Zakręty w galarecie
Wyjazd z miasta jest najmilszą miejską przygodą jaka może mnie spotkać. Rzucam MT-09 na gierkówkę, kierunek – Częstochowa. Zapas mocy, który w mieście powodował drętwienie prawego nadgarstka, na trasie płynie szerokim strumieniem, niczym zupa w stołówce pracowniczej. Yamaha konsumuje kilometry z łapczywością sztygara po szychcie i nigdy nie ma dość. Gdyby nie brak jakiejkolwiek ochrony przed wiatrem, prędkości byłyby wysoce niestosowne nawet wśród pobłażliwych na łamanie ograniczeń kierowców z Polski. Na szczęście napór powietrza jest tak miażdżący, że utrzymanie prędkości autostradowej jest prawdziwym poświęceniem.
Nieco gorzej MT-09 spisuje się na drogach lokalnych. Łagodne łuki i wyprzedzanie to prawdziwa rozkosz – można naprawdę zakochać się w sposobie, w jaki ten sprzęt oddaje moc i współpracuje z ruchami ciała. Kiedy jednak napotykam asfalt nietknięty unijną dotacją, MT-09 nerwowo podskakuje i, choć stabilnie trzyma tor jazdy, telepie mną straszliwie, zmuszając do dosadnych epitetów rzucanych na wewnętrzną stronę wizjera.
Ciasne zakręty zaskakują. Nie – nie pozytywnie. Mając w pamięci niedawny test Suzuki GSR-750 oczekiwałem, że MT-09 będzie ciąć winkle jak szef kuchni tnie plastry szynki Serrano. Nic z tego. Choć motocykl znakomicie reaguje na składanie i delikatne nawet ruchy kolan, w szybkich, ciasnych zakrętach mam wrażenie, że trochę pływa.
Podniesienie ciśnienia w oponach nie rozwiązuje zagadki – być może opony są do niczego, być może winę ponosi moja waga niebezpiecznie oscylująca wokół 100 kg. A jednak podczas testów Suzuki GSR750 ani nawet Yamahy FZ8 nie miałem takiego dziwnego wrażenia.
Ledwie przekąska
Jeśli MT-09 to kanapka z wasabi, to z pewnością nie za duża. Zbiornik o pojemności 14 l wystarcza na ok. 200 km. Komputer pokazuje średnie spalanie 6,9 l/100km, czyli dokładnie tyle ile ogromna i ciężka siostra – FJR1300. Słabo, choć z drugiej strony powiedzmy sobie szczerze – turystyka to nie jest termin, o którym myśleli projektanci tego modelu.
Srogo rozczaruje się ten, kto chciałby wybrać się gdziekolwiek z pasażerem. Choć siodło wygląda i tak o niebo lepiej niż w przeciętnym sporcie, jazda z balastem powyżej 30 kg przypomina bieganie z lodówką – niby się da, ale to ani przyjemne ani bezpieczne. W dodatku pozbawiamy się i tak skromnej przestrzeni bagażowej.
