Moja wyprawa na Nordkapp to 17 dni burzenia stereotypów – a to o norweskiej pogodzie, a to nudnej Finlandii. Przez ten czas wchłonąłem wiele piękna – bez cienia przesady mogę powiedzieć, że stałem się innym człowiekiem.

Moja norweska przygoda rozpoczęta. Kilka ostatnich dni to istny kołowrotek organizacyjny. Cholera, tyle do załatwienia przed wyjazdem nie miałem chyba nigdy. A najgorsze, że kłopoty mnożą się w chwili, gdy wydaje się, że sytuację mam wreszcie pod kontrolą. Koniec końców udaje się wszystko opanować, tak przynajmniej sądzę na ten moment.


Podczas wyprawy na Nordkapp testowaliśmy otrzymane od Dobrych Sklepów Motocyklowych komplet odzieży Rebelhorn Cubby III i kask szczękowy Airoh Phantom S.


Pakuję się w pośpiechu, ze stresem, że zapomnę o czymś istotnym. Kiedy o 10.30 ruszam z rodzinnego miasta, cały ten pośpiech traci na znaczeniu. Od teraz jestem w drodze i cokolwiek się stanie, dam radę… lepiej lub gorzej, ale dam radę!

Droga FV986 w kierunku Kjerag

Większość drogi w kierunku Gdyni odprowadza mnie kolega. Dzwoni kilka dni wcześniej z pytaniem kiedy dokładnie ruszam, bo chce zorganizować sobie czas na eskortowanie mnie w stronę przeprawy promowej. Miło z jego strony…

Jedziemy bocznymi drogami, tak jak lubimy. Przystanek robimy w Malborku po czym Piotrek życzy mi szerokiej drogi i obiera kierunek do domu przez kaszubskie lasy. Ja dojeżdżam do portu sporo przed czasem. Nocny rejs, rano start na szwedzkiej ziemi.

Zaczyna się…

Kemping Fennefoss

Zjeżdżam z promu, a potem cały dzień jadę tranzytem przez Szwecję. Wjeżdżam do Norwegii, gnam pod Oslo. No, może “gnam” to lekka przesada – wiadomo jakie tam grożą mandaty. Po około 900 km dojeżdżam na kemping Fennefoss… i padam. Przedtem mam jednak okazję posmakować norweskiej otwartości. Dzwoniłem wcześniej do recepcji z informacją, że z powodu blokady drogi będę sporo po 22. Pani przekazała, że domek czekać będzie otwarty. I czeka.

Ciężko wstać i się zebrać, gdy jeszcze kilka godzin wcześniej tyłek palił bezlitośnie od całodniowej jazdy. Ruszam koło dziesiątej. W zasadzie to codziennie koło 22 padam wycieńczony, a rano zbieram się jakbym chciał, a nie mógł… Łatwo nie jest, za to cholernie ekscytująco! Najfajniejsze jednak, że każdego dnia realizuję założony plan… czyli dojeżdżam mniej więcej 300-400 km i robię od groma fotografii.

Pierwsze fiordy, rwące rzeki i górskie krajobrazy uraczyły moje oczy swym widokiem – Norwegia jest przepiękna, a ja mam ogromne szczęście oglądać ją w genialnej pogodzie.

Dziś celem jest przejazd do Lysebotn i dalej na północ.

Lysebotn? Nic takiego aż

Schronisko pod Kjerag

Nieraz widziałem na zdjęciach tę krętą trasę, wpiętą w górskie zbocze. Jednak sama droga jak droga, mnie nie zachwyca – serpentyny, tunel, który zakręca w pewnym momencie o 180 stopni (szacunek dla norweskich budowniczych). O wiele większe wrażenie robi na mnie sam dojazd FV986 do Kjerag. Piękne, częściowo otwarte zakręty wiją się kilometrami.

Okazuje się, że promem w kierunki drogi numer 13 już tego dnia nie popłynę, ale to żaden problem. Wsiadam na Hankę i wracam FV986 z przyjemnością. Docieram do Oddy, gdzie zaczynam codzienną wieczorną procedurę: kontakt z bliskimi, ładowanie szpeju elektronicznego, przegląd i backup zdjęć. Gdzieś w trakcie tradycyjnie też padam ze zmęczenia.

Tego dnia spotykam kilku Polaków, wszyscy zgodnie mówią, że prawdziwie zachwycające widoki zaczną się, jak pojadę na północ w okolice Bergen i wyżej. Nie wiem o co im chodzi, bo tutaj też jest pięknie!

To będzie wyjazd inny niż dotychczasowe. Wiem to już po dwóch dniach tutaj.
Przede wszystkim całościowy dystans będzie o wiele większy. Dzienne przebiegi też… i to po górach. Dupogodziny spędzone w siodle będą rosły, a długość wyjazdu nie zmieni się specjalnie względem zeszłorocznych.

Wzrokowy orgazm

Dojazd do punktu widokowego Stegastein – widok na fiord Aurland

Trzeci dzień nordyckiej wyprawy potwierdza moje przypuszczenia – lekko nie ma. Ruszam rano z kempingu w Odda. Wzdłuż fiordu, malowniczą drogą numer 13, w kierunku Flam. Po niespełna godzinie postanawiam zjeść śniadanie podziwiając góry wpadające wprost do morza.

Po posiłku kieruję się prosto do pierwszego celu – punktu Stegastein Viewpoint. Platforma zawieszona nad fiordem, ze szklanym frontem pozwala podziwiać ten niesamowity widok dając jednocześnie wrażenie braku barier między oglądającym, a przestrzenią dookoła. Sama droga dojazdowa również robi wrażenie – wąsko, kręto, bez zabezpieczeń… podoba mi się.


Motocyklowy Włóczykij

Rebelhorn Cubby III, podczas 8 tysięcy kilometrów po norweskich drogach w różnych warunkach pogodowych udowodnił, że w pełni zasługuje na miano podróżnika – jest bardzo wygodny, wytrzymały, w prawie każdej sytuacji zapewnia komfort termiczny. Najlepsze jest to, że Rebelhorn Cubby III kosztuje ułamek tego, co trzeba zapłacić za turystyczne ciuchy znanej marki. A działa niemal tak samo.


Z punktu ruszam dalej w kierunku Laerdal – omijam tym samym główną trasę E16 – warto to zrobić, bo droga dostarcza widoków mogących przyprawić o wzrokowy orgazm. Łagodnymi łukami wije się górskimi szczytami pozwalając zachwycić się przestrzenią dookoła. Góry po horyzont – pięknie! Gdzieniegdzie nadal skute lodem jeziorka i rwące górskie strumienie. Sporo z tych widoków przypomina znany mi już Durmitor w Czarnogórze i rumuńską Transalpinę, tylko na większą skalę!

W Laerdal kieruję się na kolejną jak się okaże widokówkę Norwegii. Trasa 53, choć płatna 80 NOK, to warta przejechania każdego kilometra. Tutaj z kolei widzę sporo podobieństw do Transfogaraskiej, ostre skały, a między nie wciśnięty kręty asfalt, raj dla motocyklistów! Droga 53 łączy się z 55 w Turtagro, stamtąd obrzeżami przepięknego parku Jotunheimen dojedziesz do E15.

Droga z 53 w kierunku Lom

Właśnie przy E15 po 375 kilometrach zatrzymuję się na kempingu Furuly – mam już niedaleko do Geiranger i Drogi Trolli, które jutro.

Lovatnet – strzał w 10

Na mapie ciekawi mnie niewielki, w porównaniu do innych okolicznych, fiord. Trochę schowany na uboczu, z jedną tylko drogą dojazdową. Dookoła tak oblegane miejsca turystyczne Norwegii jak Stryn i Oppstryn, a że tłumów nie lubię, to postanawiam sprawdzić to miejsce. To strzał w dziesiątkę.

Lovatnet – najpiękniejszy fiord jaki widziałem do tej pory. Z każdej góry, z każdego zbocza płynie wodospad! Gdzie nie spojrzysz tam woda leje się do błękitnego zbiornika na dole. Postanawiam spędzić tu dłuższą chwilę.

Lovatnet

Jem niespieszne późne śniadanie, fotografuję i po prostu siedzę ciesząc się tym, że natura potrafi zrobić tak piękne krajobrazy, a ja mogę je podziwiać z perspektywy motocykla.

Żal wyjeżdżać z Lovatnet, czeka jednak na mnie kolejny fajny punkt – Geiranger. Dojeżdżam do niego krętymi górskimi drogami, na których autokary pełne turystów z trudem manewrują. Jakie to szczęście, że na motocyklu mogę ich wszystkich zostawić daleko w tyle – niech siedzą sobie w puszkach, za szkłem… ja i Hanka jako część tej drogi sprawnie suniemy serpentynami przed siebie. Mam niesamowitego farta, bo jest mało ludzi w punkcie widokowym na fiord. Piękna pogoda przyciąga tutaj tłumy, a mi udaje się być niemalże solo!

Z Geiranger uderzam na północ w stronę kolejnej motocyklowej mekki – Trollstigen, Drabiny Trolli. Tuż przed wjazdem robię dłuższą pauzę. Po godzinnej regeneracji i posiłku, startuję. Pierwsze trzy kilometry dobrze mnie nastrajają.

Pięknie, choć nic nie widać

Trollstigen we mgle od pierwszej serpentyny

Drabina Trolli to jedna z najpiękniejszych motocyklowych dróg świata. Marzyłem żeby nią przejechać – w sumie udaje mi się, tyle że nic nie widzę. Gwałtownie spada temperatura, na rękawach kurtki pojawia się szron. Mgła jest tak gęsta, że serpentyny, wodospady i panoramę ze szczytu mogę podziwiać jedynie na zdjęciach – cudzych. Wierzchołek trasy widzę jako pinezkę na ekranie telefonu… nic poza tym. No cóż, bywa i tak – nie zawsze można mieć super pogodę. Nisko, tuż u podnóża trasy wyjeżdżam z mgły. Ten przejazd dał mi niesamowitą lekcję.

Noc spędzam w hytte nad samym brzegiem Tresfjordu. Widok powala – warty jest każdej wydanej norweskiej korony, a było ich niemało. Jutro prę dalej na północ!

Dzień piąty rozpoczynam rano, koło szóstej. W planie mam przejechanie aż za Trondheim, ale zanim to zrobię zobaczę Drogę Atlantycką. Po śniadaniu, umyciu Hanki i pakowaniu ruszam znad Tresfjordu.

Poprowadzona odcinkami nad otwartym oceanem Droga Atlantycka to w rzeczywistości jeden, czy dwa interesujące fragmenty. Zaliczana jest do jednych z najniebezpieczniejszych tras świata (pewnie z powodu silnych wiatrów w czasie niepogody). W znakomitej większości biegnie tunelami i środkiem lądu, omijając nadbrzeżne zabudowania.

Droga Atlantycka

Dlatego zanim dojadę do charakterystycznych mostów wybieram inną opcję przejazdu od Molde – trasy rowerowe. Poprowadzone są one asfaltami wzdłuż nabrzeża i są znacznie ciekawsze niż główna trasa. Jedziesz wolniej, ale widzisz więcej niż betonowe ściany tunelu – polecam.

Miłość, miłość na Lofotach

Słynne mosty obfotografowuję w towarzystwie dwóch motocyklistów z Koszalina, również zmierzających na Nordkapp. Gadamy kilka chwil, po czym oni startują dalej, czas ich goni. Ja z kolei zatrzymuję się na obiad tuż przed Kristiansund. Potem płatnym tunelem przez miasto wydostaję się na główną trasę prowadzącą na północ. Nic ciekawego nie dzieje się od tego momentu. Jazda, tankowanie, kawa, siku i tak w kółko.

Co więcej, dzień szósty zaczynam w tym samym trybie o szóstej rano, a kończę tuż przed północą. Półtora dnia jazdy, pierwszego dnia 530 km, drugiego 820 km. Tyłek pali bezlitośnie. Jedynym fajnym akcentem tej podróży jest świadomość, że w którymś momencie przekraczam koło podbiegunowe. No to teraz zacznie się prawdziwa zabawa!

Koło podbiegunowe

Natura chce zaznaczyć, że od tej pory nie ma żartów i zaraz za kołem zaczyna wiać jak cholera. Jadę płaskowyżem, wśród górskich szczytów, skał i znikomej roślinności, a podmuchy próbują zepchnąć mnie z drogi. Dojeżdżam po długich, niespełna siedemnastu godzinach na Lofoty. Zmęczony, ale szczęśliwy! Tu spędzę trzy noce i zregeneruję siły przed ostatnim etapem podróży na Przylądek Północny.

Lofoty pokochałem od pierwszego wejrzenia. Już obserwując przepiękne zdjęcia tego regionu chce się go odwiedzić, a mi udaje się spędzić tu aż trzy dni… spełniłem marzenie!

Zakochuję się w Lofotach po jednym dniu jeżdżenia motocyklem i robieniu zdjęć. Fajnie, jednak niełatwo musi się tu żyć. Surowe góry dookoła, kutry i porty rybackie świadczące o ciężkiej pracy za kawałkiem chleba, silny morski wiatr, a mimo że jest to miejsce dość zaludnione, to jednak pewna dzikość bijąca od otaczającego wyspowego świata dają zestaw, który mnie urzeka.

Lofoty – Napp

To miejsce jest niezwykłe i zarazem trudne do uwiecznienia na fotografiach. Chcę pokazać wszystko, a przecież się nie da. Mógłbym zatrzymywać się co sto metrów i miałbym motyw do łapania kadru. To samo stwierdza napotkany po drodze motocyklista z Częstochowy na SuperTenere. Mijamy się wielokrotnie, obaj z aparatami w dłoniach i śmiejemy, że jazdy jest tego dnia niewiele, bo co chwila trzeba się zatrzymać na foto. I dobrze, tego mi trzeba.

W nocy pod globusem

Dodatkowo, przez białe noce tracę całkowicie poczucie czasu i orientuje się przed 21, że mam jeszcze ponad 2,5h jazdy na kwaterę. Długi i intensywny dzień, a niewiele kilometrów w siodle. Jutro będzie jeszcze mniej, bo potem czeka mnie przejazd na północ, do Alta, skąd zaatakuję Przylądek Północny.

Przejazd z Lofotów do Alta jest trzecim trudnym dniem tego wyjazdu. Już od samego rana pada deszcz. Potem leje, potem schnę, potem znowu leje, a potem znowu schnę. I tak w kółko przez niespełna siedemset kilometrów. Powódź w butach – goretex w moich Sidi skończył się jak na zawołanie, najpierw w prawym, potem w lewym bucie dwa dni wcześniej gdy spacerowałem lofockimi strumieniami. Stare dobre patenty – reklamówka i gazety w butach pozwoliły mi dojechać w miarę komfortowo do Alta.

Sprawdzam po raz ostatni prognozę pogody i ruszam 250 km z Alta na północ.
Wygląda to jak anomalia, bo zapowiadają słońce i 16 stopni – chcę tam wtedy być!

Nordkapp po raz pierwszy – godzina 19

O 2.45 staję pod globusem Nordkapp. Tym razem z moją Hanką u boku. W dzień jest tutaj tak tłoczno, że zrobienie dobrej foty okazuje się niewykonalne.

Po partyzanckiej akcji wjazdu koło trzeciej nad ranem pod północny globus wyjeżdżam spod Nordkapp dopiero po dziesiątej. Aura nie nastraja, siąpi delikatna mżawka, a temperatura bliska jest 6 stopniom. Do tego wieje silny boczny wiatr. No nic, na dobrą wróżbę nie zakładam przeciwdeszczówki – za to zakładam wszystkie możliwe ciuchy pod kurtkę i spodnie.

Mijam tego dnia ostatnie norweskie górskie krajobrazy, a stalowe chmury długo mi towarzyszą. Całe szczęście opady w końcu ustają. Dojeżdżam po kilku godzinach do granicy w Karigasniemi. Zaraz po fińskiej stronie jest mało widoczny sklep z mięsem reniferów – warto zrobić tam zakupy, pychota!

Nordkapp po raz drugi – godzina 2.45

Fiński krajobraz jest zupełnie inny niż norweski. Kilku doświadczonych podróżników odradzało mi jechać najpierw przez Norwegię i wracać przez Finlandię, bo podobno krajobraz Finlandii po tym norweskim nie zachwyca. Eeee tam… Piękne, proste drogi przez las, ciągnące się kilometrami, a dookoła masa jezior i rzek. Co tu może się nie podobać?

Dowiaduję się szybko, na postoju… komary i meszki, które zażarcie atakują jak tylko odsłonisz kawałek ciała spod motocyklowego stroju!

Kurwa, ale akcja!

Tego dnia nocuję na kempingu pod miejscowością Ivalo – niedaleko jeziora Inari, na którym znajduje się święta dla Lapończyków wyspa Ukko. Jezioro powala swoją wielkością (a nie jest to największe fińskie jezioro), a jego linia brzegowa ma 3300km!

Ledwo wracam spod prysznica, oporządzam manele na kwaterze, a słyszę podjeżdżające gdzieś niedaleko motocykle. A po chwili dobiega mojego ucha: – Ty patrz! Ale jaja! No nie mogę, Kurwa, ale akcja! Wyłażę na zewnątrz i widzę Staszka i Bartka, dwóch dolnośląskich motocyklistów spotkanych na Lofotach. Przejechaliśmy tysiące kilometrów, żeby spotkać się zupełnym przypadkiem gdzieś w Laponii.

Mimo że ich plan dnia zakłada nocleg gdzie indziej, trafiają tutaj. A na dodatek mamy sąsiednie domki. Chłopaki zgodnie twierdzą, że to nie może być przypadek i trzeba na to konto otworzyć butelkę, którą wiozą z domu. Jak postanawiają, tak robią.

Spędzamy jasny polarny wieczór przy długich rozmowach, a następnego dnia startujemy do Świętego Mikołaja, do Rovaniemi. Jest tylko jeden problem – ma lać przez większość trasy. Prognozy są trafne. Leje pół trasy. Dojeżdżamy do Rovaniemi po osiemnastej. Mikołaja nie ma: wioska czynna jest od 9 do 17. Kilka czynnych sklepów z pamiątkami i ogólne wrażenie, że nic tu po nas szybko nas stamtąd przepędza. Ja jadę w kierunku swojego noclegu, a chłopaki gdzieś dalej szukać czegoś dla siebie. Może się jeszcze kiedyś spotkamy w drodze, kto wie.

Następnego dnia rano wracam zrobić powrotne pamiątkowe zdjęcie na kole podbiegunowym i startuję na południe. Czeka mnie kilka dni tranzytu, w piątek mam prom powrotny z Helsinek.

Magnes Włóczykija

Fińskie krajobrazy są zupełnie różne od norweskich. Po drodze mijasz niezliczoną ilość jezior i rzek, lasy ciągną się kilometrami, a renifery są dużo większe i bardziej zuchwałe w chodzeniu szosą niż te z północy. To wszystko sprawia, że droga powrotna do Polski nie jest ani nudna, ani łatwa. Czuję też powoli zmęczenie dwoma tygodniami w siodle Hondy.

Do tego pogoda dość często mija się z prognozami. Zapowiadane przejaśnienia ustępują miejsca mocnym popołudniowym deszczom. Leje przez noc, żeby z rana się wypogodzić, a potem na nowo gdzieś w połowie dnia wpadam w ciemną chmurę i walczę z wodą.

Ten scenariusz pojawia się niemal codziennie odkąd jadę w Finlandii. Mam jednak szczęście porobić trochę zdjęć w godzinach gdy jest słonecznie i w miarę ciepło. Deszcze skutecznie zniechęcają mnie także do zobaczenia Turku i Świata Muminków, które jest niedaleko. Innym razem, teraz tylko szybkie zakupy: magnes Włóczykija.

Dobijam do Helsinek tradycyjnie w deszczu. Piątkowy prom zarezerwowany, a ja mam czas wysuszyć się w hostelu i odpocząć przed dalszą drogą. Jeszcze „tylko” droga przez kraje nadbałtyckie i będę w domu. Po powrocie przyjdzie czas na podsumowanie wyjazdu, uporządkowanie zebranych doświadczeń i materiałów, oraz na trochę danych liczbowych, które pozwolą wam poznać statystyki mojej norweskiej przygody.

Kraje nadbałtyckie i dzisiejszy przelot z Augustowa do domu za mną. Melduję się w salonie. Pora ochłonąć, zobaczyć się z bliskimi i… zacząć myśleć gdzie pojadę następnym razem.

Podsumowanie wyprawy

Finlandia

Transport (paliwo + opłaty drogowe): 3380 zł
Noclegi: 2795 zł
Promy: 890 zł
Gotówka: 450 zł
Spożywcze: 500 zł
Inne (bilety wstępu, pamiątki): 425 zł
Razem: 8390 zł

Noclegi nie wyszły tak drogo jak się spodziewałem – a tutaj jest jeszcze spore pole do redukcji kosztów, bo można nocować pod namiotem na dziko. Ja nocowałem w kempingowych hyttach. Średnio nocleg wyszedł (15 nocy, bo jeden miałem w cenie promu) za ok. 186 zł za noc, co przy założeniu, że nocowanie na kwaterze solo jest z definicji droższe jest dla mnie fajnym i zadowalającym wynikiem.

Spożywka to głównie woda, jakieś słodycze itp. od czasu do czasu – w końcu jestem na wakacjach. Tutaj mam niezłe zaskoczenie, bo robiąc zakupy miałem poczucie, że kupuję niewiele. Żywność miałem ze sobą (liofilizaty, dwa posiłki po ok. 600-700 kcal na dzień), więc zakupów robiłem naprawdę mało.

Opłaty drogowe: większość płatnych tras motocyklem przejedziesz za darmo. Wyjątki, które spotkałem to trasa do Turtagro (płatna 40 zl), tunel do Kristiansund (płatny 60 zł). Przeprawy promowe wahały się od 20 do 70 zł za motocykl – zależnie od długości trasy.

Dojazd FV896 do Lysebotn

To wszystko składa się na całkowity koszt 1.03 PLN za jeden przejechany kilometr w trakcie wyjazdu. Całkiem dobry wynik ze sporym potencjałem do obniżenia jeśli komuś zależy.

Ciekawym patentem na tanią kawę są kubki termiczne na CircleK. Kupujesz taki kubek (mały jest za 300 NOK = ok.140zł) i dostajesz na niego naklejkę, z którą przez rok możesz “tankować” kawę na każdej stacji CircleK. Jedna kawa to koszt 20-30 NOK, więc zakup kubka szybko się zwraca jeśli pijesz 2-3 kawy dziennie. Dlatego korzystałem gdzie się dało.

Co zrobiłbym inaczej?

Planowałbym mniejsze dzienne przebiegi, zaplanował wyjazd na kilka dni dłużej (optymalne przy moim trybie podróżowania wydaje się 3-3,5 tygodnia) i spał dzięki temu na dziko. O ile 300-400 km jest do zrobienia bez większego problemu, to machnąć 700 km i więcej wymaga w tamtejszych warunkach sporo czasu i niemało wysiłku.

Nordkapp około 3 nad ranem

Planując krótsze dystanse można więcej zobaczyć, oszczędzić na noclegach – masz czas poszukać miejsca do spania na dziko, a rano w spokoju się zbierasz. Do tego miałbym więcej komfortu w robieniu zdjęć – często fotografowałem w pośpiechu. Przyznam, że kilka dni było mocno obciążających i choć jestem do tego przyzwyczajony, to w połączeniu z zimnem i deszczem, dały mi w kość. Jednak jak to ujął jeden z moich przyjaciół: gdyby było łatwo, to każdy by tam jeździł.

Uważam ten wypad za cholernie udany, zobaczyłem wszystko co chciałem (no oprócz zamglonej Drogi Trolli, ale wrócę tam!) i zdobyłem masę motocyklowego doświadczenia! Z pewnością te doświadczenia zaprocentują w przyszłości, podczas kolejnych wypraw.

Nordkapp – galeria zdjęć

12 KOMENTARZE

  1. Kurcze gdyby na co 2gim zdjeci nie bylo by twojego motocykla,pomyślał bym ze zeje…s te zdjęcia z national geografic :)

  2. Jak miałoby nie być motocykla. Toć po to jedzie się na drugi koniec świata, żeby motkowi zrobić piękne foty, wie to każdy motocyklista ;)

  3. Dokładnie jak napisał Yarecki – Hanka to super modelka, więc robienie jej zdjęć w pięknej scenerii to sama przyjemność! Cieszę się, że się podobają ;)

    • Kask wytrzymał całą podróż. Na plus na pewno duży wizjer + skuteczny pinlock, a blenda przysłania spory obszar widzenia. Do tego dobra wentylacja i moim zdaniem fajny wygląd.
      Miałem też kilka problemów, głównie z szybą: pękły ograniczniki górnej pozycji wizjera i blokował się zatrzask szyby – musiałem go regularnie czyścić, żeby móc go swobodnie otwierać. Generalnie po dystansie, który przejechałem (ponad 8000km w 2,5 tygodnia, czyli dla niektórych roczny przebieg) wizjer moim zdaniem należało wymienić żeby kask nadał dobrze działał.

        • Poziom hałasu moim zdaniem porównywalny z Nolanem N104, którego używałem wcześniej. Airoh jakoś wybitnie się nie wyróżnia w tym względzie – trzyma poziom tego przedziału cenowego.

  4. Pozdrowienia z Połoniny Caryńskiej z ostatniej soboty.
    Przeczytałem relację i obejrzałem zdjęcia. Super wyprawa, choć chyba męcząca. Kilka lat temu też odwiedziłem Norwegię, ale samochodem i tylko do Trondheim. Niektóre zdjęcia mam podobne. Też jeżdżę Hondą CBF 1000 i bardzo sobie chwalę. Do zobaczenia może gdzieś na szlaku!

    • Dzięki! Fajnie było spotkać się na szlaku i pogadać chwilę o naszych motocyklach i podróżach moto :) Fakt wyprawa była dość męcząca, jednak to ten rodzaj zmęczenia, który daje ogromną satysfakcję po powrocie do domu. Mocno zachęcam żebyś zrealizował wymarzony plan zdobycia Nordkapp, o którym mówiłeś, bo warto. Szerokości i do zobaczenia gdzieś na szlaku lub na drodze!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.