Decyzja o wyjeździe zapadła podczas klubowego zakończenia sezonu. Chcieliśmy odwiedzić ten zakątek Europy zanim globalizacja i cywilizacja wkroczy do niego na dobre. Do dzikiej Albanii dotarliśmy drogą pełną przygód.

 

Tekst: Jarosław Socha , zdjęcia: archiwum klubu Strangers

Przygotowania do wyjazdu ograniczyły się do przeglądu motocykli, szczegółowego zaplanowania trasy i spakowaniu bagażu. Grupa chętnych do wyjazdu prezentowała niemal wszystkie podejścia do motocyklizmu i jego odmiany.

Pierwszy kontakt

Dzielna ekipa klubu Strangers
Granicę albańską przekraczamy nader sprawnie. Zajmuje nam to około 10 minut. Celnik początkowo chce od nas po 5 euro od motocykla. Dyskusja o tym, że Polacy nie powinni wnosić żadnych opłat granicznych nie przynosi rezultatu. Celnik pokazuje mi listę narodowości zwolnionych z opłat, która wisi w okienku. Na liście Polaków nie ma.

Udaje nam się jedynie obniżyć stawkę do 2 euro za motocykl. Celnik po zebraniu pieniędzy okazuje się bardzo pomocny przy wypełnianiu granicznych druków. Na początek Marcin wchodząc do lokalnej toalety uderza głową w metalową, niską framugę, co kończy się raną ciętą. Nasz wyprawowy lekarz Piotrek zaleca odkażenie rany, do czego używamy czystej wódki. Nieco później sam zaglądam do toalety co wzbudza we mnie na tyle duże zażenowanie, że zapominam o przypadku Marcina i osobiście walę czubkiem głowy w tą samą framugę. Na szczęście obywa się bez ran.

Poziom czystości w granicznej toalecie dobitnie odstręcza od korzystania z jej gościnności.

Kraina mercedesów

Dziko, naprawdę dziko
Po przejechaniu granicy jedziemy jakiś czas wzdłuż linii brzegowej jeziora Ohridzkiego. Ruch jest minimalny, a droga przyjemnie się wije. Na prowizorycznych straganach przydrożnych rybacy sprzedają swoje zdobycze. Czynią to na dwa sposoby: duże ryby są przechowywane w ogromnych akwariach, a te małe, upakowane bez wody w przezroczyste torebki foliowe wygrzewają się na słońcu.
Tutaj też po raz pierwszy widzimy stado pelikanów startujących z brzegu jeziora.

Albania zaskakuje nas dużymi przewyższeniami, niezliczoną liczbą bunkrów i widokami pięknych gór. Na drogach spotykamy niemal wyłącznie mercedesy: od tych najmłodszych do całkiem leciwych. Inne marki występują sporadycznie. Widocznie ze względu na jakość dróg Albańczycy ufają tylko tej jednej marce.

Pierwszy kontakt z autochtonami przekonuje nas, że mieszkańcy tego kraju są do nas pozytywnie nastawieni. Cieszą się na nasz widok, przylepiają twarze do szyb autobusów i z zadowoleniem witają przybyszów z obcego kraju. Długie odcinki szutrowych dróg dają sporo zabawy, ale jadące po nich autobusy i samochody wzbijają tumany pyłu i już po chwili wyglądamy jak po odcinku specjalnym rajdu Paryż – Dakar. To wszystko nie przeszkadza kierowcom samochodów w trzymaniu lewych łokci wysuniętych przez otwarte okna swoich mercedesów.

Bunkry Hodży

Enver Hodża, albański dyktator komunistyczny, przerażony perspektywą utraty władzy w wyniku inwazji sił radzieckich, rozkazał w latach 60. wybudować tysiące bunkrów na wybrzeżach Albanii. ostatecznie powstało ich ok. 600 tysięcy.Każda albańska rodzina miała swój bunkier. Za jego rządów represjonowano wszystkie religie, niszczono dzieła sztuki sakralnej, aresztowano i mordowano księży i duchownych muzułmańskich. W 1967 Hodża ogłosił z dumą, że Albania jest pierwszym w historii państwem ateistycznym.

Chwila relaksu na jakiejś budowie
Przed wjazdem do Korce zatrzymujemy się na stacji benzynowej i otwieramy mapę. Z zaparkowanego nieopodal, wypasionego Mercedesa 500, wychodzi zwalisty mężczyzna i proponuje nam pomoc. Odpowiadamy, że zastanawiamy się jak przejechać przez miasto, a on na to, że chętnie nas przeprowadzi. I rzeczywiście robi to w pięknym stylu. Jedzie 10 km/h i trąbi, gdy tylko widzi jakiegoś znajomego. Musi być kimś ważnym, bo policjanci pozdrawiają go z daleka.

W pewnym momencie z naprzeciwka jedzie kolejny dobry znajomy. Nasz przewodnik zatrzymuje się i obydwaj panowie, blokując ruch, urządzają sobie konwersację przez otwarte okna mercedesów. O dziwo nikt z pozostałych uczestników ruchu nie wyraża zniecierpliwienia. Ulice miasta Korce (a raczej góry i doły wypłukane przez wodę) nie są w ogóle oznakowane. Nie ma też na nich żadnych drogowskazów. Bez pomocy miejscowych z pewnością długo szukalibyśmy drogi wylotowej. Wszędzie dookoła tłumy ludzi poruszają się pieszo.

Jak Albania to i bunkry
Za miastem serpentyna wąziutkiej drogi o marnej jakości wyprowadza nas na wysokość 1140 m. Przez wiele kilometrów jedziemy tuż nad przepaścią, od której nie odgradza nas żadna barierka. Nawet tu, w bezludnych górach możemy z bliska oglądać kopuły małych bunkrów. Zapierająca dech w piersiach okolica szybko skłania nas do małego off-roadu. Dodatkowo wiejący w górach wiatr jest ciepły i silny. Nalewając wodę z butelki trafiamy nią poziomo do kubka.

Lokalny folklor

Nasza droga prowadzi przez przełęcz na której znajdujemy lokalną restaurację. Jesteśmy w niej jedynymi gośćmi. Zasiadamy na ocienionym tarasie z ładnym widokiem na góry i doliny, a Piotrek Gierach z pomocą rozmówek polsko-albańskich pomaga nam zamówić obiad. Właściciel i zarazem kelner ma dzięki temu ubaw po pachy.

Jeść też trzeba
Obok restauracji stoi mały budynek, w którym znajdują się trzy pomieszczenia o rozmiarach 2 x 2 m, a do każdego z nich wiedzie osobne wejście. W każdym jest też kominek, łóżko i nic poza tym. Sprawia to wrażenie celi dla niskich mnichów. Początkowo daliśmy się zwieść prawdziwemu przeznaczeniu tych pokoi, które po chwili zastanowienia wydaje się być oczywiste.

Po obiedzie pozwalamy sobie na małą sjestę. Skutkiem tego rozleniwienia jest wyraźnie szybsze tempo na dalszym odcinku drogi do Sarandy. Droga na zachód wiedzie przez zupełne pustkowia. Mimo tego napotykamy na stada krów, owiec, mułów i kóz. Co więcej, z jednej strony drogi stoi stroma ściana, a z drugiej przepaść. Skąd zatem te zwierzęta? Po jakimś czasie nabieramy wprawy w rozpoznawaniu lokalnych niebezpieczeństw. Jeżeli na drodze leżą świeże bobki, to na następnym zakręcie trzeba szczególnie uważać. Drogę przecinają nam też żółwie, a innym razem gonią nas psy. Pełen folklor.

W jednym z miast od głównej drogi odchodzi w prawo do tyłu mała, boczna uliczka. My jedziemy główną drogą, choć ludzie siedzący przy drodze machają, abyśmy skręcili. Po przejechaniu paru kilometrów główna droga kończy się i musimy zawrócić. Rzeczywiście należało skręcić w tę niepozorną boczną uliczkę jak nam sugerowali miejscowi.

Widoki wynagradzały trudy podróży
Jedziemy dalej w kierunku Sarandy. Z chmur wyłania się nagle ośnieżony szczyt na wysokości ok. 2400 m. Jesteśmy w górskiej okolicy. Zatrzymujemy się przy wiszącym moście, ale nie wystarcza nam odwagi, aby skrócić sobie przezeń drogę i decydujemy się dołożyć ok. 50 km. Dzięki temu odwiedzamy Gyrokaster. Tam spotykamy nieprawdopodobnie wypasionego Hummera, którego wyposażono w mnóstwo błyskających lampek, a zamiast bocznych i tylnych szyb wstawiono monitory, na których wyświetlane są amerykańskie klipy.

W pewnym momencie dojeżdżamy do drogi, która odchodzi w bok i przechodzi w most nad rzeką. Zgodnie z mapą powinniśmy wjechać na pierwszy napotkany most. Po jakimś czasie droga z równego asfaltu zamienia się w stromy podjazd pokryty luźnym, ostrym tłuczniem. Towarzysze podróży pytają, czy jestem pewien, że jesteśmy na właściwej drodze. Odpowiadam, że na 98% tak… i w tym momencie zaczynam się zsuwać do tyłu mimo zaciśniętej ręki na klamce przedniego hamulca i zablokowanego koła. Strach objawia się zjeżonymi pod kaskiem włosami, bo oczyma wyobraźni widzę, jak wraz z motocyklem lecę w przepaść. Nie mogę też postawić prawej nogi na tylnym hamulcu, bo właśnie się nią podpieram. Z drugiej strony nie mam możliwości postawienia stopy na ziemi. Ratuje mnie powolne puszczenie sprzęgła na jedynce i próby jazdy pod górę.

Albańskie drogi to katastrofa
Reszta ekipy pozostaje na drugim brzegu rzeki. Ja po przejechaniu jeszcze 300 m pod górę stwierdzam, że jest coraz gorzej. Decyduję się na ryzykowny manewr zawrócenia. Trwa to zapewne kilka, może kilkanaście sekund ale w mojej wyobraźni całe wieki.
Po późniejszej analizie okazuje się, że był to nowo wybudowany most, którego jeszcze nie naniesiono na mapę. Droga też nie była naniesiona, więc myślę, że na razie pokonywały ją tylko osiołki.

Po powrocie na właściwy szlak cieszymy się gładkim asfaltem drogi szybkiego ruchu wiodącej z Tepelene w kierunku Kakavia. Na tej drodze dopada nas zmrok. Mamy jeszcze do przejechania kilkadziesiąt kilometrów krajobrazową drogą wijącą się przez góry. Niestety z powodu ciemności nie możemy na żywo przeżyć emocji estetycznych, których namiastkę miałem szybując nad tą trasą z pomocą Google Earth.

Swoiste lazurowe wybrzeże

Do Sarandy dojeżdżamy po 22.00. Jest to piękne 15-tysięczne miasteczko nastawione na turystykę. Posiada ładny bulwar otoczony palmami i cichą przystań jachtową. Przejeżdżamy przez zakaz ruchu pod nasz hotel usytuowany przy bulwarze, ale żaden policjant nie zwraca nam z tego powodu uwagi. Spacerujący ludzie uśmiechają się do nas, mówią: – Hello, how are you?

Prawie jak Saint-Tropez
Ktoś nawet chwali się, że umie powiedzieć po polsku kocham cię, bo ma koleżankę Polkę mieszkającą w Atenach. Kilkoro dzieci biegnie za moim motocyklem, a podczas postoju całują Aprilkę w bak i proszą, żeby im coś ofiarować. W tym momencie od stolika kawiarnianego wstaje mężczyzna, wypowiada kilka słów i dzieci znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Hotelik oferuje piękny widok z balkonów i bardzo dobre warunki mieszkaniowe. Na kolację wybieramy restaurację przy bulwarze. Spotyka nas tam wyjątkowo uprzejma obsługa i pyszne jedzenie.

Tchnienie historii

Rano decydujemy się odwiedzić Butrint, leżący ok. 20 km na południe od Sarandy. Po drodze mijamy gaje oliwne, a za nimi Morze Jońskie. Po drugiej stronie drogi leży jezioro półsłodkie lub półsłone. Taka jest jego natura, bo z gór spływa do niego słodka woda, a z morza wlewa się słona. Dzięki temu świetnie nadaje się do hodowania jadalnych gatunków małż, które następnie w dużych ilościach eksportowane są przede wszystkim do sąsiednich Włoch.

Ruiny w Butrint

Butrint to niewielka osada i stanowisko archeologiczne. W starożytności istniała tu iliryjska osada (według mitu założona przez uciekinierów z Troi), przekształcona w VII wieku p.n.e. w grecką kolonię i miasto port. W 1992 r. zostało ono wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO.

W 1997 r. obiekt został uznany za zagrożony w związku ze splądrowaniem miejscowego muzeum w trakcie niepokojów społecznych w kraju. Rozruchy były spowodowane upadkiem tzw. piramid finansowych. W 2002 r. na terenie wokół wykopalisk ustanowiono Park Narodowy Butrint.

W starożytności istniała tu iliryjska osada (według mitu założona przez uciekinierów z Troi), przekształcona w VII wieku p.n.e. w grecką kolonię i miasto portowe. Butrint stało się w kolejnych stuleciach ważnym ośrodkiem kultu boga Asklepiosa. W II wieku p.n.e. znalazło się pod rządami Rzymu i funkcjonowało jako ośrodek portowy aż do VI wieku n.e., kiedy to zostało kilkakrotnie spustoszone w okresie wielkiej wędrówki ludów. W Butrint udostępniono zwiedzającym resztki murów obronnych, starożytny amfiteatr z III wieku p.n.e., ruiny domów i baptysterium z VII wieku. Zachowały się tu także ruiny łaźni rzymskich i kaplicy z V w. Ponadto znaleźć tu również można pozostałości XIV-wiecznego zamku weneckiego.

Mały wirtuoz
Zwiedzanie rozpoczynamy od przepłynięcia promem na drugą stronę kanału i obejrzenia twierdzy zbudowanej na planie trójkąta, która pomagała strzec portu przeładunkowego. Na promie pełni straż policjant, który na wieść, że jesteśmy z Polski, traktuje nas bardzo przyjaźnie. Przy wjeździe na prom postawiony jest mały szałasik z dumnym napisem „Cafe”. Po zejściu z promu wyruszamy wzdłuż grobli w kierunku twierdzy Ali Paszy, która strzegła wejścia do kanału od strony morza. Droga jest bardzo wąska i usiana głębokimi dołami. Nasz Intruder vel. „Walec” mimo przycierania podwoziem i wymuszonego ciągłego skręcenia kierownicy dla uniknięcia zsunięcia się z grobli, daje radę.

Plan niweczy nam woda, która zerwała groblę i głębokim, bystrym strumieniem płynie w poprzek drogi. Musimy zawrócić, co nie jest dla niektórych takie łatwe. W drodze powrotnej z promu, który przybija do naszego brzegu aby nas zabrać, schodzi kilku smagłych dwudziestoparoletnich młodzieńców. Policjant prosi ich o dowody tożsamości na co jeden z nich bez słowa zaczyna się oddalać w kierunku granicy greckiej i nie zatrzymuje się mimo wezwań policjanta. Policjant zawraca odbijający od brzegu prom, wskakuje nań, po drugiej stronie kanału z piskiem opon odjeżdża policyjnym samochodem, a gdy dojeżdżamy do głównego wejścia do Parku w tumanach kurzu wraca już ze wsparciem kolegi policjanta-osiłka.

Czy to się aby nie urwie?
Przy wejściu do kompleksu rosną wysokie drzewa, których pnie wyglądają jakby były pozbawione kory. W koronach tych drzew gnieżdżą się roje ptactwa, którego świergot jest tak głośny, że potrafi zagłuszyć choćby dźwięk motocykla. W ogrodach znajdują się palmy, drzewa oliwne, agawy, oleandry i kaktusy a także całe mnóstwo kwiatów, których nazw niestety nie znam. Tuż obok parku postawiono jedyny stragan z pamiątkami (zresztą bardzo drogimi). Poza tym nie ma żadnej dodatkowej infrastruktury typu: sklep czy kawiarnia, nie wspominając o restauracji. Wstęp kosztuje relatywnie drogo, bo ok. 20 zł (dla Albańczyków jak pamiętam 6 zł) ale warto wydać te pieniądze. Chociażby dla panoramy jaka roztacza się z wieży obronnej.

Nagrobki drogowe

W Albanii istnieje zwyczaj wystawiania pomników nagrobnych z płytą opatrzoną zdjęciem zmarłego tuż przy poboczu szosy. Bywa, że gdy nie ma pobocza ze względu na urwisko, płyta taka jest ustawiana na metalowych wysięgnikach.

W drodze z Butrintu do Sarandy napotkamy stado owiec, którego zachowanie jest dosyć specyficzne. Owce ustawione są w wianuszek głowami spuszczonymi nisko do ziemi skierowanymi do środka okręgu. Pozwala im to na utrzymanie głów w cieniu i uniknięcie udaru.

Prawdziwy hardcore

Chłopaki, zamieniam się!
Już mamy wyjeżdżać z Sarandy w kierunku Vlore, gdy Buczek wyczuwa zapach apetycznej potrawy z nadmorskiej restauracji i zatrzymujemy się zgodnie z jego sugestią. Trzeba przyznać, że chłopak ma nosa. Mule z sosem czosnkowym! A to wszystko z widokiem na osłonecznione lazurowe Morze Jońskie i rybaków poprawiających sieci.

Po obiedzie ruszamy w kierunku Vlore w składzie: Intruder 1800, FJR, GS1200 i Caponord. Reszta ekipy napotyka „kawiarnię” przy granicy z Grecją, gdzie na klientów czeka stadko urodziwych dziewcząt. Tuż za Sarandą asfalt urywa się raptownie, gdyż droga jest dopiero w trakcie budowy. Po kilku minutach koledzy na FJR i Intruderze proponują, by na nich nie czekać i jechać dalej, szybciej swoim tempem. Po pół godziny okazuje się, że i tak jadą tuż za nami, więc znowu łączymy grupę. Chłopaki zaiste mają talent w prowadzeniu swoich motocykli, nawet w tak ciężkich warunkach. Szczególny podziw budzi „Walec, który szedł prawie cały czas w slajdzie.

Droga z Sarande do Vlore

Z Sarandy do Vlore prowadzi tylko jedna droga nad brzegami Morza Jońskiego. Pomimo zapewnień Albańczyków mieszkających w Polsce a wypytywanych przed podróżą o szczegóły tej drogi, nie wierzyliśmy że 160 km pokonuje się w ciągu 6 godzin. Tak też się stało. Droga ta jest albo w budowie albo nie istnieją w ogóle utwardzone odcinki. Przejazd 160 km po szutrach, tłuczniu i kamieniach zajęła nam cały dzień.

Albania zaskakuje różnorodnością
Te ok. 160 km drogi pokonujemy z ogromnym wysiłkiem i prędkością średnią rzędu 30 km/h. Widoki są przepiękne, bo wspinaczka przeplata się z pięknymi panoramami lazurowego morza i przybrzeżnego pasa zieleni. Najtrudniej jest wyprzedzić jadące ciężarówki z kruszywem, które lawirując pomiędzy dołami w drodze i wzbijając nieprzeniknioną ścianę pyłu są trudne do minięcia. Jadę długo za jedną z takich ciężarówek, bojąc się wyprzedzać ją w gęstym pyle, przesłaniającym widok całkowicie. W pewnym momencie zjeżdża ona na lewą stronę drogi. Jestem przekonany, że mnie przepuszcza. Dodaję gazu powoli, aby nie zerwać przyczepności na luźnej nawierzchni.

Moje zdziwienie i przerażenie jest ogromne, gdy ciężarówka zaczyna zjeżdżać z powrotem na prawą stronę. Zdaję sobie sprawę, że kierowca chce większym łukiem wjechać na plac budowy. Na hamowanie jest za późno. Dodaję jeszcze lekko gazu modląc się, żeby nie stracić przyczepności. Zderzak ciężarówki mija moje tylne koło o kilka centymetrów. Uff… Gdybym miał boczny kufer, to najpierw by mnie przewrócił, a później przejechał.

Zmęczeni i zakurzeni wjeżdżamy na plażę, na której oprócz pomalowanego na kolorowo bunkra stoi restauracja. W cieniu jej tarasu właściciele i obsługa spędzają leniwie czas. Niestety stoliki są zarezerwowane dla ważniejszych gości i nie zostajemy obsłużeni.
Przed podjazdami na przełęcz na wysokości ok. 1050 m n.p.m. budowa drogi się kończy. Możemy cieszyć się gładkim asfaltem i wspaniałymi winklami. Widoki Morza Jońskiego z lotu ptaka zapierają dech w piersiach. Po zatrzymaniu się na przełęczy chcemy zrobić zdjęcie, ale niestety spóźniamy się kilkanaście sekund, bo chmury przychodzą tak szybko, że zakrywają nasz widok całkowicie.

Północna Albania

Równe asfaltowe drogi to rzadkość
Dojeżdżamy do Vlore, dość nowoczesnego miasta portowego z ok. 125 tys. mieszkańców. Jest w nim dużo nowoczesnych budynków hotelowych i biurowych. Duży ruch samochodowy potęguje wrażenie, że wszyscy jeżdżą na pozór bezładnie i niebezpiecznie, choć w rzeczywistości nie widać stłuczek ani wypadków. Wieczorem wybieramy się na obiad do restauracji, która jest usytuowana w ekskluzywnym centrum handlowym. Dostajemy świetne miejsca na balkonie z widokiem na jedno z głównych skrzyżowań w mieście.

Wszystkie 14 osób siada po jednej stronie stołu, by móc obserwować ciekawe zachowania drogowe. A jest na co popatrzeć. Widzimy na przykład rowerzystę na nie oświetlonym rowerze, któremu nie chce się objeżdżać ronda dookoła przy skręcie w lewo, a który jedzie pod prąd, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. O dziwo wszystkie samochody go omijają i nikt nie okazuje swojego zniecierpliwienia. W podobny sposób zachowują się piesi. Przechodzą w poprzek ronda lub dookoła niego po pasach ruchu nie rozglądając się specjalnie. Na nich także nikt nie trąbi i uchodzą cało z życiem. Czujemy się jakbyśmy oglądali walki gladiatorów w rzymskim amfiteatrze.

Zaraz... gdzie my jesteśmy?
A teraz krótka wzmianka o smakołykach dla podniebienia. Na „poczekajkę” podają nam zapiekane pieczywo tostowe z wyjątkowo smacznymi krojonymi w poprzeczne plastry pomidorami albańskimi, doprawione oliwą i pieprzem. Dodatkowo gorące pieczywo o nieregularnych kształtach podobne trochę do macy, choć grubsze. Poza tym sałaty z pomidorami, oliwkami, papryką, z serem feta bardzo dobrze przyprawione. Później przychodzi czas na danie główne. Podają nam pięknie wyglądające półmiski z kopcami owoców morza z grilla. Są tam langusty, krewetki, krewetki królewskie, małże, kalmary i ośmiornice. Smakuje niebiańsko. Za tę olbrzymią i wyjątkowo smaczną ucztę w prawdopodobnie najlepszej restauracji w mieście każdy z nas płaci 40 zł wliczając w to solidny napiwek.
We Vlore nocujemy w ekskluzywnym hotelu za 20 euro na osobę (65 zł). Nasze motocykle stoją tuż przed głównym wejściem do hotelu.

Następnego dnia ruszamy przez Szkoder w kierunku granicy. Wyjeżdżamy żałując, że nie możemy dłużej przyjrzeć się Albanii. Prawdą jest, że każdy zakątek tego kraju może w naszym odczuciu sprawiać wrażenie dziwnego, innego ale wcale nie gorszego lub niebezpiecznego. Prawdą jest także, że Albania się zmienia i w ciągu kilku najbliższych lat odejdą w niepamięć tamtejsze „swojskie klimaty” kulturowe i obyczajowe, które dla nas same w sobie stanowią nie lada atrakcję. Wracamy do Polski przez Czarnogórę, Bośnię i Hercegowinę, Chorwację, Węgry i Słowację.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.