Cel jest prosty – chcemy dojechać do Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu. Przez Turcję, bo granica rosyjsko – gruzińska jest podobno zamknięta. Na ponad trzy tygodnie Honda Africa Twin stanie się dla nas środkiem transportu, domem i trzecim towarzyszem podróży.

Tekst: Justyna Ołtarzewska

Zdjęcia: Justyna Ołtarzewska i Jakub Jakubowski

Wyjeżdżamy z samego rana, kierujemy się na Rzeszów, a potem do granicy ze Słowacją. Pada deszcz i jest pochmurno. Na Słowacji pogoda się nie poprawia, jedziemy przez pustkowia. Opony mamy naprawdę kiepskie – ślizgają się na mokrej nawierzchni. Trzeba więc jechać wolno. Monotonny węgierski krajobraz ciągnie się przez wiele kilometrów: słonecznikowe pola, rachityczne drzewka, tory kolejowe. Czasem wydarzy się coś ciekawego – przejedzie pociąg albo przeleci ptak.  Śpimy pod Tokajem, na kawałku pola.

Nocleg na polu pod Tokajem (Węgry)

Rano znowu pada, co zniechęca do wyjścia z ciepłego śpiwora i namiotu. Zbieramy się i jedziemy do Rumunii.  Musimy jak najszybciej dojechać do Azerbejdżanu, żeby nie przepadły nam wizy.

W Bułgarii decydujemy się na zmianę opon, są tragiczne. Pod Burgas, w tajemniczym warsztacie na wsi kupujemy piękne, używane opony szosowe. Teraz już możemy jechać po asfalcie. W Turcji drogi są idealne, ale w okolicach Stambułu trudno znaleźć nocleg. W końcu rozbijamy się za stacją benzynową – jej pracownicy karmią nas kurczakiem i przy pomocy google translatora przekonują nas do przejścia na Islam. Ciekawe doświadczenie.

Śniadanie, dieta wakacyjna. Kanapki z cebulą w Turcji. W domu nie do przełknięcia, tam smakowały jak kawior
Turcy są w ogóle bardzo mili: zawsze częstują nas herbatą, pomimo bariery językowej próbują o sobie opowiadać, interesują się tez nami i trasą którą pokonujemy. A na granicy gruzińskiej miła niespodzianka – nie trzeba kupować wiz. Docieramy do Batumi – tam znowu ulewa. Istne oberwanie chmury, przez drogi przepływa wartka rzeka. Ruszamy dalej, ale deszcz nie ustaje. W Kobuleti jest jeszcze gorzej. Na ulicach zbiera się woda do kolan, ciężko przejechać. Miejscowi tłumaczą nam, żebyśmy jechali na wschód gdzie nie będzie padało, bo w tym okresie nad Morzem Czarnym pada zawsze. Rzeczywiście, im dalej od morza tym deszcz mniejszy. Wieczorem dojeżdżamy do Azerbejdżanu. Jest już całkiem sucho i ciepło. Na granicy czeka jednak na nas niemiła wiadomość: nie możemy wjechać bez zapłacenia kaucji za motocykl 2000 dolarów. Oczywiście takiej gotówki przy sobie nie mamy – cóż, zobaczymy ten kraj innym razem.

Tu kobiet się nie słucha

Śpimy w hotelu po gruzińskiej stronie i ustalamy plan na kolejne dni. Pojedziemy do David Garedża. Okazuje się, że to miejsce niezwykłe.

Gruzja. Jedziemy na wschód od Morza Czarnego, co wcale nie znaczy, że uda nam się uciec od deszczu
W VI wieku mnich Dawid wykuł w skale na półpustyni świątynie i cele dla mnichów. Tradycję do tej pory mnisi podtrzymują. Wciąż nie ma tam elektryczności, bieżącej wody, kanalizacji, a ziemia to nieużytki. Są za to piękne widoki i ukryte w skałach monastyry, jest cisza i pustka w kolorach żółtym i brązowym. Miejsce nie z tej ziemi, opuszczone przez czas.

Na noc dojeżdżamy do Tbilisi. Po drodze zawsze spotykamy miłych ludzi, którzy pomagają, odpowiadają na każde pytanie, zapraszają do siebie na degustacje wina. Wszyscy znają rosyjski, więc  Kuba nie ma problemu z dogadaniem się. Ja sporo rozumiem ale odzywam się niewiele, bo tu i tak kobiet nikt nie słucha.

Nocujemy u podobnych jak my obieżyświatów, jest tam sporo Polaków.

Półpustynia David Gareja to najbardziej tajemniczy, cichy i spokojny zakątek Gruzji
Jeden z nich dwa miesiące temu ruszył z Polski w świat na piechotę. Podróżuje po świecie pociągami, autobusami i samolotami. My jedziemy na północ: chcemy dojechać do Kazbeku, najwyższego szczytu Gruzji, Gruzińską Drogą Wojenną.  Szlak ten prowadzi z Tbilisi do Władykaukazu i łączy Zakaukazie z Kaukazem Północnym.

Po drodze stajemy w Ananuri, gdzie mieści się wspaniała forteca. Niesamowite widoki na szczyty, przełęcze. W jednym miejscu stoi mgła, a za zakrętem już widać wielką górę i słońce prześwitujące między szczytami.

Temur (Tomasz) Przyszyn powiedział, że jest Polakiem, pozwolił nam u siebie przenocować i nas nakarmił
Zwieńczeniem 130-kilometrowej drogi jest widok na szczyt Kazbek  (nieczynny wulkan, 5047 m n.p.m.), na który przez cały rok wspinają się turyści. Samo miasto Kazbega jest o tej porze roku ciche i spokojne, w sklepie ciężko wręcz kupić coś do jedzenia. Po ulicach chodzą psy i krowy, prawie nie ma samochodów. Cisza aż dzwoni w uszach.

Tej samej nocy wracamy do Ananuri  i korzystamy z gościnności poznanego niedawno Gruzina Temura, który zaproponował nam nocleg w swoim domu. Po spotkaniu z miejscowymi Gruzinami, wypiciu sporej ilości wina i zjedzeniu dużej ilości świetnego gruzińskiego chleba idziemy spać. Zimno tu w górach.

Najstarsza winorośl na świecie

Wstajemy rano i ruszamy dalej, na wschód, mniej uczęszczaną drogą. Słońce świeci, jest pięknie i ciepło. Stan drogi oczywiście fatalny, ale wcale nas to nie zniechęca. Wręcz przeciwnie. Jedziemy powoli po piachu i kamieniach. Z naprzeciwka żadnego ruchu.

Półpustynia David Gareja – najbardziej tajemniczy, cichy i spokojny zakątek Gruzji
Spokojne wsie, pasterze prowadzący stada owiec, wyschnięta rzeka i pola – to teraz cały nasz świat. Noclegu szukamy w miasteczku Cinandali, ciężko cos znaleźć. W końcu dwóch chłopaków prowadzi nas do miejscowej agroturystyki. Gospodarze zapraszają nas na kolację, jutro wyprawiają chrzciny. Ludzie utrzymują się tu z uprawy winogron i wyrobu wina. Jemy potrawy niezwykłe, smakujemy mieszanki smaków, jakiej jeszcze nigdy nie smakowaliśmy. Do tego pyszne białe wino. Siedzimy pod najstarszym krzewem winnym na świecie – według właścicieli ma 134 lata. Podobno był tu nawet sam prezydent, żeby zobaczyć to cudo. Upojeni winem, nakarmieni do syta i umyci kładziemy się w ogromnym łóżku.

Następnego dnia trzeba zmienić klocki hamulcowe, jedziemy więc do Tbilisi. Stajemy na ulicy Lecha Kaczyńskiego przy warsztacie samochodowym i po chwili o nic nie musimy się martwić: zajmują się nami Ormianie, właściciele warsztatu.

Tibilisi nocą. Szukamy noclegu, a znajdujemy ulicę imienia Lecha Kaczyńskiego
Mówią, że w całym Tbilisi klocków nie znajdziemy, bo Gruzini motocykli nie lubią, ale oni mogą nam doklepać nowe kalotki i pojedziemy dalej. Po pewnym czasie jesteśmy nakarmieni, motocykl ma nowe klocki, a właściciele warsztatu nie chcą od nas przyjąć pieniędzy. Jesteśmy nimi zauroczeni – tak bezinteresownych ludzi jest na świecie naprawdę mało.

Po południu ruszamy dalej – do Armenii. Granicę przejeżdżamy bez problemów i śpimy na dziko, na polu. W nocy straszy nas burza. Rano zwiedzamy dwie najwspanialsze budowle w Armenii – świątynie w Haghpat i Sanahin. Kolejny punkt programu to jezioro Sewan, które zajmuje aż 5% powierzchni kraju. Ma przejrzystą wodę, ale nie wykąpiemy się w niej, bo jest potwornie zimna (jezioro jest położone na wysokości 2000 m n.p.m.).

Wjazd w jakąś nieoznakowaną wąską drogę oznacza, że Justyna schodzi z motocykla, idzie pieszo i robi zdjęcia
Dojeżdżamy do Erewania. Stolica Armenii jest okropna. To zatłoczona i zadymiona betonowa dżungla pełna brudu i bałaganu. Zatrzymujemy taksówkarza, który bezinteresownie oprowadza nas po mieście – rzecz w Europie ze strony taksówkarza niespotykana. Ten spotkany przez nas wiedząc że szukamy taniego noclegu prowadzi nas do hotelu robotniczego. Nie ma tam ciepłej wody, czystej pościeli ani świeżego powietrza. Jest za to grzyb na ścianie, ale również trzy rzeczy których nam potrzeba najbardziej –  łóżka plus prysznic (zimny).

Załatwiamy pralnię – nie jest łatwo bo mają tu długi weekend. W czasie gdy nasze ubrania się piorą jedziemy na wycieczkę. Okolice Erewania są fantastyczne, ale trudno wyjechać z tego miasta na właściwą drogę.

Armenia jest niesamowita. Jednego dnia widzimy monastyr wyryty w skale, świątynie w stylu hellenistycznym i wspaniałą przyrodę – wąwóz otoczony skałami o niezwykłym kształcie przypominającymi organy. Jesteśmy zauroczeni.

Większa część Armenii leży na wysokości ponad 1000 m n.p.m. Gwarantuje to piękne widoki i zmienną pogodę
Wracamy do Erewania po pranie i jak najszybciej uciekamy od cywilizacji. I znowu problemy z odnalezieniem drogi. Do miasta łatwo wjechać, z jego szpon trudno się wydostać. Krążymy dłuższy czas szukając drogi na Górski Karabach. Mniej więcej w połowie trasy zatrzymujemy się na nocleg. W sklepie po drodze Ormianin zerka na nasza tablicę i krzyczy Panie Kochany – wiele lat przeżył w Polsce. Uśmiecha się złotymi zębami i wspomina chwile które spędził w tak odległym kraju.

Ruszamy dalej na wschód.

Przygody w Karabachu

Karabach zaskakuje nas niesamowitym spotkaniem. Kiedy jak zwykle wieczorem szukamy miejsca do rozbicia namiotu, ktoś zagaduje nas piękną polszczyzna z francuskim akcentem. To Francuz mieszkający w Polsce, który pracuje w supermarkecie w Warszawie. Sebastian samotnie podróżuje po Armenii i Karabachu wynajętym samochodem.

Górski Karabach – walki o to terytorium wciąż trwają

Jesteśmy na samym południu Armenii, tuż pod granicą z Iranem. Piękna pogoda, świeci słońce i jest ciepło. Zupełnie inny krajobraz niż zaledwie sto kilometrów na północ. Dla tubylców stanowimy nie lada atrakcję. Wszyscy nas oglądają, zaczepiają. Jedziemy dalej – zobaczyć monastyr Tatew, klasztor z IX wieku,  gdzie zostajemy na noc.

Rano budzą nas pogawędki robotników – okazuje się, że właśnie budują tu drogę do Tatewu. Z samego rana jedzą śniadanie i piją wódeczkę. Jedziemy na górę oglądać monastyr i szkołę. Ponad tysiąc lat temu żyli tu mnisi, uczyli się, rozmawiali, modlili na tych kamiennych ławach. Teraz nie ma tu nikogo.

Dalej kierujemy się z powrotem na północ, mijamy Erewań. Opuszczamy Armenię, gdy przy granicy pod wieczór robi się straszliwie zimno. Zatrzymujemy się przy zrujnowanym zajeździe. Zza drzwi dobiega jednak muzyka – wchodzimy. Właścicielka proponuje pokój – warunki spartańskie, ale nie mamy wyboru.

Zauważają nas Ormianie, którzy świętują przy zastawionym stole. Po chwili zapraszają do siebie. To żołnierze z Górskiego Karabachu, którzy walczyli tam podczas wojny w 1988 roku. Są bardzo mili, kilku z nich gra na instrumentach tęskne melodie.

Bohaterowie wojny o Karabach, uprzejmi i groźni zarazem. Zaprosili nas na kolację
Reszta śpiewa i próbuje z nami rozmawiać. Najbardziej aktywny jest policjant, widać że bardzo ważny człowiek w tych okolicach. Opowiada dużo o wojnie, podkreśla że Ormianie to chrześcijanie. Ma już nieźle w czubie. Dla niego wojna z Azerbejdżanem to święta wojna chrześcijan z muzułmanami, niewiernymi barbarzyńcami. Z każdą wypita przez niego kolejką wyczuwamy w jego głosie coraz większą złość. Gdy po raz kolejny rysuje palcem krzyż na swoim sercu powtarzając że jest chrześcijaninem – w końcu wybucha.

Po stronie wrogich muzułmanów walczyli polscy najemnicy i za pieniądze zabijali moich kolegów – zaczyna wykrzykiwać w nasza stronę, wygrażając pięścią. Ja zielenieję, jednak staram się zachować spokój. Wkraczają jego koledzy – niektórzy krewkiego policjanta uspokajają, inni stają po jego stronie. Robi się naprawdę gorąco – każdy z biesiadników stracił na tamtej wojnie kogoś bliskiego. W końcu sytuacja się uspokaja, a my wyślizgujemy się do pokoju.

Górę o dziwnym kształcie znalezliśmy w Armenii przez przypadek. To jedno z najpiękniejszych odwiedzonych na Kaukazie miejsc
Armenia ma dwa przejścia graniczne z Gruzją i jedno z Iranem. To jedyne otwarte przejścia z innymi krajami, jedyne dla tego kraju okna na świat. Otaczają ja kraje muzułmańskie. Opuszczamy ten tak gościnny i tak przeraźliwie biedny kraj, z bogatą historią i tradycją, zniszczony przez wojnę, która nie ma końca.

Z samego rana ruszamy do Gruzji. Mamy jeszcze do obejrzenia jedno miejsce – miasto wyryte w skale na wysokości 1300 m n.p.m. – Wardzia, z XII wieku. Wygląda imponująco.

Najzimniejszy nocleg w podróży – ponad 2000 m n.p.m. w tureckim lesie
Dojeżdżamy do granicy z Turcją. Asfalt kończy się kilka kilometrów przed budynkami, gdzie załatwia się formalności. Nie ma żadnych znaków informacyjnych, niektóre budynki się rozpadają. Żegnamy się z Zakaukaziem, wkraczamy na tereny cywilizowane, gdzie panuje porządek, jest tylko idealny asfalt, niebo jest zawsze przejrzyste,  gdzie człowiek już dawno ujarzmił naturę. Turcja jest piękna, nie ma wątpliwości, ale też długa i monotonna. Nocujemy wysoko w górach, jest piekielnie zimno. Ja boję się niedźwiedzia, bo wyczytaliśmy, że w tych lasach żyją takie zwierzaki.

Do Polski dojeżdżamy po kilku dniach dość monotonnej podróży. W Tatrach za dnia 4 stopnie. Przez całą drogę leje. Ostatnie kilometry to myślenie o ciepłym łóżku i o tym, że szkoda wracać. Może jednak rozbijemy namiot obok domu?

4 KOMENTARZE

  1. Fajna podróż. Wiem coś na ten temat bo byłem w tym roku też we wrześniu. Tylko miałem więcej szczęścia do pogody. Była idealna. Nie za gorąco nie za zimno i bez deszczu. Uciążliwe upały dopadły mnie dopiero w Europie ale przyjechałem ją w jeden dzień więc szło wytrzymać :-)

  2. Brawo ;)
    Bardzo fajna podróż, zdjęcia mi się bardzo podobały. Byliśmy z kumplami na Kaukazie w 2012 ale żałuję że mieliśmy zbyt mało czasu na poznanie Armenii.
    Mam dokładnie te same wrażenia z Turcji, my też pewnej nocy przemarzliśmy do kości a rano na motocyklach był szron ;)

    Pozdrawiam
    Adam

ZOSTAW ODPOWIEDŹ