W podróży do Albanii jechał ze mną Bóg. Czuwał, by nic mi się nie stało, bym nie dał się ponieść ułańskiej fantazji. Ale najważniejsze, że nie pozwolił mi zwątpić w siebie i stawiał na mojej drodze wspaniałych ludzi.

Tekst i zdjęcia: Piotr Materek

Ta wyprawa bierze udział w konkursie “Dziel się frajdą, zgarniaj nagrody”.

Wstaję niezbyt wcześnie. Nie tak, jak sobie pierwotnie zakładam. Wykonuję poranny schemat: łazienka, śniadanie dla siebie, dla Lakaki, czułe pożegnanie z Ukochaną, zawieźć Lakakę do przedszkola i tu schemat się urywa. Normalnie postąpiłbym jak co dzień, ale nie dziś. W garażu czeka już objuczony Szerszeń. Dzień wcześniej przygotowania do jazdy zajmują mi ok. 6 godz. Wszystko robię pierwszy raz. Do końca nie wiem gdzie i jak rozplanować bagaż. Znaków zapytania rodzi się coraz więcej. Co powinno być w sakwach bocznych, co w tankbagu, co w torbie centralnej? A jak zaliczę glebę, to co ucierpi i czy może ucierpieć? No i jeszcze zmiana kół na offroadowe.

Wolny od schematów i życia zawodowego, ubieram się w motocyklowy mundur i jadę w kierunku Albanii. Przynajmniej taki mam plan. Początkowo droga przebiega przewidywalnie. Nie gnam jak wariat mając na uwadze szereg niebezpieczeństw czyhających na motocyklistów.

Jestem ubrany w ciuchy rowerowe z zimowej kolekcji, i motocyklową skorupę. Jak się okazuje na trasie, z ciuchami strzelam w dychę. 16 stopni to dla bikerów zima. Dla porównania można wejść do wody o takiej temperaturze i posiedzieć kilka godzin. Jazda bez właściwej ochrony przed zimnem może skutecznie zniechęcić do kontynuowania jazdy.

Spotkanie z gruntem

Albania (28)Tuż za Nowym Sączem napotykam kilkusetmetrowe korki spowodowane ruchem wahadłowym na remontowanych odcinkach drogi. Spieszy mi się. Czuję, że mam niedoczas i powinienem unikać nieplanowanych postojów. Mocno skręcam kierownicą w lewo, żeby wskoczyć na chodnik. Prawie się udaje – moje stopy tracą kontakt z podłożem i zaliczam pierwszą glebę w tej podróży.

Koleś z ciężarówki, przed którą się wyłożyłem mało nie pęka ze śmiechu. Pewnie myśli sobie w duchu: tak cuduje, tak kręci, aż się wyp…

Udaje mi się podnieść motocykl, choć nie mam pojęcia jak to robię. Obecnie jego waga sięga ok. 230 kg. Sprawę komplikuje środek ciężkości, który znajduje się wyżej, co potęguje podnoszony ciężar. Ale udaje się i mam powód do radości.

Tuż przed granicą ze Słowacją, w Muszynie, postanawiam zrobić sobie pierwszy postój na sok pomidorowy, snickersa i ostatnie rozmowy z bliskimi z najtańszego telefonu na świecie – służbowego. Przeżuwając resztki batonu myślę, że przejechałem ok. 200 km i jeszcze nie wykonałem zdjęcia, czy też ujęcia do filmu z tej podróży.

Ponowne spotkanie z gruntem

Albania (30)Wyciągam mały statyw, na którym montuję kamerę i planuję ujęcie o tym jak zjeżdżam z parkingu i jadę w siną dal. Zasiadam na motocyklu i tracę równowagę, zaliczając kolejną glebę parkingową. Tym razem motocykl jakby przyrasta do ziemi. Za cholerę nie mogę go podnieść. Sytuacja lekko mnie przeraża. Początek przygody, dwie parkingówki na koncie i do tego ta niemoc. Po kilku różnych próbach uniesienia motka daję za wygraną, czekając cierpliwie na kogoś, kto zjawi się z pomocą.

Po minucie zatrzymuję listonosza.
– A co to, sam się przewrócił? – pyta zdziwiony listonosz.
– Właściwie to mu pomogłem – odpowiadam z durnowatym uśmiechem.

Teraz dociera do mnie, że żarty się skończyły. Uświadamiam sobie, że w tej wyprawie będę w miejscach nieuczęszczanych przez ludzi więc, jeśli wkopię się w podobną sytuację, to pomoc nie nadejdzie w minutę.
Dziękuję listonoszowi, któremu w ramach wdzięczności odpowiadam na kilka pytań: a skąd, a dokąd itd.

Słowacja to krótki kraj. Przejeżdżając przez Bardejov przypominam sobie zeszłoroczny zlot w Zdyni. Po przekroczeniu granicy z Węgrami zatrzymuję się na stacji paliw w celu zakupu winiety. Spotykam polską ekipę 4×4 składającą się z dwóch dziewczyn i chłopaka. Wszyscy młodzi… młodsi ode mnie.

Okazuje się, że jadą na miesięczny wypad do Grecji. Planują zajrzeć w drodze powrotnej do Albanii, ale nie będą pakować się w góry. Chłopak patrzy na mój motocykl i się rozmarza.
– Fajnie takim motocyklem podróżować… mam znajomą co też tak gania po świecie i jej zazdroszczę.
– Ja to widzę inaczej – odzywam się – siedzisz sobie w klimatyzowanej puszcze, nawijasz z dwiema dziewczynami mając ubaw po pachy, a ja… żrę wpadające mi do gęby robale i gadam do siebie jak palant. Może faktycznie mam lepiej?

Obaj wybuchamy śmiechem.

Albania (23)Żegnamy się i ruszamy każdy w swoją stronę. Oni do Rumunii, ja w kierunku Budapesztu. W Miskolcu, przed wjazdem na autostradę postanawiam zatrzymać się na posiłek. Tuż przy drodze, gipsowy kucharz zaprasza na obiad. Wchodzę do knajpy i proszę o coś, co jest szybko, dobre i w jakiś sposób wiąże się z tradycją Węgier.

Kelner polecił zupę gulaszową, a na drugie gulasz z ziemniakami. Jako ziemniaki dostaję coś w stylu malutkich, polskich kopytek z bryndzą i skwarkami. Nie lubię bryndzy, ale ta kompozycja smaków była dobra. Podczas uczty cały czas towarzyszy mi kelner (młody chłopak, bardzo grzeczny). Stoi i stoi, aż w końcu rozwiązuje worek z setką pytań. Że też kocha motory, że to co robię jest niesamowite i w ogóle nie mógł się nadziwić. Między przełknięciami staram się zaspokajać jego ciekawość i być wyrozumiałym, bo nie ukrywam, że chyba podobnie bym się zachowywał, spotykając takiego dziwaka jak ja.

Albania (17)Po okrutnie sytym posiłku ruszam w drogę. Słońce chyli się ku zachodowi i zaczynam rozmyślać o tym, co może teraz dziać się w domu. O tej porze Edi kąpie Nataszkę. Za chwilę mała położy się do łóżka, a ja powinienem jej poczytać, potem przy niej uczyć się angielskiego. Jeśli czytanie by jej nie uśpiło, to mój angielski bełkot jest pewniakiem jej snu. Ale dziś tak się nie stanie.

Zaczynam popadać w depresję. Teraz dociera do mnie jak ważni są ci, których kocham. Z każdym kilometrem uczucie smutku jest silniejsze. Przestaję wierzyć w to, co robię. Zaczynam traktować tę przygodę jak jakiś największy błąd mojego życia.

Noc zbliża się nieuchronnie. Mijając Budapeszt wyjeżdżam na prostą w kierunku Szegedu i granicy z Serbią. Nastawiam się ostro na znalezienie noclegu. Myślę, że to banalnie prosta czynność – wjeżdżam do pierwszej lepszej miejscowości, a tam wszyscy czekają na mnie z otwartymi ramionami.

Jak myślę, tak robię. Na pierwszej posesji mój szlifowany przez rok angielski jest kompletnie nieprzydatny. Na kolejnych posesjach sytuacja się powtarza, albo nie wzbudzam wystarczającego zaufania, aby wygospodarowano mi kawałek ziemi pod budowę mojego namiotu.

Węgierski Włoch

Zapada noc. Wyjeżdżam poza miasteczko w poszukiwaniu noclegu na dziko. Ku mojemu zaskoczeniu wpadam w panikę. Zmęczenie, bolący tyłek, przygnębienie i depresja jakoś nie nastrajają mnie pozytywnie do spędzenia nocy w ciemnym lesie. Wiem, że i tak się nie wyśpię bo będę nasłuchiwał każdego dźwięku i wyobrażał sobie najgorsze sceny z obejrzanych filmów. Wracam na autostradę.

Czuję, że jadę bez celu i bez sensu. Zaczynam układać jakiś logiczny plan: jazda dalej jest głupia… dojadę do Serbii, a tam może być jeszcze gorzej… muszę wypocząć bo jutro mam do przejechania 700 km…

Albania (1)Przejeżdżam 60 km i na kolejnym węźle zjeżdżam z autostrady. Znowu jadę ciemnym lasem, aż trafiam na oświetlone gospodarstwo. Wjeżdżam na środek placu myśląc, że ktoś wyjdzie i będę miał szansę zwrócić się z prośbą. Wyłączam motocykl i w uszy kłuje mnie cisza. Nastaje ulga…

Na działce otoczonej wysokim płotem znajdują się trzy budynki. Podchodzę do tego, z okien którego leje się na zewnątrz światło. Wewnątrz przebywa starszy człowiek i coś pichci przy kuchence. Pukam delikatnie, a on skinieniem ręki zaprasza mnie do środka. Zaczynam od wesołego hello i przechodzę do pytania o jego znajomość angielskiego. Pan odpowiada po węgiersku, że niestety nie zna… chyba po węgiersku.

– No to może gawarisz paruski? – pytam.

Śmieje się starszy człowiek i znowu coś tam mówi, lecz tym razem po włosku. Zaczynają się kalambury. Pokazuję, że jadę na moto i potrzebuję się przespać, że mam little hause. Starszy pan do mnie po włosku coś, ale kompletnie go nie pojmuję.

Albania (24)Patrzymy na siebie, po czym pan pokazuje, abym poszedł za nim. Prowadzi mnie na miejsce i wskazuje, że tu mogę się rozbić z namiotem… przynajmniej tak go rozumiem. Zaczynam rozbijać namiot, a on nic nie mówi – to znak, że chyba się dogadaliśmy.

Nagle pan organizuje mi ogrodowy prysznic i coś tam mówi, że mogę z tego skorzystać. Obdarowuję pana moim najbardziej uroczym uśmiechem i dziękuję po włosku bo tylko tyle umiem w tym języku powiedzieć… no może jeszcze bon dżiorno, ale na to było lekko za wcześnie. Rozbijam namiot w świetle czołówki i zabieram się za korzystanie z ogrodowego prysznica.

Jak się okazuje, nie mam szczoteczki do zębów i mydła. Śmieję się w duchu z moich półrocznych przygotowań, które widać, nie objęły szczoteczki i mydła. Przepłukuję się w nieludzko zimnej wodzie, piję gorącą, zieloną herbatę i kładę spać. Tuż przed zamknięciem oczu myślę o tym, że nie istnieje przypadek i o tym, jakież to mój Pan ma wobec mnie plany w tej podróży.

No money

Albania (22)Nie śpię dobrze tej nocy. Nowe warunki, doświadczenie… ogólnie wszystko nowe, więc nie jestem zdziwiony bezsennością. Niemniej, wstaję wypoczęty, pełen sił i wiary… to dobra informacja. Wykonuję szybkie foto otoczenia i rozpoczynam procedurę pakowania. Montuję graty na moto, wyprowadzam cały kram na drogę i idę żegnać się z dobroczyńcą.

Nie wiem jak, ale dogadujemy się, że ja jestem Polak i jadę do Albanii, a on Włoch, i że mieszka tu jako emeryt. To właściwie wszystko, co o sobie chcemy wiedzieć. Na koniec naszego spotkania proszę go o pamiątkową fotografię i ruszam w kierunku jakiegoś sklepu, żeby uzupełnić braki w bagażu – szczoteczka i mydło w płynie.

W sklepie kupuję też soki, herbaty mrożone, buły i coś co wygląda jak mielonka. Do końca nie jestem pewien, czy przypadkiem nie kupuję jakiejś karmy dla kota. Węgierski to język totalnie niezrozumiały. Z jedzeniem mam tak, że jak nie jestem głodny to nie jem. Potem jestem zbyt zajęty jazdą moto i zapominam o żarciu. Toteż, chowam zakupy pod pajęczynę na centralnej torbie i jadę w kierunku granicy z Serbią.

Albania (11)Podoba mi się, że my motocykliści na granicach nie stoimy. To znaczy, pewnie stać powinniśmy w kolejce, ale ja zawsze się wpycham i nikt nie zwraca mi uwagi. Pewnie to przez to, że kolesie na motkach ogólnie wzbudzają sympatię… to tacy nowocześni ułani. Ja sam gdy jadę w puszce nie mam nic przeciwko wpychającym się przede mnie motocyklistom.

Po przekroczeniu granicy zatrzymuję się tuż za przejściem, żeby poukładać papiery, włożyć zatyczki do uszu, kask na łeb, ustawić navi i takie tam. Wtem podchodzi Serb w wieku 16 lat i ględzi coś o euro, chlebie i tak w kółko.
Ciągle mu mówię zajęty swoimi czynnościami, że no money. On swoje, ja swoje. W końcu spoglądam na niego i wyjmuję spod pajęczyny jedną z bułek w kawałku papierowej torby, dając mu rzucam: – chciałeś chleb, to masz chleb. Tak zdziwionej gęby to już dawno nie widziałem. Odchodzi, choć mam pewność, że gdy zniknę za zakrętem on tę bułkę rzuci w krzaki. Ale warto było. Z drugiej strony oddaję moje jedyne żarcie (nie licząc snickersów) i żal było rozstawać się z potrzebnym wypełniaczem żołądka, no ale cóż… może ta bułka komuś życie uratuje…

Przed Novi Sadem postanawiam zrobić przerwę na śniadanie, bo wiem, że potem nie będzie mi się chciało robić postojów. Zauważam, że jak dobrze mi się jedzie motkiem, to mogę tak jechać w nieskończoność. Za Novi Sadem kończy się autostrada. Szkoda bo, jest zupełnie pusta i kilometry upływają mi przewidywalnie. Teraz zaczynają się korki i prawdziwa walka o życie.

Jadąc nieznanymi sobie krajami, poznaję obyczaje na drogach, oznakowania, dowiaduję się w jaki sposób lokalsi traktują przepisy. Potem to wykorzystuję, żeby te przepisy trochę ponaginać. Przy okazji przyglądam się różnym rozwiązaniom drogowo-mostowym. Takie zboczenie zawodowe. W głębi kraju zmienia się krajobraz. Przestaje mi towarzyszyć sprażona w słońcu kukurydza na przemian ze słonecznikami. Krajobraz wypełniają górki, serpentyny.

Albania (18)Miasteczka nie różnią się specjalnie od naszych. Tacy sami ludzie i ich problemy dnia codziennego, stare kamienice. Na drodze wypracowuję sobie pewien system oszukiwania samego siebie. Na tym etapie podróży ból tyłka staje się nie do zniesienia. Mówię sobie wtedy, że przejadę 70 km, czyli jak z Kielc do Radomia i zrobię przerwę. Ale non stop gapię się na licznik i wkurzam, że kilometry tak wolno lecą. Staram się zająć umysł jakimiś wymyślonymi historiami. Czasem zauważam sytuację i dopowiadam sobie resztę, rozbudowuję ją o kolejny bieg wydarzeń, wymyślam dialogi, czasem robię to wszystko w formie śpiewanej, żeby utrudnić pracę umysłu.

Potem następuje moment, w którym powinienem zrobić sobie przerwę. Ten najbardziej lubię, bo jazda przestaje być zobowiązująca i mam luz psychiczny, że mogę się w każdej chwili zatrzymać, ale tego nie robię. Szukam dogodnego miejsca na postój, a że wybredny jestem to, trochę to trwa – to miejsce jest brzydkie, tu nie ma gdzie się rozłożyć na glebie, a tutaj to hałas jakiś taki większy, to miejsce jest zbyt nasłonecznione, tu widok jest koszmarny, ooo – teraz zbliża się miejscowość, więc za nią to na sto procent robię pauzę… i tak przejeżdżam kolejne 80 km.

Serpentyny w ciemnościach

Albania (12)Przed granicą z Czarnogórą dzień zamienia się w noc. Do Żabljaka zostało niecałe 80 km. Ciemności zapadają natychmiast. Przez granicę przejeżdżam jak zwykle gładko. Jeszcze przez moment napawam się widokami, a potem jakby ktoś zgasił światło. Ostatnie 50 km navi pokazuje, że zajmie mi to ponad godzinę. Droga wije się na przełęczach, których nie widzę, stąd ten dziwnie długi czas.

Niestety, średnia prędkość spada mi do 25 km/h. Jadę sam, w zupełnych ciemnościach. Wchodzę w zakręty kompletnie nie czując motocykla. Ciągle mną chwieje. Mam wrażenie, że jadę na kapciach i dlatego tak zamiata motocyklem. Schodzę z Szerszenia i w świetle latarki upewniam się, że opony są w porządku. Zatem przyczyna tkwi w błędniku. Brak punktów odniesienia, umysł nie dostaje informacji o otoczeniu, więc na motocykl przechodzą delikatne chwiania. To nie jest przyjemne. Znowu ogarnia mnie złość, że mogłem godzinę wcześniej wstać i nie doszłoby do tej beznadziejnej sytuacji.

Cóż, zagryzam zęby i ciągnę ten koszmar. Po dwóch godzinach walki docieram do Żabljaka. Miejscowość przypomina nasze Zakopane. Kupa turystów, barów, hoteli. Odnalazłem kamp, który mieści się ze trzy kilometry w stronę parku narodowego. Na środku pali się ognicho, a przy nim siedzą ludzie z różnych krajów. Nie czuję zmęczenia i nie jestem głodny, choć dzień przejeżdżam na jednej bułce z węgierską mielonką i dwóch snickersach.

Heh… kilka orzeszków, trochę karmelu i czekolady są jak paliwo do rakiet. Fakt, że tego dnia wchłaniam ponad 5 l. płynu, wszystko było na cukrze. Szybko organizuję sobie nocleg, prysznic, zabezpieczenie sprzętu i idę przysiąść się do ludzi. Ludzie – tego mi trzeba, jakiejś rozmowy. Przełamania monotonii jaką jest droga.

Albania (13)Jeden z Czarnogórców wybiera się po piwo do sklepu, toteż proszę go, żeby i mnie zakupił jedno. Nie chciał pieniędzy. Mówi, że jest z Niksicia, a Niksić to najlepszy browar w Czarnogórze i skoro tak sobie cenię piwo, to koniecznie muszę je spróbować. W Czarnogórze jest głupi przepis. Nie możesz zakupić piwa w butelce jeśli nie przyniesiesz pustej w zamian. No cóż, piwko osuszamy z puszki, czego nie cierpię.

Przy ognisku siedzą dwie Francuzki podróżujące stopem po Serbii i Czarnogórze, jeden Rumun, trzech Czarnogórców i ja. Opowiadamy o swoich krajach, o tym gdzie się wybieramy i takie tam. Około pierwszej w nocy rozchodzimy się po namiotach. Nikt nie idzie z dwiema Francuzkami, cóż za marnotrawstwo…

Czarnogórcy siedzą jeszcze przy ogniu i kończą zapasy kupione w sklepie. Kładę się. Jest stosunkowo zimno. Zimno odczuwam już na motocyklu, kiedy łapią mnie skurcze mięśni karku, nieprzyjemny ból. Leżę w śpiworze ubrany w koszulkę termalną – grubą z długim rękawem, zestaw rowerowy – zimowy i grube skarpety. Jeśli nie wykonuję zbędnych ruchów to jest ciepło. Przypominam sobie sytuację, w której rozważałem zakup lekkiego śpiwora i cieszę się, że tego nie uczyniłem.

Leżąc w namiocie, wsłuchuję się w psychodeliczne dźwięki muzyki, dobiegającej z ArtEcoFest w Żabljaku. Początkowo sądzę, że to taki styl artystów, ale to trwa cały czas kiedy siedzimy przy ogniu, no i teraz, kiedy leżę. Dźwięk ten był wielokrotnie nałożony na siebie co daje ciekawy efekt. W sumie ta muzyka jest hipnotyczna. Dlaczego tak się dzieje? Tego nie wiem.

Żując odymione mięso

Albania (4)Gramolę się z namiotu o godzinie 8:00. Uważam, że po dwóch dniach męczącej jazdy zasłużyłem na późną pobudkę. Na kampie panuje istny chaos. Jedni się pakują, inni idą już na spacer do Parku Durmitor, a jeszcze inni zmierzają ze sprzętem do wspinaczki na skałki. Generalnie kamp pustoszeje w mgnieniu oka. I wtedy mnie zatyka.

Widok jaki mnie otacza jest powalający. Jakieś pięć minut stoję z otwartą gębą bez ruchu i nie mogę się napatrzeć. Teraz rozumiem czym była wczorajsza kosmiczna muzyka. Dźwięk odbity od gór leżących w różnych odległościach, niezakłócony żadnymi przeszkodami, docierał do moich uszu w nierównych odstępach czasowych.

Nie spieszy mi się. Tak naprawdę całą tę wyprawę mógłbym spędzić w tym miejscu i się wpatrywać w otaczający mnie pejzaż. Ale wiem, że to marna namiastka, że najpiękniejsze jest przede mną i trzeba się ruszyć. Podczas pakowania wlewam w siebie pierwszy litr płynów uzupełniających. Kolejne kupuję w Żabljaku. Widzę, że rano chce mi się jeść. Wykorzystuję ten fakt i idę do restauracji napchać trzewia na cały dzień. Proszę o wielki obiad… cokolwiek.

Kelner odpowiada,  że teraz może mnie uraczyć kawką i ciastem. Obiady wydawane są dopiero po 12:00, ale zna lokal, który może polecić i tam z pewnością coś zjem – Old Wolf. Poleconym lokalem okazuje się drewniana buda ze stolikami wystawionymi na zewnątrz. Przez chwilę sądzę, że ów kelner kpi sobie ze mnie, niemniej, ryzykuję gościnę w tym miejscu.

Proszę nowo poznanego kelnera o mięcho, miks sałatkowy i pieczywo. Ten odpowiada, że z mięcha ma krowę i świnię – dosłownie smoked meat. Nie wiem dlaczego kojarzę to z grillem, ale tak właśnie jest, więc biorę. Odymionym mięsem okazała się jakaś wędzona, słona surowizna.

Albania (5)Pierwszy kawał pakuję do gęby i żuję przez pięć minut… błąd. Zęby tego nie rozrywają tylko miażdżą. Szczęka mnie boli, a mięso nadal jest w jednym kawałku. Kolejną porcję padliny dzielę na mniejsze kawałki, wkładając do jamy ustnej z chlebem. Czuję, że tracę czas mordując się z tym zamówieniem, więc zjadam sałatkę, chleb i przegryzam kawałkami mięsiwa, ale i tak połowę zostawiam.

Ruszam w drogę. Za cel obieram sobie Park Durmitor, a dokładniej – miejscowość Trsa. Od samego początku trasa nabiera uroku. Im dalej tym widoki są piękniejsze. 40- kilometrowy odcinek od początku do końca jest wart wszelkich niewygód, jakie się przeżywa jadąc tu z Polski.

Droga wiedzie przełęczami. Jest wyasfaltowana i wąska, ale bezpieczna. Nie ma barier czy innych zabezpieczeń. To są góry. Ktoś, kto wjeżdża w tę krainę, musi mieć tego świadomość, więc bariery ochronne powinien mieć w głowie. Miejscowość Trsa to świetna baza wypadowa dla turystów górskich i zresztą jest tak traktowana. Ale ma jeszcze swój smaczek, który uwielbiam.

Spotykam dwóch Czechów jadących na KTM 990 Adventure i BMW 1200 GS. Jeden i drugi wysocy jak wieże. Zgadujemy się (odpuszczając sobie angielski), że jadą następnego dnia do Theth w Albanii i jeśli chcę się przyłączyć, to muszę być o 9:00 rano na przejściu granicznym niedaleko miejscowości Gusinje.

Cieszę się, bo udaje mi się spełnić warunek mojej Ukochanej, że nie będę samotnie jeździł po górach w Albanii.
Czesi jadą do Żabljaka, a ja w kierunku jeziora Pivśko. Rozpoczyna się zjazd w dolinę. Piękne serpentyny, tunele wykute w skale… esencja motocyklowej podróży.

Albania (25)Pełen wrażeń jadę w kierunku Żabljaka, ale od strony Niksicia. Sporo czasu poświęcam na Park, więc jest już późno. Kilometry uciekają, ale na mapie nie odnotowuję przemieszczenia. W miejscowości Savnik robię postój na ułożenie racjonalnego planu.

Do Gusinje mam ponad 130 km serpentynami. Część tej drogi wypadnie mi pokonać nocą. Mam już doświadczenie z nocnej jazdy po serpentynach i wiem, że czeka mnie ostra orka. Z ciężkim sercem odpuściłem. Postanawiam, że skieruję się na wybrzeże, a tam na pewno znajdę ekipę jadącą w góry do Albanii. Ustawiam navi na miejscowość Bar i ruszam. W Niksiciu zapada już zmierzch. Wiem, że za godzinę zajdzie słońce, więc myślę o noclegu. Niksić to nieduże miasto. Niestety, kampu tu nie ma. To znaczy jest i nawet oznaczony, ale to rodzaj noclegu na dziko blisko osiedli. Czyli, musiałbym złamać kilka zasad noclegowania na dziko.

W międzyczasie na ów kamp przybywa para starszych ludzi na rowerach. Okazało się, że są to Nowozelandczycy i jadą dookoła świata. Ciuchy na nich ledwo wiszą. Oboje opaleni, szczupli i lekko wyczerpani. Mężczyzna nie jest skory do rozmów. Zabiera się od razu do rozkładania namiotów. Czułem, że jest nieufny lub nie chce mu się gadać z kimkolwiek. Za to kobieta ma swego partnera gdzieś i poświęca mi chwilę na rozmowę. Opowiada mi o swojej przygodzie, wypytując też o moją.

Chcę się do nich przyłączyć z noclegiem, ale nie podoba mi się sąsiedztwo tego miejsca. Tłumaczę swojej rozmówczyni, że jakoś nie czuję się tu bezpiecznie. Ona na to, że spali w gorszych miejscach i jedyna zasada jakiej trzeba przestrzegać to pilnowanie swojego dobytku.

Nie przekonuje mnie. Ruszam w stronę wybrzeża. Navi pokazuje, że mam do pokonania ok 100 km i zajmie mi to dwie godziny, czyli znowu noc, znowu koszmar. Za Pogranicą nad jeziorem Szkoderskim jadę już w ciemnościach. Ostro wytężam wzrok za jakimś kampem, ale nic takiego nie znajduję. Postanawiam nie marnować czasu na spytki, tylko ostro walić przed siebie.

Albania (21)W końcu docieram do Adriatyku. Jest 21:00. Staram się jechać wybrzeżem, rozglądając się za miejscem na nocleg. Gdy wjeżdżam w miejscowości nadmorskie do moich nozdrzy docierają niesamowite zapachy: olejki do opalania, perfumy damskie i męskie, przypalony grill i inne. Nadmorscy turyści wylegają na ulicę i rozpoczynają nocne życie. Właśnie to kocham w motocyklowej jeździe – zapachy!

Trochę kluczę w miejscowości Bar, aż docieram do przystani promowej. Ogólnie czuje się klimat jak z filmów “Pamiętniki z wakacji” emitowanych na Polsacie. Generalnie kicz, ale mający swój urok. Podjeżdżam do portowych taksiarzy z pytaniem o kamping. Dają mi namiar na Buljaricę, czyli 17 km dalej.  Pani na kampie wycenia mój pobyt na 9 euro: person 3, moto 3 i tent 3. Śmiejemy się trochę i wychodzi 4 euro za wszystko.

Rozbijam namiot. Choć jest godzina 22:00 czuje się upał. W sklepie nieopodal kampu kupuję dwa zimne browary z Niksicia. Idę nad brzeg morza i siedzę do północy układając plan na kolejny dzień. Postanawiam jechać do Kotoru i jeśli nie spotkam bikerów jadących do Albanii, to pomykam na Chorwację, a stamtąd w kierunku domu.
Drugiego piwa nie skończyłem. Robi się w sekundę ciepłe, a poza tym walczę ze zmęczeniem.

Z Bogiem za pan brat

Albania (27)Kolejna noc trochę nieprzespana. Jest upalnie, więc śpię pod samą sypialnią, zapominając o zamknięciu wejścia. Jak sie okazało, na spalonej, skalnej ziemi żyje masę tałatajstwa, które w nocy zaczyna po mnie łazić. Dodatkowo zrywa się gorąca wichura (oceniam na 100 km/h co nad Adriatykiem jest niczym) i w środku nocy, ja i współplemieńcy na polu wzmacniamy nasze budowle. Niemniej jednak rano wstaję wypoczęty.

Moimi sąsiadami okazuje się para przemiłych Niemców, którzy na emeryturze podróżowali kamperem po Europie wschodniej. Normalnie śpią na dziko, lub dzikich obozach, ale raz w tygodniu ładują baterie na kampach. Tegoroczna ich podróż będzie trwać ok. 3 miesiące. Zapraszają mnie na kawę, ale odmawiam, ponieważ jak zwykle mam niedoczas.

W rozmowie żalę się im, że nie przygotowałem wyprawy pod kątem noclegowania. To co założyłem podczas planowania okazuje się lekkim niewypałem. Oboje pomagają mi dając namiar na zawodowe kampy w Albanii.
Fotografuję stronę z ich super-hiper przewodnika i kontynuuję pakowanie.

W międzyczasie spotykam ekipę 4×4 z Warszawy – dwie rodziny z dziećmi. Co prawda jadą do Albanii, ale nie zamierzają się tam zatrzymywać, ponieważ tego dnia chcą być w Grecji. W końcu ruszam.

Jest niedziela. Rozpocząłem podróż odwiedzając kogoś, kto od początku tej wyprawy prowadzi mnie za rękę, kto nie pozwala mi się poddać, choć sytuacja wygląda na kiepską. A poza tym, nie wyobrażam sobie niedzieli bez wizyty w domu Pana mego. Podczas pakowania słyszę płynący z gór dźwięk kościelnych dzwonów. Kieruję tam motocykl.

Wjazd jest niesamowity. Droga o pochyleniu miejscami 30%, wylana z betonu kiepskiej jakości, czasem brukowana, wąska na 1,5 metra i kręta. Podczas wjazdu motocykl wdrapuje się jak kot. Trochę jestem spanikowany, ale daję radę.

Albania (19)Świątynią, która obwieszczała swoją obecność dzwonami, okazuje się kompleks kościelny Gradiste. Kiedy docieram na miejsce akurat kończy się msza. Wzbudzam małą sensację, ponieważ niewielu przybywa tam inaczej niż na własnych nogach. Kompleks pustoszeje. Ksiądz wydaje się być fajnym człowiekiem, ale nie rozmawiam z nim, bo gości parę młodych ludzi z maleńkim dzieckiem. Widać z ich rozmowy, że para darzy księdza ogromnym szacunkiem. Nie mieszkają już w okolicy. Przyjechali pochwalić się maleństwem.

Jeśli chodzi o sam kompleks, to roztacza się z niego przepiękny widok na Buljaricę. Wokół kościoła usytuowanych jest wiele starych, nieopisanych grobów. Prawdopodobnie pierwszych braci, którzy zamieszkiwali to miejsce. Myślę sobie, że są puste. Ponieważ grobów zaczęło przybywać na ograniczonej przestrzeni, bracia przenieśli cmentarz na płaskowyż, usytuowany nieco wyżej.

Kiedy opuszczam ten kompleks, w wejściu mijam wycieczkę składającą się z miliarda turystów. Ufff… mam szczęście, że pobyłem tu w ciszy, bez tej hałastry. Wsiadam na moto i gnam w kierunku Kotoru. Po drodze nie mogę obojętnie przejechać obok najbardziej obfotografowanego miejsca w Czarnogórze – Sveti Stefana. Żeby zrobić tu zdjęcie trzeba niemalże stanąć w kolejce. Czekam swoje aby przecisnąć się z aparatem do najlepszego punktu widokowego, oddaję strzał i gnam dalej.

Albania (15)Nie chcę jechać do samego Kotoru, bowiem to strata czasu dla kogoś, kto nie lubi tłumów. Miasto niewątpliwie jest urocze. Niemniej, zwiedzanie tego miejsca zostawiam sobie na inny czas. Chcę zobaczyć widok, który dawno wpadł mi w oko podczas przeglądania różnych relacji z wypraw w to miejsce. Tuż przed Kotorem jest zjazd z głównej drogi w kierunku Parku Lovćen. Droga jest piękna ze względu na widok jaki się z niej rozpościera. Wjeżdża się praktycznie od 0 m nad poziomem morza, aż do ponad 900 m.

Jest wąsko i kręto. Dwa mijające się samochody mają delikatny problem. Ale jak pojawią się dwa autobusy na tym odcinku, to kierowcy mają niezłą gimnastykę. Są odcinki serpentyn gdzie nie ma jakiś porządnych zabezpieczeń. Jeśli się jedzie samochodem, to jest małe prawdopodobieństwo trafienia w przerwy między murkami. Ale motkiem? Szanse wzrastają.

Dojeżdżam do Parku. Jest kilka zabudowań, w tym sklepy i restauracje. Postanawiam zjeść coś w tym miejscu i chwilę się zastanowić. Jeśli chodzi o zamawianie obiadu mam pewny sposób na dobre żarcie. Proszę o mięso z kurczaka, na którym nie można się przejechać, miks sałatkowy i jeśli jestem głodny to ziemniaki, no i jakąś zupę dnia, dostępną od zaraz. Ten sposób podpatruję u pewnego podróżnika, który zamawia zawsze to samo i w każdym miejscu dostaje coś innego. Nigdy nie narzeka, że znowu kurczak z ziemniakami. Zupą dnia w tym lokalu okazuje się rosół z makaronem, a na drugie: kurczak, frytki z cebulą i sałatka pomidorowo-ogórkowa.

Albania (14)Po dobrym obiedzie podejmuję decyzję. Choć nie znajduję braci motocyklowej jadącej w albańskie góry, to jednak jadę do Albanii. Spotkani Niemcy, którzy dali mi namiar na albański kamp nie są przypadkiem. Sądzę, że tam znajdę odpowiedź na dalszy plan podróży.

Cieszy mnie ta decyzja, ponieważ tyle przygotowań nie idzie na marne. Całe to zamieszanie jest dedykowane wiosce Theth mieszczącej się w albańskich górach. Wsiadam na Szerszenia i gnam w kierunku granicy z Albanią.
Jakieś 10 km przed granicą, zaraz za zjazdem z głównej drogi za miejscowością Bar, czuję zmieniający się klimat. Panuje aura jakiejś innej kultury. Świat, jakiego nigdy nie doświadczyłem. Jest coś dzikiego, nieuporządkowanego. Krajobraz wypełniają wieże, z których pewnie dobiega śpiew muezinów.

Motocyklem przez przejście dla pieszych

Albania (7)Granica jest oblężona. Nie widzę szansy przedarcia się bez kolejki. Poza tym nie chcę ryzykować awantury, więc grzecznie staję w kolejce. W tej samej chwili przejeżdża obok mnie albański motocyklista bez kasku i gramoli się w przejście graniczne dla pieszych. Po czym odwraca się i macha ręką, żebym olał kolejkę i ładował się za nim. Na początku sądzę, że gesty kieruje do kogoś innego. Ale gdy wychodzi celnik i też macha bym podjechał, to przestaję się wahać.

Na granicy celnik pyta mnie gdzie jadę, a ja mu odpowiadam, że do wioski Theth. On poprawia moją wymowę tej nazwy (fonetycznie Teti – z akcentem na “i”), oddaje papiery i podaje rękę życząc pomyślności. Robi mi się miło. Jadę lekko i z wiarą, że wszystko będzie dobrze.

Albania to kraj muzułmański, co się tutaj czuje. Ten dzień jest pierwszym po zakończonym ramadanie. Kiedy kieruję się na kamp mijam pięć orszaków weselnych. Na ulicach jest pełno ludzi, właściwie samych mężczyzn. Na drogach panuje prawdziwy chaos. Daje się odczuć wszechobecne zagrożenie. Pragnę dotrzeć do swojej noclegowni, choć nie wiem co mnie czeka na miejscu.

Albania (9)Kiedy docieram na kamp, jestem totalnie oczarowany tym miejscem. Basen – może nie o wymiarach olimpijskich, ale jest. Super przygotowane pole namiotowe. Sprawdzają się słowa Niemca, że jak jego przewodnik coś rekomenduje, to nie jest to popelina. W barze dostrzegam trzech Francuzów. Jeżdżą po Albanii na rowerach. Siedzą i coś gaworzą sobie po swojemu. Postanawiam rozbić namiot i dołączyć do nich.

Kiedy wbijam ostatnie śledzie, na pole wjeżdżają dobrze mi znane samochody warszawskiej ekipy 4×4. Kiedy się zauważamy, mordy nam się śmieją od ucha do ucha. Okazało się, że utknęli nad jeziorem Szkoderskim i postanowili się przespać na albańskiej ziemi. Od słowa, do słowa zapada decyzja, że ten dzień trzeba oblać zimnym piwem. Jadę z nimi wypasioną Toyotą Land Cruiserem do bankomatu i do sklepu. Albańczycy mają dowolny przelicznik euro, więc lepiej jest wypłacić ichniejszą walutę i taką się rządzić.

Stwierdzam, że pobyt na albańskich ulicach jest ekstremalnie ryzykowny. Pieszy nie ma żadnych praw. Kiedy przechodzę przez ulicę, koleś na motorowerze nawet nie zwalnia, żeby dać mi szansę ewakuacji, ba… nawet nie próbuje mnie ominąć. Jedzie swoim torem i ma gdzieś czy mi się uda ujść z życiem, czy nie. Dociera do mnie, że tu nie ma żartów.

Na polu (naszej bezpiecznej enklawie) pijąc piwko, wymieniamy swoje doświadczenia z podróży, choć może to zbyt dużo powiedziane. To oni zasypują mnie dobrymi radami, uczą planować nocleg, pokazują jak na mojej nawigacji odnaleźć kempingi.

Gdy zasypiam w namiocie, znowu towarzyszy mi muzyka. Tym razem jest to muzułmańskie disco, dobiegające z pobliskiego wesela. Dla uczczenia tego wydarzenia, jakiś gość weselny strzela chyba w niebo z broni palnej. Ale po tym co przeszedłem w końcówce tego dnia, nie robi to na mnie wrażenia

Wesela co dzień

Albania (8)Wiem, że wesele trwa na pewno do godziny trzeciej, ponieważ o tej porze budzę się ostatni raz. Kolejną pobudkę zaliczam o 5:30, a to już za sprawą miliona wrzeszczących kogutów i osła wyjącego tuż za płotem. Psiarnia próbowała dodać coś od siebie w tej kakofonii dźwięków, ale koguty rządzą.

Zrywam się o 6:00 rano z myślą, że wyruszę tego dnia do doliny Valbon w Górach Przeklętych i wrócę wieczorem na kamp. Do przejechania mam jakieś 400 km po serpentynach i drogach szutrowych. Strasznie żałuję, że nie przebędę tej drogi promem ponieważ, jak głosiły plotki, ów prom się złamał i zatonął. Jeszcze inni twierdzą, że nie zatonął, niemniej i tak nie kursuje, ponieważ jest zbyt niski stan wody dla tak wielkiej żeglugi.
Tak czy siak, nie liczę na wodne atrakcje.

Postanawiam, że zostawię wszystkie klamoty na kampie i wolny od wszelkich obciążeń udam się na górskie szutrówki. Cichaczem wypycham moto z pola i zaciągam go pod bramę, która jest zamknięta na cztery spusty.
Ponad godzinę marnuję na odnalezienie właścicieli i wytarganie ich z wyra żeby wypuścili mnie na wolność.
Na motocyklu siedzę o godzinie 8:00 i już wtedy mam obawy, by mój misterny plan nie legł w gruzach.

Dodatkowo przejeżdżam jedyną drogę omijającą Shkoder co zabiera mi kolejną godzinę. Przejazd przez Shkoder to prawdziwa przygoda. Czegoś podobnego nie widziałem na oczy. Pewnie ci, którzy byli w Sajgonie mają odmienne zdanie. Niemniej dla zwykłego Europejczyka, Shkoder to właśnie prawdziwy Sajgon. Wjazdu do tego miasta strzeże napis na wzgórzu, coś jak w Hollywood.

Albańczycy uznają tylko jedną markę samochodu – Mercedes. Oczywiście trafiają się rodzynki w postaci innych niemieckich marek, ale Merc rządzi… jak poranne koguty.

Albania (26)Trzeba wam wiedzieć, że coś takiego jak zasady ruchu na albańskich drogach nie istnieją. Ludzie starają się jeździć po prawej stronie drogi, ale nie jest to konieczność. Poza tym, większy ma zawsze pierwszeństwo. Jestem świadkiem jak koleś zatrzymuje się na rondzie aby ustąpić wymuszone przez rozpędzoną ciężarówkę pierwszeństwo. Zresztą, ciężarówki są traktowane jak pojazdy uprzywilejowane. Kiedy taki jedzie drogą wszyscy spieprzają na bok.

Ogólnie, kierowcy komunikują się za pomocą klaksonów. Klaksonu używa się by pozdrowić motocyklistę, kolegę na chodniku, kiedy robi się coś głupiego, a że wszyscy robią coś głupiego non stop, więc jest jeden wielki klaksonowy dźwięk. Na albańskich ulicach jest masa mężczyzn. Skupiają się w grupki i tak przebywają ze sobą popijając wodę, kawę lub nic nie robiąc. Pełno męskich grupek. Przypomina to ustawki kibiców zmawiających się na mordobicie. Być może ci ludzie rozchodzą się do jakiś zajęć, ale z rana można wyciągnąć różne wnioski.

Około 10:00 wyjeżdżam z tego szalonego miasta i zmierzam w kierunku Puke. Mimo, iż droga na mapie jest oznaczona jako krajowa, to przypomina klasą nasze gminne. Słabej jakości, wąskie, ale puste. Za miastem przy drodze jest masa stacji benzynowych, rozstawionych co 200 m, czasem 500 m. Wyobrażam sobie podczas jazdy, że komuś wypalił interes ze stacją, więc każdy wpadł na pomysł, że może też postawi swoją i wzbogaci się jak prekursor. I tak mija się 20 stacji benzynowych ustawionych obok siebie, a potem jest benzynowa pustynia.
Jedzie mi się wyśmienicie. Choć drogi są fatalne, wysoki skok zawieszenia mojego motocykla daje poczucie miękkości. Wielu podróżników w swych relacjach narzeka na kiepski stan dróg w Albanii. Mnie sprawiało to radość. Wreszcie ukazuje się charakter Szerszenia.

W połowie drogi do Puke zatrzymuję się i po raz kolejny myślę nad swoim misternym planem. Do Valbon dojadę ok. godziny 14:00 i to przy dobrych wiatrach. Tam dwie godziny na pobyt, jakieś żarcie i wielogodzinny powrót, prawdopodobnie nocny, co w ogóle nie wchodziło w rachubę… zwłaszcza w Albanii. Wkurzam się na siebie, że zostawiłem graty, bo wiem, że w Valbon jest dziki kamp.

Albania (2)Jeszcze raz analizuję sytuację i postanawiam, że wracam na kamp, zabieram graty i jadę do Theth, bo na to mam bardzo dobry czas. Wracając czuję lekkość w sercu. Od początku tego dnia nic się nie układa, a gdy tak się dzieje, to znak, żeby odpuścić i coś zmienić. W drodze powrotnej na kamp spotykam warszawską ekipę 4×4. Pozdrawiamy się klaksonami, co jest wpisane w tradycję tego państwa.

Mijając wioski dostrzegam kobiety. Większość jest ubrana w ludowe stroje. Po rozmowie z właścicielką kempingu, na którym jestem jeszcze rozbity, dowiaduję się, że one ubierają się tak na co dzień. Pakuję graty i ruszam w stronę wioski Theth. Niestety, nie fotografuję mojej noclegowni. A szkoda, bo mój namiot i moto pięknie się prezentują na tle ekipy 4×4.

Droga do Theth wiedzie przez miasto Shkoder, a to znaczy, że po raz kolejny przeżyję horror. Kiedy dojeżdżam do centrum, koniecznie chcę sfotografować to co się tam dzieje. Niemniej, boję się męskich grupek. Mam wrażenie, że ci ludzie są jak wściekłe psy, które akurat w tej właśnie chwili mają dobry humor. Nadepnięcie na odcisk mogłoby spowodować duży kłopot.

Zapinam kamerę na kask i jadąc zbieram materiał na film z podróży. Miasto korkuje się. Dla mnie, jest to wspaniała szansa na przejechanie przez to straszne miejsce w jednym kawałku. Policja kieruje ruchem, ale i tak nie ma wielkiego wpływu no to co się dzieje na ulicach. Ich interwencja ogranicza się do wachlowania lizakiem.

Albania (52)Znowu mijam ze cztery orszaki weselne. Wygląda to tak: najpierw jedzie samochód z kamerzystą wystającym przez boczne okno, filmującym kolejny samochód, który wiezie młodą parę. Młoda para w zależności od tego na co ją stać, jedzie wystając przez specjalny otwór w dachu (nie szyberdach), albo w wersji tańszej, siedząc w bocznym oknie, pozdrawiając tłumy na ulicach. Za nimi goście weselni w trzech, czterech przystrojonych samochodach. Tego dnia jest poniedziałek, zatem wnioskuję, że śluby w Albanii odbywają się co dzień. Może ma to sens, ponieważ wrażenie jest, jakby każdy miał wolne.

Za miastem wjeżdżam na dobrze wyglądającą stację paliw. Trzeba przed górami uzupełnić zbiornik paliwa i niedobór płynów uzupełniających. Wiedziałem, że jadę w miejsce gdzie może być problem z zakupem czegokolwiek. Zjeżdżam z głównej drogi i rozpoczynam podróż do głównego celu swojej przygody – Theth.

Jadę wolno z otwartą przyłbicą, sycąc się zapachami i widokiem. Wtem, między okular a oko wpada sporych rozmiarów owad. W panice zatrzymuję motocykl i wsadzam palucha aby usunąć biedaka, którym okazuje się pszczoła. Na szczęście biedny owad jest zbyt oszołomiony aby zacząć bronić się żądłem. Dalszą drogę odbywam z zamkniętym kaskiem. W szybę wizjera uderzają jeszcze ze trzy owady o podobnej posturze.

Bratnie dusze

Albania (41)Jadąc, odczuwam lęk. Pierwszy etap drogi to asfaltowy odcinek, za to drugi to szuter na przełęczach gór, składający się z luźnych kamieni o rozmiarach arbuza. Przed wyjazdem do Albanii rozmawiałem z koleżanką, która wróciła dwa tygodnie wcześniej z tego miejsca. Zaatakowała drogę do Theth, ale zaliczyła potworną glebę i odpuściła dalszą podróż w te góry. Wcześniej była w dolinie Valbon i na innych, szutrowych, górskich szlakach w Albanii północnej, więc kiedy dotarła na drogę do Theth, nie była już w dobrej formie. Poza tym, moto jej kolegi traciło sprawność tylnego amortyzatora. Toteż, ze smutkiem odpuścili pobyt w Theth.

Zatem, jadę ze świadomością, że nie będzie łatwo i wtedy zdarza się cud. Spotykam Marcina i Martę z Mielca, którzy mają akurat przerwę śniadaniową. Podróżują po Bośni, Serbii, a teraz zmierzali do Theth. Na czym? Na BMW F650 Dakar.

Marcin widział mój post na forum. Wiedział, że poszukuję ekipy na wypad do Albanii, ale nie byli zainteresowani, bo wyjeżdżali z Martą dwa tygodnie wcześniej. Potem w Bośni mieli awarię łańcucha, którą przeczuwali, i która trwała kilka dni, ponieważ serwis wysłał zbyt krótki łańcuch, potem jeszcze krótszy, a za trzecim razem właściwy. Niemniej, to ich zwolniło i do Theth jadą w nieplanowanym czasie.

Słucham tej historii i śmiejąc się rozumiem Boży plan. Dociera do mnie dlaczego wypad do Valbon tak bardzo się nie układał. Nie istnieje coś takiego jak przypadek. Widocznie solowy wypad w Albańskie góry nie jest dobrym pomysłem, że bez konkretnego wsparcia nie dałbym sobie rady – co dziś mogę potwierdzić w stu procentach. Ale żeby dostrzec dobitnie Boskie dzieło, Pan sprawił, że napotkałem ludzi z Polski, kogoś komu nie będzie zależało na rekordach prędkości i żeby to był ktoś, na takim samym moto jak moje.

Albania (40)Jedzie się wyśmienicie, lecz drogową sielankę przerywa brak asfaltu. Ustalamy, że pojadę pierwszy.
Jadąc po kamulcach moto dziwnie się zachowuje. Myślę, że to najlepszy moment aby wprowadzić w życie moją ubogą wiedzę o jeździe offroadowej. Wstaję na stopki i włączam drugi bieg. Dojeżdżam do pierwszego, łagodnego zakrętu i nagle sssssruuuu!!! Gleba totalna. Wstaję w ułamku sekundy i wyłączam Szerszenia. Daję znak Marcinowi i Marcie, że ze mną wszystko w porządku. Uświadamiam sobie, że nic mnie nie boli, chociaż zwaliłem się na ostre kamienie. To za sprawą zbroi. Nie sądziłem, że ten ubiór jest w stanie ochronić mnie przed urazem… a jednak. Zbroja nie okazuje się głupim gadżetem, lecz przydatną ochroną. Całe uderzenie zebrał ochraniacz, osłaniający lewy łokieć i przedramię.

Podnosimy wspólnie motocykl i analizujemy skąd gleba. Okazało się, że przednie koło dostało poślizgu i to była piękna recepta na bliski kontakt z kamienistym szlakiem. No dobra… wsiadam na motocykl, lecz tym razem już nie stoję na stopkach tylko grzecznie siedzę. Odcinek prosty, niby nic… ssssruuuu… kolejna gleba.

Znowu wstaję, wyłączam moto i daję znak swoim towarzyszom, że ze mną wszystko ok. Podnosimy Szerszenia i prowadzimy kolejną analizę. Pytam Marcina – jak to jest, że oni będąc na moto we dwójkę, z większym bagażem, na pseudo szutrowych oponach jadą sobie jak na przedszkolnej wycieczce?

Albania (33)Marcin wyjaśnia, że od kilku lat uprawia offroad i nie ma dla mnie dobrej rady. Każdy offroadowiec powie mi coś innego. Jedni stoją podczas jazdy, inni siedzą. To trzeba poczuć i obkupić wiedzę wieloma glebami… co właśnie czynię. To zdarzenie mnie trochę gasi. Motocykl z klasy ciężkie enduro, opony enduro więc co jest nie tak?

Na którymś zakręcie znowu leżę. Jestem skłonny zawrócić. Ale przeszywa mnie pewna myśl. Spotkałem tych ludzi nieprzypadkowo. Czegoś takiego nie mogę zlekceważyć. Podświadomie wiem, że przejazd do Theth musi się udać. Postanowiłem, że nie poddam się! Boję się tylko, że Marta i Marcin stracą cierpliwość i mnie oleją jadąc dalej. Ale tak nie było. Kolejna analiza gleby… Dociera do mnie co robię nie tak. Jechaliśmy serpentynami.

Jadąc, tnę zakręty. To powoduje, że muszę mocniej złożyć motocykl. Różnica wysokości między dolną drogą a górną wynosi nawet 2 metry. Pokonując ciasno zakręt, tę różnicę pokonuję na około 3-metrowym odcinku, po bardzo fatalnej drodze. Marcin jedzie po zewnętrznej. Różnicę pokonuje na pięciokrotnie dłuższym odcinku i na dodatek technicznie łagodnej nawierzchni. Czyli… brakującym elementem w mojej jeździe jest myślenie.

Mówię Marcinowi, że trochę zwolnię i jeśli chcą jechać dalej swoim tempem, to w zupełności to zrozumiem. Marcin odpowiada, że im się nie spieszy i żebym się tym nie przejmował. To dodaje mi skrzydeł. Od tej pory jadę już rozważnie.

Cały czas analizuję to, po czym mam przejechać. Wcześniej przewidywałem jak moto się zachowa. Jadę bardziej rozluźniony. To też ma znaczenie, bo kiedy Szerszeń przesuwa się w bok na jakimś kamieniu, balansem ciała koryguję tor przejazdu. Na zakrętach wystawiam od wewnętrznej nogę, co daje mi podporę w trudnej sytuacji, ale przede wszystkim przesuwa środek ciężkości całego zestawu. Dzięki temu moto jest prawie w pionie na zakręcie.

Albania (49)Dalszą część ponad trzydziestokilometrowego offroadu przejeżdżam bez gleby. Tak jestem zajęty jazdą, że zapominam po co tu jestem, a jestem po widoki. Te są nieziemskie. Marcin dobrze zna polskie góry i odnajduje wiele szczytów podobnych do tatrzańskich. Jest też odcinek, który przechodzi nad przepaścią. Nie mam czasu napełnić rajtuzów ze strachu, bo sama jazda ciągle jest dla mnie niezwykłym wyzwaniem. Marta opowiada, że kiedy Marcin zachwyca się widokami, ona klepie kilka zdrowasiek.

W końcu dojeżdżamy do Theth. Wita nas mały chłopiec, który wali do nas teksty w języku perfekcyjnie angielskim. Ma jeszcze mały zasób słów, ale i tak jesteśmy pod wrażeniem. Malec doprowadza nas do Floriana, a ten ma angielski wręcz oxfordzki. Florian zapewnia nam nocleg, przepyszny obiad i zimne piwo za dosłownie grosze.

Theth leży w dolinie, w otoczeniu wysokich gór. O godzinie 16:00 zachodzi słońce i ciemności zapadają natychmiast. Po dobrym obiadku, pijemy herbatkę, po czym Marta z bolącą głową idzie spać, a my z Marcinem zaopatrzeni w zapas zimnego piwa gwarzymy do późnej nocy o naszych maszynach, o życiu, o przygodach w podróży, o offroadzie.

Kładąc się spać jestem pełen trwogi. Jakoś dojechałem do tej wioski, ale teraz mam świadomość tego, co czeka mnie w drodze powrotnej. Niemniej ciągle wierzę, że ta przygoda nie może skończyć się źle. Nie po tym wszystkim, co tego dnia przeżywam.

Wyspany w Theth

Albania (39)Wreszcie przespana noc. Zamykam oczy przed północą i otwieram o 7:00 rano. Wysypiam się jak dziecko. Przez Theth płynie wartko strumień. Prawdopodobnie ten głośny szum i górskie powietrze spowodowały, że sen jest kamienny. Gramolę się z namiotu. Marta i Marcin chyba jeszcze słodko śpią, więc biorę aparat i idę zwiedzić wioskę. W dolinie leży jeszcze cień.

Florian mieszka tu z rodziną przez cały rok. Od października do maja kontaktują się ze światem zewnętrznym około trzy razy. Dom Floriana jak i inne przechodzą metamorfozę ze względu na coraz częściej przybywających turystów. Choć obcy w wiosce jesteśmy tylko troje i dwójka backpakersów nocująca na dziko, to widać ostre przygotowania.

W Theth jest szkoła i punkt medyczno-informacyjny. Można się tutaj dowiedzieć jakie rośliny rosną w okolicy, jakie zwierzęta spotkać można na szlaku, co zrobić kiedy na drodze pojawi się niedźwiedź i takie tam. Widać, że szkoła kładzie spory nacisk na lekcje angielskiego. Kiedy Floriana nie ma w domu, tłumaczem dyżurnym pomiędzy rodziną naszego gospodarza, a turystami jest dziesięcioletnia siostra cioteczna Floriana. Pytam jej, gdzie nauczyła się takiego angielskiego – odparła, że w szkole w Shkoder. Jestem w szoku. Mój młody szlifuje angielski już dwa lata, a jedyne co potrafi, to wymienić kilka kolorów i powiedzieć tenis.

Albania (35)Wracam do mojej noclegowni, gdzie Marta i Marcin rozpoczynają już przygotowania do wyjazdu. Widzę po Marcinie, że ma chęć pojechać do Shkoderu 60-kilometrowym odcinkiem offroadu. Też mam taki plan, dopóki moich umiejętności nie weryfikuje rzeczywistość. Florian mówi, że skoro zaliczam trzy gleby na przebytej drodze do Theth, to na tym 60-kilometrowym odcinku zaliczę 10 razy tyle… Przekonuje mnie do powrotu łatwiejszym szlakiem. Za to Marcina przekonuje Marta. Dziś żałuję naszych decyzji, ale wtedy myślałem racjonalnie.

Żegnamy się z Florianem i rozpoczynamy powrót do cywilizacji. Boję się drogi powrotnej. Najbardziej tego, że w końcu uszkodzę na dobre motocykl i utknę w Albanii na dłużej niż bym chciał. Jadę spokojnie, ale bardziej stanowczo niż w poprzedni dzień. Po każdym przebytym zakręcie, pocieszam się, że zaliczam kolejny trudny test, że do końca zostało 1386 dużo trudniejszych. Specjalnie wymyślam sobie tak absurdalną liczbę, aby być skupionym i nie rozluźniać się zbytnio.

Jadąc, wymyślam sobie, że jak dotrę do asfaltu, to zażartuję, że fajnie mi się jedzie z Marcinem i Martą, i że nie jadę dalej z nimi, lecz wracam do Theth. Po dwóch godzinach bezglebowej przeprawy przerywanej przystankami docieramy do asfaltu. Chociaż opuszczam Góry Przeklęte, mam ogromny niedosyt. Wiem, że nie znam tego miejsca, że to nawet nie jest rekonesans. Mówię swój żart, ale nie jest mi do śmiechu. Naprawdę chcę wrócić.

Szukamy jakiejś knajpy na posiłek. Od rana piję ze trzy litry płynu, w tym większość wody z górskiego potoku. Marta jest miłośniczką zwierząt. Kogoś tak zakochanego w zwierzętach jeszcze nie spotkałem. Pies, kot, konio-osioł, każde musi być wygłaskane.

Albania (31)Mija nas pięć motocykli z Czech jadących do Theth. Czesi jadą pełni entuzjazmu. Machają nam i pozdrawiają. Tuż przed wjazdem na główną drogę Shkoder – Pogranica znajdujemy ogromny lokal z żarciem. W środku jest chłodno od działających na full klimatyzacji. Choć jest ok. trzydziestu stolików, to lokal świeci pustką. Gdzieś w rogu siedzi jakiś gość i przy wielkim oknie dwóch Albańczyków. Siadamy obok nich by mieć dobry widok na nasze motorki.

Podchodzi leniwie kelner i podaje mi oraz Marcinowi menu, a Marcie niemalże rzuca je w twarz. Ostentacyjnie jej nie zauważa. Kiedy odchodzi, śmiejemy się z tego zdarzenia, bo w sumie to zachowuje się niezwykle kretyńsko. No ale cóż, co kraj to obyczaj… Wybrałem pizzę z podwójnym serem i colę. Taki posiłek gwarantuje mi, że nie pomyślę o jedzeniu przez 24 godziny. Marta z Marcinem postanawiają pójść w moje ślady. Oczekując na zamówienie słyszymy powrót pięciu czeskich maszyn. Nie dają rady pokonać drogi do Theth… rozumiem ich i jeszcze bardziej popadam w dumę ze swojego wyczynu i wytrwałości.

W końcu doczekaliśmy się upragnionej chabaniny. Marcin i Marta mają spore doświadczenie kulinarne i stwierdzają, że ta pizza jest odmrażana, ale naprawdę pyszna. Nagle do naszego stolika podchodzi kelner i przynosi nam dodatkową porcję coli. Mówi, że to prezent od dwóch Albańczyków siedzących obok nas. Odwracamy się, żeby podziękować naszym darczyńcom i zaczynamy wspólną rozmowę. Obaj wyglądają postawnie, są dobrze ubrani. Zresztą samochód też mają lekko wypasiony. Jeden pracuje w Berlinie, a drugi w Londynie. Domyślam się, że przybyli na koniec ramadanu bądź na jedno z miliona wesel. Bardzo mili. Wypytują nas o naszą przygodę, pozdrawiają wychodzą. Jesteśmy mile zaskoczeni.

Po super posiłku postanawiamy, że jedziemy do Żabljaka, bo ten kamp znam i wiem czego się spodziewać. Przez moment Marcin zastanawia się nad pokonaniem doliny Valbon i powrót do domu przez Kosowo. Też mam chrapkę, ale to wydłużyłoby moją wyprawę o dwa dni, a dzień wcześniej dostaję wiadomość od Ukochanej, że tęskni i jest jej bardzo smutno, więc odpuszczam. Marcin też odpuszcza.

Na zewnątrz panuje totalny upał. Oceniam, że temperatura może dochodzić do 40 stopni. Chociaż jedziemy ok 80 km/h po raz pierwszy nie odczuwam chłodu. Im szybciej jadę tym bardziej grzeje. Rozumiem co miał na myśli autor książki “Motocyklista doskonały”, który opisał takie zjawisko jako niebezpieczne dla motocyklistów.

Albania (29)Marcin z Martą postanawiają zahaczyć o park Durmitor, więc rozdzielamy się w Niksiciu. W Żabljaku kupuję zimny piwny zestaw i rezerwuję miejscówkę dla nas na kampie. Tego dnia jest masę ludu, z czego połowa z Polski. Jest na kampie też Węgier podróżujący na BMW F650 Dakar. Trochę gadamy ze sobą. Dopiero rozpoczyna swoją drogę. Czuję się jak weteran opowiadając mu gdzie byłem, co warto zobaczyć, a przecież parę dni temu, w tym miejscu, byłem przestraszony jak pisklak.

O 21:00 siedzimy przy ognisku ja, Marcin i dwoje backpakerów z Niemiec. Pijemy piwko, serbską rakiję przemysłową i gadamy do 2:00 nad ranem. W namiocie przed zaśnięciem próbuję zapisać jakieś szczątki tego, co się wydarzyło przez te kilka dni, ale nie daję rady. Sen jest silniejszy.

Charakter psychologiczny

Albania (3)Zrywam się o 6:00 rano. Nie chce mi się spać i zresztą nie mogę. Tego dnia mam do przejechania 730 km, z czego ok. 430 km po drogach krętych i zatłoczonych. Żegnam się z Martą i Marcinem, kupuję w Żabljaku bułkę, pasztet, masę płynów i kieruję motocykl do ostatniego punktu mojej wyprawy – mostu nad rzeką Tara.

Tutaj wsuwam nabytą bułkę z pasztetem i gnam w stronę domu. Drogę już znam. Przypominam sobie miejsca w których robiłem postoje, żeby zrobić zdjęcie, czy też pozostawić coś po sobie. Coraz śmielej jadę, ale jak się okazuje nie nazbyt śmiało. Na serpentynach przed granicą Czarnogóra – Serbia wyprzedzają mnie dwaj Włosi na dużych BMW GS. Próbuję się ich trzymać, ale szybko znikają mi na dobre. Jestem pod wrażeniem jak włoscy motocykliści mają zaufanie do przyczepności opon swoich maszyn i do tego, że za zakrętem nie czai się niespodzianka.

Granicę Czarnogóra – Serbia przejeżdżam gładko i bez kolejki. Co prawda sznur samochodów jest krótki, ale nie chcę przyzwyczajać kierowców puszek do wizerunku grzecznego motocyklisty. W Serbii zaczynam wykorzystywać fakt, że kierowcy starają się jeździć przepisowo, toteż pozwalam sobie na jazdę po ciągłej linii i delikatne naginanie przepisów ruchu drogowego. Gdzieś po drodze pozbywam się zasad, którymi zawsze się kierowałem podczas jazdy na motocyklu, niemniej zachowuję ostrożność. Nie działam skrajnie głupio, ale powoli wkrada się w moją jazdę brawura.

W Novi Sadzie lekceważę wcześniejszy zjazd na autostradę i jadę przez centrum miasta. Trafiam na ciekawostkę, dotyczącą mojego zawodu. Most kolejowo-drogowy. Kiedy kolej nie wykorzystuje mostu, korzystają z niego samochody w ruchu wahadłowym. Taka budowla jest jedyną w Europie.

Nie chcę się zbytnio rozpisywać na temat drogi powrotnej ponieważ ma ona bardzie charakter psychologiczny niż poznawczy. Zaczynam podsumowywać ten wypad. Mam na to ponad 100 km serbskiej, zupełnie pustej autostrady, na której nic ciekawego się nie dzieje. Kiedy zbliżam się do granicy z Węgrami mijam kolejkę składającą się z 50 puszeczek. Celnicy organizują przetrzep wszystkich pojazdów.

Jedyny wjazd na granicę, który był wolny, przeznaczony był dla urzędników państwowych. Oczywiście udając, że kompletnie nie wiem o co chodzi pasuję się w wolną bramkę. Dojeżdżam, wciskam hamulec i mój umysł osiaga apogeum zdziwienia. Pod prawym butem nie było stopki hamulca. Ponieważ nie jadę jak idiota, wyhamowuję bezpiecznie z pomocą przedniego hamulca. Serbska celniczka, która jest niepocieszona moją obecnością na tej bramce, zmienia nastawienie kiedy widzi, że łapach dzierżę kawałki motocykla. Zabiera mi paszport, klepie pieczątkę i każe wrócić do kolejki by poddać się procedurze przeszukania.

Albania (44)Ja jej oznajmiam z czarującym uśmiechem, że właśnie się dowiedziałem o tym, że mój ukochany motocykl cierpi, a ja wraz z nim. Uśmiecha się, każe otworzyć jedną z sakw i podnosi rządowy szlaban, przepuszczając mnie na węgierską stronę. Po stronie węgierskiej, celnicy każą jechać bez zatrzymywania. Zjeżdżam na przyległy do granicy parking i w związku z zaistniałą nową sytuacją, zaczynam się zastanawiać nad dalszym planem.

Utrata nożnego hamulca to poważna sprawa. Droga hamowania wydłuża się o ok. 10-20%. Przy prędkości 100 km/h to może być 10 m. Poza tym podczas jazdy towarzyszy uczucie jakby się wyskoczyło z samolotu bez spadochronu. Zbliża się noc. Nie mając nadziei, że wymyślę coś sensownego, blokuję czujnik hamulca nożnego, wskakuję na moto i spokojnie jadę autostradą w kierunku Budapesztu.

Przed obwodnicą stolicy Węgier navi pokazuje mi kamp Galopp Major. Jest kilka minut przed 21:00. Kemping był wyśmienicie przygotowany na przybycie turystów wszelkiej maści. Akurat łapię się na kolację, która składa się standardowo z kurczaka i miksu sałatkowego. Na przepłukanie mordy dostaję piwo, jedyne w wyborze. Żarcie jest cudowne, za to piwo okazuje się ścierwem z klasy stary kalosz.

Po 22:00 rozbijam namiot i dziękuję Panu za to, że zgodził się ze mną siedzieć na motorze podczas tej wyprawy. Myślę, że ten hamulec nie odpadł przypadkowo. Że chyba za bardzo sobie poczynam na drodze i nadchodzi czas, żeby powrócić do nienaruszalnych zasad, ustalonych na początku mojej motocyklowej przygody. Kładę się próbując znowu coś naskrobać w swoim notesie… na próżno. Znowu pokonuje mnie sen.

Prosto do domu

Dzień rozpoczynam od rutyny: mycie, pakowanie, nawodnienie organizmu i tuż przed odpaleniem moto prośba o pomyślną drogę. Tego dnia mam do przejechania ok 600 kilometrów, z czego 400 kilometrów po zwykłych drogach z towarzystwie jednego hamulca.

Rozważam naprawę usterki w jakimś warsztacie ślusarskim na Słowacji – kraj w którym łatwiej się dogadać. Zastanawiam się też, czy samemu coś nie wykombinować z tego co aktualnie posiadam przy sobie (survival kit), ale uznaję, że maksymalnie zwalniam i nie tracę czasu na jakieś prowizorki.

Albania (46)Na autostradzie czuję lekkie smeranie w żołądku. Dobrze znam to uczucie. Wiem co mnie czeka za kilka godzin – silny skurcz. Jeśli nie potraktuję żołądka miętą, skończy się kilkugodzinnym cierpieniem. Dlaczego tak się dzieje? Ogólnie wsuwam w ciągu dnia tony owoców i warzyw… może nie podczas tej wyprawy, ale tak ogólnie. Rzadko to myję, nie obieram ze skóry. Raz na rok, czasem częściej, mój żołądek się buntuje i to cała historia.

Tego dnia mocno się zachmurzyło. W wielu relacjach z wypraw do Albanii które czytałem, w rejonie Słowacji i Węgier praktycznie wszystkim towarzyszy ulewa. Na Węgrzech, jakoś mi się udaje, choć po prawej i po lewej stronie drogi ostro się błyska. Na Słowacji żołądek ostro daje o sobie znać. Zjeżdżam na stację i zjadam kilometrową bagietkę, wypchaną jakimś mięsiwem, jajcem i warzywami. Dobre, ale to nie jest metoda na moje utrapienie.

Na granicy polsko – słowackiej ból jest okrutny. Wkoło pachnie lasem, a ja nie potrafię się z tego cieszyć. W jakiejś mieścinie niemalże wyjąc z bólu, docieram do apteki. Kupuję Nospę i Apap. Zanim wsiadam na moto odbywam ciekawą rozmowę z czterema lekko zachwianymi lokalsami. W innych okolicznościach byłbym szczęśliwy dyskutując z aborygenami, ale jedyne o czym teraz marzę, to rzucić się na ziemię i zwinąć w kłębek.

Jadę w kierunku Mochnaczki Niżnej. Tam jest fajny parking przy cerkwi i spokojnie mógłbym położyć się w cieniu, ale nie daję rady. Zaraz za Tyliczem zjeżdżam na jakieś obskurne pobocze. Nie jestem zwolennikiem chemii, ale okoliczności były wyjątkowe, toteż z przykrością zżeram dwie nospy i jeden apap. Rozbieram się prawie do naga, bo leje się ze mnie od upału i jakiejś chwilowej gorączki. Zaciskając zęby czekam. Widzę  zdziwione gęby przejeżdżających obok kierowców, ale umówmy się… to akurat mam głęboko w d…

Po 10 minutach nadchodzi ulga… przepiękne uczucie. Znowu mogę cieszyć się jazdą. Niestety… środek przeciwbólowy nie działa na tyłek, a ten zaczyna rządzić i wyznacza coraz częstsze postoje. Żeby nie było zbyt kolorowo, za Nowym Sączem spotyka mnie super ulewa, taka jaka występuje w maju, lub czerwcu. Ogólnie mnie to nie dziwi – śmieję się. Na początku chcę ją zbagatelizować, ale nie da się być obojętnym wobec ściany wody.

Cały przemoczony zjeżdżam na przystanek i ubieram strój przeciwdeszczowy. Generalnie za późno, ale myślę, że skoro już jestem mokry to w jakiś sposób zabezpieczy mnie to przed zimnem. Ubranie gumy zajmuje mi 20 minut. W tym czasie ulewa idzie dalej. Mogę znowu kontynuować swój powrót do domu. Po 500 metrach okazuje się, że asfalt jest suchusieńki, świeci słońce, a niebo po horyzont jest cudownie błękitne. Kolejne 20 minut aby zdjąć i spakować gumę.

Albania (45)Takie sytuacje nigdy mnie nie irytują. Ja i moja Ukochana wiemy, że jeśli musimy gdzieś wrócić lub coś nas zatrzymuje, to znaczy, że na coś się spóźnimy. I nigdy nie chcemy wiedzieć na co. Ostatnie 100 kilometrów to jazda na stojąco lub z przerwami co 20 km. Najbardziej popularną myślą w głowie jest mój tyłek. Jest tyle ciekawostek o których można pomyśleć – choćby o produkcji mydła w płynie czy lotach międzyplanetarnych.

Może wymyśliłbym coś, co mogłoby zrewolucjonizować świat, a potem otrzymać nagrodę Nobla, ale nie. W głowie kołata się wielka boląca dupa. To doświadczenie zapamiętam na długo. Do domu docieram na 19:00. Z ukochaną witam się od 100 kilometrów na każdym postoju. W końcu możemy wpaść sobie w ramiona. Niestety, nie na długo. Podobno cuchnę niemiłosiernie. Ja uważam, że nie, ale mogłem niechcąco się przyzwyczaić przez te parę dni.

11 KOMENTARZE

  1. Pytanko – ile zrobiłeś kilometrów? Nie licząc kosztów czysto serwisowych przygotowania motocykla ile Cię kosztowała cała wyprawa?

  2. Genialnie napisane, co za pióro… Najlepiej napisana relacja motocyklowa jaką w życiu czytałem! Powodzenia w kolejnych wyprawach!!

  3. Miłe pióro. Dobrze się czyta. Może o tym Bogu za dużo. Ale to już sprawa osobista. Odniesienia do najbliższych, takie jak by moje. Też co roku uciekam z domu; rumunia,italia ,litwa, itd…Solo jest super !!!
    P.s.
    W tym sezonie też coś zrobię. Jak by ktoś chciał do klepać piszcie ->
    keteiz1@gmail.com (Tylko duet bo więcej to pielgrzymka. Płeć obojętna.Wiek stateczny ;)

  4. Ladna wyprawa. W tym roku tez planuje Czarnogore i Albanie.
    Co do mostu to byl podobny w okolicach Mlawy. Teraz juz chyba rozebrany. Jeszcze mialem przyjemnosc po nim jezdzic.. Potem po latach byl zamkniety dla pojazdow ale mozna sie bylo po nim przejsc. Byl tak oslabiony, ze mozna go bylo rozkolysac (doslownie, nie przesadzam) Pierwotnie jezdzily po nim pociagi i cala reszta pojazdow. Mial swoj urok.
    Pozdrawiam serdecznie.

  5. świetnie napisane, ale przede wszystkim o sytuacjacja i rejonach, które mnie bardzo pociągają. No i ten dowcip – rewelacyjie się czytało; Albanie, MN, Serbię, Bośnie, Hr przeczesujemy już od 10 lat na wakacjach i czuję podczas czytania takich relacji ogromny sentyment. Te rejony jednak mają w sobie coś uroczego, dzikiego, nieodkrytego, tajemniczego i często zaskakującego. Pozdrawiam wszystkich balkanolubów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here