Sobotni poranek. W powietrzu czuć zapach przygody. Spakowana dzień wcześniej Honda Pacific Coast już czeka, by wyruszyć w podróż. Wkładamy ostatnie podręczne gadżety i o 5. rano wyjeżdżamy z Sędziszowa Małopolskiego.

Tekst i zdjęcia: Magdalena i Piotr Migała

Przed Barwinkiem dotankowuję motocykl, by nie zatrzymywać się na Słowacji, a przejechać ją jednym strzałem. Jesteśmy na Węgrzech. Z Miszkolca kierujemy się na autostradę, która prowadzi do Budapesztu. Na przydrożnej stacji paliw tankuję i pytam się o winietki. Pani drukuje mi coś co wygląda jak zwykły czarno-biały paragon, jednak zawiera on markę motocykla i numer rejestracyjny. Przemieszczanie się autostradą utrudnia nam bardzo uciążliwy wiatr, a utrzymanie stałej przelotowej 120 km/h jest bardzo męczące.

Budapeszt omijamy lewą obwodnicą kierując się w stronę Balatonu, nad który dojeżdżamy w godzinach popołudniowych. Tam serwujemy sobie coś na ząb i krótką drzemkę. Przeganiają nas ciemniejsze obłoczki kłębiące się na niebie, więc wskakujemy w buty i w drogę.

Dobre Dosli Hrvatsko!

Na granicę węgiersko-chorwacką dojeżdżamy około godz. 19.

Wjeżdżamy do jednego z najpiękniejszych miejsc w Chorwacji

Pierwsza graniczna odprawa dzisiejszego dnia, ale bardzo sprawna. Nocujemy za Karlovacem. Następnego dnia w pobliskiej restauracji jemy smaczny omlet z grzybami, popijając go chorwacką owocową herbatą.

Tego dnia w planach mamy zwiedzić Park Narodowy Jeziora Plitvickie. Znajdujemy zakwaterowanie w pobliżu jezior – ze śniadaniem i krytym parkingiem na motocykl, w bardzo przystępnej cenie ok. 10 euro za osobę. Po zrzuceniu z siebie motocyklowych ciuchów idziemy do kasy kupić bilety, które zarazem są mapką przewodnią rezerwatu. Plusem zakupu biletu jest to, że obejmuje on pływanie statkiem po jeziorach i przemieszczanie się kolejką naziemną w parku.

Jeziora Plitvickie

Park Narodowy Jeziora Plitvickie został utworzony w 1949 r. Ten wyjątkowy obszar został doceniony przez UNESCO, które w 1979 r. wpisało go na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego. Park obejmuje fragment doliny rzeki Korany z 16 dużymi akwenami i szeregiem małych jeziorek, które rozpościerają się przez ok. 8 km.

Zgodnie z opowiadaniami znajomych Jeziora Plitvickie robią na nas ogromne wrażenie. Następnego dnia z samego rana opuszczamy to ciche, urokliwe miejsce. Udajemy się w stronę autostrady do Sibernika. Przy wjeździe na autostradę pobieramy bilecik i cała naprzód. Naszym dzisiejszym celem jest Primosten, do którego zajeżdżamy w samo południe i przy prażącym słońcu szukamy tam kwatery.

Jeziora Plitvickie
Poszukiwania owocują dogodną lokalizacją na starym mieście przy zatoczce brzegowej. Zostajemy tu dwie noce, odpoczywamy, zażywamy słonecznych kąpieli i cieszymy się beztroskim czasem wakacji. Primosten posiada kamienną zabudowę typową dla rybackich wiosek. Stare Miasto jest położone na wyspie, którą w krótkim czasie można obejść dookoła. Miasteczko tętni życiem dopiero po zmroku: zarówno turyści, jak i mieszkańcy spotykają się na wieczornych fiestach przy lampce regionalnego wina, z którego słynie Chorwacja.

Po krótkim przyzwyczajeniu się do chorwackiego gorącego klimatu żądni przygody udajemy się w kierunku Splitu. Po drodze odwiedzamy jedno z najbardziej malowniczych miast Dalmacji – Trogir. Szczególne wrażenie robi na nas Katedra Świętego Wawrzyńca z 1240 roku, w której mieści się prawie 50-metrowa dzwonnica. Gdy już wdrapujemy się na samą górę bardzo miło zaskakuje nas widok panoramy miasta i okolicy. Wejścia do katedry strzegą kamienne posągi lwów, a nad nimi po obu stronach stoją Adam i Ewa. Następnym punktem programu turystycznego jest trogirska starówka. Położona na niewielkiej wyspie wygląda niczym zamek na wodzie. Jest to przykład niesamowitego kunsztu kamieniarskiego – ona również widnieje ona na liście obiektów UNESCO.

Primosten
Po drodze orientujemy się w noclegach i wynajmujemy prywatną kwaterę w Stobreču, gdzie zostajemy na kilka dni. Agroturystyka w Chorwacji jest bardzo dobrze rozwinięta, a jeśli się dobrze poszuka to można nawet znaleźć kwaterę w cenie kempingu.

Następnego dnia jedziemy do oddalonego o cztery kilometry Splitu. Wjeżdżając tu mamy nieodparte wrażenie, że znaleźliśmy się w muzeum, które prezentuje różne epoki i style. Symbolem Splitu jest wpisany na UNESCO pałac Dioklecjana wzniesiony w latach 295-304 n.e. jako letnia rezydencja cesarza urodzonego w pobliskiej Salonie. Obecnie teren pałacu to swoista starówka miasta, w której korytarze rezydencji zmienione zostały na ulice. Istniejące budynki w większości pochodzą z średniowiecza, a po rzymskich budowlach pozostały tylko fragmenty. Dzień to za mało, aby odkryć tajemnice tego niezapomnianego miasta.

Nazajutrz podążając śladami cesarza Dioklecjana zastajemy doszczętnie zniszczone przez Awarów i Słowian miasto Salona, które do 614 roku n. e. rozwijało się jako jeden z ważniejszych ośrodków cywilizacji nad wschodnim Adriatykiem. Wśród ruin można dojrzeć między innymi fragmenty rzymskiego amfiteatru i bramy miejskiej z I w. n.e. oraz szereg budowli wczesnochrześcijańskich.

Twierdza Klis
W pewnym momencie dostrzegamy w oddali zamek. Okazuje się, że to dobrze zachowana średniowieczna Twierdza Klis, z której rozpościera się panorama na Split i otaczający go archipelag. Ósmego dnia udajemy się w kierunku Dubrownika przez Bośnię i Hercegowinę odwiedzając po drodze wioskę Medugorje. Jest ona jednym z bardziej znanych na świecie katolickich sanktuariów maryjnych. To tu w 1981 r. Matka Boska objawiła się sześciorgu miejscowym parafianom. Choć kościół nie ustosunkował się jednoznacznie do tych zjawisk, do Medugorje przyjeżdżają liczne pielgrzymki. Bośnia i Hercegowina jest spokojnym krajem, jednak mieszkańcy przestrzegają nas przed zbaczaniem z głównych dróg, ponieważ gdzieniegdzie można napotkać na pozostałości po niewybuchach i minach.

Sprawna odprawa graniczna umożliwia nam szybki powrót nad Adriatyk. Droga wije się malowniczymi serpentynami nad brzegiem morza, ale jest zarazem wąska, co utrudnia mi wyprzedzanie samochodów. Przez wiszący most dojeżdżamy do jednego z najbardziej słonecznych miejsc południowej Europy – Dubrownika. Jest on uznawany również za jedno z najpiękniejszych miast świata i nazywany perłą Adriatyku. Historia miasta sięga czasów wędrówki ludów – osada zaczęła kształtować się w VII wieku.

Nocleg z garażem na motocykl znajdujemy w miejscowości Rozat oddalonej o ok. 5 kilometrów od Dubrownika, w którym ceny są kilkakrotnie wyższe. Na zwiedzanie miasta rezerwujemy sobie trzy dni.

Krótki przystanek podczas drogi
Pierwszego dnia udajemy się na zwiedzanie starówki. Najlepiej rozpocząć je od spaceru główną ulicą: stoją przy niej niemal identyczne dwupiętrowe domy. Są one bardzo ładnie wyrzeźbione w kamieniu. Na każdym kroku spotykamy sklepiki, kawiarnie z przytulnymi ogródkami, muzea i galerie. Starówka jest otoczona ponad dwukilometrową linią murów, z których rozpościera się przepiękny widok na Adriatyk, port i czerwone dachy kamieniczek. Na południu Chorwacji spotkać można drzewa cytrusowe, na których rosną intensywnie pachnące pomarańcze, jakich w Polsce jeszcze nie spotkaliśmy. Dubrovnik posiada niezbyt dużą plażę, ale w zupełności wystarczającą do zażycia kąpieli w turkusowych wodach Adriatyku. Polecamy wycieczkę za Dubrovnik podczas zachodu słońca i podziwianie nocnej oświetlonej panoramy miasta oraz otaczającego go archipelagu.
Wjazd do Dubrovnika

Ostatniego dnia o godzinie 23:00 mamy zarezerwowany prom Dubrovnik – Bari, którym na 8. rano jesteśmy we Włoszech.

Ciao Italia

Po nocy spędzonej w wąskiej kajucie z metalowymi piętrowymi łóżkami idziemy na śniadanie, wliczone w cenę biletu. Na miejscu zastajemy stół szwedzki z rozcieńczonym wodą sokiem pomarańczowym. Port w Bari wita nas upalną pogodą – czekamy przeszło godzinę na odprawę graniczną. Celnik zadając pytanie gdzie jedziemy dostaje odpowiedź go home i ze zdziwieniem uśmiechnięty pozwala jechać dalej. Po wyjechaniu z portu witają nas bramki autostrady, obieramy kurs na Wezuwiusz, co w praktyce okazuje się nie takie proste. Dotarcie do celu zajmuje nam kilka dobrych godzin. Po drodze na ulicach Neapolu mijamy sterty śmieci, niekiedy większe od motocykla. Wreszcie dojeżdżamy do miejscowości Ercolano, z której prowadzi wąska i bardzo kręta droga pod wulkan.

Nasz garaż
Wezuwiusz jest najbardziej znanym wulkanem w Europie i znajduje się na liście pięciu najniebezpieczniejszych wulkanów świata. Jesteśmy na parkingu pół godziny przed zamknięciem wyjścia na szczyt, więc szybko kupujemy bilety. Ubrania i kaski w pośpiechu zostawiamy na motocyklu, cały czas zastanawiamy się czy zastaniemy je po powrocie. Przy wychodzeniu na szczyt przydatne okazują się wysokie buty motocyklowe, ponieważ na drodze są kamienie powulkaniczne. Sam widok na szczycie zapiera dech w piersiach – widać całą panoramę miasteczek oraz otaczające je morze.

Tego dnia późną nocą docieramy do miasteczka Monte Cassino. Zmęczeni decydujemy się na nocleg w pierwszym lepszym hotelu. Jako miejsce na motocykl pan wskazuje nam hotelową stołówkę. Rano po otwarciu okna wita nas niesamowity widok na wzgórze, gdzie mieści się klasztor benedyktynów z 529 roku oraz cmentarz poległych w bitwie o Monte Cassino. Jedziemy na miejsce krętymi serpentynami, po stromym zboczu, z pięknymi widokami na okolicę. Zwiedzamy odbudowany klasztor, który był kilkakrotnie niszczony przez trzęsienie ziemi i zawirowania wojenne. Przystajemy też na chwilę zadumy przy polskim cmentarzu wojennym.

Asyż
Następną noc spędzamy w Rzymie, w Domu Polskim Jana Pawła II, gdzie zostajemy cztery noce. Motocykl zostaje na strzeżonym parkingu, a my na czas zwiedzania przesiadamy się do metra. Wydaje się nam, że jest to rozwiązanie prostsze, bezpieczniejsze i tańsze.

Zwiedzanie włoskiej stolicy zaczynamy od Bazyliki św. Piotra. Sama bazylika zadziwia nas wielkością i przestronnością. Nieopodal znajdują się Muzea Watykańskie ze zgromadzonymi przez papieży różnorodnymi dziełami sztuki z całego świata. W podziemiach obejrzeć można pojazdy, którymi jeździli papieże – począwszy od bryczki po różne modele samochodów. Droga do wyjścia z muzeów prowadzi przez Kaplicę Sykstyńską, na której ścianach można znaleźć freski m.in. Michała Archanioła przedstawiające stworzenie człowieka. Chcąc dokładnie zwiedzić muzea trzeba jednak uzbroić się w cierpliwość i poświęcić na to kilka dobrych godzin.

Tego dnia zapoznajemy się jeszcze z Koloseum, wracając do stacji metra przez ruiny starego miasta. W Rzymie odwiedzamy jeszcze Bazylikę św. Pawła, w której obejrzeć możemy portrety wszystkich papieży zaczynając od św. Piotra, do obecnego papieża Benedykta XVI. Na uwagę zasługuje również Panteon – okrągła świątynia, w której obecnie jest katolicki kościół. W samym środku kopuły umieszczono szeroki na 9 metrów otwór, który wpuszcza światło do wnętrza świątyni.

Ostatniego dnia pobytu w Rzymie, przesyceni otaczającą nas starożytną architekturą, jedziemy do Osti nad Morze Tyrreńskie odpocząć przed dalszą drogą. Plaże są tam z reguły płatne, ale przy odrobinie szczęście można znaleźć część bezpłatną. Morze jest ciepłe, piasek gorący, a piwo koszmarnie drogie.

Papieskie auta
Następnego dnia skoro świt opuszczamy mury Via Cassia i jedziemy w kierunku Asyżu. Miasteczko położone jest na wzniesieniu z ładną panoramą, ale najbardziej urzeka nas kamienna zabudowa i wąskie brukowe uliczki. Głównym punktem zwiedzania jest Bazylika św. Franciszka z Asyżu, która została wybudowana na Wzgórzu Piekielnym, a dzień po kanonizacji św. Franciszka papież Grzegorz IX zmienił nazwę wzgórza na Wzgórze Rajskie. Kolejnym ciekawym zabytkiem, który udaje się zobaczyć jest średniowieczna cytadela z potężnymi wieżami Rocca Maggiore.

Tego dnia pierwszy raz podczas całego wyjazdu zaczyna padać deszcz. Ograniczamy zwiedzanie i ruszamy dalej na nocleg do San Marino. Po śniadaniu wyruszamy do miasta, na spacer pomiędzy dobrze zachowanymi średniowiecznymi domami i fortyfikacjami. Wśród licznych sklepików z pamiątkami oprócz pocztówek kupujemy pamiątkowe przepyszne likiery, które są w ozdobnie malowanych butelkach o różnym nietypowym kształcie. San Marino jest jednym z najmniejszych państw Europy, rozpościera się na przepięknym górzystym terenie.

Jeden z tuneli na autostradzie
Po niezbyt zdrowym fastfoodowym obiadku jedziemy w stronę Ravenny. Północnym wybrzeżem Włoch dojeżdżamy do Sottomariny na kolację i nocleg. Ostatnia kąpiel w morzu, przy blasku księżyca wśród palm i muszelek wyrzuconych przez morze Adriatyckie. Kolejny dzień upływa nam na monotonnym autostradowym przejeździe przez resztę Włoch i Austrii. Jedynym urozmaiceniem jest podziwianie górskich widoków oraz przejazdy różnymi prędkościami przez rozmaite tunele wydrążone w skałach. Pod wieczór za Wiedniem spotykamy grupę polskich motocyklistów, wracających z Grecji. Wspólnie znajdujemy nocleg i udajemy się na wieczorne Polaków rozmowy, po których mamy już pomysł na następne wakacje. Rano budzi nas ulewny deszcz, lecz niezrażeni ubieramy przeciwdeszczowce i jedziemy przez Czechy odwiedzić dobrego kolegę w Świdnicy na Dolnym Śląsku. Korzystając z jego gościnności spędzamy tam kilka dni, wspólnie podróżując motocyklami po ścieżkach u podnóża Sudetów. Do Sędziszowa wracamy bez większych przygód.

13 KOMENTARZE

  1. artykuł rewelacja :) informacje w nim zawarte pewnie nie jednemu podróżnikowi sie przydadzą, zdjecia świetne :)gratuluje wycieczki i czekam na wiecej :)

  2. hey Ciekawa wyprawa:) Wybieram sie do Chorwacji i Włoch w tym roku. Czy mógłbys napisac jak wyglądał załadunek i odprawa na promie? Niema zadnych próblemów? Motocykl jest bezpieczny? I ostatnia sprawa jak załatwiałeś bilety na prom? Przydałby mi sie te informacje bo chciałbym właśnie wziąść prom w Dubrovnik.

    Z góry wielkie dzieki

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here