„Jedziemy w sierpniu na Bałkany, do Stambułu, ale zrobimy pętlę wracając przez Grecję. Będą szutry, namioty, konserwy i żadnych wygód. Nie dasz rady – radzisz sobie sama. Jedziesz?”

Tekst: Natalia Sobocka; zdjęcia: Aleksandra Kotala, Sebastian Zięba, Natalia Sobocka

Zaproszenie dostaję w momencie, kiedy moje praktykowanie na dwóch kołach zamyka się w miesiącu od czasu odebrania prawa jazdy. Taka objazdówka to zatem idealna okazja, by zdobyć doświadczenie w pigułce. Upewniając się, że współtowarzysze zdają sobie sprawę z poziomu mojej wiedzy empirycznej, „tak”, pada praktycznie od razu. Założenie jest proste: motór, plaża, rock’n’roll. Mimo, że jestem tylko ogniwem doczepionym, nie twórcą zamysłu, plan odpowiada mi w stu procentach. Dlatego kiedy słyszę o objazdówce po południowych krainach w sosie enduro, ślinianki zaczynają pracować intensywnie.

Planowany skład to trzy motocykle i pięć osób oraz obstawa paru zapaleńców, którzy mają chęć dojechać z nami do Rumunii i tam oddać się radosnemu offroadowi.

W Polsce
Jak to zwykle jednak bywa, dotarłszy na umówiony dworzec kolejowy w Popradzie mój niezastąpiony kolega Sebastian wita mnie słowami: O, jak fajnie że chociaż ty dopisałaś.. Dobra, jedziemy w trójkę. Sebastian z Olą na Afryce i ja na grzbiecie Dominatora.

 

Jedź, póki możesz

Jeszcze świeżutcy i jakże zapaleni łykamy kilometry pierwszego dnia. Dojeżdżamy do Sighiştel w Rumunii, przekonując się, że święte krowy to nie tylko domena Indii. Panoszą się dosłownie wszędzie, nieraz wychylając nagle rogi zza zakrętu i doprowadzając tym samym nasze hamulce do wrzenia. Od upału uciekamy cały dzień wizją wartkiego potoku w zaplanowanym miejscu noclegowym. Niestety, nie tym razem, chyba że zaliczyć brodzenie do kostek jako wymarzoną kąpiel.. Pierwsze, jakże nieporadne rozkładanie namiotu rozpoczyna wyprawową tradycję niewbijania śledzi, (bo po co), a inauguracyjna noc upływa pod znakiem snucia radosnych wizji nadchodzących dwóch tygodni. Jesteśmy też oniemiali samymi tuziemcami.

Rumunia, Sighiștel, centrum, czyli knajpa i sklep w jednym
W Polsce obywatele Rumunii niesłusznie kojarzeni są z Cyganami, a wydźwięk tych konotacji jest zdecydowanie pejoratywny. Nic bardziej mylnego. Każdemu kto takie teorie wygłasza, poleciłabym najpierw wizytę w Rumunii i poznanie choćby paru jej mieszkańców.

Rozczuleni rumuńską przyrodą oraz piknikującymi w pobliżu rodzinami wyruszamy nieśpiesznie około 10. Jak się później okaże, lenistwo to grzech główny nie bez powodu, a każdy grzesznik zostaje ukarany. Wciąż jednak upojeni rozpoczętym urlopem brniemy wesoło przez Transalpinę i inne atrakcje krajobrazowe, które poziom endorfin w mojej krwi podnoszą do niebywałego poziomu. Skwar zanika nieco w górach, co pogłębia nasz beztroski nastrój. Psuje go dopiero łypnięcie okiem na zegarek i niedowierzanie. Oto przez dobiegający już końca dzień, z zaplanowanych około 600 kilometrów zrobiliśmy niecałe 300. Zatrzymujemy się w większym mieście, żeby zapełnić odpowiednim wkładem baki i żołądki. Zastaje nas mrok i pada decyzja – nie jedziemy dalej. Za karę, jak to grzesznicy, trafiamy nad wyjątkowo śmierdzący stawik z wyjątkowo zaśmieconym trawniczkiem. Na szczęście jest nam wszystko jedno, a w głowie kołacze już tylko jedna myśl – jutro wyjeżdżamy przed 8!

Idzie całkiem nieźle, bo zamiast jazdy ślicznymi pętlami – przed nami nudne proste przelotówki. Przegrzany wcześniejszymi offroadowymi doświadczeniami silnik mojego RD02 zaczyna połykać olej na tyle szybko, ze ratuję go dolewką dosłownie w ostatnim momencie. Od tej pory jest pod stałą obserwacją i już nie zaskakuje. Niespodzianką jest za to życzliwość węgierskich kierowców, którzy co rusz przepuszczają naszą wycieczkę lub mrugają przyjaźnie dbając, byśmy nie przekraczali dopuszczalnej prędkości. Mijamy granicę z Bułgarią, a bezkarne krowy zmieniają się w bezkarne osły.

 

W Kamiennym Kręgu zaklęci

Dzień ma się ku końcowi, a my osiągamy cel – Kamen Bryag, czyli Kamienny Krąg. Wieś z najwyższym w Bułgarii wybrzeżem klifowym oraz archeologicznymi ciekawostkami z V wieku p.n.e.

Bułgaria, serpentyny
Wzbudzamy zainteresowanie parkując maszyny pod sklepem pełniącym rolę centrum, zaopatrzeni wjeżdżamy nad wymarzony brzeg morza. Nad klifem prędkość wiatru osiąga chyba ze 200km/h, napotkany tubylec wybija nam z głowy pomysł rozbijania namiotów i pokazuje jaskinię idealną na noclegownię dla trzech osób. Wow! Tylko, że nawet nasze niezłomne diabły enduro nie dadzą rady zjechać po pionowych skałach. Mimo początkowych rozważań, nie decydujemy się na zostawienie ich na górze i bezpieczne schowanie się w jaskini. Wybieramy opcję numer dwa: rozkładanie namiotów w ciemnościach, tuż nad klifem. Przy wietrze, który wyrywa z rąk wszystko, targając trzy sylwetki łapiące jeden namiot za wszystko co jeszcze nie odfrunęło. Na dodatek wpadamy na pomysł uczepienia tropików do motorów, żeby osłonić się jakkolwiek od strony wiatru i przeciwdziałać możliwemu odfrunięciu. Patrząc na kładący się do ziemi „dach” i balansujący na wietrze motocykl myślę sobie, że nawet jeśli pogniecie owiewki przewracając się w nocy, to mnie i tak nie będzie dane już tego żałować, skoro wyląduje na mnie.

Tej nocy zaliczamy jeszcze karkołomne zejście po głazach do wody oraz degustację tutejszej Rakiji, niekoniecznie w tej kolejności.

Bułgaria, Kamen Bryag, gra w zaufanie
Ranek okazuje się jednak być nam dany przez niebiosa. Maszyny stoją, nikt nie odfrunął, wiatr wieje. Resztę dnia spędzamy na wygrzewaniu się na skałach niczym jaszczurki i temu podobnych aktywnościach.

Ruszamy bułgarskim wybrzeżem, zwiedzanie Warny zamykamy w zjedzeniu lodów naprzeciwko całkiem ładnego kościółka. Zahaczamy też w końcu o znane kurorty. Niektóre urzekają unikalną mieszanką komercji i ducha cichych mieścinek, inne odstraszają straganową paranoją.

Następna baza to Sinemoterez. Oczywiście Afryka z zapałem kopie się w piasku, klocek pchany siłą trzech siłaczy w końcu wraca grzecznie na utwardzoną powierzchnię. Dakar zakończyliśmy, zatem swoim zwyczajem po ciemku rozbijamy się parę metrów od wody. Na szczęście jeszcze przytomni uwzględniamy możliwy przypływ. Spędzamy dwa dni bycząc się niemiłosiernie, raz po raz to skwiercząc na słońcu, to chowając się w błękitne odmęty Morza Czarnego. Tym razem mamy nawet łazienkę – przepływająca zaraz obok rzeka daje nam poczucie luksusu.

 

Nie za szybcy, nie za wściekli

Sterujemy w stronę Turcji. Już sama granica jest zaskakująca. Mimo wielu formalności i miliona pieczątek potrzebnych do jej legalnego przekroczenia, każdy się tu uśmiecha. Policjant w kolejnym z chyba sześciu okienek do których się kierujemy zdaje się być tak uszczęśliwiony, że zaczynamy się zastanawiać czy on też jest na wakacjach. Nareszcie zaczynamy częściej zbaczać z asfaltu.

Bułgaria, Kamen Bryag
Szuter, który fundujemy sobie zaraz na początku naszej bytności w Turcji nie kwalifikuje się już na pewno jako on-road. Kamienie odskakują na wszystkie strony. Zagłębiamy się dzięki temu w najbardziej odległe od cywilizacji wioski – jak się okaże, tak nieporównanie odmienne standardem życia od większych miast. Brak obuwia na nogach mieszkańców, lepianki i ruiny domostw niesamowicie kontrastować będą później z bogactwem i przepychem Stambułu.

Osiadłszy 60 kilometrów przed miastem dwóch kontynentów widzimy już pierwsze blokowiska majaczące milionami świateł całkiem niedaleko. Rano budzą nas dzwoneczki owiec prowadzonych na popas przez swojego pasterza. Widok bezzębnego uśmiechu i zapalonych, szklących się oczu wybałuszonych na widok naszych hond jest tak rozdzierający, że nie mam odwagi wyciągnąć aparatu. Opowiada nam w swoim nieodgadnionym języku najpewniej o swoim życiu i o tym, że walczy o każdy kawałek chleba. Zdziwiony tym, że zawieszamy sobie na kierownicach worki ze śmieciami, pogardliwym gestem wskazuje na łąkę upstrzoną odpadkami jako na odpowiednie miejsce do zostawienia wszystkiego co niepotrzebne.

Rozświetlona promieniami poranka arteria, prowadząca nas czterema pasmami do wściekle bijącego serca, czyli Stambułu, jest jak dżungla.

Stambuł, ulice
Te 60 kilometrów z jedną ręką przyłożoną do czoła mającą stawić opór diabelnemu, wszechobecnemu odblaskowi, drugą manewrującą motocyklem między piekielnie zajadłymi tureckimi kierowcami, zapamiętam sobie na pewno. Stan mobilizacji organizmu przy wysiłku jakim jest  dojechanie do celu bez wypadku, odciska się na moim niedoświadczeniu bardzo skutecznie. Teraz przeciskanie się w krakowskich korkach między niekiedy udającymi niewidomych polskimi kierowcami nie wzbudza już niestety większych pokładów adrenaliny. Użytkownicy tej drogi mają jedną zasadę – „ja jadę, ja dojadę”. Kierunkowskazy mają chyba wymontowane. Zamiast tego prezentują wszelkie barwy dźwięków klaksonów. Chwilę zajmuje mi przestawienie się na ich tryb myślenia w ruchu. Dynamika jazdy wzrasta, a w momencie kiedy naprawdę zaczyna mi się to podobać – zjeżdżamy nagle w uliczki Stambułu.

Stajemy przed zabukowanym wcześniej hostelem urzeczeni oraz żądni pierwszego od tygodnia prysznica. Jak w transie dokonujemy wszelkich formalności. Na tyłach zostawiamy motocykle, nasze obawy co do tego czy zastaniemy je nienaruszone, zostają nieco rozmyte przez kamerę zawieszoną tuż nad „parkingiem” i zapewnienia recepcjonisty, że to absolutnie bezpieczne miejsce.

 

W centrum świata

Pachnący dla odmiany całkiem świeżo i czujący się jak nowonarodzeni, nurkujemy w tętniącą 25 milionami istnień metropolię.

Świt nad Stambułem
Tego dnia chłoniemy Konstantynopol wszystkimi zmysłami, doznajemy zderzenia kultur, religii i szalejemy w radosnym gubieniu się w każdej napotkanej uliczce. Udaje nam się zobaczyć słynną Aya Sofya, Niebieski Meczet, a Grand Bazaar przegania nas nieopanowanym hałasem i chaosem. To ciągła batalia sprzedawców-naganiaczy z klientami-turystami, upstrzona oprawą milionów kolorowych błyskotek na straganach. Nasz dwudniowy dom ulokowany jest w samym centrum Starego Miasta, więc obchodzimy je dosyć dokładnie. Zmęczeni, relaksujemy się wieczorem na dachu – oferuje panoramę będąca ułamkiem całego kolosa. Potem schodzimy piętro niżej i oddajemy się integracji z resztą świata zamieszkującą pobliskie dormitoria.

Jako że integracja jest bardzo owocna, śniadanie jem w międzynarodowym towarzystwie.

Stambuł, ulice
Ustalamy rozłam na ten dzień. Sebastian z Olą maszerują spędzić romantyczny dzień we dwoje. Ja natomiast wraz z nowymi kolegami z Włoch oraz Japonii odbywam 20-kilometrowy spacer po zakamarkach Miasta Zmysłów. Jest naprawdę niezapomniane. Trudno wyjeżdżać, jeśli wiem, że w tym mieście za każdym rogiem czai się uśmiech, przygoda, nowa twarz i rozmowa. Mijają się tradycje, przenikają nieskończone ilości ludzkich jednostek i pulsuje nieustające życie potężnych przestrzeni nieoficjalnej stolicy Turcji.

 

Czar Południa

Szybko jednak o tym zapominam, kuszona wizją czarująco słonecznej Grecji z jej winem, oliwkami i innymi rozkosznymi przynętami. Bierzemy kurs na Trójząb Chalkidiki. Droga prowadzi cały czas wybrzeżem, którego jasny błękit nie pozwala odmówić sobie nawet krótkich kąpieli. Jak zwykle dojeżdżamy w zaplanowane miejsce już o zmroku. Przed całkowitym jego zapadnięciem zdążamy jeszcze dostrzec jak sielski krajobraz przygotował nam Sebastian, pełniący rolę pioniera i kierownika wyprawy.

Idylla trwa trzy dni. Lazurowa woda, biały piasek i egzotyczne ryby ładują nam baterie –  przyda się w drodze powrotnej.

Grecja, rajska plaza Sithonia
Grecy ze stacjonującej na plaży Kantiny zapraszają mnie do siebie. Jedno piwo rozwija się w długonocne rozmowy o kryzysie, życiu, kobietach. Natura grecka jest faktycznie nie do podrobienia. Fundujemy sobie jeszcze motowycieczkę po Sithonii, w strojach całkiem nieformalnych, nie przekraczając 50 km/h, co dopełnia szczęścia już chyba ponad miarę. W takich nastrojach szykujemy się do odwrotu.

Mijamy piękną i niedocenianą Macedonię, obiecując sobie że wrócimy tam kiedyś poświęcając co najmniej tydzień na zgłębienie jej uroków. Choć od granicy do granicy mija nie więcej niż 150 kilometrów, to malutki kraj robi na nas wrażenie egzotyką krajobrazów. W Serbii mile zaskakuje nas poczucie bezpieczeństwa. A co do niej byłam najbardziej ostrzegana przed wyjazdem.

Serbia, świt na odludziu
Jak się okazało bezpodstawnie, chociaż ostrożność i zasada ograniczonego zaufania obowiązuje oczywiście wszędzie. Znajdujemy – jakaż niespodzianka – po ciemku, niemal po omacku odludny nocleg na polu gdzieś wśród wzgórz. Padamy, by o 6 rano pomknąć dalej. Granicę Unii Europejskiej, czyli serbsko-węgierską przechodzimy w dość zabawny sposób, wykorzystując refleks, uśmiech i moją naklejkę z flagą turecką na szybie. Omijamy kolejkę, na oko co najmniej pięciogodzinną, sposobem „na motocyklistę”. Objeżdżamy sznur samochodów z boku i ustawiamy się niemal pod samą budką. Mrugając rzęsami do podjeżdżającego akurat Turka, migamy mu rodzimą flagą przed oczami i wciskamy się przed ogłupiałego kierowcę szczerząc zęby w uśmiechu od ucha do ucha.

 

Motocyklem do kominka

Cała droga powrotna to naliczanie kolejnych kilometrów – wszak długość urlopu ściśle określona. Ja czerpię satysfakcję z pobijania kolejnych rekordów odległości przebytych za jednym zamachem.

Słowacja uderza nas upałem i nieodpartym wrażeniem, że to co swojskie, to najpiękniejsze. Rozstanie ze współtowarzyszami skutkuje wrażeniem zgubionego gdzieś po drodze bagażu, a ja docieram w końcu do domowej przystani u jednej z niezastąpionych bratnich dusz. Ratuje mnie to przed samotnym doliczeniem do 500-kilometrowego przebiegu tego dnia jeszcze 150 do Krakowa, co byłoby wykonalne, ale nie tak przyjemne jak dnia następnego.

Usłyszałam ostatnio od bliskiego podróżniczym temperamentem osobnika zdanie, że wracając z trasy wchodzi do wanny z przyjemną wizją siedzenia przy kominku i planowania następnych kilometrów w świecie. Chyba jestem zbyt niecierpliwa na kominek. Po powrocie z Bałkanów, wchodząc do wanny pomyślałam, że chciałabym jutro znów obudzić się gdzie indziej.

Trasa nie była bardzo trudna, ani nużąca, Południe to przyjemny kierunek chyba dla każdego. Nam bałkańska pętla zajęła dwa tygodnie w nieśpiesznym tempie. Finalnie naliczyłam 5 tysięcy przejechanych kilometrów, z których każdy był przyjemnością.

3 KOMENTARZE

  1. Też byłem w Turcji, tylko że po asfalcie i rzeczywiście moge ten kraj z czystym sercem polecić. Turcja ma świetre drogi, piękne krajobrazy, mnóstwo zabytkowych miejsc, ciepły klimat, dużo słońca i wyśmienite jedzenie. Na prawde polecam. I mimo ze bylem solo zawsze czulem się tam bezpiecznie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here