_SLIDEREgzamin na motocyklowe prawo jazdy kat. A niczego nie sprawdza — i...

Egzamin na motocyklowe prawo jazdy kat. A niczego nie sprawdza — i wszyscy o tym wiemy… [Słowo na niedzielę, felieton]

-

Sezon niestety powoli chyli się ku końcowi, ale temat dzisiejszego tekstu wraca do rozmów co wiosnę jak pąki liści na drzewach. Zacznijmy zatem od tego, że ten tytuł tak naprawdę jest g…. warty.

Miałem gotową tezę – szybki, wyuczony najczęściej, test, potem plac manewrowy, między innymi z ósemką, podszyte stresem szarpnięcie sprzęgłem przed wyjazdem „na miasto”, „lejce” do łapy po zdanym egzaminie i… człowiek jedzie w Alpy. To chyba modny w tym motocyklowym sezonie kierunek. Nawiasem mówiąc, zmiany w trendach kierunków wyjazdów też są ciekawym tematem. Wracając jednak do egzaminu i tych modnych Alp – sprawdziłem, jak ten dzisiejszy egzamin wygląda naprawdę, bo od mojego minęło już nieco czasu, i musiałem napisać ten tekst od nowa.

Egzamin na kat. A – jak obecnie wygląda?

No jakież to zatem obecnie wyzwania czekają na adeptów motocyklizmu? Hamowanie awaryjne: prędkość co najmniej 50 km/h, obydwa hamulce, zatrzymanie w miejscu wskazanym przez egzaminatora. Ominięcie przeszkody: najazd nie wolniej niż 50 km/h, raz z prawej, raz z lewej strony — po to, żeby zdający pokazał przeciwskręt w obie strony. Slalom szybki: średnia prędkość jednego z przejazdów nie mniejsza niż 30 km/h, na drugim albo trzecim biegu, bez podpierania się nogą. Do tego ósemka, slalom wolny, ruszanie na wzniesieniu i minimum dwadzieścia pięć minut w ruchu drogowym. Chyba niczego nie pomyliłem. I kiedy to wszystko razem do kupy pójdzie dobrze, to dostajemy odpowiednia adnotację „na kwitku” i dokument ważny plus/minus do motocyklowej emerytury.

Sam byś odpuścił. W grupie odkręcasz. Dlaczego? [Słowo na niedzielę, felieton] | Artykuł – Motovoyager

Możesz nie usiąść na motocyklu przez piętnaście lat, a szesnastego kupić coś, co ma dwieście koni i przyspiesza szybciej niż zdążysz o tym pomyśleć. Nikt cię o nic nie zapyta. Ani razu. Nigdy.

Siedemnastolatek w Corsie a 24-latek na Panigale…

Od marca tego roku siedemnastolatek np. w Corsie czy innym Punto (nie wiem, jakie teraz samochody trafiają do młodzieży jako pierwsze auto) ma okres próbny: dwa lata, obniżone limity prędkości (pierwsze osiem miesięcy), obowiązkowy kurs dokształcający, zaostrzony rygor punktowy. Świeżo upieczony posiadacz kategorii A — dwadzieścia cztery lata, zero przejechanych kilometrów, moc nieograniczona — nie ma nic. Ustawodawca uznał najwyraźniej, że motocykl jest sprzętem mniej wymagającym niż Corsa.

Mam też z tyłu głowy to, że osoby odpowiedzialne za te regulacje same do końca, jak my zresztą, nie wiedzą, jak zrobić, żeby było na 100% dobrze. I czy tak w ogóle się da?

Części wspólne

Ale teraz trochę teorii dotyczącej tekstu. Thorndike i Woodworth ustalili w 1901 roku coś, co od tamtej pory potwierdzano już przynajmniej kilka razy: umiejętność przenosi się z treningu do życia w takim stopniu, w jakim obie sytuacje mają wspólne elementy. I wróćmy teraz do tego nieszczęsnego egzaminu wspomnianego wyżej. Plac manewrowy WORD-u i zjazd serpentyną w Alpach mają jeden element wspólny. Asfalt i to nie zawsze taki sam. Na tym ta przepastna lista podobieństw się kończy. Innym przykładem jest hamowanie awaryjne wykonane na suchej, zamiecionej, niemalże sterylnej kostce, na której nie znajdziemy kropli oleju, płynu chłodniczego albo trzewi rozjechanego zwierzęcia[1]. Na dodatek zadanie to egzaminowany wykonuje na motocyklu ośrodka (albo szkoły), po komendzie, z pełną świadomością, że za chwilę będzie hamowanie. Jest to zatem hamowanie zapowiedziane.

Gleba siedzi w głowie dłużej niż w kościach. Jak skutecznie wrócić na motocykl? [Słowo na niedzielę, felieton] | Artykuł – Motovoyager

A awaryjne jest awaryjne dokładnie dlatego, że nikt go nie zapowiada. Egzamin dowiódł, że potrafisz zatrzymać motocykl. Z trybun słychać gromkie brawa. Nie dowiódł, że zatrzymasz go wtedy, gdy z bramy wyjedzie ci za daleko przód dostawczaka, a ty akurat będziesz się zastanawiał, gdzie zjeść obiad.

Jest jeszcze druga rzecz, mniej wygodna. Gerald Wilde opisał w 1982 roku homeostazę ryzyka: ludzie nie dążą do zera zagrożenia, tylko utrzymują taki jego poziom, jaki uznają za akceptowalny. Kiedy coś obniża ryzyko postrzegane — ABS, świeże opony, kask za trzy patyki, kamizelka z poduchą, plastikowy dokument w portfelu — równowaga domaga się wyrównania z drugiej strony. Czyli szybciej. A jak widzieliście wyżej, plastikowe lejce nie dodają umiejętności. Dodają poczucie uprawnienia, a ono z kolei pali się do odkręcania znacznie bardziej ochoczo.

Teraz część, która się nie spodoba

Zdanie z tytułu tego felietonu – w tej albo innej formie – słyszałem już kilka razy
i prawdopodobnie z ust kogoś, kto, gdyby pojechał dziś na plac, położyłby motocykl na wolnym slalomie. To zdanie wypowiadane przez tę osobę ma jedną funkcję: pozwala nie sprawdzać siebie. Skoro egzamin jest bezwartościowy (to udało nam się wykazać), to jego zaliczenie niczego nie dowodzi — ale jego oblanie też niczego nie dowodzi. Układ idealny. Nikt nikogo nie ocenia, wszyscy jeżdżą świetnie, a statystyki dotyczą kogoś innego…

Dlatego ustalmy raz na zawsze, że prawdziwy sprawdzian umiejętnosci nie odbywa się w WORD-zie. Odbywa się na pustym parkingu w marcu, kiedy nikt nie patrzy, a ty przez czterdzieści minut hamujesz z pięćdziesiątki, aż to przestanie być czynnością, a stanie się odruchem. Ma miejsce na kursie doskonalenia techniki jazdy, na który jedzie się nie dlatego, że trzeba, albo ziomki jadą, tylko dlatego, że wiadomo po co. Odbywa się za każdym razem, kiedy zamiast powiedzieć „egzamin niczego nie sprawdza”, sprawdzasz się sam.

A ten dokument — plastikowa karta czy zakładka w mObywatelu — poświadcza dokładnie jedno: że pewnego dnia, w kontrolowanych warunkach, na cudzym motocyklu, poszło ci dobrze.

[1] Za każdym razem kiedy to widzę jest mi przykro.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

5 KOMENTARZE

  1. Jakie to prawdziwe. Jak robiłem A, to instruktor powiedział konkretnie ” trasa wiedzie tu i tu. W tym miejscu masz uważać, bo nieczynny przejazd, ale jest, pamiętaj masz głową machać jak stuknięty” . Zdałem za drugim razem ( ech ta nieszczęsna stopka ;) ).

  2. Artykuł tak słaby ze szkoda go w ogóle komentować coś o Alpach o za mocnych motocykla i wszystko uszyte pod swoje bezwartościowe tezy. Jak przeważnie nic w internecie nie komentuje tak ten artykuł to porażka i muszę napisac swojej odczucie. Pierwszy komentarz typowy dla jakiegoś ułomka który jest opisywany w tym artykule. Bezwartościowe wypociny

  3. Nie zgadzam się z tym artykułem. I piszę to nie jako teoretyk, tylko jako człowiek, który od 15 lat szkoli motocyklistów. Przez ten czas wyszkoliłem ponad 1000 osób.
    Dziwi mnie stwierdzenie, że egzamin na kategorię A „niczego nie sprawdza”.
    Sprawdza. I to całkiem sporo. Najwięcej z pośród egzaminów na inne kategorie prawa jazdy
    Przede wszystkim sprawdza, czy człowiek potrafi zapanować nad motocyklem i wykonać podstawowe manewry, które są niezbędne do bezpiecznego rozpoczęcia samodzielnej jazdy. A przecież właśnie temu powinien służyć egzamin na prawo jazdy.

    Czy po zdanym egzaminie ktoś jest doświadczonym motocyklistą? Oczywiście, że nie.
    Ale nie jest nim również świeżo upieczony kierowca kategorii B. I tu dochodzimy do pewnego absurdu w tego typu argumentacji.
    Kursant kategorii B może szkolić się na Suzuki Swift, zdać egzamin, a następnego dnia wsiąść do BMW z silnikiem V8, tylnym napędem i kilkuset końmi mechanicznymi.
    Na kategorii A kursant obecnie szkoli się na Yamaha MT-07. Nie jest to motocykl wyczynowy ale po opanowaniu go człowiek poradzi sobie prawie na każdym motocyklu
    I właśnie po to jest szkolenie oraz egzamin.
    Co więcej, Mamy przecież podział kategorii że względu na wiek-AM, A1, A2 i A. Jest więc możliwość stopniowego zdobywania doświadczenia wraz ze wzrostem mocy i osiągów motocykla.
    I teraz najważniejsze.
    W artykule pojawia się argument dotyczący sytuacji, z którymi może spotkać się motocyklista w górach, na trudnych, krętych drogach itd.
    No dobrze.
    Ale jak dokładnie miałby wyglądać egzamin, który ma to sprawdzić?
    Hamowanie awaryjne na alpejskiej drodze?
    Zjazd z górki przy 100 km/h?
    Zakładamy kursantowi plecak, wysyłamy go w Dolomity i sprawdzamy, czy prawidłowo pokona serię serpentyn?
    To nie jest egzamin na prawo jazdy. To jest sprawdzanie doświadczenia, którego człowiek dopiero będzie nabierał.
    Przecież kierowca samochodu również po zdanym egzaminie nie jest przygotowany do wszystkiego.
    Nie każdy świeżo upieczony kierowca poradzi sobie z jazdą po oblodzonej górskiej drodze. Nie każdy będzie umiał prawidłowo zareagować w każdej nietypowej sytuacji.
    I nie oznacza to, że egzamin jest bezwartościowy a umiejętności do rozpoczęcia samodzielnej przygody bezwartosciowe
    Prawo jazdy daje podstawę do samodzielnej jazdy. Nie daje 20 lat doświadczenia w pakiecie.
    Doświadczenia nie da się sprawdzić egzaminem, bo doświadczenie zdobywa się dopiero później – na drodze, przez kolejne tysiące kilometrów.

    Po 15 latach szkolenia wiem jedno: jeżeli kursant opanuje motocykl, potrafi prawidłowo hamować, skręcać, wykonywać manewry, reagować na zagrożenia i bezpiecznie poruszać się po drodze, to po zdanym egzaminie jest przygotowany do rozpoczęcia samodzielnej jazdy.
    Czy będzie świetnym motocyklistą? Nie od razu
    Czy będzie popełniał błędy? Oczywiście.
    Czy będzie musiał zdobywać doświadczenie? Jak każdy.
    Ale właśnie tak działa cały system szkolenia kierowców.

  4. To może pójdźmy dalej tym ,,tropem” I zruwnajmy użytkowników 50cm3 z 125 cm3 przecież to tylko moc silnika nic więcej także obawiam się że niestety ale ten który przesiądzie się na większą moc będzie powodował wypadki drogowe po przez brak doświadczenia a sam kurs tego nie załatwi dla tego powinien być czas przejściowy tak aby za nim na dobre ogarnie tą moc powinien jeździć z ograniczeniami albo z osobą posiadającą takie już normalne prawo do korzystania w pełni z danej mocy silnika i prowadzącą taki typ motocykla na pewno nie rok a przynajmniej parę lat.

  5. Mój instruktor, po ostrej wymianie zdań na temat rzekomo źle wykonanego manewru powiedział mi wprost: nie uczę Cię, jak jeździć, tylko jak zdać egzamin. Jeździć musisz się nauczyć sam. A do Rumunii odważyłem się pojechać dopiero w swoim piątym sezonie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

POLECAMY

ZOBACZ RÓWNIEŻ