Szwajcaria zachwyca różnorodnością. Ten kraj to mieszanina wielu języków, kultur, obyczajów i tradycji – prawdziwe serce Europy. Z kolei Austria jest typowo górzysta, zewsząd wyrastają ogromne i ośnieżone trzytysięczniki. Oba kraje dostarczają niezapomnianych wrażeń, w szczególności na fantastycznych trasach widokowych wśród Alp.

Tekst: Malwina Pawela-Szendzielorz; zdjęcia: Anatol Szendzielorz

Nadchodzi czerwiec, a z nim nasza kolejna wyprawa tam, gdzie nas jeszcze nie było. Tym razem pada na Szwajcarię i Austrię. Nasz nowiutki BMW GS 1200 Adventure aż rwie się do jazdy. Razem z nami na Suzuki GSF 1200 Bandit jedzie Marcin z Sabiną. To ich pierwsza tak daleka wyprawa.

Pierwszego dnia nocujemy w Czechach przy granicy z Niemcami. Kolejny dzień to przejazd południem Niemiec widokową Alpenstrasse. Niemiecki Szlak Alpejski to jeden z najstarszych szlaków turystycznych u naszych zachodnich sąsiadów. Trasa nas fascynuje. Mijamy stare wioski, zabytkowe miasta, a wszystko to wkomponowane w górską scenerię. Przejazd Alpenstrasse zabiera nam cały dzień. Późnym wieczorem docieramy do Lindau w Niemczech nad Jeziorem Bodeńskim.

 

Szwajcarskie klimaty

Następnego dnia wita nas paskudna pogoda. Jest chłodno i pada deszcz. Trudno – trzeba jechać dalej. Zakładamy kombinezony przeciwdeszczowe i ruszamy w drogę do Szwajcarii. Jedziemy wzdłuż Jeziora Bodeńskiego. Niestety padający deszcz pozbawia nas ciekawych widoków na trasie. Dojeżdżamy do granicy niemiecko-szwajcarskiej i podążamy w stronę Schaffhausen. Ponieważ nie mamy jeszcze wykupionej winiety, musimy kierować się na drogę inną niż autostrada.

W drodze do Interlaken (Szwajcaria)
Tylko jaki kolor tablicy wybrać – zielony czy niebieski? Początkowo sugerujemy się za zielonymi znakami, ale później okazuje się, że akurat w Szwajcarii jest odwrotnie niż w Polsce. Autostrady oznaczone są na zielono, zaś zwykłe drogi – na niebiesko. Trochę kluczymy po mieście, aż w końcu udaje się nam znaleźć dobry kierunek. Po pewnym czasie – ku naszemu zdziwieniu – dojeżdżamy do granicy szwajcarsko-niemieckiej.
– Jakie Niemcy?! Przecież stamtąd jedziemy! Znowu musimy się zatrzymać. Wpatrujemy się w mapę. Okazuje się, że faktycznie ponownie trzeba wjechać do Niemiec, żeby po kilkunastu kilometrach po raz drugi zawitać w Szwajcarii.

Po godzinie jesteśmy w Zurichu – mieście-metropolii słynącym z banków i zegarków. Stolicę europejskiej finansjery zwiedzamy na motocyklu. Jak przystało na szwajcarską dokładność – miasto jest znakomicie oznakowane i bez żadnego problemu udaje nam się przez nie przejechać. Teraz czas na przejazd w stronę Lucerny. Im dalej od wielkomiejskiego gwaru, tym lepsze widoki. Mamy okazję poczuć i zobaczyć tę prawdziwą Szwajcarię. Mijamy urocze wioski z charakterystycznymi drewnianymi domkami. Prawie wszędzie wiszą kolorowe kwiaty, zaś na budynkach powiewają flagi z białym krzyżem na czerwonym tle. Jedziemy wzdłuż jeziora Brienzer See nieopodal którego leży jezioro Thuner See – oba rynnowe i prawie spotykające się w jednym miejscu. Pomiędzy nimi na niewielkim przesmyku położona jest mieścina Interlaken (inter – między i laken – jeziora). Miejsce to przez pięć najbliższych dni będzie naszą bazą wypadową.

 

Dolina Tolkiena

Rano budzi nas słońce. Dziś jedziemy do doliny Lauterbrunnen. Nazwa ta oznacza czyste lub głośne źródło. Podobno w całej dolinie występują 72 wodospady, zaś ich wody są bardzo czyste i chłodne, gdyż spadają z najwyższych partii gór. Kiedy dojeżdżamy do Lauterbrunnen przed nami rozciąga się niesamowity widok.

Dolina Lauterbrunnen, widok na przełęcz Jungfraujoch
Głęboki jar z dwóch stron otaczają strome zbocza, wody wodospadu spadają z wysoka ze skały, zaś w tle rozpościera się ośnieżona przełęcz Jungfraujoch. Pomiędzy przełęczą wyrastają dwa czterotysięczniki – Mönch i Jungfrau (Mnich i Dziewica). Niesamowita uroda doliny Lauterbrunnen zainspirowała J.R.R. Tolkiena (który przebywał tu w 1911 roku) do napisania słynnej trylogii. Kraina Rivendell zamieszkiwana przez elfy to właśnie ta, którą widzimy.

Nasycamy się pięknym widokiem, po czym kierujemy się w stronę Stechelbergu. Stąd można już tylko jechać w górę, na szczyt Schilthorn (2970 m n.p.m). Podróż w obie strony dla jednej osoby kosztuje 90 franków, czyli ok. 260 złotych. Szczyt Schilthorn słynie m.in. z obrotowej restauracji. To tutaj w latach 1968-1969 nakręcono kilka scen do filmu „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” z Jamesem Bondem.

Ponieważ nie jest nam dane pójść w ślady słynnego agenta, ruszamy z powrotem. Po drodze zahaczamy o wioskę Grindelwald. Określana jest ona jako „lodowcowa wioska”, a to z powodu bliskości dwóch wielkich mas kilkudziesięcioletniego lodu. Patrząc na ośnieżony i niesamowicie długi język lodowca, ma się wrażenie iż spada on wprost do centrum miasteczka.

Po niesamowitych wysokogórskich wrażeniach wracamy w stronę Lucerny. Po drodze przejeżdżamy przez Thun, gdzie na wzgórzu wznosi się bajkowy zamek z romańską basztą zwieńczoną czterema wieżami.

Krótki odpoczynek
W Thun zatrzymujemy się na godzinkę, a potem gnamy autostradą do Lucerny. Miasto leży nad jeziorem Czterech Kantonów. Nazwa miejscowości oznacza „miasto światła”. Jak głosi legenda, miejsce pod budowę kapliczki św. Mikołaja (która dała początek osadzie) miał wskazać świetlistym promieniem anioł. Dojeżdżamy do centrum, zostawiamy motocykle i idziemy w stronę średniowiecznych zabytków. Przed nami Most Kapliczny (Kapellbrücke – XIV w.) łączący oba brzegi rzeki Reuss. Ten najstarszy drewniany most w Europie jest wizytówką miasta. Ma prawie 200 metrów długości i biegnie ukośnie przez rzekę. Przechadzając się po nim czujemy na plecach oddech historii. Most „pachnie” starością i skrzypi pod nogami, gdy po nim idziemy. Na jego południowym krańcu znajduje się ośmiokątna wieża ciśnień, która w czasach średniowiecznych służyła jako więzienie, izba tortur, a także jako miejski skarbiec. Spacerujemy wzdłuż jeziora Czterech Kantonów. Nazwa ta nawiązuje oczywiście do czterech kantonów, które położone są nad jeziorem (Uri, Schwyz, Unterwalden i Lucerny). Jezioro to ma silnie rozbudowaną linię brzegową oraz liczne odnogi.

W pewnym momencie nadciągają czarne chmury i zaczyna grzmieć. Chronimy się pod jednym z parasoli pobliskiej kawiarenki i zamawiamy kawę. Na szczęście burza szybko przechodzi. Wieczorem siedzimy już na naszym kempingu nad mapą i ustalamy trasę na kolejny dzień.

 

Na Wielką Przełęcz

Rano wstajemy dość wcześnie. Przed nami przełęcz św. Bernarda i powrót przez Włochy i Francję. Tolo ma nadzieję, że droga będzie przejezdna i nie będzie na niej już śniegu. – Śnieg? Jaki śnieg? – pyta Marcin.

Wielka Przełęcz Św. Bernarda
Przełęcz znajduje się na wysokości 2469 m n.p.m. Wędrowały nią plemiona celtyckie i germańskie, Rzymianie, wojska Karola Wielkiego, Henryka IV, Fryderyka Barbarossy i Napoleona. W ok. 1050 roku św. Bernard z Menthon (patron mieszkańców Alp i alpinistów) założył na przełęczy schronisko dla pielgrzymów wędrujących przez góry. Przez wiele stuleci w klasztorze hodowano psy – tzw. bernardyny, których zadaniem było ratowanie ludzi w górach. Ten przyjacielski czworonóg z beczułką pełną rumu przywiązaną do szyi uważany jest za jeden z symboli Szwajcarii.

No właśnie, przecież mamy już czerwiec. Kierujemy się w stronę Martigny, a następnie dojeżdżamy do Bourg St. Pierre, skąd zaczynamy wspinaczkę na Wielką Przełęcz.

Gdzieś na trasie (Szwajcaria)
Po drodze mijamy kilku dzielnych rowerzystów walczących z chłodem i wysokością. Im wyżej, tym mroźniej. Dzięki licznym serpentynom trasa jest coraz ciekawsza i atrakcyjniejsza. Na kilka kilometrów przed szczytem wszędzie leży już tylko śnieg. A jednak! Tutaj zima jeszcze ostro trzyma. Droga na szczęście jest odśnieżona, ale i tak mam wrażenie, że jest przejezdna dopiero od kilku dni. Docieramy na szczyt. Przed nami pomnik św. Bernarda, schronisko, klasztor, a za nimi granica szwajcarsko-włoska. Zatrzymujemy się, by zobaczyć małe bernardyny, niestety o tej porze jedynie w formie pluszowych maskotek. Sprzedawcy wyraźnie ożywiają się na nasz widok, gdyż chyba dzisiaj przed nami nikogo tu jeszcze nie było. Trzeba im dać trochę zarobić, więc Sabinka kupuje kilka pamiątek.

Zmarznięci zjeżdżamy z przełęczy na stronę włoską. Znowu pokonujemy mnóstwo serpentyn kierując się w stronę Aosty. Otaczają nas już trochę inne krajobrazy niż w Szwajcarii. Po drodze mijamy kilka średniowiecznych zamków wznoszących się na wysokich i stromych skałach. Robią duże wrażenie. Przejeżdżamy przez Aostę i docieramy do Courmayeur. Stąd już niedaleka droga do słynnego tunelu pod Mont Blanc, który chcemy koniecznie zaliczyć. Przeprawa trwa dość długo – w końcu to ponad 11 kilometrów.

Zwiedzanie
We wnętrzu korytarza wyobrażam sobie, że nade mną wyrasta kolos o wysokości ok. 4810 m n.p.m. Wrażenie niesamowite, jednak nie polecam tego przeżycia osobom mającym zbyt wybujałą wyobraźnię lub cierpiącym na klaustrofobię. Myśl, że przejeżdża się pod tak olbrzymią górą może nieco paraliżować. Po wyjeździe jesteśmy już we Francji i za chwilę w Chamonix. Spacerujemy po tym ślicznym, górskim miasteczku. Niestety o tej porze dnia zarówno Mont Blanc jak i Aiguille du Midi znajdują się już w chmurach. W Chamonix byliśmy już kilka lat temu, więc czujemy się prawie jak u siebie. Udajemy się do jednej z przydrożnych knajpek i zamawiamy francuskie omlety. Jest bardzo ciepło i szybko zapominamy o śniegu, który jeszcze niedawno towarzyszył nam na trasie. Z Chamonix kierujemy się na granicę francusko-szwajcarską, by dotrzeć autostradą do Interlaken.

Freddie Mercury

Dziś jedziemy do Lozanny i nad Jezioro Genewskie. Kierujemy się autostradą w stronę Brna, za którym podążamy na zachód Szwajcarii. W pewnym momencie niemieckie napisy oznaczające zjazd z autostrady (Ausfahrt) zmieniają się w milsze dla ucha francuskie (Sortie). Oznacza to, że właśnie wjechaliśmy do kantonu francuskojęzycznego.

Genewa
Nazwa miasta pochodzi od celtyckich słów: gen – ujście oraz ava – woda i nawiązuje do rzeki Rodan, która wypływa z jeziora. Genewa to potężna, kosmopolityczna metropolia, liczący się ośrodek polityczny, finansowy, kulturalny i turystyczny. Jest wizytówką Szwajcarii, miastem słynącym z dużej ilości banków. Co trzeci mieszkaniec Genewy to obcokrajowiec. Miasto jest siedzibą ponad 200 organizacji międzynarodowych, w tym Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, ONZ, WHO. Bywa też nazywana „stolicą pokoju”, gdyż po I wojnie światowej była siedzibą Ligi Narodów, zaś po II wojnie światowej ulokowano tu europejskie biuro ONZ.

W Szwajcarii zdecydowana większość kantonów jest niemieckojęzyczna. Język francuski obowiązuje w tych, które leżą przy granicy z Francją. 

Wysokie Taury - na trasie widokowej Grossglockner Hohalp (1)
Po drodze zatrzymujemy się w Avenches, gdzie oglądamy XIII-wieczny zamek oraz rzymski amfiteatr. W końcu docieramy do Lozanny, która wita nas słońcem. Nazwa tego miasta nawiązuje do położenia na stromych stokach (loh-san). W centrum Starego Miasta stoi olbrzymia katedra Notre Dame. Świątynia powstała na przełomie XII i XIII w. na miejscu starszych budowli, a jej konsekracji dokonał w 1275 r. papież Grzegorz X w obecności cesarza Rudolfa Habsburga oraz biskupów i kardynałów z całej Europy.
W jej środku panuje niesamowita cisza, miły chłód, a w oknach umieszczone są przepiękne kolorowe witraże.

Ze wzgórza schodzimy w dół na Plac de la Palud. W oczy rzuca się kolorowa fontanna, ratusz oraz budynek z ozdobną wieżą zegarową i ruszającymi się figurkami. Stąd wyruszamy do Montreux i jedziemy wzdłuż Jeziora Genewskiego (nazywanego także Jeziorem Lemańskim). Po lewej stronie na słonecznych stokach rozpościerają się ogromne pola winnic, gdyż region ten słynie z uprawy winorośli. Na zachód od Lozanny winny region nazywany jest La Cote, zaś na wchód – Laveaux. Ten ostatni w 2007 roku został wpisany na listę UNESCO.

Docieramy do Montreux – perełki szwajcarskiej riwiery. Z brzegu na ukochane jezioro i góry po przeciwnej stronie patrzy Freddy Mercury z zespołu Queen.

pomnik Freddiego Mercury (Montreux)
Tutaj spędził wiele lat życia, zaś po jego śmierci mieszkańcy Montreux ufundowali mu pomnik. Legenda głosi, iż jego prochy zostały rozrzucone po całym jeziorze. W tym bardzo rockowym mieście mieści się studio nagraniowe Mountain Studios, w którym nagrywali m.in. The Rolling Stones, Queen, David Bowie czy Deep Purple (to tutaj narodził się ich wielki hit Smoke On The Water).

Na ulicach miasta spory ruch. Pozostawiamy więc motocykle na parkingu i udajemy się nad brzeg jeziora na krótki spacer. Kolejnym naszym celem jest XI-wieczny zamek Chillon, czyli Chateau de Chillon wzniesiony na skalnej ostrodze wrzynającej się w wody jeziora Genewskiego. Skalisty cypel na którym stoi, stanowił zawsze strategiczny punkt o wysokich, naturalnych walorach obronnych. Umożliwiał on kontrolę wąskiego przesmyku między Alpami, a Jeziorem Genewskim, będącego ważnym punktem na szlaku łączącym północ z południem Europy. W twierdzy przez sześć lat przykuty do skalnego słupa przebywał przeor Franciszek Bonivard, którego dzieje opisał Byron w dziele „Więzień Chillonu”. Po niesamowitych wrażeniach wracamy do domu na kolację.

 

Magiczna moc Matterhornu

W końcu nadchodzi dzień, w którym stajemy oko w oko z wielką górą – symbolem Szwajcarii – Matterhornem (wł. Monte Cervino). Liczy ona 4478 m n.p.m. i jest jednym z sześciu najwyższych szczytów alpejskich. Aby go dobrze zobaczyć trzeba dotrzeć do wioski Zermatt.

Autorka i Matterhorn
Najpierw dojeżdżamy do Kandersteg, gdzie kończy się droga. Dalej można przedostać się wyłącznie jadąc na specjalnych platformach kolejowych. To niecodzienna forma transportu, dlatego jesteśmy ciekawi jak będzie przebiegać podróż. Po podstawieniu pociągu stawiamy motocykle na specjalne stanowiska. Kolejka jedzie trasą wzdłuż wysokich gór, a następnie przez tunel Lötschberg. Korytarz został otwarty w roku 2007, po ośmiu latach budowy. Jest on najdłuższym tunelem kolejowym Alp. Po tunelu Seikan w Japonii i Eurotunelu pomiędzy Francją a Wielką Brytanią Lötschberg jest to trzeci co do długości tunel na świecie i jest częścią projektu AlpTransit, opracowanego dla potrzeb zminimalizowania zniszczeń, jakie powoduje ruch tranzytowy w górach.

Podróż trwa niecałe 15 minut. Po opuszczeniu platformy jedziemy w stronę Steg i Visp, po czym docieramy do Täsch. Tutaj droga znowu się kończy. Zermatt jest bowiem wyłączone z ruchu kołowego i można tam dojechać wyłącznie pociągiem. Zostawiamy więc nasze motocykle na dużym parkingu, kupujemy bilety i po raz drugi w tym dniu zmieniamy środek transportu. Widoki z pociągu zapierają dech w piersiach, wokoło wysokie pasma górskie i niesamowita przestrzeń. Koleją wyjeżdżamy na 1620 m n.p.m. Zermatt to niesamowite miejsce, gdyż otacza je 38 czterotysięczników. Stąd w kierunku St. Moritz wyrusza słynny Ekspres Lodowcowy (Glacier Express) zwany też „najwolniejszym pociągiem ekspresowym na świecie”, którego szlak święci w tym roku 112 rocznicę powstania. Trasa wynosi 300 kilometrów, a skład w tym czasie przejeżdża przez 291 mostów, 91 tuneli i siedem dolin. Wrażenia muszą być naprawdę niesamowite.

Zafascynowani możliwościami turystycznymi jakie daje Zermatt, spacerujemy po tej słynnej wiosce. Po krętych uliczkach raz po raz przejeżdżają małe pojazdy napędzane na prąd.

Grossglockner
To jedyny środek transportu miejscowych. Z jednej strony jest tutaj wiele ekskluzywnych sklepów, z drugiej strony Zermatt zachował swoją niepowtarzalną górską atmosferę. Mijamy wiele starych, drewnianych domków. Mam wrażenie, że niektóre z nich tak naprawdę wiszą w powietrzu, bo podtrzymywane są wyłącznie przez stos usypanych w nieładzie kamieni. W końcu docieramy do miejsca, z którego rozpościera się niepowtarzalny widok na Matterhorn. Ta majestatyczna góra w kształcie piramidy wyrasta spod ziemi i zachwyca swoim widokiem. Patrząc na Matterhorn nie można oderwać od niego wzroku i chyba na tym polega jego magiczna moc. Trudno też dziwić się stwierdzeniu, iż jest to najczęściej fotografowany szczyt na świecie. Nas też dopada to uczucie, gdyż robimy zdjęcia – jedno za drugim.

Ponieważ czasu coraz mniej, wracamy pociągiem do Täsch i udajemy się do Leukerbad. To miejscowość położona na wysokości 1411 m n.p.m. Jej atrakcją są źródła termalne. Na miejscu przez prawie dwie godziny relaksujemy się w gorących źródłach na basenie Burgerbad. Do Interlaken wracamy dość późno, bardzo rozleniwieni i jeszcze bardziej głodni. W jednej z knajp zamawiamy szwajcarski przysmak – fondue. Potrawa ta jest przygotowywana z gorącego sera i białego wina, a jada się ją zazwyczaj w większym gronie, bezpośrednio z garnka zanurzając w masie nabite na widelec pieczywo lub warzywa. Właściciel knajpy który pełni jednocześnie rolę kelnera, słysząc naszą rozmowę próbuje zgadywać skąd jesteśmy. Czesi? Nie, Polacy – odpowiadamy. Po wspaniałej uczcie dziękujemy za gościnę wychwalając szwajcarską kuchnię. Gospodarzowi najbardziej podoba się słowo „smaczne”, które kilka razy powtarza z uśmiechem na ustach. Nawet dobrze mu to wychodzi.

 

Silvrettą na wschód Austrii

Opuszczamy już Szwajcarię w której ogromnie nam się podobało. W planach mamy jeszcze trzy dni pobytu w Austrii. Kierujemy się w stronę Księstwa Lichtenstein. Już na mapie widać, że to bardzo malutkie, wręcz mikroskopijne państewko (ok. 33-35 tys. mieszkańców i 160 km2 powierzchni) wciśnięte pomiędzy Szwajcarię i Austrię. Jego północną i zachodnią granicę wyznacza rzeka Ren.

Vespy na trasie widokowej
Zastanawiam się właściwie po co komu takie państwo. Odpowiedź jest prosta: jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Lichtenstein jest bowiem uważany za raj podatkowy. Mieszkańcy księstwa ze średnim rocznym dochodem rzędu 35 tys. dolarów (ok. 102 tys. zł) na osobę uchodzą za najbogatszych na świecie. Na szczęście Lichtenstein słynie także z czegoś innego niż pieniądze. Tym czymś są kolorowe znaczki pocztowe, cieszące się uznaniem kolekcjonerów z całego świata. Podróż przez to małe państwo przebiega bardzo szybko. Nim się spostrzegamy, stolicę Lichtensteinu – Vaduz mamy już za sobą. Wjeżdżamy do Austrii. Na granicy kupujemy obowiązkowe winietki (także na motocykl) i ruszamy w kierunku widokowej drogi nr B188 leżącej w masywie górskim o nazwie Silvretta. Jest to jedna z najpiękniejszych tras widokowych w Austrii. Łączy ona Gaschurn w regionie Montafon z Galtür w dolinie Paznaun. Co roku na początku lipca odbywa się na niej rajd zabytkowych samochodów.

Tyrol

Nazwa pochodzi od terra montium – górska ziemia. Jest to kraina w zachodniej Austrii, na południu graniczy z Włochami, na północy z Niemcami. Kojarzona jest przede wszystkim z zaśnieżonymi trzytysięcznikami. Słynie też z bogato dekorowanych domów i strojów oraz muzyki z charakterystycznym jodłowaniem. Stolicą Tyrolu jest Innsbruck, a najwyższym szczytem – Wildspitze (3772 m n.p.m.). Przez Tyrol przebiegają trasy widokowe w tym Silvretta Hochalpenstrasse (część drogi B188), znajdują się tam słynne ośrodki narciarskie jak np. Kitzbüchel, Seefeld czy St. Anton.

Kiedy wjeżdżamy na Silvrettę nad naszym głowami wiszą ciężkie, czarne chmury. Nic to, jedziemy dalej. Wspinamy się serpentynami, jedna za drugą. Jest coraz zimniej, zaś widoczność ogranicza gęsta mgła. Wyjeżdżamy na szczyt przełęczy – Bielerhöhe (2036 m n.p.m.).

Nasze motocykle
Wokoło mnóstwo motocyklistów, a większość z nich grzeje się w przydrożnym schronisku. My zaś podziwiamy widoki, które rozpościerają się wokoło. Przed nami jezioro w kolorze turkusu, zaś wokoło ośnieżone szczyty gór. Zjeżdżamy z najwyższego punktu na trasie i jedziemy dalej. Pogoda zaczyna nam sprzyjać, a mgłę zostawiamy za sobą. Po jakimś czasie jesteśmy już na autostradzie prowadzącej w kierunku Innsbrucku. Wysokie szczyty Alp wyrastają z obu stron. Choć jedziemy autostradą jest na co popatrzeć. Po drodze mijamy sporą ilość skuterzystów jadących na Vespach. Skąd ich się tyle tutaj wzięło? Odpowiedź poznamy następnego dnia. Wieczorem jesteśmy już w Zell Am See – jednego z najważniejszych w Europie miejsc sportów zimowych oraz naszego lokum w którym mamy zamiar spędzić kolejne trzy noce.

Vespa
Vespa to nazwa włoskich skuterów należących do linii Piaggio. W 2006 roku marka skończyła 60 lat. Vespa to skuter w stylu retro, który jako pierwszy spopularyzował tę kategorię jednośladów. Pierwsze modele powstawały według projektu inż. Corradino D’Ascanio. Nazwa „Vespa” (po polsku Osa) nawiązuje do charakterystycznego kształtu pojazdu z wąską talią (tzw. przekrokiem) i szerokim odwłokiem (tylnym nadkolem). Pierwsze wersje skuterów posiadały prosty w obsłudze dwusuwowy silnik o pojemności 98 cm3, koło zapasowe oraz skrzynię biegów, w której przełożenia zmieniało się poprzez przekręcenie lewej manetki.

Wysokie Taury i świstaki

Rano budzi nas słońce i głośne rozmowy w języku włoskim. Okazuje się, iż w Zell Am See odbywa się akurat światowy zlot miłośników włoskiego mopedu Vespa. Na kempingu gdzie nocujemy roi się od tych skuterów, a samochody można policzyć na palcach jednej ręki. Jest oczywiście mnóstwo Włochów, Szwajcarów, Niemców, Francuzów i Austriaków. Spotykamy też grupę Polaków.

Dziś podążamy słynną trasą widokową wiodącą przez Wysokie Taury, tzw. Grossglockner Hochalpenstrasse. Wzięła ona nazwę od najwyższego szczytu Austrii Grossglockner (austr. Großglockner) dochodzącego do 3798 m n.p.m. Droga stanowi część trasy nr 107 i łączy Zell Am See z Lienz.

Szczyt Grossglockner
Jak czytamy w przewodniku, powstała ona w latach 20. i 30. poprzedniego stulecia i kosztowała na ówczesne czasy ok. 53,5 mln euro.

Wjeżdżamy na drogę i zaczynamy motocyklową wspinaczkę. Oczywiście jest ona wyjątkowo zakręcona, gdyż pokonujemy jedną serpentynę za drugą nie mając prawie żadnego odcinka w linii prostej. Po drodze mijamy znak „uwaga na świstaki”. Okazuje się, że to mieszkańcy tych gór. Mamy nadzieję, że gdzieś uda nam się z nimi spotkać. Docieramy do miejsca widokowego Haus Alpine Naturschau. W budynku mieści się wystawa osobliwości przyrody, a także wyświetlany jest film o świstakach.

Serpentyny wiją się coraz wyżej, a my dojeżdżamy do rozjazdu i obieramy trasę na tzw. Drogę Szarotek na szczyt Edelweisspitze (2571 m n.p.m.). Przed samym szczytem asfalt zwęża się, zaś nawierzchnia zmienia się na brukowaną. Nic dziwnego, że autokary mają tutaj zakaz wjazdu – jest naprawdę ciasno i wąsko. Na parkingu mnóstwo motocykli, przodują oczywiście Vespy. Ze szczytu rozpościera się niesamowity widok na pobliskie trzytysięczniki. Pokryte śniegiem szczyty gór lśnią w promieniach słońca. W pewnym momencie widzimy jak Marcin z dużym zaciekawieniem filmuje jedno miejsce. Patrzymy w tamtym kierunku i widzimy, jak daleko po skałach biegają świstaki. Zoom w kamerze pozwala na ich obserwację z dość bliskiej odległości.

Zjeżdżamy ze szczytu w stronę Fuscher Törl (2428 m n.p.m.). Na drodze stoi monument poświęcony robotnikom, którzy zginęli podczas budowy tego arcytrudnego szlaku. 

Krótki postój
Przejeżdżamy przez najwyższy punkt – tunel Hochtor (2503 m n.p.m.), który oddziela Kraj Salzburski od Karyntii. Z punktu widokowego na szczycie Grossglockner (Wielki Dzwonnik) widzimy lodowiec o nazwie Pasterze. Z wysoka z gór opada olbrzymi jęzor lodowca, zaś wokoło wyrastają ośnieżone szczyty trzytysięczników. Lodowiec ten jest największym w Austrii, ma długość 8,5 kilometra i zajmuje przy tym ok. 18 km2 powierzchni. Żeby temu wszystkiemu dokładnie się przyjrzeć, wspinamy się na wieżę widokową o szklano-drewnianej konstrukcji w kształcie kryształu. W budynku można podziwiać dzieła Swarovskiego – jednego z najlepszych jubilerów świata. Kiedy spoglądamy przez lunetę widzimy malutkie postacie na zboczu góry. To śmiałkowie wspinający się na sam szczyt, którym pozostało już niewiele drogi. Zgodnie z kultywowanym w austriackich Alpach zwyczajem, zdobycie szczytu kwituje uścisk dłoni i pozdrowienie Berg Heil! (Niech żyją góry!).
Niestety trzeba ruszać dalej, do domu na kolację.

 

W mieście Mozarta

Następnego dnia udajemy się do Salzburga. Wybieramy trasę widokową przez Bad Abtenau i Bad Ischl. Okolice bardzo malownicze, ale już nie tak spektakularne jak wczoraj. 

Górskie jeziorko
Na miejscu zwiedzmy Stare Miasto (niem. Altstadt) i zamkowe wzgórze. Po mieście jeżdżą bryczki, a wszędzie pełno turystów. Wokoło panuje atmosfera prawdziwej wielkiej Austrii. Wysoko na wzgórzu stoi zamek Hohensalzburg (Wysoki Salzburg). Początki istnienia obiektu sięgają XI wieku, czasów naznaczonych napiętymi stosunkami między papieżami i cesarzami niemieckimi o prawo do obsadzania biskupów.
W zabytkowym centrum miasta mijamy historyczne budowle reprezentujące różne style, w tym wczesnobarokową Residentz, w której ponoć pierwszy koncert dał sześcioletni wówczas Wolfgang Amadeusz Mozart. Na każdym kroku widać malutkie sklepiki, w których można kupić słynne Mozartkugeln, czyli czekoladowe kule według receptury z XIX wieku.

Mozartkugeln
Mozartowskie czekoladowe pralinki nadziewane są masą pistacjową, a ich opakowanie stanowi złoty, czerwony lub srebrny papierek z wizerunkiem słynnego kompozytora. Produkcję cukierków rozpoczął ok. 1890 roku salzburski cukiernik – Paul Fürst. Oryginalne, ręcznie przyrządzane powstają tylko w trzech miejscach: Cafe Fürst (Salzburg), Cafe Dallmann (St. Gilgen), Cafe Reber (Bad Reichenhall, Niemcy).

Dłuższy spacer po Salzburgu bardzo nas rozleniwia. W końcu jednak siadamy na nasze rumaki i wracamy do Zell Am See. W drodze powrotnej Tolo nagle zatrzymuje motocykl. Okazuje się, że Marcina zatrzymał patrol policji. Nie mógł mieć więcej niż my, czyli ok. 70 km/h. Mandat – 20 euro (ok. 80 zł).

Gra w szachy – Salzburg
Policjanta w trakcie kontroli najbardziej interesuje zapis na dokumencie prawa jazdy o treści „Prezydent Miasta Rybnika”. Na początku nawet myśli, że to Marcin jest tym prezydentem. Mamy z tego niezły ubaw. Po drodze mijamy malownicze austriackie wioski otoczone zewsząd wysokimi górami.

Dojeżdżamy do Bischofshofen i szukamy słynnej skoczni narciarskiej. Miasteczko typowo górskie, a wokoło kolorowe budynki. Podjeżdżamy pod skocznię, jednak w lecie wygląda ona zupełnie inaczej niż w zimie. Tutaj co roku dokładnie w Święto Trzech Króli kończy się prestiżowy Turniej Czterech Skoczni. Po dzisiejszych – i tak sporych wrażeniach wracamy na kemping. W centrum Zell Am See trwa zlot „wespowców”. W całym miasteczku są ich setki. To oni rządzą miastem przez ten weekend.

Następnego dnia trzeba ruszać już do Polski. Kierujemy się na Wiedeń i Bratysławę. Jadąc autostradą przez Austrię wymija nas motocyklista, który usilnie wpatruje się w przednie szyby naszych motocykli. Okazuje się, że to austriacki policjant, który sprawdza, czy mamy wykupione winietki. Gdy widzi, że wszystko jest w porządku macha nam na pożegnanie i gna dalej. Przejeżdżamy przez Słowację i Czechy aż w końcu docieramy do Ostrawy. Stąd już mamy blisko do domu. Po dotarciu na miejsce jesteśmy trochę zdziwieni, że te 800 kilometrów zleciało nam tak szybko. Na koniec podróży pada oczywiście pytanie – no to dokąd jedziemy następnym razem?

W wyprawie udział wzięli
Anatol Szendzielorz i Malwina Pawela-Szendzielorz (BMW 1200 GS Adventure)
Marcin Wypior i Sabina Lubańska-Wypior (Suzuki GSF 1200S Bandit).

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here