TurystykaRelacje z wyjazdówSzwajcaria. Latanie po alpejskich winklach

Szwajcaria. Latanie po alpejskich winklach

-

Szwajcaria zachwyca różnorodnością. Ten kraj to mieszanina wielu języków, kultur, obyczajów i tradycji – prawdziwe serce Europy. Z kolei Austria jest typowo górzysta, zewsząd wyrastają ogromne i ośnieżone trzytysięczniki. Oba kraje dostarczają niezapomnianych wrażeń, w szczególności na fantastycznych trasach widokowych wśród Alp.

Tekst: Malwina Pawela-Szendzielorz; zdjęcia: Anatol Szendzielorz

Nadchodzi czerwiec, a z nim nasza kolejna wyprawa tam, gdzie nas jeszcze nie było. Tym razem pada na Szwajcarię i Austrię. Nasz nowiutki BMW GS 1200 Adventure aż rwie się do jazdy. Razem z nami na Suzuki GSF 1200 Bandit jedzie Marcin z Sabiną. To ich pierwsza tak daleka wyprawa.

Pierwszego dnia nocujemy w Czechach przy granicy z Niemcami. Kolejny dzień to przejazd południem Niemiec widokową Alpenstrasse. Niemiecki Szlak Alpejski to jeden z najstarszych szlaków turystycznych u naszych zachodnich sąsiadów. Trasa nas fascynuje. Mijamy stare wioski, zabytkowe miasta, a wszystko to wkomponowane w górską scenerię. Przejazd Alpenstrasse zabiera nam cały dzień. Późnym wieczorem docieramy do Lindau w Niemczech nad Jeziorem Bodeńskim.

Szwajcarskie klimaty

Następnego dnia wita nas paskudna pogoda. Jest chłodno i pada deszcz. Trudno – trzeba jechać dalej. Zakładamy kombinezony przeciwdeszczowe i ruszamy w drogę do Szwajcarii. Jedziemy wzdłuż Jeziora Bodeńskiego. Niestety padający deszcz pozbawia nas ciekawych widoków na trasie. Dojeżdżamy do granicy niemiecko-szwajcarskiej i podążamy w stronę Schaffhausen. Ponieważ nie mamy jeszcze wykupionej winiety, musimy kierować się na drogę inną niż autostrada. Szwajcaria. Latanie po alpejskich winklachTylko jaki kolor tablicy wybrać – zielony czy niebieski? Początkowo sugerujemy się za zielonymi znakami, ale później okazuje się, że akurat w Szwajcarii jest odwrotnie niż w Polsce. Autostrady oznaczone są na zielono, zaś zwykłe drogi – na niebiesko. Trochę kluczymy po mieście, aż w końcu udaje się nam znaleźć dobry kierunek. Po pewnym czasie – ku naszemu zdziwieniu – dojeżdżamy do granicy szwajcarsko-niemieckiej.
– Jakie Niemcy?! Przecież stamtąd jedziemy! Znowu musimy się zatrzymać. Wpatrujemy się w mapę. Okazuje się, że faktycznie ponownie trzeba wjechać do Niemiec, żeby po kilkunastu kilometrach po raz drugi zawitać w Szwajcarii.

Po godzinie jesteśmy w Zurichu – mieście-metropolii słynącym z banków i zegarków. Stolicę europejskiej finansjery zwiedzamy na motocyklu. Jak przystało na szwajcarską dokładność – miasto jest znakomicie oznakowane i bez żadnego problemu udaje nam się przez nie przejechać. Teraz czas na przejazd w stronę Lucerny. Im dalej od wielkomiejskiego gwaru, tym lepsze widoki. Mamy okazję poczuć i zobaczyć tę prawdziwą Szwajcarię. Mijamy urocze wioski z charakterystycznymi drewnianymi domkami. Prawie wszędzie wiszą kolorowe kwiaty, zaś na budynkach powiewają flagi z białym krzyżem na czerwonym tle. Jedziemy wzdłuż jeziora Brienzer See nieopodal którego leży jezioro Thuner See – oba rynnowe i prawie spotykające się w jednym miejscu. Pomiędzy nimi na niewielkim przesmyku położona jest mieścina Interlaken (inter – między i laken – jeziora). Miejsce to przez pięć najbliższych dni będzie naszą bazą wypadową.

Dolina Tolkiena

Rano budzi nas słońce. Dziś jedziemy do doliny Lauterbrunnen. Nazwa ta oznacza czyste lub głośne źródło. Podobno w całej dolinie występują 72 wodospady, zaś ich wody są bardzo czyste i chłodne, gdyż spadają z najwyższych partii gór. Kiedy dojeżdżamy do Lauterbrunnen przed nami rozciąga się niesamowity widok. Szwajcaria. Latanie po alpejskich winklachGłęboki jar z dwóch stron otaczają strome zbocza, wody wodospadu spadają z wysoka ze skały, zaś w tle rozpościera się ośnieżona przełęcz Jungfraujoch. Pomiędzy przełęczą wyrastają dwa czterotysięczniki – Mönch i Jungfrau (Mnich i Dziewica). Niesamowita uroda doliny Lauterbrunnen zainspirowała J.R.R. Tolkiena (który przebywał tu w 1911 roku) do napisania słynnej trylogii. Kraina Rivendell zamieszkiwana przez elfy to właśnie ta, którą widzimy.

Nasycamy się pięknym widokiem, po czym kierujemy się w stronę Stechelbergu. Stąd można już tylko jechać w górę, na szczyt Schilthorn (2970 m n.p.m). Podróż w obie strony dla jednej osoby kosztuje 90 franków, czyli ok. 260 złotych. Szczyt Schilthorn słynie m.in. z obrotowej restauracji. To tutaj w latach 1968-1969 nakręcono kilka scen do filmu „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” z Jamesem Bondem.

Ponieważ nie jest nam dane pójść w ślady słynnego agenta, ruszamy z powrotem. Po drodze zahaczamy o wioskę Grindelwald. Określana jest ona jako „lodowcowa wioska”, a to z powodu bliskości dwóch wielkich mas kilkudziesięcioletniego lodu. Patrząc na ośnieżony i niesamowicie długi język lodowca, ma się wrażenie iż spada on wprost do centrum miasteczka.

Po niesamowitych wysokogórskich wrażeniach wracamy w stronę Lucerny. Po drodze przejeżdżamy przez Thun, gdzie na wzgórzu wznosi się bajkowy zamek z romańską basztą zwieńczoną czterema wieżami. Szwajcaria. Latanie po alpejskich winklachW Thun zatrzymujemy się na godzinkę, a potem gnamy autostradą do Lucerny. Miasto leży nad jeziorem Czterech Kantonów. Nazwa miejscowości oznacza „miasto światła”. Jak głosi legenda, miejsce pod budowę kapliczki św. Mikołaja (która dała początek osadzie) miał wskazać świetlistym promieniem anioł. Dojeżdżamy do centrum, zostawiamy motocykle i idziemy w stronę średniowiecznych zabytków. Przed nami Most Kapliczny (Kapellbrücke – XIV w.) łączący oba brzegi rzeki Reuss. Ten najstarszy drewniany most w Europie jest wizytówką miasta. Ma prawie 200 metrów długości i biegnie ukośnie przez rzekę. Przechadzając się po nim czujemy na plecach oddech historii. Most „pachnie” starością i skrzypi pod nogami, gdy po nim idziemy. Na jego południowym krańcu znajduje się ośmiokątna wieża ciśnień, która w czasach średniowiecznych służyła jako więzienie, izba tortur, a także jako miejski skarbiec. Spacerujemy wzdłuż jeziora Czterech Kantonów. Nazwa ta nawiązuje oczywiście do czterech kantonów, które położone są nad jeziorem (Uri, Schwyz, Unterwalden i Lucerny). Jezioro to ma silnie rozbudowaną linię brzegową oraz liczne odnogi.

W pewnym momencie nadciągają czarne chmury i zaczyna grzmieć. Chronimy się pod jednym z parasoli pobliskiej kawiarenki i zamawiamy kawę. Na szczęście burza szybko przechodzi. Wieczorem siedzimy już na naszym kempingu nad mapą i ustalamy trasę na kolejny dzień.

Na Wielką Przełęcz

Rano wstajemy dość wcześnie. Przed nami przełęcz św. Bernarda i powrót przez Włochy i Francję. Tolo ma nadzieję, że droga będzie przejezdna i nie będzie na niej już śniegu. – Śnieg? Jaki śnieg? – pyta Marcin.

Wielka Przełęcz Św. Bernarda
Przełęcz znajduje się na wysokości 2469 m n.p.m. Wędrowały nią plemiona celtyckie i germańskie, Rzymianie, wojska Karola Wielkiego, Henryka IV, Fryderyka Barbarossy i Napoleona. W ok. 1050 roku św. Bernard z Menthon (patron mieszkańców Alp i alpinistów) założył na przełęczy schronisko dla pielgrzymów wędrujących przez góry. Przez wiele stuleci w klasztorze hodowano psy – tzw. bernardyny, których zadaniem było ratowanie ludzi w górach. Ten przyjacielski czworonóg z beczułką pełną rumu przywiązaną do szyi uważany jest za jeden z symboli Szwajcarii.

No właśnie, przecież mamy już czerwiec. Kierujemy się w stronę Martigny, a następnie dojeżdżamy do Bourg St. Pierre, skąd zaczynamy wspinaczkę na Wielką Przełęcz. Szwajcaria. Latanie po alpejskich winklachPo drodze mijamy kilku dzielnych rowerzystów walczących z chłodem i wysokością. Im wyżej, tym mroźniej. Dzięki licznym serpentynom trasa jest coraz ciekawsza i atrakcyjniejsza. Na kilka kilometrów przed szczytem wszędzie leży już tylko śnieg. A jednak! Tutaj zima jeszcze ostro trzyma. Droga na szczęście jest odśnieżona, ale i tak mam wrażenie, że jest przejezdna dopiero od kilku dni. Docieramy na szczyt. Przed nami pomnik św. Bernarda, schronisko, klasztor, a za nimi granica szwajcarsko-włoska. Zatrzymujemy się, by zobaczyć małe bernardyny, niestety o tej porze jedynie w formie pluszowych maskotek. Sprzedawcy wyraźnie ożywiają się na nasz widok, gdyż chyba dzisiaj przed nami nikogo tu jeszcze nie było. Trzeba im dać trochę zarobić, więc Sabinka kupuje kilka pamiątek.

Zmarznięci zjeżdżamy z przełęczy na stronę włoską. Znowu pokonujemy mnóstwo serpentyn kierując się w stronę Aosty. Otaczają nas już trochę inne krajobrazy niż w Szwajcarii. Po drodze mijamy kilka średniowiecznych zamków wznoszących się na wysokich i stromych skałach. Robią duże wrażenie. Przejeżdżamy przez Aostę i docieramy do Courmayeur. Stąd już niedaleka droga do słynnego tunelu pod Mont Blanc, który chcemy koniecznie zaliczyć. Przeprawa trwa dość długo – w końcu to ponad 11 kilometrów. Szwajcaria. Latanie po alpejskich winklachWe wnętrzu korytarza wyobrażam sobie, że nade mną wyrasta kolos o wysokości ok. 4810 m n.p.m. Wrażenie niesamowite, jednak nie polecam tego przeżycia osobom mającym zbyt wybujałą wyobraźnię lub cierpiącym na klaustrofobię. Myśl, że przejeżdża się pod tak olbrzymią górą może nieco paraliżować. Po wyjeździe jesteśmy już we Francji i za chwilę w Chamonix. Spacerujemy po tym ślicznym, górskim miasteczku. Niestety o tej porze dnia zarówno Mont Blanc jak i Aiguille du Midi znajdują się już w chmurach. W Chamonix byliśmy już kilka lat temu, więc czujemy się prawie jak u siebie. Udajemy się do jednej z przydrożnych knajpek i zamawiamy francuskie omlety. Jest bardzo ciepło i szybko zapominamy o śniegu, który jeszcze niedawno towarzyszył nam na trasie. Z Chamonix kierujemy się na granicę francusko-szwajcarską, by dotrzeć autostradą do Interlaken.

Freddie Mercury

Dziś jedziemy do Lozanny i nad Jezioro Genewskie. Kierujemy się autostradą w stronę Brna, za którym podążamy na zachód Szwajcarii. W pewnym momencie niemieckie napisy oznaczające zjazd z autostrady (Ausfahrt) zmieniają się w milsze dla ucha francuskie (Sortie). Oznacza to, że właśnie wjechaliśmy do kantonu francuskojęzycznego.

Genewa
Nazwa miasta pochodzi od celtyckich słów: gen – ujście oraz ava – woda i nawiązuje do rzeki Rodan, która wypływa z jeziora. Genewa to potężna, kosmopolityczna metropolia, liczący się ośrodek polityczny, finansowy, kulturalny i turystyczny. Jest wizytówką Szwajcarii, miastem słynącym z dużej ilości banków. Co trzeci mieszkaniec Genewy to obcokrajowiec. Miasto jest siedzibą ponad 200 organizacji międzynarodowych, w tym Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, ONZ, WHO. Bywa też nazywana „stolicą pokoju”, gdyż po I wojnie światowej była siedzibą Ligi Narodów, zaś po II wojnie światowej ulokowano tu europejskie biuro ONZ.

W Szwajcarii zdecydowana większość kantonów jest niemieckojęzyczna. Język francuski obowiązuje w tych, które leżą przy granicy z Francją. Szwajcaria. Latanie po alpejskich winklachPo drodze zatrzymujemy się w Avenches, gdzie oglądamy XIII-wieczny zamek oraz rzymski amfiteatr. W końcu docieramy do Lozanny, która wita nas słońcem. Nazwa tego miasta nawiązuje do położenia na stromych stokach (loh-san). W centrum Starego Miasta stoi olbrzymia katedra Notre Dame. Świątynia powstała na przełomie XII i XIII w. na miejscu starszych budowli, a jej konsekracji dokonał w 1275 r. papież Grzegorz X w obecności cesarza Rudolfa Habsburga oraz biskupów i kardynałów z całej Europy.
W jej środku panuje niesamowita cisza, miły chłód, a w oknach umieszczone są przepiękne kolorowe witraże.

Ze wzgórza schodzimy w dół na Plac de la Palud. W oczy rzuca się kolorowa fontanna, ratusz oraz budynek z ozdobną wieżą zegarową i ruszającymi się figurkami. Stąd wyruszamy do Montreux i jedziemy wzdłuż Jeziora Genewskiego (nazywanego także Jeziorem Lemańskim). Po lewej stronie na słonecznych stokach rozpościerają się ogromne pola winnic, gdyż region ten słynie z uprawy winorośli. Na zachód od Lozanny winny region nazywany jest La Cote, zaś na wchód – Laveaux. Ten ostatni w 2007 roku został wpisany na listę UNESCO.

Docieramy do Montreux – perełki szwajcarskiej riwiery. Z brzegu na ukochane jezioro i góry po przeciwnej stronie patrzy Freddy Mercury z zespołu Queen.Szwajcaria. Latanie po alpejskich winklach Tutaj spędził wiele lat życia, zaś po jego śmierci mieszkańcy Montreux ufundowali mu pomnik. Legenda głosi, iż jego prochy zostały rozrzucone po całym jeziorze. W tym bardzo rockowym mieście mieści się studio nagraniowe Mountain Studios, w którym nagrywali m.in. The Rolling Stones, Queen, David Bowie czy Deep Purple (to tutaj narodził się ich wielki hit Smoke On The Water).

Na ulicach miasta spory ruch. Pozostawiamy więc motocykle na parkingu i udajemy się nad brzeg jeziora na krótki spacer. Kolejnym naszym celem jest XI-wieczny zamek Chillon, czyli Chateau de Chillon wzniesiony na skalnej ostrodze wrzynającej się w wody jeziora Genewskiego. Skalisty cypel na którym stoi, stanowił zawsze strategiczny punkt o wysokich, naturalnych walorach obronnych. Umożliwiał on kontrolę wąskiego przesmyku między Alpami, a Jeziorem Genewskim, będącego ważnym punktem na szlaku łączącym północ z południem Europy. W twierdzy przez sześć lat przykuty do skalnego słupa przebywał przeor Franciszek Bonivard, którego dzieje opisał Byron w dziele „Więzień Chillonu”. Po niesamowitych wrażeniach wracamy do domu na kolację.