Dwie grupki znajomych od pojeżdżawki startują tego samego ranka, tą samą drogą, w tę samą pogodę. Jedna wraca wieczorem w komplecie, zmęczona i szczęśliwa, a przez drugie pół wieczora przeżywa te same winkle po raz trzeci. Druga ekipka zbiera się o brzasku na parkingu przed szpitalem, w niepełnym składzie i nikt nie opowiada nic – wszyscy tylko patrzą spod byka po sobie. Różnica nie leżała w motocyklach. Nie leżała nawet w umiejętnościach — bo w obu paczkach byli i ci bardziej i mniej doświadczeni. Różnica siedziała w czymś, czego żaden z tych ludzi nie widział, choć miał to ze sobą przez cały dzień.
Tekst: Michał Gessler
Każdy, kto ma doświadczenie jazdy w grupie, przeczuwa, że coś się z nim wtedy dzieje. Że jadąc w grupie podejmuje decyzje, których solo pewnie by nie podjął. Wyprzedza tam, gdzie jadąc samemu by odpuścił. Dokłada tam, gdzie sam by zwolnił. Wraca do domu i myśli: „po kiego ja to zrobiłem?”. Nie znajduje jednak dobrej odpowiedzi, więc mówi sobie „poniosło mnie” i zamyka temat. A powinien go otworzyć, przede wszystkim przed sobą samym, bo „poniosło mnie” to nie wyjaśnienie. To nazwa zjawiska, które psychologia rozpracowała tak ze sześćdziesiąt lat temu — i które mówi o jeździe w grupie więcej, niż mówią wszystkie poradniki o technice.
Ryzykowna decyzja grupowa
Tak jak kilka rzeczy, z których dziś korzystamy i ta opisywana dziś, zaczęła się od pomyłki. W 1961 roku pewien student zarządzania w MIT, James Stoner, chciał udowodnić rzecz oczywistą (wg. jego założenia): że grupy podejmują ostrożniejsze decyzje niż pojedynczy ludzie. Brzmi rozsądnie — komitet, narada, burza mózgów, ktoś w końcu powie „hola, hola… bez przesady”. Stoner był tego schematu tak pewny, że uznawał to wręcz za truizm, którego nikt nie potrzebował weryfikować. Zbadał więc, jak ludzie decydują w pojedynkę, a jak w grupie. I wyszło mu… dokładnie na odwrót. Grupy nie tonowały. Grupy podkręcały. Podejmowały decyzje śmielsze niż średnia z decyzji członków grupy sprzed narady. I nie oszukujmy się, są sytuacje, kiedy mechanizm ten naprawdę się przydaje. Stoner nazwał to „przesunięciem ku ryzyku” — risky shift — i tym jednym odkryciem uruchomił lawinę badań nad tym zjawiskiem.
Pół prawdy…
Lista badań, na jakie natrafiłem, liczyła kilkanaście pozycji, a gdybym szukał dalej, to pewnie znalazłbym kolejne. Ważniejsze jest jednak nie to, ile tych badań przeprowadzono, ale ich efekt. Ten zaś potwierdził wskazane wyżej zjawisko na ludziach w różnym wieku, różnych zawodach, a nawet zamieszkujących w różnych krajach. I tu pewnie powinienem skończyć tę tyradę: grupa równa się większe ryzyko, koniec. Tyle że to nieprawda — a przynajmniej nie cała prawda, i akurat ta połowa, którą się pomija, jest dla nas motocyklistów najbardziej interesująca i ważna za razem.
Grupa wzmacnia to, czym jest od początku
Bo jakiś czas po opisanych wyżej badaniach inny badacz, Frode (nie FRODO) Nordhøy, pokazał coś, co zepsuło ładną tezę Stonera, a mianowicie że grupa potrafi przesunąć decyzję również ku ostrożności. Nazwano to „przesunięciem ku ostrożności”, cautious shift, i przez lata wyglądało to jak sprzeczność, aż ktoś wreszcie zobaczył wzór. Grupa nie ciągnie zawsze w stronę ryzyka albo ostrożności. Grupa ciągnie w tę stronę, czym już nasiąkła na starcie. Wzmacnia nastawienie, które było w niej dominujące, zanim którykolwiek członek grupy odpalił silnik. To zjawisko dostało własną, precyzyjniejszą nazwę: polaryzacja grupowa. Dyskusja, wspólna jazda, samo bycie razem — to wszystko działa jak wzmacniacz. A wzmacniacz nie ma własnego zdania, on tylko wzmacnia ten sygnał, który dostał na wejściu.
Nastawienie jest najważniejsze
Wrócimy zatem na asfalt, bo tu robi się niewygodnie. Jeśli dołączasz do paczki, w której tłem jest „jedziemy na luzie, nikt nikomu nic nie musi udowadniać” — ta paczka wyciągnie
z ciebie więcej rozsądku, niż miałbyś solo. Będziesz jechał uważniej, spokojniej, mądrzej, bo grupa wzmocni to nastawienie. Ale kiedy zaczynasz jazdę z grupą, w której tłem jest „lecimy pełnym piecem” — nawet jeśli nikt tego nie powie na głos, nawet jeśli wszyscy się uśmiechają na parkingu — ta sama „maszyneria” zadziała w drugą stronę. Wzmocni brawurę, którą przywieźliście i odda ci ją z nawiązką. Nie dlatego, że jesteś słaby. Dlatego, że tak działa grupa — każda, zawsze, także ta, która uważa się za rozsądną.
To nie twoja wina?
I to jest moment, w którym powinienem sprzedać ci proste rozgrzeszenie: „to nie twoja wina, to mechanizm, to grupa spowodowała, że cię poniosło”. Nie sprzedam. Bo z tego samego badania, które zdejmuje z ciebie część winy, wynika coś jeszcze. Nikt cię nie przypisał losowo do paczki odkręcających manetę bez opamiętania. Wybrałeś ją. Zobaczyłeś jak jeżdżą i dołączyłeś. Mechanizm jest ślepy — ale ty nie musisz taki być.
Dlatego pytanie „czy w grupie jeżdżę ostrzej” jest źle postawione. Właściwe brzmi: z kim postanowiłem jeździć — i czy naprawdę nie wiedziałem, w którą stronę ta ekipka mnie wzmocni. Wiedziałeś. To widać już po pierwszym wspólnym tankowaniu.
