Dość! – pomyślałam. Ta zima doprowadzi mnie do szału. Musiałam wyrwać się gdzieś w miarę blisko, a jednocześnie w miejsce, gdzie jest ciepło i są piękne drogi. Wybór padł na Teneryfę.

Tekst i zdjęcia: Weronika Kwapisz

Przychodzi taki moment w roku, kiedy już mam dosyć pogody za oknem. Kiedy kolejne płatki śniegu zaczynają mnie denerwować, a nie cieszyć. Kiedy to temperatura poniżej zera sprawia, że dostaję białej gorączki, a wszystko przez to, że nie mogę wskoczyć na swój ukochany motocykl i pognać gdzieś daleko przed siebie. Jest to klasyczny, powtarzający się co roku kryzys, z którym każdy z nas musi się zmierzyć.

Części osób wystarczy odpalenie motocykla w garażu i wsłuchanie się w melodię basów wydobywających się z silnika. Jeszcze inni przeglądają zdjęcia z minionego sezonu, planując kolejne wyjazdy, ale co zrobić, gdy żadna z tych rzeczy nie pomaga? Gdy naprawdę jedyna rzecz, o której marzę to jazda motocyklem?

Na początku roku staję przed takim właśnie dylematem. Zaczynam przeglądać mapy i niestety wszystkie ciekawsze (czyt. ciepłe o tej porze roku) miejsca znajdują się na południowej półkuli. Co zatem zrobić, kiedy nie chce się wydać majątku oraz kiedy ma się ograniczony urlop? Serce oczywiście chciałoby wyruszyć w kolejną daleką podróż, ale rozum podpowiada, żeby zejść na ziemię.

Kask zamiast kapelusza

Co robić? – zadaję sobie to pytanie, aż nagle wpadam na pomysł. A może by tak na Kanary? Gdy zaczynam opowiadać znajomym o koncepcie wyjazdu w tamtym kierunku słyszę: Teneryfa? All-Inclusive?! Zanudzisz się! Przeglądając mapy widzę dziesiątki krętych dróg! Jestem pewna, że prócz hoteli z basenami i kolorowymi drinkami, ta wyspa ma do zaoferowania o wiele więcej.

Nie zastanawiając się długo, pod koniec grudnia kupuję bilet, a już w drugiej połowie stycznia siedzę w samolocie. Na każdym kroku przyciągam uwagę innych pasażerów, którzy dziwnie przyglądają mi się widząc kask i kurtkę motocyklową zamiast kapelusza i okularów przeciwsłonecznych.

Gdy tylko wysiadam z samolotu czuję przyjemne 22 stopnie oraz pierwsze promienie rozgrzewającego słońca. Nawet nie wiecie, jak mi brakowało dodatniej temperatury! Z lotniska wyruszam w kierunku północnej części wyspy. Chcę wykorzystać okienko pogodowe, gdyż wszystko wskazuje na to, że w ciągu najbliższych dni w tym regionie ma być ładna pogoda.

Yes, yes

No cóż, mogłoby się wydawać, że co jak co, ale Kanary mnie nie zaskoczą. Jednak już pierwszego dnia muszę stawić czoło nowej przygodzie. Na kilka tygodni przed wyjazdem sprawdzałam dostępność miejsc w hostelach. Wszystko wskazywało na to, że nie będę musiała martwić się o noclegi.

Jakie jest moje zdziwienie, kiedy na dzień przed wylotem okazuje się, że wszystkie miejsca są zajęte. Zostaje wolne jedno jedyne łóżko w nie najtańszym pokoju, w dodatku kosztuje tyle, co doba w kilkugwiazdkowym hotelu! No cóż, za głupotę trzeba płacić. Na całe szczęście już następnego dnia po przybyciu znajduję dużo tańszy nocleg w prywatnym pensjonacie, prowadzonym przez Hiszpankę, która ni w ząb nie mówi po angielsku. Jedyne słowo, jakie zna to yes. I tak na każde pytanie, jakie zadaję, słyszę w odpowiedzi yes, yes!.

Na całe szczęście zbawienny okazuje się międzynarodowy język zwany body language. I tak na migi udaje nam się porozumieć i, w rezultacie, uzyskać klucz do pokoju. Warunki są spartańskie, ale mi to nie przeszkadza, bo znajduję się w La Laguna będącej jednym z najstarszych miast na wyspie. Ze względu na liczną ilość zabytków zostało ono wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wcale się nie dziwię – architektura z XVII wieku zachwyca wszystkich przyjezdnych. A gdy tylko słońce wyjdzie zza chmur, kamienice zaczynają się mienić w pastelowych kolorach.

Pierwszej nocy ciężko mi zasnąć, gdyż myślę cały czas o spotkaniu z Bonneville’em, z którym przeżyłam wiele przygód podczas mojej wcześniejszej samotnej wyprawy dookoła Ameryki Północnej. Stał się on moim przyjacielem na dobre i na złe. A jak to mówią, stara miłość nie rdzewieje i tak, pomimo że minęły ponad dwa lata odkąd ostatni raz przekręciłam kluczyk w stacyjce Triumpha, na samą myśl, że znowu będę śmigać, tym motocyklem nie mogę usnąć.

Stara miłość

Kiedy widzę go po raz pierwszy, niemal się zakochuję! Bak błyszczy w słońcu, a klasyczna linia T100 sprawia, że ktokolwiek obok Bonneville’a przechodzi, zawiesza na nim wzrok. Mój stary przyjaciel nie traci nic ze swojej elegancji, pomimo że został odmieniony przez chłopaków z Hinckley. Mnie najbardziej cieszy spalanie tego motocykla – 3,8 l/100 km. Prawie tyle, co mała 125-tka, którą okrążyłam Europę! Czyli spokojnie mogę nawijać kolejne kilometry nie martwiąc się, że mój budżet zostanie nadszarpnięty.

Na Teneryfie spotykam się jedynie z życzliwością. Zarówno od jej mieszkańców, jak i od turystów. Nie wiem, czy działa tak na ludzi słońce, czy może urok klasyka? Wszyscy na tej wyspie żyją na totalnym luzie. Nigdzie nie pędzą. Pomimo że żyją skromnie, cieszą się z każdego dnia i to udziela się przyjeżdżającym. Jak za dotknięciem różdżki zmienia się nasze nastawienie do świata. Nagle nie pędzimy, nie odbieramy nerwowo telefonów, czas zaczyna być dla nas rzeczą względną. Udziela nam się mañana!

Pierwsi wyciągają do mnie pomocną dłoń panowie z salonu Triumpha. Gdy tylko dowiadują się, że zamierzam Bonnevillem okrążyć Teneryfę, oferują swoją pomoc. Zgarniają mnie z lotniska, a kilka dni później organizują spotkanie właścicieli motocykli Triumph, którego jestem gościem specjalnym.

Pomimo parszywej pogody, jak na tę szerokość geograficzną (w górach pada i jest zaledwie kilka stopni powyżej zera) zjawia się wiele osób. Plotka o przybyciu szalonej blondynki z Polski roznosi się niczym błyskawica po wyspie. I tak w grupie ponad trzydziestu motocykli pokonujemy tego dnia 250 kilometrów. Sami zapewne wiecie, że pokonywanie serpentyn w towarzystwie innych motocykli ma swój urok i jest miłą odmianą, kiedy non stop podróżujemy samotnie.

Wariatów nie sieją

Oczywiście atrakcji nie może zabraknąć w kolejnych dniach. Już trzeciego łapię przeziębienie. Największy kryzys pojawia się, kiedy o 6 rano, chora, po ciemku w temperaturze bliskiej zeru i w strugach deszczu muszę jechać motocyklem na zdjęcia pod wulkan Teide. Efekt? Woda w butach i gorączka. No, ale jak to mówią, wariatów nie sieją… sami się rodzą!

Pomimo że podczas tego wyjazdu ani razu nie wkładam bikini, a na plaży spędzam zaledwie 2 godziny przed odlotem, cieszę się z każdej chwili spędzonej na Teneryfie. Wyspa ta jest tak różnorodna! Północ jest zielona niczym nasze Bieszczady tylko z egzotyczną roślinnością, a słoneczne południe przypomina Marsa oraz Księżyc, a wszystko dzięki górującym nad wszystkim wulkanem Teide.

Jeśli dodać do tego wspaniałe, kręte… bardzo kręte drogi, to czego chcieć więcej! Trasa z Santiago del Teide do Masca nawet wytrawnych motocyklistów może przysporzyć o zawał serca. Drogę od urwiska oddzielają małe betonowe bloki. Gdy na swojej drodze spotkamy z naprzeciwka jadący samochód to pół biedy, gorzej gdy zakręt będzie chciał pokonywać w tym samym momencie autobus, wtedy ratuj się kto może! Naprawdę warto używać klaksonów.

Jeśli nie straszne są komuś takie atrakcje i lubicie lekki dreszczyk emocji warto pokusić się o pokonanie tej drogi do samego Buenavista del Nte. Widoki zachwycają, a zakręty sprawiają, że zaczyna się od nich kręcić nam w głowie. Mnie tę trasę udaje się pokonać kilka razy zarówno za dnia, jak i w nocy. Przyznam szczerze, że jest to niesamowite uczucie, kiedy to jedynie reflektor motocykla oświetla mi drogę i nie wiem, co się kryje za kolejnym zakrętem. Po takiej przejażdżce, kiedy człowiek dociera do cywilizacji i widzi zwykłe proste, oświetlone drogi – oddycha z ulgą.

Wyspy szczęśliwe

Nikogo, kto się znajdzie na Wyspach Kanaryjskich nie zdziwi fakt, że są one nazywane Wyspami Szczęśliwymi. Tutaj każdy znajdzie coś dla siebie – od pięknych tras motocyklowych po trekkingowe, a gdy będziemy chcieli zakosztować wodnego szaleństwa, możemy wskoczyć na deskę i posurfować. Ja zakochałam się w Teneryfie, wyspie, która zawsze kojarzyła mi się z rozleniwionymi turystami. Wyspie, na której poznałam wspaniałych ludzi, zakosztowałam pysznego jedzenia oraz przejechałam wiele kilometrów w ciągu zaledwie kilku dni. Zresztą, co będę opowiadać sami zobaczcie film.

Riding Across Tenerife – film

Riding Across Tenerife – galeria

8 KOMENTARZE

  1. Weronika daje rade, jak zwykle.
    Zdjęcia miodne.
    Świetnie nagrane video, robi wrażenie.
    Chciałbym teleportować się tam z moja maszyna.
    Tylko jak? ;)

  2. Zdjęcia i filmik boskie, ale relacja…… zaczyna się jakby wyjazd był na spontanie, a okazuje się, że sponsorowany :(

    • Alienator – każdy wyjazd jest sponsorowany. Czasem przez nas samych, czasem przez kogoś innego. Moim zdaniem w ogóle nie umniejsza to wartości relacji ani samej wyprawy. Znam Weronikę i wiem, że traktuje motocykla e ze szczególną miłością.

      • Raff, zdaję sobie z tego sprawę i tego nie potępiam, jednakże uważam, że relacja nie jest do końca “uczciwa”. Brakuje na wstępie informacji, że artykuł jest sponsorowany. Inny byłby odbiór tej relacji, a raczej reklamy Triumph’a. A filmik reklamowy jest rzeczywiście genialny – chwyta za motocyklowe serce :)
        Pozdrawiam

        • Jako Szef tego zacnego medium oświadczam, że artykuł nie był sponsorowany. Ba! Poleciał na mój koszt :) Może wyjazd tak, ale artykuł nie. Pozdrawiam również.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here