Wyjazd do Gruzji miał być ostatecznym sprawdzianem przed Magadanem. Plany dość mocno pokrzyżowała mi rosyjska inwazja na Ukrainie, ale skoro słowo się rzekło, postanowiłem dotrzeć do Gruzji dalszą, lecz ekscytującą drogą przez Turcję.

Tekst i zdjęcia: Tomasz „Wania” Wanowicz

Decyzję o wyjeździe podjąłem w grudniu 2013 roku. Korzystając z zimowych ofert rabatowych zaopatrzyłem się w wiele bardziej lub mniej potrzebnych gadżetów. Od razu planowałem, że będę jechał sam, więc musiałem być przygotowany na możliwie najwięcej ewentualności. Pojawiły się zatem Garmin, kompresor, zestawy naprawcze do opon, a nawet klucz do świec… Zakładałem, że trasa będzie przebiegać przez Ukrainę, Krym, dalej Soczi, Grozny i przez Władykaukaz do Gruzji.

Niestety Władimir Władimirowicz postanowił zniweczyć mój plan. Przez wojnę na Ukrainie wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Nie chciałem jechać naokoło przez Rosję, gdyż ten plan mam na inną trasę, pozostał więc przejazd południem przez Turcję. Tu sprawa zaczęła się trochę komplikować bo dochodziło kilka tysięcy kilometrów więcej, więc i koszty i czas, kwestie językowe, no i wschodnia Turcja, gdzie Iran, Kurdowie i Państwo Islamskie – to też nie jest najbezpieczniejsze miejsce na samotny piknik pod Araratem… No ale jak nie teraz to kiedy?!

Zdechły gps, gleba i ropa w baku

Turcja samotnie Wania (30)Pakuję się w dwa kufry, tankbag i torbę. Planując drogę po gruzińskich szutrach postanawiam zabrać ze sobą opony enduro na własnoręcznie skonstruowanym bagażniku, który skądinąd świetnie się sprawdzi. Doklejam też do lewego lusterka drugie małe – do jazdy na stojąco. Tak przygotowany oczekuję dnia wyjazdu. Ostateczny plan jest prosty – potraktować przejazd do Gruzji jako dojazdówkę, a później zobaczę.

Pogoda piękna, niebieskie niebo, nawet wschodni wiatr nie wieści przygód, które mają się dzisiaj przydarzyć… O 8.00 wyjeżdżam z Krakowa – na liczniku mojego GS-a 67548 km. Już po chwili okazuje się, że mój Garmin nie pokazuje mi wcześniej wgranej trasy. Zatrzymuję się w Wieliczce, resetuję, wgrywam, rzucam mięsem na lewo i prawo, ale cóż, nie chodzi – jedyna rzecz której nie sprawdziłem przed wyjazdem, a które miała wprowadzić jakościową zmianę w moich wyjazdach zawiodła (po powrocie do domu okaże się, że włożyłem tam nową – zbyt dużą kartę pamięci). Jestem jednak zaopatrzony w papierowe mapy, więc po prostu będzie ciekawiej.

Turcja samotnie Wania (29)Jeszcze przed wjazdem do Słowacji postanawiam uzupełnić paliwo. Jakież zdumienie ogarnia mnie, gdy wybiega do mnie peronowy z Orlena i wymachując rękami krzyczy „to ropa to ropa!!!” Okazuje się, że w przypływie euforii zamiast etyliny wlałem do zbiornika 5 litrów diesla. Dużo tych przygód jak na pierwsze 1,5 godziny jazdy, ale jadę dalej – jak ma się coś stać to teraz. Ruszam, staram się jechać trochę ostrzej żeby możliwie szybko przepalić tę zupę.

Wszystko idzie dobrze, kolejne tankowania i brak jakichkolwiek problemów silnikiem (trochę kopci) uspokajają mnie. Słowacja i Węgry mijają szybko, Koszyce, Miszkolc, Debreczyn, Oradea. Powoli się ściemnia, a trzeba dojechać jak najdalej, żeby jutro móc zacząć od Transfogaraskiej. Ostatecznie po 850 km dojeżdżam do Sibiu. Szczęśliwe spotykam tu rodaków, z których jeden jest informatykiem; o 6 rano następnego dnia mam już wgraną w Garmina mapę Turcji.

Konie w tunelu

Turcja samotnie Wania (22)Wyjazd około ósmej rano – jadę szybko na Transfagarasan, spotykam tam dwóch chłopaków z Kielc (których serdecznie pozdrawiam) i całą masę innych motocyklistów. Trasa przepiękna, gdzieniegdzie śnieg, widoki zapierają dech, ale ostatecznie to tylko 150 km, z czego hit to może 50 km. To co psuje harmonię jazdy to zdjęcia, zatrzymuję się, cykam sweet fotki… Taki los samotnego podróżnika. Podczas jednego z takich postojów wywraca mi się motocykl, cudem urywa się tylko halogen i szkło od kierunkowskazu i chyba kierownica jest lekko zgięta.

Szczyt góry w chmurach, 12 stopni, jestem tam może 20 minut i czas jechać w dalszą drogę. Po drugiej stronie góry deszcz, mgła (uważajcie na koniki które lubią chować się przed deszczem w tunelach!), ale z każdym kilometrem droga się polepsza, jakby bardziej prostuje, asfalt gładszy, robi się cieplej i w sumie po półtorej godziny jadę już w temperaturze 30 stopni. Cała masa chłopaków na motocyklach – czuję tu, że jestem w trasie.

Turcja samotnie Wania (21)Po drodze tankuję spożywając batona pod tutejszą stacją paliw – podchodzi do mnie Pani kasjerka (lat trochę ponad 50) i pyta skąd jestem? Ja na to, że z Polski, a ona: „znam znam – nic się nie stało Polaki, nic się nie stało”. Myślę sobie że lepiej niech się z nas śmieją, że notorycznie przegrywamy w zawodach piłkarskich niż by nas mieli wskazywać jak złodziei i pijaków. Cisnę do przejścia z Bułgarią w Ruse. I tu rada, niech nikomu nie przyjdzie do głowy jechać skrótem trasą 61 do Giurgiu – to jakieś wioski są trzeba jechać główną do obwodnicy Bukaresztu i dalej na południe.

Dzisiaj zaplanowałem nocleg na biwaku pod Warną, jednak nie mogę go znaleźć – śpię w niedrogim motelu, może 20 km na południe za Warną. 550 km i zaczynają się problemy z kręgosłupem i innymi… mocno eksploatowanymi częściami ciała motocyklisty. Od pierwszego dnia tak często jak to jest tylko możliwe jadę na stojąco, każdy wjazd i wyjazd do miejscowości robię na nogach – odpoczywają plecy i tyłek.

Dzisiaj mam dojechać do Turcji, a w zasadzie za Canakkale – do Troi. W Bułgarii fajna droga, mały ruch. Mimo tego jadę do małego przejścia granicznego Małko Tyrnowo. Ilość motocyklistów spotkanych na trasie spada. Jakieś 30 km przed granicą spotykam Anglika na GS800 – Olivier ubrany w jeansy i t-shirt nie wygląda na super przygotowanego do drogi. Mówi, że objechał już pół Europy, wraca przez Turcję do Skandynawii i dalej na wyspy.

Turcja samotnie Wania (20)Gdyby nie zegarek Patek, który ma na dłoni podziwiałbym go jeszcze bardziej… Na granicy spokojnie, wymieniam trochę pieniędzy i już jestem w Turcji. Wreszcie działa Auto Mapa! Drogi w zachodniej Turcji są piękne, na jakiejś stacji kupuje papierową mapę (ostatecznie będę miał ich 3 – Turcja zachodnia, śródziemnomorska i wschodnia). Garmin kieruje mnie od razu na Canakkale mimo, że tam trzeba dotrzeć promem z Eceabat. Ale wszystko idzie jak po maśle, jest prom, jest wschodni wiatr, życzliwe uśmiechy turystów i miejscowych.

To co przeszkadza to temperatura. Na promie piję gorącą turecką herbatę – rzeczywiście dla organizmu chyba jest to lepsze niż zimne płyny. Nocleg mam może 1 km od ruin Troi, lokalizacja fajna, ale Turek złupił mnie na za nocleg maksa. Okazuje się później, że za zakrętem jest jeszcze kilka motelików – wyglądają tańsze. Chciałem się wyspać, ale nie wiedzieć skąd i dlaczego w środku nocy zaczął śpiewać muezin. Słychać go było tak głośnio jakby stał za moimi drzwiami, może zresztą stał…

Nie kładź kasku przy mrowisku

Turcja samotnie Wania (15)Plan: obejrzeć Troję i dalej na południe do Oludeniz, gdzie 10 lat temu byłem na urlopie. Troja jak to Troja – gruzy, konik i tyle. Spotykam tu Polaków, rozmawiamy chwilę, ale czas mnie goni, trzeba jechać bo droga daleka. 750 km – to najgorętszy (do tej pory) dzień mojej podróży, 36-38 stopni non stop. Dopiero gdy zbliżam się do Morza Śródziemnego czuję chłodniejszą bryzę. Droga szeroka, za Izmirem pojawia się autostrada, ale próżno tu szukać lepszych stacji benzynowych i zajazdów, żeby można było odpocząć w klimatyzowanym pomieszczeniu. Nie płacę za autostradę, nawet nie wiem czy motocykliści płacą, na bramkach włącza się alarm, ale mijam Policjanta z karabinem – nie strzela więc wszystko jest ok!

W ogóle mam wrażenie, jakby nie było tutaj samochodów z klimatyzacją – nie ważne jak drogie auto z reguły wszyscy podróżują z otwartymi oknami. Ja odpinam rękawy od mojej kurtki i próbuję się wietrzyć. Zauważam, że przy stoją drodze rury z płynącą wodą (rodzaj prysznica) , tubylcy schładzają pod nimi swoje auta – ja tez skorzystałem – warto. Od tej pory często będę odwiedzał stacje benzynowe tylko po to, żeby zmoczyć głowę, t-shirt, kurtkę i tyłek. Dojeżdżam do Oluideniz (duży kurort) – jestem u siebie, znajduje dobre miejsce na nocleg (taniej niż pod Troją), w telefonie piszę te słowa: „…Piję trzeci Efez oglądam mecz Holandia-Argentyna, wszystko fajnie, tylko nie ma się kur… do kogo odezwać. Kilka rad – mniej ubrań, więcej kremu i nie kładź kasku przy mrowisku”.

Turcja samotnie Wania (16)Pobudka, kąpiel w Morzu Śródziemnym i szybki wyjazd. Dzisiaj ambitny plan – wjazd na Babadag. To góra zaraz przy morzu, mówią, że jedno z 10 najlepszych miejsc do paraglidingu na świecie. 10 lat temu wjechałem tam na wynajętej Hondzie, teraz chciałem to powtórzyć. Trochę błądzę, ale udaje mi się dogadać z ochroniarzami i wpuszczają mnie do parku krajobrazowego (może to nie jest park ale jest szlaban). Wjeżdżam na 1950 m. npm. Drogę z gruntowej przerobili na brukowaną, ale miejscami jest tak stromo, że zdejmuję tankbag i wkładam go do tylnej torby – z nim nie mogę się dalej przechylić do przodu.

Osiągnięcie celu zabiera mi więcej czasu niż sądziłem, zjeżdżam stamtąd około 13. Plan przejazdu przez Turcję zakłada teraz podróż południowym wybrzeżem do Mersin, a później na północ do Kapadocji. Stwierdzam jednak, że jadę „skrótem” przez Konya. Zatem dzisiaj chcę dojechać jak najbliżej Konya. Do Manavgat droga idzie dobrze i bardzo dobrze, chłodzik od morza, ładny asfalt, z jednej strony góry, z drugiej morze – pięknie. Ale po dobiciu na Konya zaczyna się zupełnie inny etap mojej podróży. Najpierw długi podjazd pod górę – dziwnie mało samochodów jedzie tą drogą i asfalt do bani, on po prostu płynie z góry.

Turcja samotnie Wania (11)Mijam ciężarówki, które wysypują na ulicę piasek, a panowie z łopatami i miotłami rozgarniają to po drodze. Jedyne dobre jest to, że poza wspaniałymi widokami zaczyna robić się chłodniej do tego stopnia, że przy 25 stopniach (około 18 tej po południu) dopiąłem rękawy do kurtki. Nie zdajecie sobie sprawy jaka jest różnica w pracy silnika, gdy temperatura spada do rozsądnej (mniej niż 27 stopni) – zaczyna on pięknie mruczeć.

Wszystko idzie dobrze, tylko ten asfalt… na kilku łukach łapię małe poślizgi, zaczynam się spinać, zakręty biorę na kwadratowo i hamuję tylko tylnym. Wreszcie mijam jakieś miejsce na nocleg na dziko pod namiotem, ale trochę się boję bo nawet nie wiem gdzie jestem. Dojeżdżam do Seydisehir, mam jakiś miły hotel (pierwszy raz widzę hotel, w którym są podane oficjalne ceny).

Panowie bardzo uprzejmi, mówią, że przypilnują motocykl (ciekawe co to znaczy?). Jest klima, prysznic, tv, idę na miasto coś zjeść i na piwo. Jem coś w tureckim lokalu, gdzie wszyscy, włącznie z właścicielem, z jakiegoś powodu śmieją się ze mnie – ja też się uśmiecham (bo co mam zrobić?!). Wreszcie idę szukać piwa. Jednak szybko dociera do mnie, że piwa tutaj nie znajdę – wszyscy witają mnie „salam alejkum”, a ja jestem w centrum muzułmańskiej Turcji.

Po tych pięciu dniach mocno już czuję w kościach moją drogę – kręgosłup, kark, dłonie. Z rękawic, które kupiłem świeżo przed wyjazdem, wyrwała mi się podszewka więc jadę bez niej. Największy problem mam z odparzeniami przy „siodle”

Rękawy precz!

Turcja samotnie Wania (12)Ruszam rano z założeniem szybkiego dotarcia do Goreme w Kapadocji (330 km), oprócz asfaltu droga wspaniała. Wiele osób pisze, że Turcja jest nudna, dla mnie nie – super. Poruszam się ciągle na wysokości średnio 1500 m. npm., mijam ogromne masywy górskie, skały mają różny kolor – od popielatych, przez bordowe, czerwone, a nawet czarne.

Drogi jak na dzikim zachodzie – czasem trafia się prawie po horyzont, a na tej drodze z przeciwka jadą może trzy, a w moim kierunku może dwa samochody. W zasadzie mijam ciągle te same auta, pewnie tankujemy na innych stacjach, a później się mijamy. Czasem przechodzi mnie strach – co gdybym teraz złapał gumę i zjechał gdzieś do rowu? Czy ktokolwiek w ogóle zauważyłby to? Czy ktoś z tych kierowców ma telefon komórkowy?

Takie rozterki trwają z reguły tylko kilka sekund, potem z uśmiecham na ustach jadę dalej. Niewielki jest tutaj ruch – praktycznie nie ma tirów, pojawiają się większe ciężarówki, ale raczej bliżej miast, niż na trasach między nimi. Od początku wyprawy gra mi w głowi hit Indili – uwielbiam go ale mam już trochę dosyć.

Turcja samotnie Wania (13)Dojeżdżam do Kapadocji, oglądam te piękne górotwory, ale – jak to zwykle bywa – więcej i lepiej można zobaczyć w TV czy w internecie, w dodatku tutaj przeszkadza temperatura – non stop 38-40 stopni, a ja ubrany jak podlodowy nurek w środku zimy, nie pasuję do skąpo ubranych turystów. Pytają mnie czy mogą sobie zrobić zdjęcie – właściwie czemu nie… Wczoraj śmiali się ze mnie Turcy dzisiaj fotografują mnie Koreańczycy – nieważne, aby do cienia…

W Kapadocji jestem może trzy godziny razem z obiadem, niespecjalnie zadowolony ruszam na wschód. Chcę dojechać jak najdalej, bo jutro chce mieć trochę więcej czasu nad jeziorem Van. Tu się dopiero zaczyna droga – podjazdy, zjazdy, lewo, prawo, topiący się asfalt… Temperatura bije rekord – 43 stopnie. Dopinam rękawy do kurtki, zapinam wszystkie wywietrzniki bo czuję jakbym stał przy farelce. W którymś momencie się przegrzewam. Nawet nie chce mi się już pić z camelbaga, jak tylko widzę stację benzynową zjeżdżam by zmoczyć głowę i napić się coli. Mam niesamowitą chęć na colę – to jedyna zimna rzecz na stacjach.

Dopiero za Kapadocją poznaję prawdziwą środkową Turcję – turystów zero, motocyklistów zero, miasta najczęściej co 60 – 80 km. Porównajcie sobie drogę północną od Samsun do Hopa i przez środek Turcji Kayseri – Van. Tu po prostu nie ma miast czy miejscowości – nie zobaczysz ludzi. Nawet na stacjach coraz ciężej dogadać się po angielsku. Zmęczony jak koń po westernie dojeżdżam do Malatya. Duże miasto, dobry hotel, nawet się potargowałem. Kąpiel, kolacja na mieście za uczciwe pieniądze, ale piwa nie ma… grunt, że klimatyzacja jest.

6 KOMENTARZE

  1. no to zdrowia i szczęścia na Trakcie Magadańskim i „autostradzie” kołymskiej.To również mój target do którego powoli się przygotowuję.Chętnie przeczytam relacje.

  2. Super relacja, dzięki. Właśnie myślę o Gruzji i Armenii.
    A na Magadan jedziesz też sam? oze kompletu jesz ekipę? Pisał bym się. 😎

ZOSTAW ODPOWIEDŹ