Pragnienie dotarcia do Australii i przemierzenia jej wszerz i wzdłuż dojrzewało we mnie od wielu lat. To, co wydarzyło się podczas realizacji mojego marzenia przerosło najśmielsze wyobrażenie zarówno o samym kraju, jak i ludziach tam żyjących.

Tekst i zdjęcia: Tadeusz Szumiński

Pierwotny plan zakładał, że ekipa będzie się składać z trzech osób: dwóch jadących na motocyklach i dodatkowo jednego podróżującego samochodem jako nasze zaplecze. Życie cały czas weryfikuje jednak nasze plany. I tak też było w tym przypadku: po chwilach wzniosłych planów i fantazji zostało nas dwóch: ja i Piotr Niewiejski, czyli „Pan Samochodzik”.

Z doborem motocykla nie miałem wątpliwości. Moim zdaniem jedynie duży BMW GS Adventure spełniał wszystkie warunki, by podróżować daleko,wygodnie i bezpiecznie. Problemem było pozyskanie motocykla oraz jego transport na daleki kontynent tam i z powrotem. Tu jednak spotkałem się z wyjątkową życzliwością i wsparciem ze strony serdecznych, normalnych i otwartych ludzi, co nie jest takie oczywiste i częste.

 

Najpierw wizyta w zoo

Start zaplanowany został na początek kwietnia. Dziś mogę powiedzieć, że termin nie był szczęśliwy. Co prawda było już po porze deszczowej, ale za to dzień stawał się coraz krótszy. Tym samym zmniejszyły się dzienne przebiegi. Jednak nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre – przynajmniej temperatury o tej porze okazały się niskie, więc i podróż była znacznie przyjemniejsza.

Nie grizzly, ale równie uroczy

Motocykl oraz część ekwipunku wysłałem dwa miesiące wcześniej do nowych-starych znajomych, a my wdajemy się w wir szaleńczych przygotowań. Wszystko na wczoraj: ciśnienie, plany, rozmowy nawet wizyta we wrocławskim zoo i rozmowa z jego fantastycznym prezesem o tym, co nas może zjeść w Australii. Ku naszej wielkiej uldze okazuje się, że – pomijając krokodyle – wszystko, co jest większe od nas to roślinożercy. Bać się więc nie trzeba, wystarczy zdrowy rozsądek i trochę szczęścia.

W końcu startujemy. Lot przez Dubaj, 24-godzinna przerwa i po dwóch dniach podróży ukazuje się nam upragniona Australia. Lądujemy w Perth na zachodnim wybrzeżu, stolicy zachodniego stanu, wielkiego niczym Indie, a zamieszkałego jedynie przez 10% tamtejszej populacji. Pierwsze miłe zaskoczenie: odprawa na lotnisku idzie jak po maśle. Miasto jest ładne i czyste, tylko nieco przydługie – ciągnie się z 70 km. Jak się później dowiedzieliśmy – tutaj jest tak wszędzie. Nawet po kupno zapałek trzeba jechać godzinę lub dwie.

Zachodni brzeg – praktycznie każda droga prowadzi do oceanu

Pierwsze zderzenie z biurokracją. Dla Polaka wszystko musi być na wczoraj, ale miejscowi mają dużo wolnego czasu i raczej się nigdzie nie spieszą. Są mili grzeczni i uprzejmi, ale na odbiór motocykla z magazynu celnego muszę czekać prawie 10 dni. I tak mam szczęście, że nie trzeba przechodzić kwarantanny i ponosić dodatkowych kosztów.

Przegląd techniczny jest równie zjawiskowy, co dla naszej mentalności kompletnie irracjonalny. Tutaj wszystko, cała niemal biurokracja, oparta jest na założeniu, że jesteś odpowiedzialny i uczciwy. Nikt nie dopuszcza, że mógłbyś cwaniaczyć czy oszukiwać. Nawet przegląd motocykla i ubezpieczenie OC nie jest obowiązkowe.

Pierwsza jazda po australijskiej ziemi ma charakter techniczny – musimy najpierw dotrzeć do motocykla. Jedziemy wzdłuż zachodniego wybrzeża na północ.

Czynna odkrywkowa kopalnia złota w Kalgoorlie
Teoretycznie ma to być tylko 1000 kilometrów, a kończy się na 1700. Tu jednak wszędzie jest daleko. Magia Oceanu Indyjskiego i coraz rzadziej rozsiane osady nie zdradzają tego, co kryje się wewnątrz lądu. Powrót do Perth, przegląd w autoryzowanym serwisie i pierwsze serdeczne spotkanie z nieznajomym. Jest nim polski inżynier górnik, Wiesiu Urbanik. Bliższe zapoznanie ma słowiański charakter i trwa prawie trzy dni. Szczęśliwie znów jest jakieś lokalne święto, pozyskanie zezwoleń na wjazd na terytorium Aborygenów może więc poczekać.

 

Kierunek – interior

Ruszamy. Kierunek – centralna Australia. Pierwszy etap – do Kalgoorlie, dawnej krainy poszukiwaczy złota; dziś mieści się tu jedna z największych na świecie odkrywkowych kopalni złota.Wielka na kilka kilometrów dziura w ziemi, pełna olbrzymich ciężarówek i koparek,nie widać jednak oczekiwanych przez nas uzbrojonych po zęby strażników. Miejscowi nam tłumaczą, że nie trzeba pilnować kopalni złota. Jeżeli cię złapią na kradzieży, to w Australii masz przechlapane do końca życia.

Kres wielu nie jest odosobniony

Kolejne zdumiewające zdarzenie to pole kempingowe zapełnione przyczepami i samochodami ze starszymi ludźmi. Już później okazało się, że to typowy styl życia tysięcy australijskich emerytów, którzy na dodatek latami podróżują niespiesznie wokół kontynentu. Od razu myślę o osobie i zaczynam marzyć, aby na emeryturze żyć podobnie. Bez problemu dostajemy zezwolenie na przejazd przez terytorium Aborygenów, ważne tylko na trzy dni. Do pokonania jest jednak 1600 kilometrów, w tym 1300 bezdrożami do Uluru. Jeszcze tylko wymiana opon, ostatnie zakupy i w drogę.

Motocykl spisuje się nad wyraz dobrze, mimo że razem ważymy 450 kg. Docieramy do Leonora. To koniec cywilizacji. Upewniają nas o tym dwukrotnie wyższe ceny paliwa, coraz liczniejsze komuny Aborygenów, koniec asfaltu i kompletny brak zasięgu w telefonie. Jakiś czas później okazuje się, że to również strefa totalnej prohibicji, a za jej złamanie grozi wieloletnie więzienie.

Spotkanie z Piotrem ustalamy za 300 km, w pierwszej bazie. Jednak zamiast planowanych pięciu godzin jazdy na miejsce docieram po dziewięciu. Jazda tą „drogą” przypomina ślizganie się po tarce pokrytej sypkim żwirkiem. Tak właśnie wita nas Pustynia Gibsona.

Powoli żegna nas pustynia Gibsona
Trudno zresztą mówić o pustyni w znanym nam rozumieniu – wokół niej rośnie pełno krzaków i drzew, a na dokładkę każdy postój wzbogacony jest spotkaniem z milionem tłustych much i przeraźliwie ciekawskich, nie okazujących w ogóle strachu papug. To doznanie dość szczególne – samotność we wszelkich kolorach. Dodatkowo brak zasięgu, a droga oznakowana jest setkami porzuconych wraków, dawnych i współczesnych.

Nasza pierwsza oaza, jak i pozostałe, otoczona jest blaszanym, wielkim na dwa metry płotem. Dystrybutor paliwa, uwięziony w wielkiej klatce za każdy litr benzyny liczy sobie po 9 zł. To wszystko jest nieważne – cieszę się ze spotkania z Piotrem i doceniam wyjątkową serdeczność gospodarza. Po zmroku zamyka on przepastną bramę, aby chronić nas – jak mówi – przed ciekawskimi tubylcami jak i równie ciekawskimi zwierzętami. Druga przyczyna jest bardziej prozaiczna i ma związek z planowanym naruszeniem prohibicji.

Poranek jest cudowny, pomimo nie do końca przespanej nocy. Budzi nas hałas olbrzymiego generatora, a gdy zamykam oczy jestem wciąż zauroczony wczorajszym nocnym spektaklem tysięcy spadających gwiazd. Sielanki dopełnia ujadanie psów dingo i odgłosy tubylców z pobliskiej osady. Niestety, po wczorajszej jeździe jestem cały obolały i każda próba wdrapania się na motocykl odbywa się w akompaniamencie moich jęków.

Im dalej tym gorzej, ale równie pięknie

Boże, jak tu jest pięknie! Busz to miejsce, gdzie życie jest takie bogate, takie kolorowe… Zauroczony magią chwili odpuszczam inspekcję motocykla, sprawdzając tylko pobieżnie poziom oleju. Jak się później okaże, moje lenistwo będzie miało poważne konsekwencje. Ale tymczasem – w drogę! W ciągu kolejnych dwóch dni mam jeszcze do przejechania 1000 kilometrów. Spotkania z Piotrem wyznaczamy już co 100 kilometrów. Jazda – nie chcę ale muszę! Spotykam coraz więcej wraków, a i sama droga zmienia się ze żwirowej w piaszczystą. To pustynia Wielkiej Wiktorii, pod spodem nawierzchni jest tarka. Docieramy na miejsce tuż przed zachodem słońca. Przez cały dzień spotykamy tylko dwóch Francuzów z Niemką, którzy podobnie jak my zmierzają do Uluru.

Jakaż ulga: dwie trzecie drogi już za nami. Nocleg rozbijamy w podobnym miejscu. Rankiem pod moim namiotem mój towarzysz łapie sporego gada i ze stoickim spokojem odnosi go w worku gdzieś do buszu. Wąż jak wąż; dopiero po kilku tygodniach okazało się, że był to tajpan pustynny, najbardziej jadowity i agresywny wąż Australii.

Brak wodowskazu zmusza, abyś najpierw przeszedł rzekę w bród i ocenił swoje szanse na powodzenie

Podczas kolejnego postoju mści się moje lenistwo. Przez przypadek odkrywam ze zdumieniem, że stelaż od kufrów praktycznie trzyma się na kilku śrubach. Do najbliższego sklepu mam z 1000 kilometrów. Co robić? Wpadam na pewien pomysł – za rezerwuar części służą mi porzucone wraki. Problem w tym, że są one idealnym schronieniem dla paskudnego i nierzadko jadowitego robactwa. Szczęśliwie po ponad godzinnej walce udaje mi się zamontować stelaż u ruszam dalej w drogę.

Im bliżej celu, tym gorzej. Nie myślę nawet o zmęczeniu, ale o coraz gorszej drodze. Piach jest coraz głębszy i staje się sypki niczym mąka. Wymijająca nas ciężarówka czy nawet dużo mniejsza terenówka zostawia za sobą istną piaszczystą czerwoną mgłę, spoza której nie widać kompletnie nic.

Pociąg drogowy

Australijskie pociągi drogowe składają się z samochodu ciężarowego, ciągnącego kilka przyczep (przeciętnie 3-4, maksymalnie nawet 12). Ich długość przekracza czasem 50 metrów. Ze względu na duże odległości wykorzystuje się je powszechnie w transporcie towarów, m.in. paliw. Wyposażone są w potężne zderzaki, kraty i siatkę na szybach, chroniące przed kangurami, dzikimi krowami, końmi i innymi mieszkańcami australijskiego buszu.

Utrzymać tor jazdy – jedyny mój cel, rura i patrz tylko w przód, broń Boże podkoło! Sytuację pogarsza wyjątkowo podłe paliwo. Zawory jęczą, a ty tylko dzida i do przodu. Jak na złość pojawiają się wszędobylskie wielbłądy, przechadzające się dostojnie po drodze, jakby gdzie indziej brakowało im miejsca. Jest pretekst by się zatrzymać i w końcu usiąść. Wielbłądów jest podobno ponad dwa miliony. Pojawiły się tutaj w 1840 roku, jako pierwsze ciężarówki, a gdy wyparły je samochody, wielbłądy puszczono wolno i tak się rozmnożyły.

Piaskowa mgła niechętnie opada

Kolejny obiad, oczywiście do spółki z muchami i dalej. 100 kilometrów przed Yularą zapada już zmrok. Tego wieczora z kolei poznaję z bliska setki, a może i tysiące kangurów – wielkich, dwumetrowych głupich myszy. Dotychczas widziałem jedynie martwe, rozjechane przez pociągi drogowe, czyli poruszające się drogami zaprzęgi ciężarówek z kilkoma przyczepami. Na szczęście dla mnie odgłos motocykla jest dla kangurów niepokojący lub może drażniący i bez żadnej dodatkowej zachęty zeskakują same z drogi.

Jest już późno i ciemno. Wreszcie docieramy do cywilizacji. Jakaż radość – asfalt, tańsze paliwo, kemping, kilka kresek w komórce! To wyjątkowy przywilej, bo wszędzie gdzie spaliśmy, przed i po, noc wypełniona była albo hałasem agregatów prądotwórczych, albo niekończących się przejazdów pociągów drogowych. Efekty spotkań kangurów z ciężarówkami możemy ze smutkiem obserwować każdego ranka. Już pod wieczór drogi są jednak czyste – to gratka dla drapieżników. Za dnia trzeba też uważać na stada żerujących na drodze ptaków,ale do tego przywykniesz już po pierwszym tysiącu kilometrów.

 

Pająki jak wróble

Wracamy na szlak. Uluru, święta góra Aborygenów. Troszkę byłem sceptyczny myśląc wcześniej o spotkaniu z nią, a w nocy nie wiedzieć czemu jadąc obok na kemping jakoś ją przeoczyłem. Pobudkę sponsorują nam papugi, w liczbie tryliona. W dobry nastrój wprawia nas jednak widok setek ludzi, motocyklistów ze swoimi zestawami przyczep Madeby MC Gyver, z namiotami, kuchniami i Bóg wie czym jeszcze. Jest dobrze. Jak przystało na motocyklową brać, okazujemy sobie wzajemne zainteresowanie i wymieniamy się uprzejmościami. Nawet pająki wielkie jak wróble, nieruchomo wmontowane pod dachem łaźni, nie robią na nikim większego wrażenia. No może poza Piotrem.

Miłość do zwierząt nie zawsze jest odwzajemniona – trzeba wiać

Jakież to mistyczne spotkanie z Uluru! Słońce ma się już ku zachodowi (oczywiście jak zwykle od północy), a kamienny świadek przeszłości zmienia swój kolor z ceglanego w purpurowy. Mimo potwornego zmęczenia wdrapuję się na sam szczyt. Nie jest to takie łatwe, a i na szczycie usłanym kraterami niczym w księżycowym krajobrazie można wędrować jedynie wzdłuż namalowanej linii, aby dotrzeć do najwyższego punktu. Patrząc w dół, trudno nie zgodzić się z tubylcami, że jest to wyjątkowe, magiczne miejsce – dla nich święte, a dla mnie na pewno niezapomniane.

Uluru

Formacja skalna Uluru (Ayers Rock) ma ponad 300 m wysokości i 8 km obwodu. Zbudowanajest z piaskowców, zawierających różne minerały, dlatego zmienia kolory w zależności od padającego światła. Jest świętym miejscem dla Aborygenów – w jaskiniach u podnóża skały znajduje się wiele malowideł ściennych. Każdego roku na Uluru ginie kilka osób w trakcie wchodzenia na nią, najczęściej na skutek poślizgnięcia lub na atak serca.Największą atrakcję dla turystów stanowi obserwowanie skały Uluru o zachodzie lub wschodzie słońca, kiedy z minuty na minutę zmienia swój kolor. Do dobrego tonu należy otwarcie butelki szampana w momencie gdy słońce zachodzi i przestaje oświetlać skałę.

 

Przereklamowane Alice Springs

Czas w dalszą drogę. Cel: Alice Springs, centralny punkt Australii. Gdzie nie zerkniesz piszą że to mistyczne miejsce, pełne magii i ekscentrycznych ludzi. Dla mnie niestety okazuje się miasteczkiem jakich wiele, a opisanej magii nijak znaleźć nie mogę.

Ruszamy w drogę do Darwin. Do pokonania ponad 1500 kilometrów, a na mecie czeka nas najcieplejsze miejsce kontynentu. To dobry pomysł – w końcu wygrzejemy się na plaży. Tutaj zaczyna już być dość zimno, szczególnie w nocy. Doskwiera też nam trochę prohibicja, wprawdzie już nie już tak rygorystyczna, ale małe piwko w knajpie można zamówić tylko za okazaniem dokumentów i zaświadczenia, że jesteś gościem hotelu lub kempingu. Zmiana opon i jazda dalej.

Nie zawsze mamy ochotę być w centrum zainteresowania

Po 200 kilometrach postój. Kolejny pozytywnie zakręcony gospodarz – zbudował sobie ot tak kosmiczny kemping. Na każdym kroku UFO, kosmici, a dodatkowo własna ciuchcia i kilka kilometrów torów. Jak mówi, to go bardzo odpręża, a zwłaszcza jak sobie pogwiżdże ciuchcią w buszu. Nie mam już żadnych wątpliwości: to dobre miejsce dla każdego marzyciela. Nikt z twojej ekstrawagancji nie zrobi problemu, wręcz przeciwnie – możesz liczyć, że zawsze znajdzie się inny pozytywny wariat, który cię wesprze.

Rankiem dostajemy instrukcję od gospodarza, aby nie zatrzymywać się bez potrzeby w Warumungu. Pełno tam Aborygenów, którzy nienawidzą prohibicji i są wyjątkowo namolni w stosunku do podróżnych. 2 kilometry przed czarnym punktem na naszej trasie samochód nie chce dalej jechać. Na szczęście przy drodze jest cmentarzysko aut i utalentowany mechanik. Diagnoza paskudna – wysiadł jakiś sterownik i trzeba czekać trzy dni, aż firma wynajmująca nam autko dośle potrzebną część.

Masakra. Trzy dni postoju, a może i dłużej, ale tutaj każdy ma czas. Na nawigacji – pierwszy skręt za prawie 1500 kilometrów. Podejmujemy ryzykowną decyzję: ja jadę do Darwin dalej sam, a Piotr po naprawie skręci na wschód i skokami po 100-200 kilometrów dziennie będzie czekał, aż do niego dojadę.

Kanadyjczyk i dwóch Brazylijczyków – zdecydowani przeciwnicy wszystkiego, co ma napęd spalinowy

Ruszam na północ, jeszcze 1000 kilometrów. W Australii drogi krajowe – czytaj autostrady – mają po jednym pasie, ale i tak jest na nich pusto. Z rzadka trafić można pociągi drogowe, kempingi, trochę osobówek, czasem motocykl, rower lub nawet pieszego. Większość lata samolotami. Nie można też jeździć szybciej niż 110 km/h. Za 27km przekroczenia dostałem mandat 1000 zł – musiałem płacić bez gadania.

Do Darwin dojeżdżam po dwóch dniach, pod wieczór. Jakież jest moje zaskoczenie i przerażenie, gdy z pobliskich krzaków wylatuje chmara wielkich jak koty nietoperzy – wprost pod motocykl. Awaryjne hamowanie, ledwo utrzymuje równowagę,  a za plecami słyszę śmiech tubylców: – O nic się martw, one cię widzą!

Po godzinie odnajduję kemping: palmy, liany papugi istny gąszcz, a wewnątrz niczym w mitycznym Babilonie – mieszanina wszystkich chyba języków świata. – Nie ruszaj się – wrzeszczy do mnie na dobry wieczór recepcjonista. Wprost przed motocyklem po asfalcie leniwie pełznie wąż. Gad z godnością i typowym tu spokojem ukrywa się niespiesznie w przydrożnej studzience burzowej. – Jak wpełznie do środka, to się nim zajmę, a teraz to niech sobie żyje.

Tutaj to żadne zjawisko – po prostu standard. Jedyne 53,5 m długości

Wieczór mija miło i nawet zielone żaby, wiszące niczym bombki na drzewach nie mącą mojej sielanki.

Ranek bez niespodzianek. Upał. Szybka kąpiel, zwiedzanie cukierkowego centrum, zanurzenie prawej nogi w Timor Sea i dalej w drogę do Narodowego Parku Kakadu. Sama tylko droga wokół parku – czy też może przez niego – to jakieś 500 kilometrów. Okropna komercha: wycieczki, stragany i pokazy karmienia krokodyli. Ale ja mam trochę szczęścia – poznaję Arthura, strażnika parku, który również kocha motocykle. O 4 rano zabiera mnie malutką łódeczką na rekonesans wśród olbrzymich krokodyli, pełzających po drzewach żółtych pytonów i niezliczonych gatunków kolorowych ptaków.

Dość przyjemności – trzeba gonić Piotra.Znowu pędzę, nerwowe spojrzenia w lusterko czy coś nie goni na niebiesko i dalekie wypatrywanie, czy coś nie jedzie z przodu. Okropne to gonienie czasu. By zdążyć, robię najgłupszą chyba rzecz w życiu: kontynuuję jazdę po zmroku. Do dziś mi wstyd. I gdzieś po północy, przejeżdżając przez płonący busz (pożary buszu są naturalne i nikt ich nie gasi), nie wiem skąd, wybiega prosto na mnie stado spłoszonych, spanikowanych dzikich koni. Strach działa tak, że nieruchomieję – na szczęście przebiegają obok.

To maleństwo wcale nie wybiera się do zoo, jest ich tu z milion

Po godzinie, jadąc już naprawdę bardzo wolno, docieram do najbliższego kempingu. Wszyscy już oczywiście śpią, a niespodziewana konfrontacja z obudzonymi przeze mnie motocyklistami kończy się prawie rękoczynami. Chcą mnie lać nawet nie za to, że ich obudziłem, ale za to, że jestem tak beznadziejnie nieodpowiedzialny. Na szczęście udaje mi się ich spacyfikować.

Ranek jest dla mnie wyjątkowym zaskoczeniem. Budzi mnie kawa, ciastka i dwie piękne kobiety – to przeprosiny od towarzyszek motocyklistów, którzy chcieli mnie wczoraj bić. Obaj jeźdźcy mają po dwa metry, ze 140 kg wagi i są jak widać dość nerwowi. Przy bliższym poznaniu okazują się dość sympatyczni. Do Piotra mam jeszcze ponad 1000 kilometrów przez najdłuższą łąkę Świata. Przede mną tylko trawa, 30 milionów krów, tyle samo kangurów oraz emu.

W końcu spotkanie – po ośmiu dniach i trzech tysiącach kilometrów. Auto jest sprawne, Piotr w dobrej formie. Wschodnie wybrzeże. Raj. Mieszka tu 80% Australijczyków i chyba podstawowym celem istnienia każdego jest uprzyjemnianie innym życia. Na całym wschodnim wybrzeżu wszystko czego się nie dotkniesz jest dla ludzi. Ten etap podróży przybiera formę wycieczki i totalnego luzu. Odkrywamy, że wzdłuż całego wybrzeża jest fantastyczna sieć kantyn dla weteranów i emerytów, z wyjątkowo smaczną i tanią kuchnią. W końcu nastaje wiekopomna chwila – czas na dłuższy postój i upragnione spanko w łóżku. Wybór pada na Sydney.

 

Najlepszy adres na świecie

W samym centrum miasta znajdujemy fantastyczny hostel. Jest tani, czysty i wszędzie mamy 5 minut na piechotę. Parking co prawda jest kosmicznie drogi, ale oddaję motocykl do serwisu. W podróży nacierpiał się strasznie, trudy drogi pozbawiły go błotnika, a niskooktanowe paliwo rozregulowało zawory na amen. Tygodniowy pobyt w serwisie okazuje się ostatecznie tańszy od parkingu, a zostaje jeszcze na kawę i paczkę papierosów.

Wszystkie bez wyjątku duże miasta są przyjazne, ale Sydney jest całkiem magiczne. To prawda, że Sydney to najlepszy adres na świecie, jaki można mieć w dowodzie. Czas mija za szybko, nawet towarzystwo w pokoju – skunks Walijczyk wraz z jego miłością życia – nie mąci mojej radości. Ale trzeba ruszać dalej. Mamy jeszcze dwa tygodnie, aby dotrzeć do Perth. Przed nami tylko 4300 kilometrów.

Jak na przyjęte tu standardy to dość skromny zestaw

Jakież jest nasze zdumienie, kiedy po przejechaniu Wielkich Gór Wododziałowych pewnego ranka budzi nas mróz. Wszystko jest zamarznięte, na termometrach minus 5, a niebieskie niegdyś namioty są całkiem białe. Nawet motocykl zaczyna się buntować. Dopiero gdy zjeżdżamy całkiem na południe, bliskość oceanu sprawia że jest cieplej. Podróż znów zaczyna sprawiać mi przyjemność.

Południe kraju zaskakuje równie jak wschód. Praktycznie w każdej małej dziurze znajdziesz kogoś, kto jest tak fantastycznie zakręcony że nie sposób obok niego przejść obojętnie i nikogo wokół to nie dziwi. Sama architektura jest trochę westernowa, trochę blaszana. Dużo zieleni.

W maleńkiej mieścinie Peterborough, szczycącej się muzeum kolejnictwa i pomnikiem psa, który jeździł koleją, na uboczu w byłym kościele mieszka sobie emerytowany szkutnik z żoną. Uciekł z miasta, aby w pełni oddać się swojej pasji: ma własne muzeum starych motocykli i rzeczy użytkowych. Miejsce fantastyczne, klimatyczne, a oczywiście całości dopełnia szczęśliwy i spełniony gospodarz.

Całkiem przyjazny mieszkaniec przedmieść Sydney

Nabieramy wiatru w żagle. Z przeświadczeniem, że w tym kraju już nic ani nikt nie wprawi nas w zdumienie ruszamy w dalszą drogę. Oglądamy z brzegu beztrosko pływające wieloryby. Siadamy na poboczu, by przepuszczać transporty olbrzymich ciężarówek, wielkich jak domy. Poznajemy kolejnych zadowolonych z życia, wręcz spijających to życie, emerytów. Poznajemy wielu lekarzy, rozsianych średnio co 200 kilometrów w buszu – każdy ma swoją świetnie wyposażoną karetkę! Spotykamy pierwowzór Forresta Gumpa – idzie sobie po prostu drogą, pchając swój trzykołowy wózek z całym ekwipunkiem podróżniczym. 74-letni mężczyzna wybrał się jak gdyby nigdy nic na spacer z Melbourne do Perth. 3,5 tysiąca kilometrów ot tak, dla przyjemności. Wprawdzie bolą go trochę kolana, ale po za tym wszystko jest ok.

Powrót do Perth jest przyjemny – pakowanie i ekspedycja motocykla zajmuje pięć godzin. Polski spedytor spisał się idealnie, a celniczka brakujące dokumenty spedycyjne ściąga po prostu sama od australijskiego operatora. Prosi jedynie o pokazanie się na drugi dzień celem podpisania dokumentów. Zwrot niemiłosiernie poturbowanego samochodu też odbywa się bez najmniejszych problemów, a przecież dostał w kość zdrowo.

To naturalne, że każdy motocyklista jest otwarty i ciekawy

Zostało pięć dni spokoju. Mogę iść nad ocean, poleżeć i nic nie robić – to przyjemne. I nagle do mnie dociera – każdy niedosyt z poprzednich wędrówek, a czasem i rozgoryczenie, miało swe źródło w tym, że zawsze spotykałem mnóstwo smutnych, często nieszczęśliwych ludzi. Tu przez prawie 2,5 miesiąca nie miałem ani jednej takiej okazji. Nawet poznani bezdomni mówili wprost, że ich bezdomność jest z wyboru, a nie z konieczności. Państwo dba jedynie o to, aby zabezpieczyć ich podstawowe potrzeby i nie przeszkadzać w osiąganiu szczęścia.

Gdy teraz patrzę na swój wyjazd z perspektywy czasu, gdy czuję smak tej australijskiej wolności wiem, że nie jest ona efektem tylko zamożności obywateli i bogactwa tej przepięknej ziemi. Australijskie poczucie wolności jest tak specyficzne i tak wyraziste dlatego, że wolność ta została zrodzona w niewoli.

Dziękuję

Najprościej byłoby podziękować BMW Polska, Inchcape Wrocław i Macroservice Warszawa za pomoc i wsparcie w realizacji wyprawy. Tak się nie da, bo za każdą z tych marek kryją się wyjątkowi ludzie i to dzięki nim udało się w 100% zrealizować projekt.

Pragnę w imieniu swoim i Piotra szczerze podziękować: Marcinowi Słomkowskiemu, Olafowi Piechocińskiemu, Robertowi Domańskiemu, Annie i Mariuszowi Kosom, Marcie Chorzempie, Adamowi Werstlerowi, Wojtkowi Rondzistemu, rodzinie i przyjaciołom oraz wszystkim którzy nam kibicowali.

Tadeusz Szumiński

 

3 KOMENTARZE

  1. Ile kosztowało przetransportowanie motocykla do australii ? W przyszlym roku sie przeprowadzam tam i mam nadzieje już nie wrócic , chciał bym zabrać ze soba mój motocykl , honde cbr600 rr z 2005 r. bede wdzieczny za wszelkie informacje , prosze o mejla

    Pozdrawiam

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here