Tak czy nie? I tak, i nie
Po kilkudniowym teście Liosza zadaje mi dość proste pytanie: kupiłbyś go? I przyznam szczerze – w pierwszej chwili nie wiem co odpowiedzieć.
Z jednej strony – to piękny, niezwykle komfortowy motocykl na dłuższe asfaltowe wyprawy. Motocykl nafaszerowany elektroniką, dający jeźdźcowi (i pasażerowi) możliwość wyboru sposobu jazdy jaki lubi.
Co bardzo istotne – w niezwykle intuicyjny sposób wszelkie systemy, regulacje i nastawienia można przełączać, włączać i regulować również podczas jazdy.
Z drugiej jednak strony, dla mnie to motocykl udający jedynie enduro. Podobnie jak trudno sobie wyobrazić podróżowanie Volvo XC90 dookoła świata, tak raczej nie widzę nowego 2013 R1200 GS na Gruzińskiej Drodze Wojennej czy bezdrożach Maroko.
Nowy R1200GS to zatem motocykl dla tych, którzy raczej z asfaltu zjeżdżać nie będą i dla tych, których stać na zapłacenie 10-20 tys. zł za znaczek śmigła na baku. Motocykl dla tych, którzy ponad nocleg pod namiotem przedkładają wygodne hotelowe łóżko i lubią czasem przejechać 500 kilometrów autobahnem.
Plusy-minusy
+ duży komfort jazdy
+ dopracowany design
+ niezły silnik
+ intuicyjna obsługa
– nieprzystosowany do jazdy w terenie
– kiepska poręczność
– nurkowanie podczas hamowania
Zresztą nawet dla producenta widok ubłoconego R1200GS jest zapewne czymś nieprzyzwoitym. We wszystkich reklamach ze starannie wyretuszowanych zdjęć w oczy świeci wypolerowane, nowoczesne cacko.
I jeszcze jedno. Podczas podróży takim błyszczącym motocyklem w dalsze rejony świata zaproszenie na chaczapuri i butelkę marani raczej nam nie grozi. Bardziej prawdopodobny jest bliższy kontakt z przydrożnymi zbójami.
Za pożyczenie motocykla do testu dziękuję Aleksiejowi Iwanowowi.
