Szkocja to raj dla motocyklistów. Drogi na północy wyspy są wąskie, ale bardzo dobrze utrzymane, trawa na poboczach wystrzyżona przez owce, a pogoda sprzyja – raczej spocić się nie można. Warto więc kupić zestaw przeciwdeszczowy, by zwiedzić tę tajemniczą krainę i zobaczyć magiczne mgły podnoszące się po deszczu znad jezior i gór. Wahających się powinna przekonać wielka zaleta szkockiej pogody – prawie nigdy nie pada przez cały dzień!

Tekst: Iwona Bąk; zdjęcia: Iwona Bąk i Konrad Pajka

Kuzyn zaprasza nas na komunię chrześnicy na Wyspy Brytyjskie. Od razu właściwie decydujemy się na rozszerzenie wyjazdu o Szkocję. Znamy bardzo dobrze Edynburg i wschodnie wybrzeże, ale nie byliśmy na Isle of Skye – oczywiście w grę wchodzi tylko podróż motocyklowa.

Warto kupić zestaw przeciwdeszczowy, by zwiedzić Szkocję
Nie mamy chwilowo własnej maszyny i decydujemy się na wypożyczenie motocykla na miejscu. Planujemy, rezerwujemy motocykl, noclegi, określamy co chcemy zobaczyć i przygotowujemy się do wyjazdu. Lądujemy na lotnisku East Midlands, spędzamy kilka dni w rodzinnym gronie i rozpoczynamy naszą krótką wycieczkę. Motocykl wypożyczamy w Glasgow. Kuzyn odwozi nas pod drzwi salonu BMW, a przed nim już widzimy schnącego Gieesa. Wykąpana „osiemsetka” błyszczy w słońcu. Formalności załatwiamy szybko, więcej czasu zajmuje nam przepakowanie rzeczy do kufrów. Walizki z garniturem i butami na obcasie zostawiamy u kuzyna, żegnamy się i po „złej” stronie drogi ruszamy na Isle of Skye. Wcześniej na forach internetowych sprawdzamy, które trasy są dla motocyklistów najatrakcyjniejsze. Decydujemy się na drogę, którą opisują jako najlepszą na całej wyspie.

 

Deszcz, jeziora, deszcz, rzeki, deszcz, morze

Zgodnie z planem wjeżdżamy w krainę jezior, podczas tych kilku dni miniemy ich ok. 30. Pierwsze z nich to Loch Lomond, my robimy pierwszą przerwę i zaczyna padać pierwszy deszczyk. Na deszcz jesteśmy przygotowani, byliśmy w Szkocji już wcześniej i pogodę szkocką znamy. Jest jak kratka na rodowych tartanach, z których szyje się tradycyjne kilty.

Isle of Skye

Wyspa przy zachodnim wybrzeżu Szkocji. Są tam wysokie klify, piękne plaże, góry i porty. W Szkocji nie ma właściwie obszaru lądowego na którym nie byłoby zamku, tutaj najbardziej znany jest zamek Dunvegan z pięknymi ogrodami. Są też majestatyczne góry Cullin, a na zboczach Emerald Pools, czyli zaczarowane jeziorka, które mają kolor malachitu i podobno mieszkają w nich syreny. Sama wyspa jest warta spędzenia na niej całego tygodnia. National Geographic uznał ją za 4. najbardziej interesującą wyspę na świecie.

Deszcz jest przelotny i z końcem Loch Lomond przestaje padać. Zaczyna się natomiast najpiękniejsza, najlepsza, najlepiej wyprofilowana trasa podczas całej naszej wyprawy.

Zamek Stalker
Asfalt jest szorstki, a ruch niewielki, więc nic nie przeszkadza nam w czerpaniu czystej radości z jazdy. Zakręty można pokonywać z dość dużą prędkością. Niebezpieczne, albo bardzo ciasne są jednak te oznaczone na jezdni znakiem „slow”, czyli zwolnij. Wtedy rzeczywiście trzeba podejść do zakrętu z szacunkiem. Niesamowite jest też to, że kierowcy katamaranów ustępują nam, przepuszczają i przede wszystkim widzą nas. Pełnia szczęścia! Więc jeśli ja, będąc plecakiem, mam takie odczucia, to co musi na tej drodze czuć kierowca…

Po sporej dawce adrenaliny zatrzymujemy się na przerwę nad zatoką z widokiem na wyspę, na której zbudowany jest zamek Stalker. Jemy domowe bułeczki scones, podawane z dżemem i bitą śmietaną wprawiają nas w jeszcze lepszy nastrój. Do tego obowiązkowo herbata z mlekiem. Spotykamy dwójkę motocyklistów na Suzuki GSX-R, czyli sportowych motorkach, zdecydowanie mniej wygodnych na dłuższych trasach ze względu na duże obciążenie nadgarstków. Siobhan z zazdrością spogląda na super wygodną beemkę, która na pewno nie składa się tak w zakrętach, ale pozwala cieszyć się jazdą przez cały dzień. Rozmawiamy jeszcze chwilkę pomimo pewnych technicznych trudności – ich szkocki akcent z Glasgow ma wiele uroku, ale odbiega znacząco od BBC English, do którego jesteśmy bardziej przyzwyczajeni.

 

Atak z powietrza

Po obydwu stronach drogi albo góry albo jeziora, jest przepięknie. Wjeżdżamy na stary, metalowy most w miejscowości Lettermore i kierujemy się na Portree, czyli największe miasto na Isle of Skye, nasze dzisiejsze miejsce docelowe.

Po obydwu stronach drogi albo góry albo jeziora, jest przepięknie
Nagle cały most zaczyna skrzypieć i mocno się huśtać. Rozglądamy się dookoła, co w kasku jest utrudnione, huk robi się coraz głośniejszy, jakby pociąg jechał nad naszymi głowami. Most drży, jakby się rozpadał, a my na samym jego środku – i nagle pojawia się winowajca. Odrzutowy samolot myśliwski przelatuje tuż nad naszymi głowami. Nie wiemy, czy tak niskie przeloty są dozwolone, czy wojskowi piloci też szukają adrenaliny, ale widzimy tak przelatujące myśliwce jeszcze 2 razy. Owce się nie boją, więc pewnie są już przyzwyczajone.

Lewą ręką?

W Szkocji motocykliści nie pozdrawiają się jak w Polsce, przez podniesienie lewej ręki. Tutaj lewa ręka jest po stronie pobocza, więc pozdrowienia nie widać, a prawa pracuje manetką gazu, więc raczej nie można wykonywać nią gwałtownych ruchów. Jeśli już się pozdrawiają to przez podniesienie kolana albo mignięcie światłami. Konrad jednak z przyzwyczajenia podnosi rękę. Po tym poznać można Europejczyków z kontynentu. Taka dygresja o różnicach kulturowych.

Do Szkocji przyjechaliśmy dla krajobrazów i się nie rozczarowaliśmy.

Do Szkocji przyjechaliśmy dla krajobrazów i się nie rozczarowaliśmy
Za każdym zakrętem pojawiają się nowe góry, jeziora, gęste kępy ostów, kwiatowego symbolu Szkocji. Krajobraz przecinają kamienne murki (dry stone walls), które układa się bez zaprawy. Mieszkańcy mówią nam, że niektóre z nich pochodzą z XVI wieku, a oni naprawiają na bieżąco tylko niewielkie ubytki. Ich przodkowie musieli wyrwać górom każdy kawałek pola, które chcieli uprawiać. Ponieważ w ziemi było bardzo dużo kamieni, zaczęli rozdzielać nimi pola, najpierw kamienie układali jedne na drugich przypadkowo, później coraz dokładniej, aż w końcu budowanie murków, polegające na bardzo ścisłym dopasowaniu do siebie określonego typu kamieni stało się zawodem.

 

My name is Bond, James Bond

Ponaglani przez puste żołądki jedziemy w stronę Isle of Skye. Jeszcze obowiązkowy przystanek przy zamku Eilean Donan, nazwanego tak na cześć irlandzkiego biskupa Donana, który przybył do Szkocji w 580 r. i zbudował tu swoją pustelnię. Mały domek ewoluował, kolejni właściciele dobudowywali komnaty, pokoje, w końcu most i reprezentacyjne krużganki. Główną funkcją zamku była jednak obrona. Był to wysunięty przyczółek, który pozwalał odpierać ataki Wikingów i nie pozwalał im wpłynąć w głąb Loch Alsh. Od ok. 1700 roku zamek był niezamieszkany i obracał się powoli w ruinę.

Gaelic

Język gaelicki szkocki (gaelicki, Scots Gaelic, nazwa własna: Gàidhlig) jest językiem z grupy języków celtyckich. Posługuje się nim około 58 tys. osób (2001) zamieszkujących północną część Wielkiej Brytanii, tj. północno-zachodnią Szkocję i archipelag Hebrydów. Władze brytyjskie przyznały mu status regionalnego języka urzędowego na Hebrydach Zewnętrznych. W 1972 na wyspie Skye rozpoczął działalność gaelicki college.

Na początku XX wieku rozpoczęto jego renowację, odbudowano dach i komnaty. Obecnie jest udostępniony do zwiedzania, a za 1000 funtów można wynająć cały zamek np. na przyjęcie weselne.

Zamek Eilean Donan
Więc jeśli komuś marzy się romantyczny ślub i wesele, to nic nie stoi na przeszkodzie. Zamek może wydawać się znajomy, gdyż kręcono tutaj sceny do filmu James Bond – Świat to za mało (The World is Not Enough) (1999).

Po lekcji historii lekcja nowoczesnej inżynierii na moście na Isle of Skye i jedziemy prosto do Portree, gdzie szukamy restauracji. W pierwszej, na którą się decydujemy nie pozwalają nam postawić motocykla na chodniku przed oknami. Bez łaski, szukamy dalej. Zjeżdżamy do portowej części Portree i znajdujemy! Knajpka nazywa się The Lower Deck i ma w menu świeże owoce morza. Zamawiamy przegrzebki, czyli zawartość muszli św. Jakuba (scallops), które są narodowym przysmakiem Szkotów. Tutaj podane są z ziemniakami i haggisem, czyli naszą kaszanką… hmmm, co kraj to inne smaki. Zamawiamy jeszcze zupę Cullen Skink, czyli połączenie wędzonego dorsza, ziemniaków i śmietany. Ciężka, rybna i przepyszna. Na drugie jemy klasyczną rybę z frytkami, czyli fish and chips. Karmimy też naszego „konia” i zadowoleni jedziemy szukać naszego zarezerwowanego noclegu.

Tartany

Czy Szkoci noszą majtki pod spódniczkami? Spódniczki, czyli szkockie kilty uszyte powinny być z wełny szkockich owiec. Każda kratka jest inna, wzór się dziedziczy po przodkach. Ma to związek z klanową historią Szkocji, każdy klan miał swój własny wzór. Kilty były noszone tylko z okazji wielkich świąt, gdyż były tkane cienko i nie zapewniały noszącym wystarczająco dużo ciepła. Zwłaszcza, że nie nosili pod spodem bielizny. Ze względu na szkockie wiatry, które mogą w każdym momencie podnieść spódniczkę, z przodu Szkoci noszą skórzaną torebkę – sporran. Inna wersja konieczności noszenia sporranu to chęć ochrony wrażliwej części ciała podczas walki.

Rano budzi nas deszcz. Kap…kap…kap. Szybka narada – co robimy?

Most na wyspie Isle of Skye niedaleko Sligachan
Kolejny nocleg mamy zarezerwowany w John O’Groats, czyli 600 km dalej, pogoda nie zachęca, ale może warto się przemęczyć? Wygrywa nasze nastawienie, że ma być wakacyjnie i ciekawie dla nas, a nie dla kartki z rozpiską, którą mamy w rękach. Plany są dobre dla architektów. Spędzamy miły poranek w Portree, do którego jedziemy na śniadanie. W lekkiej mżawce opuszczamy tę piękną wyspę – na pewno tutaj wrócimy. Ta część Szkocji ma dużo do zaoferowania, w tym sieć szutrowych dróg. Nie skorzystamy tym razem, bo mamy tylko szosowe opony, ale na kostkach byłoby gdzie poszaleć.

STR, czyli Single Track Road

Wybieramy lokalne drogi, niektóre są bardziej, inne mniej lokalne i co się z tym wiąże wąskie, kręte i często zajęte już przez innych użytkowników. Po zjeździe z głównej drogi, lokalna droga zwęża się do tzw. single track road, czyli drogi jednopasmowej. Co jakiś czas wyasfaltowane są mijanki, a droga jest tak wąska, że musimy tych mijanek używać nawet, jeśli wymijamy się z małym samochodem. Za zakrętami spotykamy nie tylko owce, psy, ale też sarny i kozice. Tempo jazdy spada, mamy więc więcej czasu na podziwianie wszystkiego dookoła.

Owce to w Szkocji codzienny widok
Takiej Szkocji nie znamy. Wioski oddalone od siebie o kilkanaście kilometrów, to właściwie osady rybackie, każda po kilka domów. Wszędzie owce, a na wodzie łódki. Do tego pusta droga, wiatr i nieśmiało wyglądające zza chmur słońce. Magiczna kraina! Nawet temperatura podnosi się do 13 stopni, co tutaj zakrawa na lekki upał.

Jedziemy, zachwycamy się, jedziemy, jedziemy i nagle po lewej stronie widzimy znak informujący o drodze do Applecross. Nie mieliśmy w planie zwiedzania tego miasteczka, ale tablica informacyjna działa jak magnes. Jest na niej napisane, że droga jest wymagająca, pełna zakrętów i nie nadaje się dla początkujących kierowców, a w dodatku jest nieprzejezdna w zimie. Wymiana spojrzeń przez szybki w kaskach i już jesteśmy na drodze marzeń. Szybko zdobywamy wysokość, każdy zakręt to nowe widoki. Przed nami Hebrydy Wewnętrzne i Zewnętrzne. Za nami zostają najwyższe góry Szkocji, czyli The Highlands z Ben Nevisem, który ukrył się w chmurach, jak to zresztą ma w zwyczaju. Cztery agrafki i dojeżdżamy na przełęcz na wysokości ponad 2000 stóp, czyli ponad 625 metrów, a startowaliśmy z poziomu morza. Na przełęczy widzimy bitą drogę do przekaźnika na samej górze. Na terenowych oponach spokojnie dałoby się wjechać, my odpuszczamy. Widoki znowu nas zaskakują, ale niestety pojawia się też deszcz. Mżawka będzie nam towarzyszyła do końca tego dnia. Niezależnie od okoliczności przyrody drogę na skróty do Applecross polecamy. I to bardzo.

 Szkocja – naród, państwo czy część Wielkiej Brytanii?

Szkoci nie mają swojego odrębnego państwa, chociaż na pewno różnią się od Anglików i Walijczyków. Podkreślają często swoją odrębność. Sukcesem ich działań nacjonalistycznych jest własny parlament z siedzibą w Edynburgu, istniejący od 1999 roku. Na wyspie Skye usłyszeliśmy taką legendę: Pan Bóg stworzył świat a później najpiękniejszą krainę z górami, morzami, rzekami i niesamowitą przyrodą. Anioł Gabriel zobaczył tę krainę i tak się zachwycił, że zapytał Boga, czy nie dał Szkotom zbyt wiele. Na to Bóg odpowiedział: Popatrz jakich dałem im sąsiadów!

Kierujemy się do Ullapool, portowego miasteczka na zachodnim wybrzeżu. Tam chcemy znaleźć nocleg. Jest popołudnie, a my jesteśmy zmarznięci i już trochę zmęczeni.

Znak oznaczający skrót
Do celu jeszcze jakieś 3 godziny jazdy, w deszczu i temperaturze ok. 8 stopni. Znowu zmiana planów. Będziemy szukać noclegu bliżej, a do Ullapool pojedziemy jutro.

Mżawka przeradza się co jakiś czas w mocniejszy deszcz, widoków więc nie ma, a droga robi się bardzo śliska. Zaliczamy mały poślizg na pastuchu (cattle grid), który biegnie przez drogę. Pastuch to szereg metalowych żerdzi oddalonych od siebie o ok. 10 cm. Ani krowy ani owce nie przejdą przez takie zabezpieczenie, jest to więc skuteczne przedłużenie ogrodzenia w miejscach, gdzie murek się nie sprawdza, czyli np. na drodze. Po deszczu jest bardzo śliski i nierówne żerdzie mogą dać się we znaki motocyklistom.

 

Motocykl w kurniku

Zatrzymujemy się w wiosce Annat i w sklepie pytamy o jedzenie i spanie. Restauracja będzie za 40 km, nocleg być może też tam, albo dopiero w Ullapool. Dojeżdżamy do miasteczka Gairloch i wchodzimy do pierwszego napotkanego hotelu, cena noclegu zdecydowanie przekracza nasz budżet. Chociaż przez chwilę się wahamy. Wiecie jak to jest wejść z deszczu, ze zgrabiałymi rękami, w mokrych butach i z ociekającym wodą kaskiem do hallu, gdzie pali się kominek i poczuć zapach jedzenia z restauracji? Ostatnia rzecz, jaką chce się zrobić to wyjść.

Słońce wdziera się przez szyby i nas budzi
Musi zadziałać cała nasza silna wola. Wychodzimy i jedziemy w stronę portu w tej miejscowości. Po drodze zachęca znak Bed and Breakfast Vacancies, czyli pensjonat oferujący pokój ze śniadaniem. Ruszamy stromą drogą i podjeżdżamy pod malutki domek. Właściciel ma ostatni pokój i podaje cenę. Uśmiechamy się szeroko – to nasza nagroda za wytrwałość. Szybko zrzucamy mokre rzeczy i jedziemy na dół do miasta na obiad. Znowu owoce morza, powtórka z przegrzebków, tutaj podanych na puree z groszku zielonego w orientalnym sosie. Plus lokalne krewetki. Później przenosimy się do pubu. Właściwie od razu zagaduje nas małżeństwo z USA, 20 lat wcześniej spędzili w Wielkiej Brytanii trzy miesiące, też na motocyklu BMW, który kupili w Londynie i po skończonej podróży wysłali do Stanów. Łezka kręci im się w oku i wracają wspomnienia.

Wracamy do B&B i zastanawiamy się, co zrobić z motocyklem. Wiatr jest tak mocny, że gałęzie drzew układają się poziomo. Boczne podmuchy są najbardziej niepokojące. To jakby nasz wiatr halny do kwadratu. W dole zatoka też mocno wzburzona, zapowiada się sztorm. GS stoi na centralnej nóżce, ale co jakiś czas lekko się wzdryga. Pojawia nam się wizja pokiereszowanego motocykla, którego w nocy pokonał wiatr.

Droga na skróty do Applecross
Jest wypożyczony, wolimy nie ryzykować. Razem z właścicielem pensjonatu przeprowadzamy więc motocykl przez kurnik na drugą stronę domu. Przykleja się do niego trochę kurzych piór i innych rzeczy z podłogi, ale za to jest bezpieczny. Doceniamy jeszcze jedną zaletę Szkocji, jest już po 23, a wciąż jest jasno. Na motocyklu to ważne, ja nie lubię jeździć po zmierzchu.

Słońce! Wdziera się przez szyby i nas budzi. Szybko wstajemy i się zbieramy. Idziemy na śniadanie, nie spodziewając się zbyt wiele. A tu niespodzianka: dostajemy dwa ogromne talerze z typowym angielskim śniadaniem. Nie jesteśmy w stanie zjeść nawet połowy, zwłaszcza, że jedzenie pływa jak wyspy na łagodnie falującym, tłuszczowym jeziorze. Są smażone pomidory, kiełbasa, jajecznica, placuszki ziemniaczane, kaszanka, boczek i fasolki. Żona właściciela zachęca nas do jedzenia, bo przecież przed nami długa droga.

Dziś mamy w planie zwiedzanie ogrodów w Inverewe niedaleko Poolewe, którymi zachwycali się wczoraj Amerykanie. Ogrody założył Osgood McKenzie w 1862. Wcześniej było to skaliste wybrzeże, na którym rosły tylko karłowate drzewka. Przywiezioną z Irlandii żyzną ziemię Osgood ręcznie rozkładał na skalnych tarasach. I zaczął sadzić egzotyczne rośliny. Jego dzieło kontynuowała córka i jej córka. Teraz jest to tropikalny raj w surowym krajobrazie. Sekretem jest ciepły prąd zatokowy, dzięki któremu klimat jest w tym miejscu łagodny i np. eukaliptusy dobrze się tutaj czują. Podjeżdżamy pod bramę wjazdową i… zaczyna się ulewa. Rezygnujemy z czekania i jedziemy w stronę słońca.

Rzeczywiście 10 km dalej słońce świeci mocno. Zaczynamy odczuwać coraz mocniejsze podmuchy wiatru. W pewnym momencie wyjeżdżamy zza gór i pojawia się piękny widok na Little Loch Broom.

Zaczynamy odczuwać coraz mocniejsze podmuchy wiatru
A z boku wiatr uderza z taką siłą, że przestawia nas na drodze. Zaczyna się walka z podmuchami. Czasem cichną, gdy zasłonią je góry, ale później uderzają z całą mocą. Nawet na postojach nie pozwalają nam zejść z motocykla i wymagają skupienia uwagi. Na jeziorze widzimy biały szkwał, czyli wodę podnoszoną przez podmuchy wiatru, to jakby deszcz padający od dołu. Mijamy żółte irysy, które rosną nad rzeczkami i dzikie rododendrony. Docieramy wreszcie do Ullapool, małego rybackiego miasteczka, które korzysta ze swojego spokojnego położenia nad Loch Broom. Wyżej na północ już nie jedziemy, kierujemy się teraz w stronę Edynburga. Żegnamy się z cudownymi lokalnymi drogami i ekspresowymi jedziemy na południowy wschód.

 

Nie szukamy potwora

Kilometry szybko uciekają, przez Inverness i Perth dojeżdżamy do stolicy Szkocji. Z Inverness można bardzo prosto dojechać do jeziora Loch Ness. My odpuszczamy sobie szukanie Nessie, niech sobie śpi w jeziorze. Już tam byliśmy, a po drugie ciężko się jedzie pomiędzy tłumami turystów wychodzących z autokarów prosto na drogę. W dodatku zapatrzonych w wodę, bo a nuż…Edynburg znamy bardzo dobrze, więc to trochę jak powrót do domu. Za każdym razem zachwycamy się na nowo średniowieczną starówką, zamkiem na szczycie wygasłego wulkanu i widokami: z jednej strony na zatokę, a z drugiej na góry. Zostawiamy bagaże i jedziemy do Portobello, czyli portowej dzielnicy. GS bez kufrów jakby się ożywił – ale może to tylko towarzystwo dziesiątek innych motocykli. Po zamoczeniu stóp (brr… zimno) w Morzu Północnym jedziemy do Holyrood Park z Artur’s Seat.

To wygasły wulkan królujący nad miastem i nowymi budynkami parlamentu. Kolejnego dnia odwiedzamy starych znajomych, wchodzimy na wieżę, która jest pomnikiem Sir Waltera Scotta. Ten szkocki pisarz, który interesował się folklorem i historią Szkocji jest w Edynburgu bardzo szanowany. Jego powieści historyczne uznawane są za dobro narodowe, a rodzinne miasto zbudowało mu ten właśnie pomnik. Cieszymy się, że jesteśmy tutaj na początku lipca a nie w sierpniu. Wtedy miasto ożywa i zapełnia się setkami tysięcy turystów. Część ulic zostaje zamknięta, wszędzie odbywają się przedstawienia, a w teatrach i na różnych scenach przeglądy festiwalowe. W Edynburgu w tym czasie odbywają się cztery festiwale i jeśli nie przyjechaliśmy specjalnie na któryś z nich, lepiej w tym czasie nie odwiedzać miasta. Spędzamy resztę dnia na spacerze po mieście i jedziemy na lotnisko. Szkoda wracać…

 

4 KOMENTARZE

  1. Zarąbista ta Szkocja, kiedyś tam pojadę. Tylko że strasznie daleko. Jakby jechać z PL to do samego Londka jest z 1500. A na wynajęcie moto mnie nie stać jeszcze

  2. SZKOCJA JEST CUDOWNA…..MI UDAŁO SIE W TYM ROKU ZROBIĆ OK 6 TYS. KM. PRZEJECHAŁEM TRASKĘ Z WOLSZTYNA ((WLKP.)) DO LOCH NESS…….ZACHWYCIŁY MNIE HIGHLANDS I OGOLNIE KRAJOBRAZY SZKOCJI…..EDYNBURG JEST CUDOWNY…….MARZY MI SIE JESCZE WYJAZD NA PÓŁNOC SZKOCJI …MOZE ZA ROK SIE UDA…….ALE WTEDY CHYBA TEZ WYPOZYCZE MOTO W UK. POZDRAWIAM KAPA PS. pięknie wszystko opisałaś ..pozdrówki

ZOSTAW ODPOWIEDŹ