Pomysł narodził się 10 lat temu podczas podróży autostopem przez Bałkany. Przyszło mi wówczas do głowy, że tak jak w filmie Easy Rider fajnie będzie podróżować środkiem transportu, który da totalną niezależność. Na przykład motorowerem.

Sprint to chiński motorower firmy Barton: lekka konstrukcja, dynamiczny silnik i niskie zużycie paliwa, wynoszące około dwa litry na sto kilometrów. Planowałem tę podróż przez dwa lata. Wielu moich znajomych słysząc, że wybieram się do Albanii na chińskim motorowerze, stukało się palcem w czoło, uśmiechając z wyrozumiałością. Motocykliści traktowali mnie natomiast jak nieszkodliwego wariata, który bredzi.

Trasa wiedzie przez Polskę, Słowację, Węgry, Serbię, Macedonię, Albanię, Czarnogórę, Bośnię i Hercegowinę oraz Chorwację.

Jak Polak ze Szkotem

Wyprawa rozpoczyna się w Warszawie. Później się okaże, że wyjazd ze stolicy to najtrudniejszy odcinek podróży – ruch jest gęsty, a manewrowość załadowanego bagażami motoroweru ograniczona. Dopiero kiedy wjeżdżam na prowadzącą do Grójca drogę nr 722 odczuwam płynącą z jazdy przyjemność. Podróżując z prędkością 60 km/h mam dość czasu, żeby się rozejrzeć, a jeśli coś szczególnie mnie zainteresuje, mogę się zatrzymać albo zawrócić. Idealny pojazd krajoznawczy, dla tych, którzy się nie spieszą. Bardzo easy rider.

Przeprawa promem przez Dunaj na Węgrzech
Przeprawa promem przez Dunaj na Węgrzech
Polska widziana z perspektywy motoroweru to takie miejscowości jak Lelów, Kamienna Wola i Żdżarki. Biorąc pod uwagę, że prowadzę pojazd mechaniczny, postanawiam nie zatrzymywać się w Pijanowie. Pierwszego dnia pokonuję 350 kilometrów, a do celu docieram już po zapadnięciu zmroku. To najdłuższy dystans, jaki przyjdzie mi pokonać jednego dnia podczas wyprawy. Średnio robimy 250-300 kilometrów.

Towarzyszy mi Tom Norman – mój wieloletni przyjaciel, Szkot, motocyklista i polonofil, a także wielbiciel polskiej motoryzacji, właściciel m.in. takich pojazdów jak Junak, WSK i motorower Komar. Spotkaliśmy się Zawoi, gdzie przed kilkoma laty Tom kupił dom, a następnie ruszyliśmy na południe. Tom jedzie na małolitrażowym motocyklu Barton FNX o pojemności 125 cm3.

Bliskie spotkania w Serbii
Bliskie spotkania w Serbii
Do przejścia granicznego ze Słowacją docieramy przez Jabłonkę, a wkrótce po przekroczeniu granicy spotykamy komitet powitalny w postaci chłopców radarowców. Przychodzi mi uiścić opłatę klimatyczną w wysokości 20 euro, gdyż przekroczyłem dozwoloną prędkość! Opłata ma wynieść aż 40 euro, ale udaje mi się wynegocjować rabat.

Pod wieczór docieramy do leżącego na granicy z Węgrami Komarna, a noc spędzamy po węgierskiej stronie, na kempingu „Solaris”. W nocy pada deszcz, słysząc krople uderzające w nylonową powłokę namiotu myślę „dobrze, że pada w nocy, bo dzień będzie suchy”. Budzę się o szóstej rano, a kilka minut później znów zaczyna padać. Przez kolejne półtorej godziny nie ma sensu wychodzić z namiotu. Pijemy kawę i przegryzamy zakupione w pobliskiej piekarni bułki, patrząc na moknące w deszczu motorowery. W końcu o dziesiątej trzydzieści, straciwszy nadzieję, że przestanie padać, ubieramy kombinezony przeciwdeszczowe i ruszamy w drogę.

Wielkie dziury w serbskich drogach

Myślałem, że cały wtorek upłynie nam w deszczu, jednak kiedy przekraczamy promem Dunaj, niebo nagle się rozpogadza (choć jeszcze kilka minut temu szalała burza). Nocujemy w mieście Kiskoros, a w środę rano wyruszamy w kierunku Suboticy, serbskiego miasta położonego w pobliżu granicy w Węgrami. Choć ołowiane chmury zakrywają niebo aż po horyzont, to przez cały dzień tylko raz kropi. Pierwszą noc w Serbii spędzamy na kempingu Jablokov Cvet (Kwiat Jabłoni), w pobliżu Smedereva.

Odcinek specjalny, czyli offroad w Serbii
Odcinek specjalny, czyli offroad w Serbii
Kemping jest prowadzony przez sympatyczne małżeństwo, które ujmuje nas swoją gościnnością. Kiedy pytam, jaka jest cena noclegu słyszę, że mamy zapłacić tyle, ile uważamy za stosowne. Następnie zostajemy poczęstowani kolacją i piwem. Również za kolację mamy zapłacić tyle, ile uznamy za stosowne. Na drugi dzień, kiedy wyjeżdżamy, właścicielka kempingu żegna nas serdecznie i mówi, że ma nadzieję iż w przyszłości jeszcze do nich zawitamy.

Niestety pogoda tego dnia nam nie dopisuje, od rana pada deszcz, zaś nawierzchnia bocznych dróg w Serbii jest nie najlepsza. Dlatego staramy się omijać kałuże, pod którymi mogą się kryć głębokie nawet na 15 centymetrów dziury. Zaliczenie takiej dziury mogłoby się skończyć wywrotką, zaś to może oznaczać koniec wyprawy. Poza dziurami na drodze na podróżujących jednośladem czeka kilka innych niebezpieczeństw: jednym z nich są plamy oleju napędowego. Jeśli wykonamy na takiej plamie gwałtowny manewr jak hamowanie albo ostry skręt, może się to skończyć poślizgiem. Sytuację pogarsza irytujący zwyczaj lokalnych kierowców, którzy lubią jeździć dwa metry za tylnym kołem jednośladu. W takim przypadku to wcale nie upadek jest największym zagrożeniem lecz to, że zostaniesz najechany przez jadący za tobą samochód.

W Serbii w pobliżu dróg kręci się wiele bezdomnych psów, które lubią przebiegać jezdnię w najmniej odpowiednim momencie. Niektóre z nich są zbyt inteligentne by ścigać przejeżdżające samochody, jednak chętnie rzucają się w kierunku jednośladów. Trzeba także uważać na zwłoki rozjechanych zwierząt, które – z przetrąconymi kręgosłupami – zalegają na drogach, dopóki się nie rozłożą.

Wspomnienie rewolucji oraz wodza Tito wciąż jest żywe w Serbii
Wspomnienie rewolucji oraz wodza Tito wciąż jest żywe w Serbii
Pokonaliśmy 1300 kilometrów i nadszedł czas, żeby dokonać przeglądu maszyn: trzeba podciągnąć łańcuch w obu pojazdach i wymienić olej. W miejscowości Leskovac, gdzie zatrzymujemy się na śniadanie pytam kelnerkę, gdzie znajdziemy najbliższy warsztat. Proponuje, że zaprowadzi nas do warsztatu swojego znajomego.

Mechanik stwierdza, że musimy podjechać do pobliskiego sklepu, gdzie sprzedają akcesoria do skuterów i motocykli. Kupujemy olej i facet wymienia go, nie żądając w zamian nawet dinara! Następnie żegna się i życząc nam szczęśliwej drogi odjeżdża. Muszę przyznać, że ujął mnie swoją bezinteresowną postawą. Przerwał pracę i poświęcił nam swój czas, niczego w zamian nie oczekując.

Cielak samobójca

Po kilku dniach podróży docieramy do Macedonii. W Skopje pozwalamy sobie na jeden dzień odpoczynku, a następnie wyruszamy ku granicy macedońsko-albańskiej. To dzień pełen spektakularnych widoków, jedziemy krętymi górskimi serpentynami wzdłuż brzegów dwóch ogromnych jezior.

Niespodzianki czyhające na górskich drogach w Macedonii
Niespodzianki czyhające na górskich drogach w Macedonii
O ile w przypadku serbskich dróg niebezpieczeństwo stanowiły dziury i psy, o tyle w przypadku górskich dróg macedońskich czekają na nas niespodzianki w postaci kawałków skał na szosie oraz krów pasących się na poboczach. Raz wystraszony cielak przebiega mi nawet drogę, na szczęście jadę wolno, więc wyhamowanie i ominięcie zwierzaka nie nastręcza mi żadnych problemów.

Macedonia robi na nas duże wrażenie – majestatyczne, sięgające prawie trzech tysięcy metrów górskie szczyty w połączeniu z olbrzymimi jeziorami tworzą niepowtarzalny klimat do podróżowania. To idealny kraj dla amatorów aktywnego wypoczynku: można tu uprawiać trekking, kolarstwo górskie, narciarstwo, wspinaczkę, a także wszelkiego rodzaju sporty wodne.

Droga, którą obraliśmy wiedzie ze Skopje przez Tetovo do Ohridu. Wschodnia część Macedonii zamieszkana jest w przeważającej części przez Albańczyków. W 2001 roku na tych terenach toczyły się walki pomiędzy wojskami rządowymi a mniejszością albańską, żądającą przyłączenia do Albanii. Dziś w całym kraju panuje pokój. O tym, że przejeżdżamy przez tereny zamieszkałe przez Albańczyków świadczą czerwone flagi z czarnym, dwugłowym orłem, powiewające nad wejściem do kafejek. Im bardziej zbliżamy się do albańskiej granicy, tym więcej meczetów mijamy po drodze.

Noc spędzamy w Ohridzie, skąd następnego dnia zamierzamy wyruszyć do Albanii. Granicę przekraczamy wczesnym popołudniem i ruszamy w stronę miasta Burrel. Drogi okazują się dość nieprzewidywalne – momentami bardzo dobre, o wiele lepsze niż w Polsce, zaś czasem tak fatalne, że musimy redukować prędkość niemalże do zera, z trudem omijając głębokie dziury.

Przystanek w Albanii
Przystanek w Albanii
Z czasem stan nawierzchni poprawia się na tyle, że możemy się zająć podziwianiem widoków, a nie omijaniem dziur. Z naprzeciwka wieje silny wiatr, mój motorower nie może  jechać szybciej niż 50 km/h, ale bardzo mi ta prędkość odpowiada. Nie spiesząc się pokonuję kolejne kilometry, obserwując imponujące krajobrazy. Zadziwiające, że tak piękny i spokojny kraj jak Albania wzbudza taką sensację – w końcu wielu ludzi uważa go za niebezpieczny. Nic bardziej mylnego, w Albanii nawet policjanci są przyjaźnie nastawieni, jeden macha mi lizakiem!

Bałkańska rozpierducha w wersji hard

Kryjąc się przed deszczem w kafejce na stacji benzynowej, zostawiamy motorowery otoczone przez grupę dzieci, dla których nasze przybycie stanowi rozrywkę w nudnej rutynie codzienności. Pijąc espresso stwierdzamy, że mijane widoki przypominają krajobrazy ze starych baśni: wykute w skale wąwozy i tunele, kamienne mosty, strome urwiska i kręte serpentyny. Jednak trasa jest nie tylko malownicza, ale również niebezpieczna. W czasie deszczu albo zimą wystarczy chwila nieuwagi, żeby runąć w przepaść. Świadczą o tym symboliczne nagrobki ofiar wypadków wzdłuż drogi: przystrojone sztucznymi kwiatami wskazują datę urodzin i śmierci ofiary. Groźne piękno przypomina o tym, że trzeba się mieć na baczności, a pedał hamulca jest w częstym użyciu.

Kiedy zatrzymaliśmy się na kawę na stacji benzynowej, byliśmy atrakcją dla miejscowej dzieciarni
Kiedy zatrzymaliśmy się na kawę na stacji benzynowej, byliśmy atrakcją dla miejscowej dzieciarni
Albania przypomina mi trochę kraje Bliskiego Wschodu – totalna spontaniczność i typowa bałkańska rozpierducha do kwadratu. Dodajcie język, którego zupełnie nie rozumiem i nagle okaże się, że jesteśmy jak wystrzeleni w nieznaną sobie przestrzeń. Ale pewnie właśnie dlatego lubię tam wracać, żeby odczuć specyficzny brak kontroli, którego w Unii Europejskiej po prostu już nie ma. Tak jakby spontaniczność znikła wraz z rozwojem monitoringu w miastach.

Albania to również chaotyczny ruch drogowy, w którym uczestniczą samochody, skutery, motorowery, piesi, rowerzyści, a także dwukołowe bryczki zaprzęgnięte w konie albo osły. Na drogach można spotkać ludzi jadących wierzchem.

Natomiast Czarnogóra to już zupełnie inna bajka – pierwszy raz byłem w tym kraju równo dziesięć lat temu, a Czarnogóra wciąż była częścią Jugosławii (odłączyła się dopiero w 2006 roku). Dzisiaj to zupełnie inny kraj i prawdę mówiąc nie jestem pewny, czy jeszcze chce mi się tam wracać.

Wybrzeże zmieniło się nie do poznania. O ile dziesięć lat temu linię brzegową charakteryzowała dzikość i brak komercyjnej zabudowy, o tyle obecnie Czarnogóra może służyć za przykład, jak niekontrolowany napływ kapitału może zdominować krajobraz i – co tu dużo mówić – zniszczyć środowisko naturalne. To młode państwo jest na drodze do dewastacji linii brzegowej, do jakiej doszło np. na Costa Brava w Hiszpanii, gdzie krajobraz został zdominowany przez hotelowe molochy.

Chwila odpoczynku na poboczu w Albanii
Chwila odpoczynku na poboczu w Albanii
Z głównej trasy biegnącej z Kotoru do Herceg Novi skręcamy w małą, stromo pnącą się w górę szosę, która ma nas zaprowadzić do osady Ledenice i ruszamy w kierunku Bośni i Hercegowiny. Tym samym rozpoczynamy wysokogórski odcinek naszej wyprawy, gdyż wąska droga stromo pnie się w górę nad Zatoką Kotorską. Mam lęk wysokości, dlatego z całych sił trzymam się możliwie najdalej od niezabezpieczonej przepaści. Muszę przyznać, że po raz kolejny chińskie motorowery świetnie się sprawdzają. Tego dnia wspinamy się z poziomu morza na wysokość 1034 m n.p.m.

Noc spędzamy w mieście Trebinje, a następnie ruszamy w kierunku Mostaru i Sarajewa. Aż do Mostaru główną szosą jedzie się bardzo dobrze – jest niemalże pusta. Co więcej, Bóg Słońce od dwóch dni jest z nami, nie chowając swego oblicza za deszczowymi chmurami. To naprawdę udany dzień i dopiero po południu, kiedy z Mostaru ruszamy w stronę Sarajewa, pada deszcz. Jednak ciepły wiatr szybko wysusza moje mokre ubranie. Jedziemy bocznymi drogami przez zapomniane miejscowości zamieszkane przez Serbów albo Bośniaków i Chorwatów. Po drodze mijamy opuszczone, walące się domy, których mieszkańców wysiedlono w latach 90. lub z których uciekli sami.

Psy, krowy i owce

Późnym popołudniem docieramy do Sarajewa. Tom bardzo chce zobaczyć miejsce, w którym Gawryło Princip sięgnął po nieśmiertelność, strzelając do arcyksięcia Ferdynanda i jego żony.

Wraz z liczbą pokonanych kilometrów zmienia się nie tylko klimat i aura, ale również przydrożna zwierzyna: o ile w Serbii były to psy, a w Macedonii krowy, o tyle w Czarnogórze są to kozy (próbują nawet zakolegować się z moim Sprintem), a w Bośni i Hercegowinie – owce. Co kraj, to obyczaj…

W Czarnogórze kozy postanowiły zakolegować się ze Sprintem
W Czarnogórze kozy postanowiły zakolegować się ze Sprintem
Ostatniego dnia w Bośni, o czwartej nad ranem, budzi nas śpiew muezina, wzywający do modlitwy. Przez całą noc leje, rano drogi są mokre. Od granicy z Chorwacją dzieli nas około 50 kilometrów, które pokonujemy w mżawce, mijając przydrożne kafejki, parkingi dla ciężarówek i bazary. Jeszcze tego samego dnia docieramy na Węgry.

Na Węgrzech każde, nawet nieduże, miasto ma basen. Nie inaczej jest w Szolnok. Nie namyślając się wiele zostawiam Toma pogrążonego w facebookowej gorączce i idę popływać. Fajnie się przepłynąć po całym dniu spędzonym na rozgrzanej szosie.

W Polsce panuje dość powszechne przekonanie, że Węgry to kraj wyłącznie równinny. Tymczasem obszar między miastami Eger a słowackimi Koszycami to pagórkowate, porośnięte lasami i winoroślą tereny. Jazda przez te okolice dostarcza nam dużo satysfakcji, kręte serpentyny wymagają ciągłej uwagi i skupienia. Drogi są jednak dość dobre, więc przemieszczamy się szybko.

Choć podczas wyprawy nie raz już mokliśmy, to jednak ostatni dzień jest najgorszy – leje od samego rana przez całą drogę. Po kilku godzinach jazdy w deszczu, w górach, zaczynam się zastanawiać, czy nie skończyć tego dnia wcześniej, po pokonaniu zaledwie stu kilometrów. W końcu jazda w górach, gdzie i tak temperatura nie jest wysoka, dodatkowo w ulewnym deszczu powoduje, że bardzo szybko się traci ciepło. Jednak pomimo fatalnej pogody po siedmiu godzinach jazdy udaje się nam dotrzeć do Zawoi, skąd 21 maja wyruszyliśmy w podróż do Albanii.

Szczęśliwy powrót do Zawoi. Kompletnie przemoczeni, po całodniowej jeździe w ulewnym deszczu
Szczęśliwy powrót do Zawoi. Kompletnie przemoczeni, po całodniowej jeździe w ulewnym deszczu
W ciągu trwającej 20 dni wyprawy pokonaliśmy ponad 4400 kilometrów. Długodystansowa podróż na motorowerze była nie tylko ekonomiczna (średnie zużycie paliwa wyniosło dwa litry!), ale także ekologiczna. Motorower znacznie zmniejszył dystans pomiędzy nami a napotkanymi ludźmi – nie traktowali nas jak bogatych turystów, lecz sympatycznych ekscentryków. Pokazywali swoje motorowery, porównywaliśmy osiągi. Wszędzie wzbudzaliśmy zaciekawienie i sympatię, traktowano nas jak podróżników, którym należy okazać pomoc.

Jazda na jednośladzie to rodzaj psychodelicznej aktywności, bo w zasadzie nie wykonujesz żadnych ruchów, wystarczy skręt nadgarstka, żeby przemieścić się z nienaturalną dla ludzkiego ciała prędkością. Jak w filmie „Easy Rider” – stan mechanicznej medytacji i bardzo bezpośrednie doświadczenie ruchu. Tom skwitował to starym motocyklowym porzekadłem: – Tylko motocyklista rozumie, dlaczego psy lubią wystawiać głowy przez okno jadącego samochodu!”

Podróżnik jest narażony na kaprysy pogody oraz zmęczenie i – co tu dużo mówić – monotonię. W końcu po dziewięciu godzinach spędzonych na wąskim siodełku motoroweru trudno odczuwać przyjemność jazdy. Oczywiście zawsze znajdą się tacy, który spróbują zdyskredytować ideę długodystansowej podróży na motorowerze twierdząc, że mały silnik nie poradzi sobie na tak długim dystansie. Takim malkontentom mogę powiedzieć tylko jedno: nie liczy się wielkość, tylko przebieg!

Sponsorzy

Pojazdy Barton Sprint oraz FNX zostały udostępnione na czas wyprawy przez firmę Barton Motors, która pokryła także koszty paliwa.

13 KOMENTARZE

  1. Jestem pełen podziwu nie wierzyłem, że na Bartonach można pokonać tyle kilometrów. Sam posiadam Bartona Fightera i jest to naprawdę świetny motorower, mimo iż jest to „Chińczyk”.

  2. A ja się zastanawiam jak się w te sakiewki i wałki spakowaliście na trzy tygodnie? Bo na objuczone te wasze chińskie sprzęty ani trochę nie wyglądają :). A za pomysł i wykonanie szacun.

  3. @Emil
    Obaj jesteśmy doświadczonymi podróżnikami, więc pakowanie mamy opanowane :) Minimalistycznie: 4 pary gaci, trzy t-shirty, 5 par skarpetek, a reszta na sobie :) Plus odzież przeciwdeszczowa i b.małe śpiwory, no i podstawowe kosmetyki+mały ręcznik (najlepiej z mikrofibry, bo szybko schnie).

  4. Jakoś zawsze mnie dziwią te kalkulacje.
    2500 zł od osoby na 20 dni.
    Średnio noclegi 20EUR/osoba *20 dni = 400 EUR = 1600 zł (EUR po 4 zł)
    paliwo: zakładam, że taki mały to pali średnio 2 lit/100 km. Zakłądając 4,5 tys km to jest jakieś 90 lit. Licząc za litr 5 zł to daje ok. 450 zł.
    A więc wychodzi mi, że wyżyliście przez całe 20 dni za całe 450 zł na osobę. Czyli na dzień 22 zł.
    No jeśli wszystko się zgadza to gratulację wyprawy i tak małych kosztów.

  5. @Scorpio74
    Nie ma się co dziwić, trzeba ruszyć 4 litery, samemu pojechać i sprawdzić, zamiast wyliczać na kalkulatorze przed kompem :D
    Zmieściliśmy się w 2500 PLN, potwierdzam.

  6. Brawo panowie to piekne ze sie chce, a nie pieprzy glupoty tak dalej a na trasie sie spotkamy.Licza sie efekty co widac pozdrawiam

  7. Gratulacje! Doceniam wysiłek włożony głównie w ruszenie się z domu;) A tak, drodzy czytelnicy tej strony. Tajemnica takich wypraw to przede wszystkim chęć ruszenia się sprzed monitora, reszta jest już łatwiejsza, szczególnie że motocykl nas zawiezie, nie męczą się nogi;) Sam mam Junaka 123 (125ccm) którym odwiedziłem Bajkał – to jak na razie moja najdłuższa wyprawa ale pomysły mam na kolejne. Jak tylko zdrowie dopisze postaram się je realizować :)

  8. W pierwszym momencie nie wierzyłem, ze autor ruszył w taka trasę na motorowerze. Gdy spostrzegłem, ze znalazło się dwóch takich śmiałków, kopara opadła mi zupełnie ;-)

    Gratulacje i powodzenia w dalszych wyprawach!

  9. Nie no super. Tyle kilometrów na chińczyku. a mówią, że nie da się tym jeździć xD Gratki, coraz bardziej przekonuję się do Barton Motors. Poza tym fajna relacja, macie w planach jeszcze coś podobnego?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ