi – interaktywna, motocyklowa powieść cykliczna. Odcinek 1: Amnezja

Droga to dla wielu tylko środek dotarcia do celu. Dla motocyklisty to cel sam w sobie. Może to i frazes, ale właśnie wokół drogi...

Wójcik Electric Race – pierwszy wyścig motocykli elektrycznych w Polsce

No i stało się! Elektryki będą ścigać się także w Polsce. Wójcik Racing Team zamierza zorganizować pierwszy wyścig motocykli elektrycznych, który odbędzie się na...