Tysiące wspaniałych zakrętów okraszonych widokami jak z pocztówek, zapachami lawendy i morza. Prowansja ma niewiarygodną moc rozkochiwania w sobie. Po latach udało mi się wreszcie spełnić marzenie o podróży do Francji.

Dziwnym zrządzeniem losu naszą wyprawę rozpoczynamy w Vyskovie w Czechach. Mniejsza o powody, dla mnie to świetna okazja, by napić się pysznego piwa Starobrno i spróbować nieśmiertelnego utopenca. Korzystam z tej okazji skwapliwie, jutro czeka nas tranzyt przez Austrię.

Rano, przy wyśmienitej pogodzie ruszamy w stronę Imst, gdzie czeka mój niewidziany od ćwierć wieku kolega. Obawiam się trochę autostrad, na których mój mózg wchodzi w tryb standby, co objawia się trudną do opanowania chęcią obserwacji powiek od środka.

Na szczęście trasa prowadzi autostradami tylko częściowo, wiele kilometrów pokonujemy pięknymi drogami krajowymi, wolnymi od tłumu ciężarówek, rozsypujących się starych opli i kierowców z nadętym ego. Podróż mija zatem bardzo spokojnie, bez większej przesady mogę powiedzieć, że osiągamy turystyczne ZEN.

Pod wieczór, wstępnie nakarmieni pięknymi widokami przedgórza Tyrolu, meldujemy się w Imst, gdzie czeka już gorący grill i zimne lokalne piwo. Zastanawiam się jak uda nam się nadrobić 25-letnie zaległości w rozmowach w ciągu jednego wieczora. Nie udaje się, choć żaden z nas ani na chwilę nie przestaje gadać. Solennie obiecujemy sobie czym prędzej powtórzyć to spotkanie.

Imst otoczone jest strzelistymi szczytami. Kiedy rano wychodzę przed dom, odbiera mi mowę – to miejsce potrafi zmiękczyć każde serce, moje nie jest wyjątkiem. Przez krótką chwilę kusi mnie, żeby porzucić plany i zostać tutaj na dłużej. Niestety, nie podróżuję sam, a test motocykla sam się nie zrobi… Tym bardziej, że dosłownie za rogiem czeka nas mekka motocyklistów – słynna przełęcz Stelvio.

Pierwszy pocałunek

Pakujemy bambetle, żegnamy się z gospodarzami i ruszamy w drogę. Do przejechania mamy około 100 km, więc przed południem meldujemy się u podnóża przełęczy. Szybka kawa, jeszcze szybszy kibelek i jesteśmy gotowi.

O Stelvio napisano tak wiele, że nie ma sensu kolejny raz pisać o cudownych widokach, oszałamiających zakrętach, które wymagają czasem pokonania przeciwbalansem na półsprzęgle, podjazdach tak stromych, że wrzucanie trójki mija się z celem. Ostrzegam – nie wierzcie w opinie, że to oklepana droga, że nic ciekawego, że lepsza jakaś inna. Stelvio jest przeżyciem z gruntu tych, które dostarcza pierwszy pocałunek, pierwsza jazda na rowerze czy zdobycie górskiego szczytu w letni dzień. To nie są emocje, które można sobie odpuścić lub porównać z czymś. Trzeba je po prostu przeżyć.

Perwersyjne wyzwanie rzucone przez przytłaczającą liczbę nieprawdopodobnie ciasnych agrafek i widoków, zdawałoby się, na otwarty wszechświat, odejmuje zdolność logicznego zrozumienia obrazu, który mam przed oczami. Zostaję tylko ja, skupienie na technice jazdy i niemy zachwyt nad perfekcyjną symbiozą ludzkiej pracy i natury.

Oddycham szybko chłonąć każdy obraz szeroko otwartymi oczami. Zapominam o zdjęciach, filmach, emocjach i wszystkim, co przyda mi się kiedy będę pisać tę relację. Jestem tylko ja i droga.

Na szczycie czeka nas prawdziwa impreza – setki motocyklistów z każdej strony Europy, stragany, grille i Bóg wie co jeszcze. Na podjeździe nie było widać ich aż tylu. Dziś poniedziałek, strach pomyśleć co musi dziać się tutaj w weekend.

Zjeżdżamy, ciesząc się odrobinę spokojniejszymi niż po północnej stronie winklami. Zanim dojedziemy do naszego dzisiejszego celu – jeziora Garda, czekają nas jeszcze dwie przełęcze – Gavia i Tonale. Granatowe chmury na horyzoncie nie napawają optymizmem. Do szczytu przełęczy Gavia jest jeszcze znośnie. Nie pada, ale ciężkie powietrze zwiastuje nadchodzące kłopoty. Szkoda, pamiętam z relacji moich przyjaciół z LifeWeLove, że to bardzo piękna droga o niezwykłym klimacie.

Na szczycie potwierdzają się nasze obawy. Naprędce ubieramy przeciwdeszczówki i rzucamy się w niepewną pogodę. Pada dość umiarkowanie, ale bardzo silny wiatr w połączeniu z wąską drogą nad przepaścią tworzy w naszych głowach dość przerażające scenariusze. Jedziemy jak kursanci na placu manewrowym, starając się przytulać do skalnej ściany. Problemy pojawiają się, kiedy dwa-trzy razy musimy z duszą na ramieniu wyminąć się z nadjeżdżającym samochodem.

Szkoda, szkoda… Gavia była moim marzeniem, a zamiast cieszyć się jej atmosferą, muszę walczyć z podmuchami wiatru, z których każdy bez problemu mógłby zdmuchnąć mnie w nicość. Cóż, pogody się nie wybiera. Przełęcz Tonale to już zwykła krajówka, z ciężarówkami i szerokimi zakrętami. Ładna, warta przejechania droga, może gdyby nie deszcz, spodobałaby mi się. Tak – mam jej dość.

Wściekły atak natury

Do kempingu w pobliżu Gardy dojeżdżamy około 19. Okazuje się bardzo miłym miejscem, niedrogim i klimatycznym. Może dlatego, że leży nad jeziorem Tonale, które znajduje się kilka kilometrów na północ od Gardy. Robimy szybki wypad do sklepu i relaksujemy się przy kolacji.

Kolejny dzień zaczynamy od wybrzeża jeziora Garda. Szczególnie interesuje nas Strada della Forra – niezwykła, wykuta częściowo w skalnym wąwozie wąska droga, która stromymi trawersami wspina się po klifowym zboczu. Kulminacyjny odcinek budzi prawdziwą grozę. Gdybym nie wiedział, co to za trasa, jestem pewien, że miałbym problem z przejechaniem tędy. Zwisające nad głową i otulające zewsząd mroczne skaliste ściany mogłyby bez problemu wywołać napad lęku u kogoś z klaustrofobią.

Zachwyceni zapominamy oczywiście o zrobieniu zdjęć, wspinamy się dalej w stronę punktu widokowego Terazza del Brivido przy hotelu Paradiso na szczycie zbocza. Zatrzymujemy się na chwilę na kawę i podziwiamy ujmujące piękno jeziora. Od południa nadciąga złowrogo wyglądająca chmura, która skłania nas do dłuższego postoju. Sinoszara chmura zabiera do swojego wnętrza kolejne widoki, by w końcu dosięgnąć potężną nawałnicą także miejsca, w którym jesteśmy. Wściekły atak natury trwa jakieś pół godziny, dopijamy zatem kawę, Paweł dopala drugą fajkę i jesteśmy gotowi do drogi.

Szara deszczowa kołdra oddala się w stronę gór, my w stronę przeciwną, więc robi się coraz słoneczniej. Nadchodzi najgorszy odcinek naszej podróży – włoskie autostrady. Niestety spełniają się moje najgorsze obawy. Co 30-40 kilometrów musimy robić przystanki na kawę lub gimnastykę, bo nie potrafię pozbyć się przemożnego poczucia senności. Ja i autostrada bardzo, ale to bardzo się nie lubimy.

Jakby tego było mało, kilkadziesiąt kilometrów za Aostą zaczyna wściekle padać. To ten rodzaj deszczu, który wciska się w każdą szczelinę i bezlitośnie testuje możliwości ochrony motocyklowej odzieży. Oznacza to jedno – nasze plany przejechania przez przełęcz św. Bernarda leżą w gruzach. Jesteśmy skazani na klaustrofobiczny i zbyt drogi tunel pod Mont Blanc. Fatalnie.

Na domiar złego w moich gore-texowych butach pewnej marki, o której litościwie nie wspomnę, chlupie woda. Rację miał producent – są wodoszczelne, czyli jak już wpuszczą wodę, to za nic nie wypuszczą. W minorowych nastrojach pokonujemy granicę włosko-francuską i docieramy do naszego noclegu w Sallanches. Dziś wydaje mi się, że nie mam ochoty na jazdę, na motocykl, na Francję, na nic. Zobaczymy co przyniesie jutro.

Lipa Napoleona

Na kolejny dzień mamy zaplanowaną Route des Grandes Alpes, Drogę Wielkich Alp. Niestety – niepewna pogoda i bardzo nisko wiszące chmury zmuszają nas do modyfikacji planów. Wielka szkoda, choć jak wynika z informacji, część ważnych przełęczy, w tym Col de l’Iseran wciąż jest zamknięta. Z bólem serca odpuszczamy, zamiast tego jedziemy na południe Drogą Napoleona.

Unikając autostrad, suniemy powoli w stronę Vizille, a właściwie Notre-Dame-de-Mesage, miejscowości, gdzie w lipcu 2007 roku, w wypadku polskiego autokaru, zginęło 26 osób, a 24 zostały ranne. To zdarzenie wywołało ogromne poruszenie w ówczesnej Polsce, chciałem choć chwilę pomodlić się przy pomniku, który postawiono tutaj na cześć ofiar wypadku.

Droga Napoleona trochę mnie rozczarowuje. Oprócz fatalnych warunków po wyjeździe z Vizille, kiedy to z powodu mgły musiałem jechać z podniesionym wizjerem i bez okularów, po drodze do Sisteron tylko kilka miejsc było wartych zatrzymania i zrobienia fotki. Czasy świetności tej trasy, uznawanej niegdyś za jedną z najpiękniejszych we Francji, dawno minęły i to raczej bezpowrotnie.

Mijamy Gap, mijamy Sisteron, gdzie robimy kilka zdjęć i kierujemy się w stronę Le Fugeret, niewielkiej miejscowości w pobliżu kanionu Verdon. Tam, w cichym pensjonacie Gite st Pierre raczymy się kolacją próbując lokalnego aperitifu pod jakże uroczą nazwą Pipi de Marmote, siki świstaka. Wbrew nazwie, smakuje wybornie.

Rano w Castellane spotykamy się z moim kolegą Kubą – od wielu lat mieszkańcem Marsylii. Obiecał pokazać nam drogi, których nigdy sami byśmy nie znaleźli. Dopijamy kawę i ruszamy na objazd kanionu Verdon. Drugi najgłębszy kanion Europy nie tylko zachwyca, ale wręcz wstrząsa potęgą. Początkowo, po wyjeździe z Castellane nie wiemy z czym przyjdzie nam się zmierzyć, ale kiedy docieramy na punkt widokowy Point Sublime, stajemy oniemiali.

Lazur, który zniewala

Wszystko, co czytałem na temat kanionu Verdon, co oglądałem i co słyszałem zdaje się tutaj być niczym, plotką, pogłoską, urywkiem zdania. Widok, który roztacza się z tego miejsca uzmysławia prostą rzecz – jeśli nigdy nie doświadczyłeś jakiegoś smaku, nikt nie będzie ci go w stanie opisać. Z rozbawieniem przypominam sobie jak czytałem opisy tego kanionu. Żaden z nich nie wydaje mi się teraz ani prawdziwy, ani wiarygodny, choć w istocie żaden nie kłamał.

Jaskrawa zieleń rozpostarta miękkim puchem na surowych skalnych ścianach wdziera się głęboko w wąską szczelinę kanionu, chcąc dosięgnąć mistycznego lazuru rzeki Verdon, płynącej, wydawałoby się, wąską strużką daleko w dole. Wysokie, niemal pionowe miejscami zbocza sprawiają wrażenie jakby chciały zamknąć rzece drogę, zostawiając tylko niewielki dla niej przesmyk. Ta jednak niewzruszenie płynie dalej, rozpościerając swój lazur coraz szerzej i szerzej, by rozlać go w końcu na rozległą taflę jeziora Sainte Croix.

Budowniczy drogi wijącej się szalonymi zakrętami po zboczach kanionu perfekcyjnie dobrali jej przebieg. Każdy winkiel odsłania kolejne cuda i choć trudno je podziwiać, bo jazda tędy wymaga maksymalnego skupienia, czuję jak mózg rejestruje wszystko i w niemym zachwycie wyzwala kolejne fale endorfin. Zdecydowanie przyjazd tutaj był jednym z najlepszych pomysłów, na jakie wpadłem od bardzo dawna. Było mi to potrzebne.

Po tych emocjach z lubością pałaszujemy pyszny zapiekany camembert w Bauduen. Miejsce jest nieprzypadkowe – to ulubiona miejscówka Kuby w tej okolicy. Spokój tego miejsca tuż nad zniewalającą kolorem taflą jeziora Sainte Croix i piękno, które roztacza się z tarasu trudne jest nie tylko do opisania, ale też do zrozumienia.

Ruszamy w dalszą drogę. Mocno, czasem bardzo mocno bocznymi drogami z niemal zerowym ruchem, kierujemy się w stronę Marsylii. Odległość niby niewielka, ale biorąc pod uwagę, że jedziemy wyłącznie bocznymi drogami, 366 kilometrów pokonujemy w ponad 5 godzin i około 22.00 zmęczeni jak psy pociągowe wpadamy do marsylskiego mieszkania Kuby. Tradycyjnie prowadzimy długie Polaków rozmowy.

Szlakiem ochry

Rano niewyspani i wciąż podekscytowani wczorajszymi drogami, pakujemy manatki i, prowadzeni przez Kubę, powoli przebijamy się przez zadziwiająco spokojną i czystą Marsylię. Dziś naszym celem jest Grenoble, ale zanim tam dotrzemy, zobaczymy bardzo wiele pięknych dróg i miejsc.

Kuba prowadzi nas sobie tylko znanymi drogami. Jak tłumaczy, jedzie na wyczucie, wybierając trasy oznaczone jako dobre dla rowerów. Mówi, że mają one zazwyczaj dobrą nawierzchnię i panuje tam minimalny ruch. Faktycznie – tylko czasem spotykamy jakiś samochód, większość trasy pokonujemy tylko we własnym towarzystwie.

Przejeżdżamy pierwszy z zaplanowanych na dziś parków narodowych – Luberon. Jest on znany z występującej tutaj ochry – charakterystycznej pomarańczowej glinki. Jej kolor jest znakiem rozpoznawczym wielu tutejszych miejscowości. Ta najpiękniejsza to bez wątpienia Rousillon – osada artystów i snobów, piękna tak, że trudno oderwać od niej wzrok. Pomarańczowe domy, przyklejone jeden do drugiego, stłoczone na wzgórzu wydają się tworzyć jakąś przedziwną zamkniętą społeczność, do której wstęp mają tylko wybrani.

Nasz kolejny cel to Mont Ventoux – mekka rowerzystów i motocyklistów, których przyciągają ekscytujące zakręty i podjazdy. Lawirujemy wśród setek bicykli ślizgając się na lepiku, obficie wypełniającym ubytki w drodze. Czuję się trochę jak w Polsce. Z Mont Ventoux rozciąga się nieprawdopodobny widok na Prowansję, która stąd wydaje się jeszcze piękniejsza. Potężne szczyty przecinają pola lawendy i maku, małe miasteczka niczym srebrzysto-pomarańczowa biżuteria zdobią tu i ówdzie krajobraz. Cieszę się tym widokiem dłuższą chwilę, póki jedna z chmur nie decyduje się odebrać mi tej przyjemności.

W obawie przed mgłą zwijamy się z zatłoczonego rowerami szczytu i jedziemy w stronę jednego z największych cudów natury we Francji – parku Narodowego Vercors. Tutejsze drogi balkonowe, wykute w żywych, pionowych ścianach skalnych zachwycają swoim położeniem. Zanim dotrzemy do tej najpiękniejszej, Combe Laval, wspinamy się na Col de Rousset – Kuba nie może ani na moment odpuścić nam zakrętów, na których się wychował i które co tydzień łyka na śniadanie. Dla nas taka ilość wrażeń to spore wyzwanie techniczne, na rękach mamy już pęcherze od ciągłej pracy rolgazem.

Gdzie to piwo?

Chwytamy łapczywie zachwyty na szczycie przełęczy Rousset i czym prędzej jedziemy w stronę Combe Laval. Popołudniowe słońce nieubłaganie chyli się ku zachodowi, co jest dobrą wiadomością dla fotografa, ale złą dla żądnych przygód motocyklistów. Udaje nam się dotrzeć na Col de Machine przed zachodem słońca, dzięki temu możemy cieszyć oczy miękkim złotem, które opływa balkonową drogę biegnącą po zboczu doliny. Zamroczeni zniewalającym widokiem i położeniem tej trasy, pstrykamy miliony zdjęć, próbując uchwycić ostatnie promienie światła.

W Villard-de-Lans żegnamy się z Kubą. To były dwa niesamowite dni, podczas których wiele się od niego nauczyliśmy i poznaliśmy najpiękniejsze zakątki wschodniej Francji. Nie dziwota, że Francuzi nie mają ciśnienia by wyjeżdżać za granicę. Też bym nie wyjeżdżał mając takie drogi i miejsca.

Kuba jedzie na południe, szukając noclegu w drodze do Marsylii, my powoli oddalamy się w stronę Grenoble, gdzie czeka na nas nocleg. Na miejscu, zmęczeni i spragnieni zimnego piwa bezskutecznie przemierzamy miasto w poszukiwaniu sklepu, gdzie moglibyśmy się zaopatrzyć. Wszystko pozamykane. Próbujemy w restauracjach, ale te też już kończą pracę. Dziwny kraj, słowo daję.

Kolejne dni spędzamy na niespiesznym tranzycie do Polski, odwiedzając drogi francuskiej Jury, niemieckiego Szwarcwaldu i Czech. Bagaż wspomnień nie daje zasnąć, a pełne emocji umysły wciąż rzucają się w kolejne zakręty francuskich dróg.

Mimo konieczności zaniechania części planów, wyjazd przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Może dlatego, że wyjeżdżając gdziekolwiek staram się tych oczekiwań nie zabierać ze sobą. Człowiek wyobrazi sobie zbyt wiele, nastawi się na coś, a nad rezultatem i rzeczywistością nie mamy przecież żadnej kontroli. Dzięki takiemu mojemu podejściu cieszę się wszystkim, może poza deszczem, który stopniowo podmywa fundamenty mojej motywacji.

Francję odwiedzę nieprędko. Horrendalne dla mnie ceny na razie skutecznie odstraszają od prób powrotu w tamte strony. Kiedyś jednak pewnie wrócę. Piękno tego kraju jest nieporównywalne z niczym innym.

Galeria zdjęć – Francja

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.