O ukraińskich Karpatach wiedziałem, że choć drogi tam dziurawe a łapówki powszechne, to krajobrazy piękne. Za wschodnią granicą nie byłem, a przecież nie od dziś wiadomo, że jeśli jechać to na wschód – tam musi być jakaś cywilizacja.

Tekst i zdjęcia: Piotr Gierasiński

W natłoku obowiązków nie mam czasu na porządne zorganizowanie trasy majowego wyjazdu. Każdą wolną chwilę poświęcam na analizowanie tras przez alpejskie przełęcze ale to dopiero plan na lipiec, a przecież w majowy weekend też należy gdzieś się przejechać. Decyzja zapada: jadę na Ukrainę, a dokładniej Karpaty ukraińskie.

Na skróty przez agrafki

Ukraina czeka
Startuję przed południem 29 kwietnia, pogoda raczej chłodna ale niebo nie jest mocno zachmurzone więc w sumie do przeżycia. Do Rzeszowa lecę krajową dziewiątką po czym kieruję się przez Dynów na Przemyśl. Specjalnie nadkładam drogi, żeby pośmigać na serpentynach między Przemyślem a Sanokiem. Wiatr na otwartych przestrzeniach miedzy Dynowem a Przemyślem daje mocno w kość, prawie ściąga z motocykla. Jako rekompensatę za tę wichurę dostaję porcję frajdy na serpentynach, najbardziej zakręcone odcinki robię co najmniej po dwa razy. Na jednej z agrafek przycieram podnóżkiem o asfalt – chyba pierwszy raz na Varadero. Chwila relaksu na tarasie widokowym w Polańczyku, cieszę oko widokiem jeziora Solińskiego i Bieszczadzkich pagórków. Odwiedzam “Bieszczadzką Przystań Motocyklową” – ciekawy pomysł mocno zakręconego na punkcie motocykli gościa z Trójmiasta. Pakuję się na kwaterę w Cisnej i piwkiem w Siekierezadzie kończę miło spędzony dzionek.

We wtorek około dziewiątej wyjeżdżam z Cisnej i przez Radoszyce pakuję na Słowację. Słowacja jak to Słowacja – asfalty równe, ruch znikomy. Nic, tylko cieszyć się radością z jazdy i podziwiać piękno krajobrazu, a jest co podziwiać, bo spóźniona wiosna sprawiła, że wszystko co powinno zakwitnąć zakwitło jednocześnie. Łąki i lasy pokryte są niezliczoną ilością różnokolorowych kwiatów.

Piekielne wykroty

Ukraiński asfalt
Granicę z Ukrainą przekraczam łatwo i przyjemnie, nie potwierdza się nic co czytałem w internecie. Nikt niczego się nie czepia, nie wyciąga rąk po łapówkę. Sprawdzają papiery, VIN motocykla i tyle. Pytają czy zamykam licznik i czy jeżdżę na jednym kole, na odpowiedź że nie mówią że słabo bo ich kolega ma Kawasaki i tak robi a też ma 220km/h na liczniku.

Zaczyna się moja przygoda z Ukrainą. Drogi tak jak się spodziewałem: dziura za dziurą i dziurą pogania. Pierwsze miasteczko: Perechyn jest całkiem sympatyczne, ale i trochę egzotyczne – furmanki i Łady na ulicach a przy targowisku dwóch facetów niesie za nogi połówkę świeżo zarżniętego świniaka. Wyciągam trochę hrywien z bankomatu, tankuję tanie ukraińskie paliwo i wbijam w nawigację punkt na połoninie Równej obok starej bazy radzieckich wojsk rakietowych.

Małe chatki pokryte byle czym - oto ukraińska wieś
Droga na Polanę jest nawet możliwa: nie na za dużo dziur, mijane ciężarówki to Urale, Ziły i Kamazy. Wszystkie 6×6 na wielkich terenowych oponach. Na horyzoncie widać pokrytą resztkami śniegu połoninę Równą. W pierwszej wiosce skręcam w lewo. Nawierzchnia się pogarsza. Droga prowadzi początkowo przez wieś. Zabudowania to parterowe pokryte eternitem małe chałupki. Podwórka ogrodzone siatką i tak zadrzewione, że mało co widać. Po czym droga wchodzi w las. Pierwsze rozwidlenie dróg i skręcam na Lipowiec w szutrową drogę biegnącą wzdłuż strumienia. Szuter jest w miarę równy i mocno ubity. Nie ma dużych kamieni. Fajnie się jedzie na drugim, a nawet na trzecim biegu, cały czas w tunelu z gałęzi.

Walka z podjazdem

No i gleba
Na początku wsi Lipowiec zaczyna się droga z betonowych płyt. Stare drewniane domy, błoto na podwórkach, Naliczyłem cztery samochody: dwie płaskie czarne Wołgi, jeden Ził154 załadowany drewnem i jeden bardzo ładny Gaz 66. Za wsią podjeżdżam pod pensjonat, w którym planowałem wynająć nocleg, zostawić bagaże i na lekko śmignąć na połoninę. Pensjonat okazuje się być zamknięty na cztery spusty a wejścia strzegą lwie głowy przymocowane do szczelnie zamkniętej bramy. Postanawiam jechać na połoninę z bagażami tak wysoko jak dam radę.

Zaraz za wsią droga jest przerwana, betonowe płyty rozrzucone po okolicy, a droga wiedzie przez wyschnięty bród rzeczny. Zatrzymuję się, wypatruję sobie tor jazdy między wybojami i rura. Na podjeździe załadowany tył motocykla sprawia, że przednie koło traci kontakt z podłożem i motocykl ląduje w rowie obok drogi. Upadek nie jest groźny, ale wyciągnąć w pojedynkę 300-kilogramowe Viadro z krzaków nie jest łatwo. Odpinam kufry i ściągam kurtkę. Kilkanaście minut walki, układania podjazdu z kamyków i Honda jest przeprawiona na druga stronę dumnie stojąc na betonowych płytach. Prostymi odcinkami drogi jedzie się łatwo. Droga pnie się pod znośnym kątem w górę. Zakręty nie są już takie łatwe. Płyty nie tworzą jednolitej płaszczyzny. Poukładane są tak, że nie ma możliwości przejechania bez wjechania w dziury między nimi.

Droga trudna ale widoki piękne
Na jednym z takich zakrętów przednie koło blokuje się w dziurze i zaliczam drugą też niegroźną glebę. W tym przypadku z podniesieniem motocykla też nie ma problemu. Wyjeżdżam ponad las na połoninę. Robię sobie przerwę obiadową. Włażę na wzniesienie i ładuję kamerę. Odpoczywam leżąc na trawce. Piesza ukraińska wycieczka robi sobie nieopodal biwak. Podchodzi do mnie facet i chwilę rozmawiamy. Ogląda motor, pyta z kim jestem. Gdy się dowiaduje, że jestem sam, łapie się za głowę i mówi, że jestem extremal. Wycieczka schodzi w dół, a ja jadę dalej w górę. Nie wjeżdżam za daleko. Droga to dwa rzędy może metrowej szerokości płyt betonowych ułożonych na szerokość rozstawu kół ciężarówki.

Podjazd był trudny
Przede mną łacha śniegu – próbuję przejechać z jednego rzędu płyt na drugi i grzęznę między nimi. Odpuszczam sobie dalszą jazdę. Zawracam i jadę w dół podziwiając piękno krajobrazu. Wracam tą samą trasą przez Lipowiec do głównej drogi i kieruję się na Polanę. Na niektórych odcinkach można odkręcić nawet 100 km/h. Powyżej nie bardzo, bo ni stąd ni zowąd pojawiają się skupiska głębokich dziur i po ich zauważeniu trudno jest wyhamować. W okolicach Polany znajduję nocleg. Elegancki bungalow z łożem małżeńskim, wielkim płaskim telewizorem, jacuzzi w łazience i szlafroczkiem w szafie. Standard europejski ale cena niestety też mocno europejska.

Zmiana planów

Klimatyczne wsie
Wysypiam się, śniadanko i dalej jadę, oglądając Karpackie pagórki. Jadę drogą numer T0712, wzdłuż doliny. Po lewej stronie mam połoninę Bożawę , ale na tę nie planuję się wdrapywać moim SUVem. Zabudowa wiosek zasadniczo wszędzie podobna. Małe parterowe chałupki przykryte eternitem lub betonową dachówką. Malutkie podwórka i gazociąg napowietrzny wsparty na może 5-cio metrowych słupkach. Szeroka, ale strasznie dziurawa droga. Samochody to stare Żyguli, Łady a czasami nowe Chevrolety i Kie oraz wspomniane już ciężarowe Urale, Gazy a czasami trafi się Kamaz.

W każdej większej wiosce na głównym placu targowisko. W jednym z takich miejsc spotykam grupę polskich samochodów 4×4. Zagaduję trochę z nimi, ale towarzystwo delikatnie mówiąc mało ogarnięte. Mówię gościowi, że na szczycie tej góry jest połonina Bożawa i pytam jak daleko i którymi drogami się zapuszczają w jej kierunku. Odpowiada mi, że on to ma się pilnować prowadzącego grupę i auta przed nim, a więcej to on nie wie. Jadę dalej boczną drogą do Khust, tam zatrzymuję się na stacji benzynowej przy obwodnicy. Planowałem, że pojadę jeszcze dalej wzdłuż głównego pasma Karpat ale orientuję się, że moja prędkość przelotowa jest dość niska. Obwodnica, przy której stoję nie jest wcale lepsza od bocznej drogi z której wyjechałem. Wszędzie dziury, piach na asfalcie i w dodatku ruch dużo większy.

Nieliczne fragmenty dobrej nawierzchni
Ciężarówki, również europejskich marek, podnoszą ogromne tumany kurzu. Postanawiam, że przez Mukaczewo pojadę bliżej polskiej granicy i zgodnie ze wcześniejszym planem znajdę tam nocleg, a jutro będę penetrował przygraniczne wsie, których po polskiej stronie już nie ma, a po ukraińskiej jeszcze są – Sokoliki i Beniowa. Chcę też podjechać jak najbliżej granicy drogą do Wołosatego. Przejścia granicznego tam nie ma, ale droga na mapie jest. Chcę zobaczyć, jak to wygląda z ukraińskiej strony. Do Mukaczewa stan drogi nie odbiega od ukraińskich standardów, ale już droga na Lwów jest świeżo odremontowana i można troszkę podgonić. Przejeżdżam nią może 60 km i skręcam w lewo na Turka.

Podróż na stojąco

Ciekawe zjawisko
Tutaj wioski mają troszkę inny charakter. Zabudowa jest bardziej luźna. Domy rozsiane są po okolicznych wzgórzach. Rzucają się w oczy przytwierdzone do biednych chałup anteny satelitarne (na niektórych domach nawet po dwie) i złote kopuły przydrożnych kapliczek. Dopiero po powrocie do domu doczytałem, że przejeżdżałem bardzo blisko wsi Libuchora, nazywanej żywym skansenem, gdzie stoją jeszcze kurne chaty. Cóż, za gapowe się płaci, mówi się trudno i jeździ się dalej. Drodze trudno przypisać jakikolwiek rodzaj nawierzchni. Resztki starego asfaltu, kruszywo i piach. Dziury o twardych, asfaltowych krawędziach. Rzadko kiedy można tyłek posadzić w siodle, więc większość czasu jadę na stojąco.

Mimo biedy na podwórkach porządek
Na podwórkach mimo biedy ład i skład. Trawka wykoszona, wszystko wygrabione i wyzamiatane. Pnie drzew wymalowane wapnem na biało. Jest prawosławny wielki tydzień,może to dlatego, a może po prostu tak tu jest. To, że ludzie są biedni, to nie znaczy, że nie dbają o porządek. Dojeżdżam do trasy Użgorod-Lwów. Droga niby krajowa a dziury takie, że nie wiadomo którędy jechać. Widok samochodu jadącego z przeciwka lewą stroną nie jest niczym dziwnym. Tu po prostu jedzie się tędy, którędy się da. Nieważne, czy lewą czy prawą stroną czy poboczem. Ważne, żeby jechać i nie urwać np. koła.

Wspaniały klimat
Za Turką wynajmuję pokój w motelu. Cena w przeliczeniu ok. 60 pln za noc, ale standard dużo niższy niż u nas u górala. Pani włączyła termoboiler do kontaktu w łazience i powiedziała, że za dwie godziny będzie ciepła woda. Pokój malutki i średnio czysty, ale ogólnie jest dobrze. Przez dwudniowy pobyt załatwiłem z obcasa tylko jednego robala. Wi-fi nie ma, ale jest TV. Z ciekawości przelatuję kanały. Połowa nadawanych filmów, to stare polskie produkcje z ukraińskim dubbingiem. W barze zjadam obiad i degustuję produkty ukraińskich browarów. Do sąsiedniego pokoju wprowadza się para polaków. Jadą chopperem pooglądać ukraińskie Karpaty. Przerażeni są stanem dróg. Powiadają, że w zeszłym roku byli we Lwowie, i że tam drogi są dużo lepsze.

Bieszczady od zaplecza

Tędy do kraju nie wjadę
Następnego dnia jadę do Turki. Na głównym placu oczywiście targowisko. Prawie wszyscy sprzedają plastikowe kwiaty. Wciskam motor między auta zaparkowane na zakazie i pakuję kask do kufra. Podchodzi do mnie facet i mówi, że tu jest zakaz parkowania, a tam za rogiem stoi milicjant. „Ty jesteś z Polski, więc na pewno się do ciebie doczepi”, i wskazuje mi miejsce po drugiej stronie ulicy. Parkuję maszynę i robię spacer po targowisku. Oprócz plastikowych kwiatów można tu kupić owoce, warzywa, kiełbasę, mięso i oczywiście kupę chińskiego dziadostwa i ubrań. Wyciągam trochę kasy z bankomatu, kupuję colę w sklepiku i jadę w kierunku przełęczy Użeckiej.

Standardowy widok
Droga jest masakrycznie dziurawa, ale krajobraz za to naprawdę piękny. Bieszczadzkie pagórki, a między nie powciskane długie wsie. Wszystko dookoła błyszczy wiosenną zielenią. Tylko gdzieniegdzie kontrastuje małe, prostokątne, brązowe poletko. Na jednym z nich tuż przy drodze widzę pracujących ludzi. Sadzą ziemniaki. Trzech mężczyzn obsługuje konia z pługiem. Jeden prowadzi konia za lejce, drugi trzyma mocno pług za capigi a trzeci całą siłą przygniata ten pług do ziemi. Za nimi kobiety wciskają kartofle w skibę. Zatrzymuję się, chcę zrobić zdjęcie. Wtedy wszyscy przerywają pracę i pozują mi do zdjęcia. Robi mi się głupio, więc wrzucam aparat do futerału i odjeżdżam.

Na przełęczy zatrzymuję się przed szlabanem. Młody mundurowy sprawdza dokumenty i pyta gdzie i po co jadę. Ot taka strażnica na granicy województw. Zaraz za szlabanem placyk z ławkami i jakieś pomniki poświęcone chwale wojującym sołdatom. Na zjeździe z przełęczy ładne serpentyny. Fajnie by się jechało, gdyby nawierzchnia była choć średniej jakości, a jest gorsza niż fatalna. Jadę dalej przez wioski wzdłuż rzeki Iż. Jedna z wiosek ma swojsko brzmiącą nazwę Wołosanka. Jeszcze kilka kilometrów i skręcam w prawo. Przez wioskę Lubnia jadę w górę w kierunku granicy i naszego Wołosatego.

Ukraiński ścigacz
Po wyjechaniu powyżej wsi można jechać jeszcze kilometr, może troszkę więcej i jest szlaban: oczywiście opuszczony i znak zakazu ruchu. Stoi samochód na polskich rejestracjach. Tu okazuje się, że moja dotąd bezawaryjna Honda puściła olej z lagi. W pierwszej chwili trochę się przestraszyłem, bo myślałem, że przeciekły hamulce. Cały zacisk upaprany w oleju, ale na szczęście kazało się, że to laga. Bez oleju w ladze można jechać, ale bez płynu w hamulcach już nie za bardzo. Zjeżdżam w z powrotem w dół. Przede mną roztacza się piękny widok na dolinę. Jadę z powrotem w kierunku Turki. Skręcam do Sokolik i dojeżdżam do stacji kolejowej. Tu zonk: zapala się kontrolka rezerwy.

Cholera jasna, dlaczego rano nie zatankowałem? Na trasie między Turką a Bereznym nie ma stacji benzynowej. Może i dobrze, bo niby krajobrazy ładne, wsie ciekawe, ale mam już dość tych pierońskich dziur. Wracam do motelu i degustuję browary.

Swojski finisz

Rozstajne drogi
Ostatni dzień wyjazdu: śniadanko i lecę (o ile ciągłą walkę z dziurami w jezdni można nazwać lataniem) w kierunku granicy w Krościenku. Przed samą granicą tankuję ostatni raz tanie ukraińskie paliwo, pakuję w kufry kilka butelek przedniej ukraińskiej wódki. Jadę na przejście. Procedury z Ukraińcami trwają kilka minut, ale ogólnie spoko – szukają numeru VIN wbitego na ramie, ten na tabliczce in nie wystarcza. Pytają mnie gdzie jest. Odpowiadam, że nie wiem. Szukają jeszcze chwilę i dają sobie spokój. Polskie służby dziwią się, że jadę sam. Podobno motocykliści to z reguły jeżdżą w grupach. Pytają czy wiozę papierosy – „nie nie palę”. A wódkę? – „Flachę mam. Głupio by było wrócić z Ukrainy i flachy nie przywieźć”  – z uśmiechem przytakują.

Celnik twierdzi, że do motora nie będzie z budy wychodził, oddaje papiery i każe jechać. Wjeżdżam po Polski i nie mogę się oprzeć pokusie, żeby śmignąć na bieszczadzkie winkle. Pakuję na dużą pętlę bieszczadzką i odkręcam ile się da. W Wołosatym spotykam Chłopaków na V stromach. Wracają ze Lwowa. Wymieniamy się wrażeniami z Ukrainy. Mówią, że droga do Lwowa jest OK, ale w samym mieście dziury po pachy. W Cisnej kupuję oscypki i dzida do Radomia.

Wrażenia z ukraińskich Karpat: góry piękne i ciekawe ale drogi straszne, szkoda sprzętu. Zasadniczo off road cały czas. Z perspektywy czasu myślę, że trzeba będzie tam jeszcze kiedyś pojechać, ale przydałoby się jakieś lżejsze enduro.

3 KOMENTARZE

  1. To prawda że ukraińskie drogi to koszmar a ulice Lwowa nie lepsze i przejechać zwłaszcza przez torowiska tramwajowe to naprawdę wyzwanie dla motocyklisty.Zjechałem prawie całą Ukrainę i jedynie droga Kijów – Charków była dobra.Generalnie we wschodniej części stan dróg jest lepszy ale nie wiele.

  2. Niedługo na stronie pojawi się moja relacja z tegorocznej majówki na Ukrainie, więc z ciekawością przeczytałem Twój tekst. Jeśli para, którą spotkałeś leciała suzuki boulevardem, to i ja na nich trafiłem :)
    Ja leciałem na Krym, więc w całości trasa tak źle, jak w Twoim opisie nie wyglądała, ale i tak wiem, o czy mówisz. Ja po powrocie musiałem zainwestować w nowy napęd ;)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here