TurystykaRelacje z wyjazdówGrecja. Yamahą Virago niespiesznie po plażach

Grecja. Yamahą Virago niespiesznie po plażach

-

Choppery służą nie tylko do lansu po miejskich bulwarach, ale przy pewnej dozie samozaparcia można na nich również podróżować – i to całkiem daleko. Wbrew obiegowej opinii nie tylko skręcają, ale czasami nawet jeżdżą po plaży. Tym razem chopper był jak najprawdziwszy: przebudowana przez AME Choppers ośmioletnia Yamaha 535 Virago z przestawionymi o 14 stopni półkami i dłuższymi rurami.

Tekst: Dorota Bialuk; zdjęcia: Dariusz Grzesiak

Decyzja, co do wyjazdu do Grecji zapada szybko i nieoczekiwanie. Po szybkim przeglądzie motocykla ograniczającym się do wymiany oleju i sprawdzenia ciśnienia w oponach, następuje załadunek zgromadzonego w ogromnych ilościach bagażu. Po tej operacji nasza poczciwa „Virówka” wyglądała jak objuczony marokański osiołek.

 

Puste wydechy zagrały

Przelot przez Polskę przebiega przy zmiennej pogodzie, ale udaje się nam na szczęście ominąć wszystkie deszcze pałętające się po naszym kraju. Granica w Barwinku jest prawie niezauważalna. Na Słowacji pierwszy deszczyk przeczekujemy na stacji benzynowej, jednak wjazd do madziarskiego kraju i ostatnie 50 kilometrów stoi pod znakiem raz mniejszej, raz większej ulewy. Pierwszy nocleg zaplanowaliśmy w stałym miejscu postojowym polskich bajkerów, czyli mieście Tokaj. Ze względu na deszcz spanie na polu namiotowym raczej nie wchodzi w rachubę. Niestety pechowo trafiamy na lokalną imprezę Święta Wina i znalezienie lokum zajmuje nam dłuższą chwilę. Rano rzut oka na węgierską prognozę pogody – całe szczęście ze mapki mają piktogramy, bo języka nie rozumiemy. Nieciekawie to wygląda, pokazują burze nad Rumunią na planowanej trasie. Musimy szybko zmienić plan i zamiast na Satu Mare jedziemy na Oradeę.

Grecja. Yamahą Virago niespiesznie po plażach

Pogoda w kratkę, mokniemy z lekka i wysychamy na przemian. Węgierskie drogi powodują u nas obrywanie żołądków i ból tylnej części ciała. Zawieszenie przeładowanego choppera dobija na większości wybojów. W deszczu wjazd do Rumunii, Oradea i jedziemy na E79 – kierunek Deva. Oto prawdziwy hardkor, wszak to droga dla enduro, a nie dla motocykla szosowego, a tym bardziej objuczonego jak wielbłąd choppera! Nawierzchnia w takim stanie, że lepszy kawałek wybrać trudno. Początkowo mamy nadzieję że za parę kilometrów się poprawi, lecz są to tylko złudzenia. Do tego dodajmy popadujący deszczyk utrzymujący zabłoconą nawierzchnię w wilgoci i rumuńskich kierowców jeżdżących na styk, tak jakby motocykla w ogóle na drodze nie było. To powoduje że nie wyrabiamy zaplanowanej ilości kilometrów, ale ostatecznie to wakacje – nie musimy się śpieszyć. Tylko dlaczego, mimo że jedziemy na południe robi się coraz zimniej? Nocujemy w motelu w miejscowości Brad, degustując na kolację rumuńską ciorbę podawaną z ostrą papryczką do przegryzienia.

Następnego dnia pełen optymizm: słońce jakby wyszło zza chmur. Ryzykownie nie zakładamy polarów pod skóry i faktycznie z każdym kilometrem przejechanym na południe robi się coraz cieplej. W drogach też ubywa dziur, ale te co pozostały atakują z zaskoczenia.  Swego rodzaju ciekawostką jest tu istnienie zakładów produkcyjnych – działających lub nie w całkowitej głuszy. Czasami przejazd przez taki obszar sprawia surrealistyczne wrażenie. Jedziemy drogą nr 66 – może to nie jest słynna Route 66, ale widoki równie ciekawe. Grecja. Yamahą Virago niespiesznie po plażachDroga na sporym odcinku za Petrosani wije się w głębokim wąwozie wzdłuż rzeki, parokrotnie ją przekraczając. Dzień kończymy rozbijając namiot gdzieś w szczerym polu. Rano jemy śniadanie składające się z zakupionego przy drodze i skonsumowanego na miejscu arbuza. Cena jak w Polsce, ale smak dużo lepszy. Przed promem Calafat-Vidin „wyłudzacz” żąda dziesięć euro, lecz po chwili obniża stawkę do pięciu. Każemy mu spadać – ciekawe czy zrozumiał? Przeprawa na drugą stronę trwa ok. 35 minut.

Bułgaria wbrew obiegowym opiniom wita nas rewelacyjną drogą. I tak będzie praktycznie przez cały przejazd na trasie do Kulaty – z wyjątkiem obwodnicy Sofii. Co chwila mijamy tablice informujące, że drogę modernizowano przy wsparciu UE. Po zimnej Polsce i chłodnych Węgrzech wydaje się, że upał jest afrykański. Trasę mamy rozpisaną według stacji Shella, na których można płacić kartą. Zresztą innego wyjścia nie ma, gdyż nie mamy ani jednego bułgarskiego lewa. Wieczorem przekraczamy granicę z Grecją. Luzacki grecki pogranicznik ogląda dokumenty z papierosem w gębie.

 

Kolebka zachodniej cywilizacji

Dziwne i denerwujące jest greckie oznakowanie dróg. Minie trochę czasu zanim się przyzwyczaimy. Wygląda tak, jak gdyby stawiali nowe tablice nie usuwając starych. Po drodze mijamy zamknięte stacje benzynowe, więc przechodzimy na tryb ekonomiczny zmniejszając prędkość jazdy. Grecja. Yamahą Virago niespiesznie po plażachW nocy rozbijamy namiot na plaży już nad morzem Egejskim w pobliżu miejscowości Amphipolis w zatoce Strimonikos. Rano po kąpieli w krystalicznej wodzie robimy przelot na Riwierę Olimpijską. Miejscowość ta niemal przez cały rok jest zielona, pełna gajów oliwnych, a także gwarnych tawern z grecką muzyką. Riwiera stanowi bardzo dobrą bazę wypadową do zwiedzania Grecji kontynentalnej, niedaleko znajdują się Saloniki z pomnikiem Aleksandra Wielkiego i Białą Wieżą. Początkowo droga malowniczo wije się wzdłuż brzegu morza i możemy podziwiać lazurową wodę.

Po kilkunastu kilometrach wjeżdżamy na nowo wybudowaną autostradę, czyli jeszcze bez stacji benzynowych czy barów. Upał daje się we znaki, a wzdłuż drogi brak zacienionych miejsc w których można by się zatrzymać. Zjeżdżamy do Katerini żeby coś zjeść. Kupujemy souvlaki, czyli bułkę pita wraz z szaszłykiem. Pierwszy raz w życiu wewnątrz bułki znajdujemy również frytki z sosem – pychota!

Souvlaki

Danie to czasami nazywane jest greckim hamburgerem. Występuje w klasycznej postaci, czyli szaszłyk na patyku lub w bardziej współczesnej wersji: kanapka, pomidory, cebula i sos.

Wjeżdżamy do centrum miasta dość łatwo, ale teraz mamy problem z wyjazdem. Pełno tu jednokierunkowych uliczek, a niepełne oznakowanie powoduje, że kręcimy się w kółko mocno hałasując wyprutymi wydechami. Jednak nasz plan przewiduje nocleg w tej okolicy. Zaczynamy szukać kempingu. Na pierwszym brak miejsc, na drugim to samo, następny – zamknięty, ale w końcu jest. Cena trochę wysoka bo aż ok. 100 zł, ale lepszy rydz niż nic. Mamy jeszcze czas by podziwiać zachód słońca nad Olimpem, stanowiącym najwyższy masyw górski w Grecji – prawie 3000 m n.p.m. Na plaży jak to na Riwierze: ciepła, czysta woda, leżaki i parasolki – po prostu czadowo! Następnego dnia po krótkim plażowaniu robimy przelot autostradą do portu w Glifadzie.

 

Eubeja – Grecja nieznana

Tu ładujemy się na prom na Eubeę skracając drogę wokół Zatoki Sarońskiej do mostu w Halkidzie o około 170 kilometrów. Ciekawostką jest to, że na prom samochody wjeżdżają tyłem. Obsługa dba o upakowanie pojazdów niczym sardynek w puszce, a my oglądamy malowniczy zachód słońca z pokładu prawie przeładowanego statku. Grecja. Yamahą Virago niespiesznie po plażachNiestety próba znalezienia miejsca na namiot po drugiej stronie brzegu w Agiokambos kończy się niepowodzeniem i koniecznością dalszej jazdy o zmroku po górach. Nie przypuszczaliśmy wcześniej, że to tak górzyste tereny. Późnym  wieczorem stawiamy namiot na kamienistej plaży w Psaropouli w północno-wschodniej części wyspy. Eubeja to druga, co do wielkości grecka wyspa. Ale jako że w najbliższym kontynentowi miejscu przesmyk ma tylko 40 metrów, to łączy się ona ze stałym lądem mostem wybudowanym już w starożytności. Eubeja leży na uboczu wakacyjnych szlaków większości turystów, natomiast cieszy się sporą popularnością wśród Greków. W części wschodniej ze względu na kręte górskie drogi, a w szczególności strome zjazdy na nieliczne plaże w zatokach, nasycenie wczasowiczami jest znacznie mniejsze. Tutaj paliwo jest droższe o ok. 20 groszy na litrze i praktycznie nie można płacić kartą. Jednak jest to wspaniałe miejsce do jazdy motocyklem ze względu na przyzwoity asfalt. Poszukujący szutrowych dróg też znajdą tutaj coś dla siebie: nieduży ruch, liberalne podejście do biwakowania na dziko, no i to, po co tu przyjechaliśmy, czyli niesamowite widoki.

Północno-wschodnie wybrzeże wyspy to skaliste klify stromo spadające w morze, gdzieniegdzie tylko przerywane malowniczymi plażami malutkich zatoczek.  Przed południem nieśpiesznie zwijamy majdan i jedziemy dalej. Za kemping Agia Anna zapłaciliśmy 100 zł, ale miejsce to pełen luksus: baseny, kluby i tym podobne atrakcje. Przed południem jeszcze leniuchujemy na plaży, lecz już o godzinie 13. gramy wydechami pędząc przed siebie. Po drodze mijamy Zatokę Koryncką, której zdjęcia oglądaliśmy wcześniej w internecie. Z trasy regionalnej zjeżdżamy na lokalną drogę do Kotsiki. Powoli mamy dosyć winkli. Zjazd do Kotsiki bije chyba rekord: 5 kilometrów ciągłych zakrętów, a najdłuższa prosta ma może z 50 metrów. Przekonujemy się, że to urocza zatoka, a piękne widoki zapadną na długo w pamięci. Po kąpieli w morzu ruszamy dalej. Skręcamy na Pilos, droga w remoncie, a na odcinku kilku kilometrów całkowicie zerwany asfalt. Nic to, czopery dają radę wszędzie, nawet – jak tutaj – po skalnych półkach.

Grecja. Yamahą Virago niespiesznie po plażach

Kręcąc się po drogach Eubeji biegnących po nadmorskich zboczach powoli uodparniamy się na te zatykające dech widoki, inaczej trzeba by było stawać co pięć minut. Jeszcze stromy zjazd i plaża pod Vlachia, gdzie rozkładamy obozowisko obok innych namiotów, prawie pod tabliczką z napisem No Camping. Wieczorem z grekami pijemy piwo Amstel pochodzące z ateńskich browarów. Gwałtownej zmiany pogody nie zapowiada nic, lecz niespodziewanie zbierają się chmury i zrywa się porywisty wiatr. Burza rozpoczyna się na całego. Przez całą noc leje rzęsisty deszcz, pioruny biją w powierzchnię wody, a huk gromów odbija się od stromych skał – efekty jak z filmów grozy. Namiot bez tropiku rozbity na plaży przemaka całkowicie, więc  następny dzień jest dniem suszenia. Po dwóch dobach ruszamy ponownie. Jeżdżąc po lokalnych drogach widzimy, że zbieranie mastyksu (żywicy dodawanej do kadzideł) oraz pszczelarstwo to powszechne zajęcia mieszkańców. Małe, przenośne ule wyglądające jak skrzynki na listy widać dosłownie wszędzie. W Pili stajemy przed piekarnią żeby kupić chleb. Na widok dwumetrowego choppera Pani staje w drzwiach i z wielkim uśmiechem zaprasza do środka. A tam: same cuda i zapachy. Do chleba który kupujemy dostajemy gratis wodę mineralną i przepyszne ciasteczka – miejscowy specjał wykonany z miodu. Ciastko wygląda jak zrobione z cienkiego makaronu zwiniętego w gniazdko z migdałem w środku. Słodkie aż zęby bolą. Grecja. Yamahą Virago niespiesznie po plażachPrzeskakujemy przez wyspę na druga stronę. W końcu trzeba zobaczyć zachód słońca. Góry pośrodku (najwyższy szczyt Stropones 1743 m n.p.m.) ewidentnie zmieniają pogodę. Po stronie wyspy graniczącej z kontynentem jest bardziej upalnie. Parę razy mijamy wypalone obszary, krajobrazy po pożarach która to klęska nawiedza Grecje regularnie – wygląda  przerażająco. Nic dziwnego że co kilkanaście kilometrów stoją w lasach dyżurujące wozy straży pożarnej, a palenie ognisk jest bezwzględnie tępione.

Zachodnia strona wyspy ma już wyraźniejszy posmak regionu wakacyjnego: więcej knajp, wyższe ceny. Kempingi zapchane stacjonującymi na stałe przyczepami. Wybieramy kamping Milos pod Eretrią i przeznaczamy dzień na włóczenie się po okolicy. W tej części wyspy przeważają gaje oliwne. Każdy sklep potwierdza to, że oliwki w Grecji są  produktem pierwszej potzreby. Kilkanaście rodzajów: zielone, czarne, nadziewane, suszone, marynowane na różne sposoby. Można by wymieniać jeszcze długo. Zwiedzając odkrywamy znaczenie tajemniczych kół na wodzie, które widzieliśmy na zdjęciach satelitarnych. To morskie hodowle ryb, które są trzymane w basenach z siatki zatopionych w morzu. No ryby są może i świeże, ale zapachy wokół tych miejsc już nie za bardzo.

Grecja. Yamahą Virago niespiesznie po plażach

Polka prowadząca w Eretrii sklep z pamiątkami poleca nam najpiękniejszą plażę na Eubeji. To nic, ładujemy graty i jedziemy. Daleko nie jest, kilka skrętów na czuja i już jesteśmy na drodze lokalnej prowadzącej do Kalamos. Na samej końcówce trzy zakręty w greckim stylu – strome serpentyny dziwnie odwrotnie wyprofilowane, za to zatoka  rzeczywiście piękna. W sezonie wioska jest okupowana przez tłumy, a teraz na koniec sezonu jest tu spokój. Wjeżdżamy dość karkołomnym podjazdem nad samo morze. Malutka wioska leży praktycznie na plaży: kilka tawern i hotelików oraz baza płetwonurków. Musimy uprzedzić, że wielbiciele złotych piaszczystych plaż mogą z Eubeji wyjechać niezadowoleni, gdyż jest ich bardzo mało. Przeważają kamieniste i żwirowo kamieniste o przeróżnych odcieniach i kolorach. Eubeję opuszczamy przejeżdżając przez nowy wiszący most w miejscowości Halkida. Dzisiejszy etap przebiega po nudnej autostradzie, którą jedziemy powyżej 100 km/h, nadrabiając stracony czas, zresztą nie ma tu czego oglądać.

 

Peloponez

Przejeżdżamy przez przesmyk Koryncki i lokujemy się na kempingu nad Zatoką Sarońską. Tym razem plaża jest mocno niesympatyczna, a woda Zatoki Sarońskiej też jakaś taka szarobura.

Akrokorynt

Greckie wzgórze na Peloponezie wznosi się na wysokość 575 m n.p.m. W starożytności miejsce to było osiedlem położonego wyżej Koryntu. Znajdowała się tu słynna, znana w całym greckim świecie świątynia Afrodyty, gdzie kapłanki świątyni Afrodyty (córy Koryntu) położyły podwaliny pod najstarszy zawód świata. Ponumerowane od 1 do 1000 służyły swej bogini ciałem, oddając się przejeżdżającym Przesmykiem Korynckim kupcom, pielgrzymom, wojskowym no i wszystkim, którzy mieli ochotę czcić wspólnie z nimi Afrodytę.

Ale luzik, bez bagażu robimy sobie wycieczkę do Epidauros. Bez tych tobołów jeździ się jak rowerem i w dodatku jedziemy ledwo 70 kilometrów w jedna stronę, więc co to jest w stosunku do kilku tysięcy pokonanych kilometrów. Niestety, ale jak to zwykle bywa, najlepsze widoki są w miejscu, gdzie nie można się zatrzymać by zrobić pamiątkową fotę. Podziwiamy roślinność – draceny, które w Polsce występują w doniczkach tutaj mają po cztery metry wysokości. W Epidauros oglądamy jeden z lepiej zachowanych teatrów. Wypowiedziane szeptem słowo czy szelest papieru w centralnym punkcie sceny są dobrze słyszalne na całej widowni, bez względu na zajmowane miejsce. Teatr ten został zbudowany przez Greków i kolejno rozbudowany przez Rzymian.

Epidauros

W Epidauros od VI wieku p.n.e. do IV wieku n.e. istniało najsłynniejsze sanktuarium Asklepiosa (opiekunka sztuki lekarskiej). Wybudowano tu również najlepiej do dziś  zachowany grecki teatr z 52 rzędami siedzeń, zbudowany przez Polikleta Młodszego około 300 p.n.e., który mógł pomieścić 14 tysięcy widzów i gdzie co cztery lata odbywały się zawody sportowo-intelektualne.

Mimo, że to już po sezonie, sporo tu turystów z całej Europy. Patrząc na ogromny parking zastanawiamy się, jakie tłumy muszą tu być w lipcu i sierpniu. Amfiteatr jest dość wysoki. Po wejściu na koronę w motocyklowych skórach mamy wrażenie że jest dużo wyższy. Grecja. Yamahą Virago niespiesznie po plażachW drodze powrotnej jedziemy nad Kanał Koryncki, długi na ponad sześć kilometrów i głęboki na 79 metrów. Na żywo robi znacznie większe wrażenie niż na zdjęciach, szczególnie jeśli wiemy że został wybudowany p