Na trasie naszej wyprawy będą punkty obowiązkowe. Takie jak Żółkiew, Podhorce, Chocim czy Kamieniec Podolski. Pomiędzy nimi improwizujemy korzystając z przewodników, zatrzymując się tam gdzie  ktoś lub coś ciekawego się pojawi. Słuchamy też podpowiedzi ciekawych, napotkanych w podróży dusz.

Tekst i zdjęcia: Ludwik Sieczkowski

Do twierdzy Tarakanów jedziemy za namową kierowcy, pytanego o drogę do Krzemieńca. Zamiast tam jechać na razie zawracamy i udajemy się w przeciwnym kierunku.

Na końcu wsi za cmentarzem drogą w lewo –  tłumaczy. Jest cmentarz i polna droga prowadząca w zarośnięty zagajnik. Po krótkiej jeździe droga skręca w lewo i pnie się nieco pod górę. Po lewej stronie w dole widać fragment murów porośniętych bluszczem.

Żółkiew
Zostawiamy motocykl i dalej idziemy pieszo. Wchodzimy jakby w rów kilkunastometrowej szerokości. Po obu stronach mamy wysoki mur z czerwonej cegły przylegający do wałów ziemnych. Na nich gąszcz drzew i krzewów. Rów skręca do kątem prostym i wydeptana w wysokim zielsku ścieżka znika wśród pokrzyw i nadzwyczaj dorodnym Barszczu Sosnowskiego. Próbujemy szukać tego o czym opowiadał nam kierowca: pozostałości rosyjskiej twierdzy z XIX wieku. Potężnych murów, podziemnych korytarzy, atmosfery tajemniczości i niedostępności. Bez powodzenia. Zawiedzeni wracamy do motocykla. Przy naszym „Trampku” stoi bus, a przy nim dwóch około 30-letnich mężczyzn. Pytamy czy to właśnie tutaj jest stara rosyjska twierdza i czy pozostało po niej jeszcze coś co warto zobaczyć. Tak, to tutaj. Właśnie stamtąd wrócili. Po krótkiej rozmowie proponują pokazać nam to czego szukaliśmy. Przez wąski otwór w murze, który sami przed chwilą minęliśmy, wchodzimy w ciemny kilkudziesięciometrowy korytarz pnący się stromo do góry. Koniec korytarza i jest! Znajdujemy we wnętrzu twierdzy.

Tarakanów

Fort w Tarakanowie został zbudowany przez Rosjan w końcu XIX wieku. Obiekt ma kształt kwadratu o bokach długości ponad 200 metrów. W centralnej części fortu znajduje się kazamata na 650 osób, z której prowadzą cztery podziemne korytarze. Znajdowały się tu też cerkiew, szpital, elektrownia, centrala telefoniczna, kuchnia, piekarnia. W 1920 roku polska załoga skutecznie odpierała ataki II Kawaleryjskiej Dywizji Budionnego. Jednak twierdza nie odegrała większej roli podczas wojen jakie przetoczyły się przez te tereny podczas jej funkcjonowania.

Rzucił Kozak szlak stepowy

Odwiedzamy Krzemieniec. A dokładnie Muzeum Juliusza Słowackiego mieszczące się w niewielkim dworku, w którym zresztą Słowacki przez kilkanaście lat mieszkał. Wśród portretów, obrazów i pamiątek znajdują się również fragmenty twórczości poety. Czytanie ich na Ukrainie, w tym miejscu, to zdecydowanie coś innego niż w szkolnej ławce (po tej wyprawie sięgnąłem ponownie do twórczości Juliusza Słowackiego).

Taras Szewczenko

Drugi poeta do którego wracam po kolejnej wyprawie za naszą wschodnią granicę to Taras Szewczenko. Nie wiem czy jest na Ukrainie miasto, w którym nie ma ulicy jego imienia, szkoły lub pomnika. Dla tych którzy nie interesowali się do tej pory poetą polecam najpierw sięgnąć do jego życiorysu. A potem iść na całość! „Testament” (Zapowit) i poemat „Hajdamacy” (Hajdamaky).

Wracając jednak do Krzemieńca.

Krzemieniec
Na cmentarzu Tunickim znajduje się grób matki Słowackiego. Położony jest w tej bardziej zadbanej części. W Krzemieńcu jest kilka dużych nekropoli. Ciekawy jest cmentarz polski. Opuszczony jak większość polskich cmentarzy, które widzieliśmy na Ukrainie. Położony na wzgórzu, w pofałdowanym terenie, częściowo w lesie. Na powierzchni 1,5 hektara jest ponad 900 nagrobków. Cichy, zapomniany, spokojny.

Odwiedzając prawosławne cmentarze na Ukrainie warto zwrócić uwagę na pozostawione na niektórych mogiłach kubki, talerze czy sztućce. To ślady Radunicy, święta podczas którego rodziny zbierają się nad grobami. Po modlitwie za duszę bliskich spożywają pokarmy i alkohol. Zgodnie z tradycją pozostawiają również pożywienie dla zmarłych.

 

Na granicy

Jednym z miejsc nieco rzadziej odwiedzanych przez polskie wycieczki jest Ostróg. Miasto leżące na dawnej granicy II Rzeczpospolitej. Zachowały się tu dość dobrze fragmenty murów i baszt zamku Ostrogskich. W XVI wiecznej Baszcie Okrągłej mieści się teraz warte odwiedzenia Muzeum Książki.

Niewiele zabytków jest odrestaurowanych jak ten w Złoczowie

Z tarasu zamkowego Józef Piłsudski obserwował rosyjskie umocnienia znajdujące się po drugiej stronie granicy wytyczonej wzdłuż rzeki Wiliji. W Ostrogu zachowały się jeszcze budynki polskiej straży granicznej sprzed 1939 roku. Pracownik Muzeum Zamku Ostrogskich na ten temat nic nie wie. Krążąc po mieście o budynek pytamy starszego mężczyznę siedzącego przed domem. Bez namysłu wskazuje nam drogę. Chętnie opowiada też o innych polskich obiektach, które przetrwały do dzisiaj. W pozostałym budynku straży pożarnej pracował ojciec naszego rozmówcy zaraz po zakończeniu służby w pułku polskich ułanów.

Polskich ułanów? Czy to znaczy, że pana ojciec był Polakiem?” – pytamy naiwnie.

Nie. To wtedy nie miało znaczenia. Tu była Polska. Tu żyli Polacy, Ukraińcy, Żydzi.

Jedna miejscowość za życia tego człowieka była polska, potem w rękach Rosjan, Niemców, znowu Rosjan, a teraz jest to Ukraina. Jak się w tym odnaleźć, jak nie zagubić?

 

Jak hartowała się stal

Do muzeum Mikołaja Ostrowskiego trafiamy przypadkiem. Jadąc z Ostroga do Krzemieńca zauważamy tablicę informującą o muzeum, jak nam się początkowo wydawało, Ostrogskich. Skręcamy w boczną drogę. Po pokonaniu około 3 kilometrów dziur i przekroczeniu po raz kolejny pięknej doliny rzeki Wiliji docieramy do  wsi o tej samej nazwie.

Zrujnowana cerkiew
Muzeum to niewielki murowany budynek przed którym na placu wielkości boiska do siatkówki stoi wysoki pomnik. Na cokole głowa mężczyzny z rozwianą czupryną, a w jednej trzeciej wysokości postać młodego chłopca galopującego na rumaku. Jakoś nijak ma się do tego czego oczekujemy, czyli klimatu zamku i rodu Ostrogskich, o którym przed niespełna godziną słuchaliśmy. Opiekunka muzeum, kobieta w wieku około 65 lat poprawia chustkę zawiązaną pod brodą, bierze do ręki drewniany wskaźnik i nie pomijając żadnego z eksponatów oprowadza nas po wszystkich salach. Pierwsze mówią o historii miejscowości. Następne o… Nikołaju Ostrowskim. Tu zauważamy naszą pomyłkę. Postać, której poświęcone jest muzeum nie ma nic wspólnego z rodem Ostrogskich, a jedynie podobnie brzmiące nazwisko!

Nikołaj Ostrowski

Nikołaj Ostrowski to autor powieści „Jak hartowała się stal” (trzykrotnie ekranizowanej) i drugiej niedokończonej „Zrodzeni z burzy”. Jego życiorys jest pewnie podobny do wielu innych z okresu rewolucji październikowej. Różni go jednak choroba, która spowodowała utratę wzroku. To wtedy zaczął pisać. Jego życiorys i to, w jaki sposób przedstawia go muzeum a także sama powieść  pokazuje ducha tamtych czasów – nie tak znowu odległych.

Pani Swietłana, tak ma na imię nasza przewodniczka, jest częścią dawnych czasów. Pracuje tu od 35 lat. Wcześniej pracowała tu też jej matka.

Ta droga była niezłej jakości
Z lekkim żalem wspomina czasy, gdy dziennie przyjeżdżało tu od 15. do 20. autokarów z wycieczkami. Teraz czasami pojawiają się jacyś, jak my, przypadkowi turyści. Od pani Świetlany dowiadujemy się jeszcze, że na Wilji płynącej przez wieś była do 1939 roku granica pomiędzy Rzeczpospolitą a ZSRR. Kontakty z mieszkańcami z drugiego brzegu były zabronione. Kiedy kobiety prały nad rzeką, nie mogły ze sobą rozmawiać. Były pilnowane przez żołnierzy. Chcąc przekazać sobie wiadomości, śpiewały – opowiada pani Swietłana.

Była bieda, ale po polskiej stronie ludziom żyło się lepiej. Utrzymywali się między innymi ze sprzedaży glinianych naczyń, których wyrobem trudniła się wieś – opowiada. Na koniec przewodniczka prosi nas o wpis do księgi. Widać jak jest to dla niej ważne. Wychodzi do nas na przystanek autobusowy, gdzie schowaliśmy się przed deszczem po wyjściu z muzeum i prosi o podanie imion i nazwisk, które wcześniej wpisałem nieczytelnie.

 

Ławra Poczajowska

Już z daleka widać lśniące w słońcu kopuły świątyni. Wokół klasztoru tłok. Autokary, samochody osobowe, wierni, turyści. Do bramy idziemy szerokim chodnikiem pomiędzy straganami z pełnymi pamiątek i dewocjonaliów. Wejścia na teren klasztoru pilnują strażnicy.

Skała Podolska
Wstęp w krótkich spódnicach, z odsłoniętymi ramionami czy w krótkich spodenkach nie wchodzi w rachubę. Nie masz się w co przebrać? Przed wejściem można wypożyczyć duże chustki lub czarne, szerokie, z gumką w pasie, sztany. Słyszymy komentarze niezadowolonych z tego polskich turystów. Przyznam, że nie rozumiem. Nie jesteś przecież u siebie. Nie podoba się? Nie musisz tam wchodzić.

Wzdłuż schodów prowadzących do cerkwi siedzi kilkanaście osób. Na drewnianych i kartonowych pudełkach wizerunki świętych i napis żertwa na hram – ofiara na świątynię. Przez otwarte drzwi  dobiegają chóralne śpiewy. Co mnie w tej cerkwi urzeka? Barwne malowidła, wizerunki świętych patrzących na mnie ze wszystkich stron, niesamowicie brzmiące chóry, zapach kadzideł, obrządek? A może to głosy odległych przodków? We wnętrzu tłum. Obok turystów – wierni, którzy przyszli prosić o zdrowie i życie dla siebie lub bliskich. Pochylając głowy kreślą znak krzyża. Kłaniają się, dotykają dłońmi kamiennej posadzki świątyni. Całują obrazy świętych na ścianach. W rogu klęczy skulona, pogrążona w modlitwie starsza kobieta. Nieco dalej kolejna, otoczona wypchanymi siatkami, modli się poruszając bezgłośnie ustami. Na twarzach zmęczenie, cierpienie i nadzieja.

 

Na Zbaraż!

Mających w pamięci opisy z sienkiewiczowskiej trylogii lub obrazy z jej ekranizacji, zamek w Zbarażu może trochę zawieść swoim wyglądem. Wielokrotnie niszczony i przebudowywany w niczym nie przypomina tego z „Ogniem i mieczem”. W okolicy już dawno nie ma bagien przez które przedzierał się pułkownik Jan Skrzetuski.

I fotografa można sfotografować

Około trzech kilometrów od Zbaraża, w Starym Zbarażu, znajdują się pozostałości wcześniejszego zamku, który został zniszczony przez Turków w 1589 roku. Tam też jedziemy. Słońce ma się już ku zachodowi. Z głównej drogi wjeżdżamy w polną. Potem w kolejną, jeszcze węższą. Jadąc wzdłuż ogrodzenia otaczającego cmentarz płoszymy stado kruków. Kracząc odlatują w stronę zachodzącego słońca i znikają za pobliskim wzgórzem. Droga prowadzi również w tamtym kierunku. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i z daleka na wzgórzu widzimy głaz z krzyżem, a na nim siedzące dwa czarne ptaszyska. Po zamku właściwie już nic nie pozostało, ale atmosfera miejsca o tej porze dnia jest niesamowita. Cisza, zachodzące słońce, głaz z krzyżem, kruki i piękna panorama ze stromego wzgórza tworzą kompozycję niesamowitą! Chce się tu zostać jak najdłużej. Jeszcze kilka minut. I jeszcze mała chwila…

Ukraina to nie tylko ślady polskiej historii tych ziem. To również piękna przyroda i krajobrazy. Jednym z takich miejsc, unikalnych w skali Europy są Podolskie Towtry. Obszar ten był rafą morską ciągnącą się wzdłuż wschodniego wybrzeża Morza Sarmackiego. Morze znikając 15-20 mln lat temu pozostawiło po sobie barierę rafową zwaną dzisiaj pasmem Towtry.

Tu kiedyś było miasteczko Bakota. Zostało zatopione w latach 60
Chcemy je podziwiać w okolicach miejscowości Bakota. Jedziemy tam z Kamieńca Podolskiego. Po drodze przecinamy dwie głębokie i strome doliny dopływów Dniestru. Dojeżdżając do celu pytamy o drogę pasącego na poboczu krowy mężczyznę. Rozmawiamy z nim jakieś pięć minut. W ciągu tego czasu mężczyzna żuje pestki słonecznika wypluwając łupiny. Rzecz nie w tym, że żuje lub że wypluwa. Zastanawiam się bezwiednie – ile ich jeszcze ma w ustach?

Bakoty już właściwie nie ma. Została zatopiona wraz z innymi okolicznymi wsiami w związku z budową elektrowni wodnej. Z wysokiego brzegu roztacza się piękny widok na rozlane wody Dniestru. Niedaleko Bakoty istniał od XIII wieku klasztor.

Spotkanie na drodze
W końcu XV wieku obsunęło się zbocze góry grzebiąc pod sobą zabudowania klasztorne. Do pozostałości klasztoru schodzi się wąską ścieżką po stromym zboczu kilkadziesiąt metrów w dół. To co pozostało to wnęki skalne i nisze grobowe w których chowano ciała zmarłych mnichów. Podobno każdy z nich samodzielnie wykuwał sobie za życia miejsce pochówku. Pozostałości klasztoru odwiedzają pielgrzymi pozostawiając ikony, obrazy z wizerunkami świętych i wypisane kartki z prośbami o zdrowie.

Niechże sam ją zdobywa

Historia mówi, że kiedy Osman II stanął ze swą armią pod murami twierdzy w Kamieńcu Podolskim zapytał : – Kto ją zbudował?”. W odpowiedzi usłyszał: – Bóg, cudowną miejsca naturą

Niechże sam ją zatem zdobywa –  i odstąpił od oblężenia. Wcale mu się nie dziwię. Patrząc na potężne mury, wieże i wysokie na kilkadziesiąt metrów skaliste brzegi rzeki Smotrycz, dziwię się raczej tym którzy twierdzę poddali. Co zdarzyło się w jej historii.

Zachód słońca nad Kamieńcem Podolskim

Szukamy noclegu. Zaczynamy od parafii. Niestety polskie wycieczki zajęły wszystkie miejsca. Próbujemy w hotelu znajdującym się w pięknej odrestaurowanej kamienicy. Miejsce jest. Cena? – 80 – odpowiada recepcjonistka. Zaprowadzam Trampka na parking. Jeszcze nie zdążyłem wyłączyć silnika, a widzę jak Beata macha do mnie ręką, żebym wracał. Małe nieporozumienie. Nocleg kosztuje 80 dolarów. Hm, może innym razem.

Podczas tej wprawy nocujemy głównie w hotelach. Ich cena i standard są bardzo różne. Można zapłacić 200 hrywien i mieć do dyspozycji całkiem przyzwoity pokój z łazienką jak np. w Krzemieńcu. Można też trafić na nocleg w wielkim wieżowcu z trzema gwiazdkami w Czerniowcach za cenę 400 hrywien. Pokój w klimacie poradzieckim z ciepłą wodą po godzinie 21:00. Ale taka jest Ukraina. Widać, że się zmienia. Zmienia się jednak powoli i nierówno. Z jednej strony ogromne bogactwo, z drugiej potworna bieda.

Szutry trafiały się dość często

Zmiany i dysproporcje widać wyraźnie również w Kamieńcu Podolskim. Spaceru nie ograniczamy do twierdzy i centrum miasta. Zapuszczamy się w boczne uliczki. Tu miasto wygląda inaczej. Stare, niewielkie domy wciśnięte na niewielkich podwórkach. Bałagan i brak kanalizacji. Mimo to widać, że to miasto ma przyszłość, choć na razie dość odległą. Jednym z ostatnich etapów naszej podróży jest Kosów (Kosiv). Od przewodniczki polskiej wycieczki spotkanej w Okopach Świętej Trójcy dowiadujemy się, że w najbliższą sobotę odbywa się tam targ. Zjeżdżają się twórcy ludowi. Jeszcze raz przypominają nam o nim i zachęcają do odwiedzenia siostry zakonne z Kołomyi, u których nocujemy. Pobudka o godzinie piątej i jedziemy. Siostra zakonna prowadzi starą Ładę pokazując nam drogę. Nie bez trudu jadę za nią omijając dziury i pokonując ostre zakręty. Po osobie duchownej spodziewałem się jednak spokojniejszej jazdy.

Kitajgarod

Sprzedający są tu już drugi dzień. Na wejściu wielki TIR pełen arbuzów. Dalej wierzba z podpartymi o nią drewnianymi drabinami. Na gałęziach wiszą koszyki z wikliny i łyka. Dalej kolejni sprzedający. Łańcuchy, obręcze, części maszyn, opony, siekiery. Część z tego wygląda jak złom, ale najwyraźniej znajduje nabywców. Jeszcze dalej grzyby, sery, ciasta i… Są! To po co przyjechaliśmy. Niekoniecznie po zakupy, ale głownie żeby zobaczyć. Poczuć klimat targowiska. Wyroby z drewna, skóry, gliny. Pięknie zdobione ręczniki, koszule i suknie. Wzory niemal idealnie takie jak widzieliśmy w Muzeum Huculszczyzny w Kołomyi! Nie sposób wyjść stąd z pustą ręką. Trzeba będzie jeszcze wygospodarować jakieś miejsce w kufrach.

Na targu w Kosowie spotykamy znowu wycieczkę, której przewodniczka poleca nam odwiedzenie targu. Teraz dowiadujemy się od niej o miejscowości Kuty leżącej kilkanaście kilometrów na południe od Kosowa.

Kuty

Miejscowość Kuty leży nad Czeremoszem. To tutaj przebiegała granica Pierwszej Rzeczpospolitej z Turcją, austro-węgierskich królestw Galicji i Bukowiny, II Rzeczpospolitej z Rumunią. To tutaj, a nie w Zaleszczykach rząd Polski przekraczał granice we wrześniu 1939 roku.

Kolejna przygraniczna miejscowość na trasie naszej wyprawy. Obowiązkowo przekraczamy dawną granicę II Rzeczpospolitej.

 

Owal pilotki mej leciutko muska wiatr

W czasie podróży zwracamy oczywiście uwagę na motocykle. Większość jednośladów poruszających się po zachodniej Ukrainie to skutery.

Flaga Ukrainy dumnie powiewa z tyłu
Trafiają się też większe pojemności. W miastach spotkaliśmy kilka cruzerów i ścigaczy. Na wsi sprzęt sowieckiej jeszcze produkcji . W większości z bocznym wózkiem jako skrzynią ładunkową. Tutaj motocykl to środek do transportu ludzi i towarów. Widać motocyklistów przewożących pełne worki przerzucone przez zbiornik paliwa. Pasażerów trzymających grabie, widły czy nawet kosy. Swoją drogą przewrócenie motocykla z takim ładunkiem… Wolę sobie nie wyobrażać. Jednoślady mają tu trudny żywot. Biorąc pod uwagę stan dróg i kulturę techniczną właścicieli, aż trudno uwierzyć, że dożywają tylu lat. Zatrzymujemy się przed jednym z takich motocykli zaparkowanych na poboczu. Jego właściciel sprzedaje przy drodze owoce. Motocykl to MT z 1999 roku. Jest zaniedbany. Jednak jego właściciel twierdzi, że motocykl jest sprawny i z dumą pokazuje dowód rejestracyjny.

Na Ukrainie przepisy wymagają jazdy w kaskach. Patrząc na to co dzieje się na drogach jakoś nie odnosi się takiego wrażenia. Przynajmniej połowa to motocykliści bez jakiegokolwiek nakrycia głowy. Kilka razy widzieliśmy motocyklistę w hełmie czołgisty lub pilotce na głowie. Piękny widok!

Przed jednym ze sklepów pytamy mężczyznę stojącego przy motocyklu o drogę do zamku w Żwańcu. Bardziej był to pretekst do rozmowy niż potrzeba znalezienia drogi. Wasilij od razu proponuje nam, że pokaże drogę. Jedziemy za min. Na miejscu opowiada nam o zamku potem oczywiście rozmowa o motocyklach. Jego sprzęt to 26. letnia Jawa 350. Mówi, że ma jeszcze „mała Jawę”.

Ma 41 lat. Ja mam 51. Mam jeszcze BMW, ale rzadko nim jeżdżę. Jawa jest bardziej ekonomiczna. Tankowanie zbiornika kosztuje 100 hrywien, a ja zarabiam 700.

W tym momencie rozmowa od razu schodzi na sytuację ekonomiczną mieszkańców Ukrainy. Zresztą kolejna podobna rozmowa podczas tej wyprawy. Podczas takich dialogów widać frustrację i podział mieszkańców Ukrainy.

To tylko niewielka część miejsc jakie odwiedziliśmy i wrażeń jakie przyniosła nam prawie dwutygodniowa wyprawa motocyklowa po zachodniej Ukrainie. Wracamy czując niedosyt tego kraju i bycia w drodze, w podróży. W głowach powstaje już plan kolejnej wyprawy na Wschód.

2 KOMENTARZE

  1. Witam i pozdrawiam w Maju 2016 jadę na Ukrainę zresztą jak co roku ale teraz chcę jechać Zbaraż i tamte strony czy dojadę Drag Starem motor nie turystyczny jak z drogami wiadomo bez szaleństw spokojna jazda i co warto tam zwiedzić i oczywiście zjeść lubię kosztować potraw . dziękuję za jakąkolwiek podpowiedz

    • jak jeździsz na Ukrainę co roku to przecież wiesz jakie są tam drogi.Słowo dramat najlepiej oddaje ich stan, zatem Drag Starem nie pogonisz ale jak będziesz uważał wszędzie powoli dojedziesz.A jeśli chodzi o zwiedzanie to dla Polaków najwięcej sentymentów budzi zachodnia Ukraina i Obwód Winnicki. Najwięcej polskich śladów i Polaków z ukraińskimi paszportami.Jedzenie i paliwo jak w Polsce. No może trochę taniej ale nie dużo.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ