O wspólnym motocyklowym wyjeździe do Maroka myśleliśmy z moja żoną od dawna. I właśnie nam się to udało. Spędziliśmy tam tydzień wypełniony intensywną jazdą po fantastycznych drogach, podziwianiem widoków, smakowaniem lokalnej kuchni i zabawą w doborowym towarzystwie. Oto krótka relacja z tej podróży, wraz z mapkami i opisem poszczególnych odcinków – bierzcie, inspirujcie się i idźcie w nasze ślady!
Kilka tygodni temu dostałem krótkiego maila od Konrada z zaprzyjaźnionej wypożyczalni motocyklem.pl, z której braliśmy GS-a i Tenerę na naszą zeszłoroczną podróż po Andaluzji. „Robimy pilotażową wycieczkę po Maroko. Jedziecie?”. Szybki przegląd możliwości urlopowych, telefony „po prośbie” do dziadków, czy zechcą przez tydzień zająć się naszym potomstwem i zapada decyzja – jedziemy!
Bezpośredni lot z Warszawy do Malagi, cztery godziny i jesteśmy na miejscu. Musieliśmy wyjechać z domu o 3 w nocy, więc po zameldowaniu się w przyjemnym i niedrogim hoteliku pod miastem popołudnie spędzamy na plaży.

Wieczorem zaczyna się zjeżdżać reszta ekipy, bo tym razem mamy wyjazd grupowy. Chłopaki podstawiają pod hotel motocykle, wybieramy z Moniką szarego GS-a 1250 Adventure. Mamy ruszyć następnego dnia około południa, niestety ostatni członek wyprawy dociera na miejsce z opóźnieniem. Ostatecznie wyjeżdżamy z Malagi do portu w Algeciras koło Gibraltaru wczesnym popołudniem. Niemal od razu łapie nas na autostradzie rzęsisty deszcz, który będzie nam później towarzyszył przez długie godziny…

Niestety spóźniamy się na prom o kilka minut. Czekamy więc dwie godzinki w barze na kolejny i przy okazji lepiej wzajemnie poznajemy. Udało się zmontować fajną ekipę: Robert i Daniel z MotoVibe Tours pełnią rolę przewodników. Ponadto jadą Tomek i Krzysiek oraz my z Moniką, jako jedyna para. W strugach deszczu wjeżdżamy na prom, który po godzinie dociera do Ceuty. To skrawek afrykańskiego kontynentu należący do Hiszpanii. Myśleliśmy, że uda nam się dojechać do przejścia granicznego z Marokiem w normalnych ciuchach. Niestety tutaj również leje. Nie mając w zasięgu wzroku innego zadaszenia, na nielegalu przecinamy chodnik dla pieszych i podjeżdżamy pod miejscowy komisariat policji. Funkcjonariusze początkowo są wzburzeni, ale widząc naszą sytuację pozwalają nam się przebrać.

Przejście graniczne jest zatłoczone, ale i tutaj możemy liczyć na przychylność służb. Od razu zapraszają nas pod wiatę. Kontrola dokumentów i motocykli jest dosyć długa i szczegółowa, w dodatku w towarzystwie tajniaków, którzy tu podejdą, tam zagadają… Wjeżdżamy na teren Maroka przemoczeni i zziębnięci, meldujemy się w pierwszym hotelu. Standard typowo europejski, szybko zasypiamy.

Maroko – dzień 1 – gaje pomarańczowe
Jesteśmy w przygranicznej miejscowości Fnideq (lub Al-Funajdik), malowniczo położonej nad brzegiem morza. Śniadanie w hotelu jest smaczne i pożywne, ale skromne. Tak będzie już codziennie – przyjechaliśmy do Maroka w Ramadan, okres postu. Muzułmanie nie jedzą i nie piją od wschodu do zachodu słońca, nie korzystają też z innych uciech, przynajmniej w teorii. W praktyce wygląda to różnie, turyści mają taryfę ulgową, ale też w różnym stopniu w zależności od regionu kraju.

Ruszamy na południe nadmorską trasą N16, biegnącą początkowo przez kilka kurortów. Naszą uwagę zwraca niezwykły porządek. Trawniki i palmy są idealnie przycięte, asfalt równiutki, krawężniki pomalowane, a zbierająca się woda spychana szczotkami do odpływów. Tak będzie w każdej ważniejszej miejscowości, a zwłaszcza tam, gdzie powszechnie szanowany król Maroka Muhammad VI ma jedną ze swoich licznych rezydencji.

Przez pierwsze 200-300 kilometrów mamy wrażenie, że wciąż jesteśmy w Hiszpanii, tylko może nieco mniej zamożnej. Krajobraz jest podobny – łagodne pagórki, średniej wielkości góry Rif i Atlas Średni, dobre asfalty i masa zieleni, która zupełnie nie kojarzyła nam się z, bądź co bądź, Afryką. Po drodze trafiamy do marokańskiego Grójca, czyli zagłębia sadowniczego, ale nie jabłkowego, tylko pomarańczowego. Intensywnie zielone uprawy ciągną się po horyzont. Od przydrożnego sprzedawcy kupujemy worek świeżych, soczystych i słodkich owoców, które pachną i smakują obłędnie.

Przejeżdżamy przez miasto Meknes, jedną z dawnych stolic Maroka, i pod koniec dnia docieramy do wrót Parku Narodowego Ifrane w górach Atlas Średni. Witają nas tam kilkusetletnie, imponujące cedry oraz stado dziko żyjących makaków, które śmiało podchodzą do turystów oczekując poczęstunku. Niestety po raz pierwszy stykamy się też z namolnymi sprzedawcami-nagabywaczami. Trzeba się będzie od nich przyzwyczaić, bo wyrastają jak spod ziemi na każdym postoju w co bardziej atrakcyjnych miejscach. A nawet na totalnych pustkowiach…

Maroko – dzień 2 – Wrota Sahary
Po noclegu w luksusowym wręcz hotelu w mieście Azrou kontynuujemy naszą podróż na południe. Zaczynają się typowo górskie trasy z dużą ilością zakrętów i nawrotów. Asfalty są dobre, bardzo dobre lub wręcz doskonałe. Wieść niesie, że król Maroka jest zapalonym motocyklistą, stąd liczne budowy i przebudowy krętych dróg w atrakcyjnych regionach całego kraju. Ile w tym prawdy, nie wiem.

Niezaprzeczalnym faktem jest natomiast stosunek miejscowej policji do dużych jednośladów, zwłaszcza na europejskich tablicach. Posterunki są wystawione na niemal każdym wjeździe i wyjeździe z miejscowości, nie byłem jeszcze w kraju z tak dużą ilością patroli na drogach. Miejscowe pojazdy są skrupulatnie sprawdzane, natomiast nas zawsze przepuszczano, najczęściej z uśmiechem, a nawet salutem. Również wtedy, gdy wpadaliśmy w teren zabudowany jeszcze z prędkością przelotową, prosto pod laserowy miernik prędkości. Uśmiech, i dalej w drogę. Jeżeli więc uważacie liczne kontrole i surowe mandaty za jedną z najbardziej uciążliwych rzeczy na motocyklowych wyjazdach, wybierzcie się do Maroka. Póki grubo nie narozrabiacie, panuje tam pełna swoboda.

Zjeżdżamy z asfaltowego makaronu w Atlasie Średnim na równinę. Ale, jak się okazuje, tylko na chwilę. Na horyzoncie majaczy bowiem coś, co początkowo bierzemy za wał z chmur. Szybko to nas dociera, że to ośnieżona ściana potężnego Atlasu Wysokiego, najwyższego pasma gór Atlas. Bierzemy go od wschodu, nowiutką, szeroką drogą, pełną bardzo szybkich zakrętów. Tzn. byłyby bardzo szybkie, gdyby nie potężny wiatr, który przestawia wręcz nasze ciężkie motocykle po pasie.

Powoli zjeżdżamy z gór, zieleń ustępuje miejsca surowym skałom i kamienistym równinom. Bujna roślinność utrzymuje się natomiast w żyznych dolinach rzek, takich jak płynąca efektownym kanionem rzeka Ziz.

Pod koniec dnia docieramy w końcu do Merzougi, najbardziej na wschód i południe wysuniętego punktu naszego wyjazdu. W mieście ustawiono symboliczną bramę, za którą wyrastają potężne wydmy Erg Chebbi, wznoszące się na wysokość nawet 150 metrów ponad poziom terenu. To już jedna z najbardziej wysuniętych na zachód części Sahary – największej pustyni na świecie.

Meldujemy się w hotelu położonym na skraju miasta, z bezpośrednim wyjściem na wydmy. Ciekawe doświadczenie – otwieramy niepozorne drzwi na dziedzińcu z basenem i wychodzimy prosto na pustynię.

Piasek jest drobniutki i w świetle zachodzącego słońca zmienia kolor z każdą minutą. Właściciel hotelu namawia nas na poranny wyjazd quadami na pustynię, żeby stamtąd zobaczyć wschód słońca. Można też dołączyć do karawany na wielbłądach.

My jednak stwierdzamy, że wystarczającym poświęceniem będzie bardzo wczesna pobudka. Wschód słońca nad wydmami obserwujemy z wysokiego tarasu widokowego. Jest pięknie, jak w „Diunie”, a ciepło pierwszych promieni słońca wyraźnie czujemy na skórze. Pełna tarcza słoneczna wyłania się zza piasków w ciągu około dwóch minut.

Maroko – dzień 3 – skalne więzienie i fantastyczne kaniony
Rano, po kolejnym postnym śniadaniu, ruszamy na zachód. Po kilkudziesięciu kilometrach zauważamy z drogi ciekawy twór. Na środku kamienistej równiny wystaje wielki kocioł skalny, coś w rodzaju naturalnego fortu. Jego wysokie ściany tworzą niemal doskonały, zamknięty okrąg, a w jednym miejscu, w którym pozostaje otwarty, stoją resztki bardzo starych murów i brama. To Gara Medouar, w którym kilkaset lat temu Portugalczycy urządzili bardzo surowe więzienie. Temperatura we wnętrzu tego kotła dochodzi ponoć do 55°C.

Prowadzi tam z głównej asfaltowej drogi kilka szutrowych szlaków, na których zdarzają się wyschnięte strumienie i łachy drobnego piasku, trzeba uważać. W Gara Medouar kręcono kilka filmów, m.in. „Mumię” i któregoś Bonda. Zresztą, w czasie naszej wizyty przygotowywano plan pod kolejną produkcję. Ciekawą sprawą są też skamieniałości. Miliony lat temu było tutaj dno morskie, z łatwością można wypatrzeć odciśnięte w skałach muszle.

Wracamy na drogę i dojeżdżamy do miasta Tinghir, również położonego w obszarze zielonej doliny rzecznej. Tuż za nim wjeżdżamy do zjawiskowego kanionu Todra (lub Toudha). Jest wąziutki, a jego ściany niemal pionowe, o wysokości dobrze ponad 100 metrów. Czujemy się malutcy, ściśnięci i… zachwyceni.

Głęboka dolina rzeki o tej samej nazwie ciągnie się przez wiele następnych kilometrów. Jedziemy nią na północ, a w miejscowości Tamtetoucht odbijamy w lewo, w starą i mało uczęszczaną drogę RP7104, której nie pokazują nawet Mapy Google.

Trasa jest zniszczona, pokryta płatami starego asfaltu, ale najczęściej z nawierzchnią ziemną. Trzeba naprawdę uważać, zwłaszcza po deszczu. Z prawej strony ściana skalna, pod nami dróżka szerokości na półtora auta, dalej już tylko przepaść, żadnej bariery, murka czy innych zabezpieczeń. Liczne ciasne nawroty na gliniastym podłożu. Kto nie ma doświadczenia z ciężkimi motocyklami, w dwie osoby i z bagażem, z pewnością się tutaj spoci, mimo chłodnego wiatru. Widoki rekompensują jednak wszystko – jest surowo, nieco marsjańsko, majestatycznie i wspaniale!

Przebijamy się do wioski Ait Ounir, w której wjeżdżamy na główną drogę R704. Jesteśmy w sieci kanionów rzeki Dades. Coś fantastycznego – widoki dosłownie jak w Wielkim Kanionie Kolorado. Rzeka wije się meandrami, a jej śladem podążają skały, które widziane z góry tworzą wyszukane kształty. Jeden z tych gigantycznych garbów ma nawet swoją nazwę – skorupa żółwia. Generalnie co zakręt, to taras z genialnym widokiem.

Nieco dalej na południe znajduje się restauracja Timzzillite, położona nad punktem, w którym droga schodzi w dół serią bardzo stromych, wręcz „skompresowanych” serpentyn. Z tarasu lokalu robi się chyba najbardziej znane zdjęcia kanionu Dades, właśnie z tym drogowym makaronem. Zamawiamy obiad, a w czasie, kiedy go przygotowują, jeździmy w dół i w górę. Wielka przyjemność.

Na nocleg docieramy do hotelu Dar Essyaha, w pobliżu miejscowości Toughazouli. Niepozorny budynek przy górskiej drodze okazuje się okazałym, wielopiętrowym obiektem, posadowionym na ścianie głębokiego wąwozu. Mamy nie tylko spektakularny widok z okna, ale też samo wnętrze przesiąknięte jest orientalnym klimatem.

Maroko – dzień 4 – potęga gór i rdzawy wodospad
Kolejny dzień to dalsze przebijanie się przez Atlas Wysoki. Po chwilowym zjechaniu na równinę i drogę N10, odbijamy w prawo w N23 i kierujemy się wprost w górską ścianę. Przed nami ponad 100 km wymagającej trasy, będącej w przebudowie. Niby kilometrowo niedużo, a schodzi nam dobre kilka godzin uważnej jazdy po bardzo zmiennej i zdradliwej nawierzchni.


W jednej z górskich wiosek zatrzymujemy się na obiad. Zamawiamy tajine (czyt. tażin) – gorącą potrawę przygotowywaną w glinianej misie z wiekiem w kształcie stożka z otworem na górze. Skład i smak tażina bywa różny, najczęściej są to gorące warzywa z kawałkami mięsa, na górę wbija się także kilka jajek. Do tego miejscowe pieczywo w formie placków, oliwki i inne dodatki. Generalnie – pyszne! Dodatkową atrakcją w trakcie posiłku jest zawodzący śpiew muezzina z miejscowego meczetu wzywającego do modlitwy, niosący się echem wśród skał.

Na jednej z przełęczy wjeżdżamy w chmury. Widoczność spada miejscami do 1-2 metrów, jedziemy powoli na światłach awaryjnych i mamy szczerą nadzieję, że żadne auto ze zbytnim optymistą za kółkiem nie wjedzie nam w plecy.

W końcu wyjeżdżamy z najwyższych gór i kierujemy się do miasta Ouzoud. Przepływa przez nie niepozorna rzeczka Tissakht, która w pewnym momencie spada do głębokiego na ponad 100 metrów wąwozu serią efektownych kaskad, tworząc najwyższy wodospad Maroka. Wytyczono wokół niego bardzo ładna ścieżkę spacerową, w pobliżu której mieszkają dziko żyjące małpy.

Jedyny minus zejścia z parkingu na sam dół jest taki, że później trzeba podejść, co w ciuchach i butach motocyklowych jest średnio przyjemne. Woda w kaskadach ma na co dzień biały kolor, natomiast my trafiliśmy na okres po obfitych deszczach, kiedy rzeką spływa duża ilość ziemi z gór. Wodospad jest wtedy rdzawo-brązowy, co również ma dużo uroku. Nocujemy w jednym z miejscowych hoteli.

Maroko – dzień 5 – Casablanca i Rabat
Piąty dzień podróży po Maroku rozpoczynamy od efektownego i bardzo przyjemnego zjazdu z Atlasu krętą drogą RR304. To już niestety nasze pożegnanie z górami i tym stylem jazdy – przed nami rozpościera się wielka równina.

Niezbyt ciekawymi, ciągnącymi się czasem prostą linią po horyzont drogami wśród pól uprawnych, docieramy w końcu do Casablanki. To największe i najbardziej znane miasto Maroka, choć nie jego stolica. Ruch uliczny jest tutaj bardzo gęsty i chaotyczny, a klakson jest bardzo ważnym narzędziem. Omijamy korki tak jak miejscowi motocykliści i kierowcy skuterów – gdzie się da i jak się da. Czasem pod prąd, czasem chodnikiem, a nawet wyniesionym torowiskiem tramwaju (jeżdżą tu składy z bydgoskiej Pesy), na które zaprosił nas miejscowy policjant. Generalnie już po wyjeździe z miasta czułem się, jakbym przeszedł jakąś grę.

W Casablance podjeżdżamy do wybrzeża Atlantyku, oglądamy latarnię morską i słynny meczet króla Hasana II, jeden z największych na świecie. Z jego ogromnego minaretu (ponad 200 m wysokości) po zmroku światło lasera kieruje uwagę wiernych w stronę mekki. Budynek ma też rozsuwany dach. Podjeżdżamy także do efektownej katedry Najświętszego Serca, obecnie zdesakralizowanej i pełniącej funkcję obiektu wystawienniczo-eventowego. Takie koleje historii… Zatrzymujemy się też na chwilę przy słynnej Ricks Cafe z filmu „Casablanca”.

Tutaj też spotykamy się z największymi niedogodnościami Ramadanu. Jestesmy bardzo głodni i w szukamy w centrum jakiejś czynnej knajpki czy choćby stoiska z jedzeniem. Wiele z nich działa, ale wydaje posiłki wyłącznie na wynos. Nie możemy usiąść przy stolikach, ani nawet zjeść na ulicy. W końcu w jednym z punktów zgadzają się sprzedać nam coś do jedzenia, ale mamy to spożyć kawałek dalej, przy motocyklach. Kiedy jemy zupę grzybowo-kalmarową z plastikowych misek i jakieś mięsno-warzywne zawijańce (wszystko pyszne!), miejscowi patrzą na nas z ukosa. Starsze panie podchodzą do sprzedawcy i wygarniają mu łamanie zasad. Szczyt następuje, kiedy dwóch naszych kolegów zapala papierosy. Grupa pracujących obok robotników przerywa robotę i patrzy wręcz wrogo, a jakiś uprzejmy student nienaganną angielszczyzną mówi, że stanowczo nie radzi publicznie palić w Ramadan. Miejscowym grozi za to nawet rok więzienia.

Po południu wyjeżdżamy z Casablanki i w ogromnych korkach, początkowo ekspresówką, potem nadmorskimi drogami lokalnymi, kierujemy się w stronę Rabatu. Oba miasta dzieli mniej więcej 90 kilometrów. Od razu widać, że zbliżamy się do stolicy, siedziby króla. Patrole elegancko umundurowanych służb stoją już nie tyle w każdym miasteczku, co na każdym rondzie. Kiedy mijamy ogrodzenie z drutem kolczastym, okalające jeden z obiektów militarnych czy rządowych, budki uzbrojonych strażników rozstawione są dosłownie co 200 metrów.

W Rabacie meldujemy się w hotelu w kamienicy na starówce, chwile odpoczywamy i wychodzimy na wieczorny spacer. Najpierw wzdłuż murów ogromnego cmentarza miejskiego idziemy pod latarnię morską, a następnie na zwiedzanie Kasbah des Oudayas. To rodzaj starej, dużej twierdzy, której mury górują nad samym brzegiem oceanu. Do dziś jest to hermetyczna dzielnica mieszkalna, pełna tajemniczych zaułków, opanowana przez koty.

Przystawił się do nas oczywiście lokalny przewodnik, który pokazał nam ciekawe miejsca i opowiedział historię Kasbah. Warto było zrzucić się po kilkadziesiąt dirhamów, bo złapaliśmy kontekst. na schodach przed twierdzą kręcono scenę pościgu samochodowo-motocyklowego w jednej z części „Mission Impossible”. Podobno miejscowi długo obijali je deskami, chroniąc przed uszkodzeniem.
W dalszej części spaceru obejrzeliśmy (z zewnątrz) wieżę Hassana i Mauzoleum Mohammeda V, miejsca spoczynku poprzednich królów Maroka. Akurat w miejscowym meczecie skończyły się wieczorne modły, więc wracaliśmy do hotelu przez starą część Rabatu (Medynę) w towarzystwie setek pobożnych muzułmanów. Casablanca i Rabat są świetnymi miastami do zwiedzania dla tych, którzy… lubią miasta. Ja akurat nieszczególnie, wolałbym zostać dzień albo dwa w górach. Ale taki urok wyjazdów zorganizowanych, jest program, musi być pewna dyscyplina.

Następnego dnia mieliśmy w planach powrót bocznymi drogami do Ceuty. Pogoda była jednak bardzo niepewna i nie chcieliśmy ryzykować odwołania połączeń promowych. Każdy z nas miał już kupiony lot powrotny z Malagi. Dlatego jak najszybszą trasą, autostradą, dojeżdżamy do Tangeru, gdzie udaje nam się wsiąść na szybki prom do hiszpańskiej Tarify. Europa wita nas, a jakże, potężną ulewą, ale też imponującą podwójną tęczą nad taflą morza. Do Malagi docieramy późnym wieczorem, a cały wyjazd kończymy bankiecikiem w hotelowym ogródku. Pięknie było!

Wraz z Moniką dziękujemy wypożyczalni motocyklem.pl za kolejną świetną maszynę, przewodnikom Robertowi i Danielowi z MotoVibe Tours za sprawne przeprowadzenie przez kolejne punkty trasy i pomoc w formalnościach, a Krzyśkowi i Tomkowi za kapitalne towarzystwo. Pozdrawiamy wszystkie krowobyki, gdziekolwiek żerują!


Garść informacji praktycznych o podróżowaniu przez Maroko przekażę wam w oddzielnym artykule. Już niebawem na nasz kanał YouTube wpadnie również film.
