Od kiedy zobaczyłem pierwszy raz ekranizację powieści  „Ojciec Chrzestny” chciałem zobaczyć kolebkę historii Vito Corleone. Tak się złożyło – a może tak miało być, że zamiast planowanej podróży na Bałkany ruszyliśmy w stronę Sycylii.

Tekst: Krzysztof Balowski; zdjęcia: Piotr Sobolewski, Jacek Wuczkowski

W końcu upragniony dzień wyjazdu. Przez Niemcy jedziemy autostradą – bo szybka i płaska. Niestety również nudna jak flaki z olejem. Tankowanie i następne dwieście kilometrów. Tak w kółko. Dlaczego dwieście? Bo zbiornik Yamahy Drag Star nie pozwala na więcej. Oprócz tego głośne wydechy i twarda kanapa wymuszają częste przerwy. Nocujemy w zaprzyjaźnionym miejscu. Zaczyna się: namioty, kuchenka, materac i odrobina paliwa dla nas. Budzimy się czując zbliżający się deszcz. Szybkie pakowanie no i w drogę. Plan na dziś to dojechać do Włoch do Genui. Stamtąd promem do Palermo. Nie wieziemy ze sobą ani biletów, ani rezerwacji. Liczymy na szczęście w zdobywaniu ich na miejscu.

Kolebka historii Vito Corleone

Etap dziwnie się przeciąga, a to z powodu Austrii. Jedziemy po drogach krajowych – winkiel za winklem, zakręt po zakręcie. Pogoda jako-tako dopisuje. Śmigamy między burzami i opadami. Kilka kropel co prawda jeszcze nikomu nie zaszkodziło, ale po co się moczyć? Z tego już wyrośliśmy. Liczniki dopisują kolejne kilometry, zmiana pejzażu z płaskich równin Niemiec na szczyty Austrii i przejście graniczne na Brennero. Motocykle połykają kilometr za kilometrem i niestety piją również litr za litrem. Cena paliw we Włoszech powala. Bardzo mocno zbliża się do dwóch euro, średnio płacimy 1,85. Jeszcze kilka euro za autostradę i jesteśmy w porcie w Genui.

Statek do którego chcemy się zadekować jest ogromny, okazuje się zatem, że wystarcza miejsca i dla nas. Bilety kupione, formalności rejestrowe zakończone. Motocykle są w ładowni, a my z prowiantem i napitkami na tylnym pokładzie oglądamy przepiękny widok nocnego portu. Teraz na spokojnie, z drinkiem i kanapką w ręku oddajemy ster kapitanowi. Niech on się martwi jak pokonamy następne kilometry. A właściwie mile. Czas lądowania w Palermo 19.30, czyli mamy go aż nadto na pierwsze refleksje, plany i odpoczynek przed gorącą Sycylią. Czas ciągnie się jak guma do żucia, aż w końcu pojawia się pierwszy widok lądu. Ładownię opuszczamy mocno spóźnieni, a następnie wpadamy w miasto jak w piec. Temperatura około 30 stopni, a jest już po ósmej wieczorem. Nie mamy miejsca na spanie, jedzenia, ale to szczegół w porównaniu do problemu, jakim jest przetrwanie na ulicach Palermo.

Miasto rozgrzane jak piec

Attenzione!

Ludzie stworzyli zasady i przepisy ruchu drogowego, zapomnieli ich jednak wprowadzić na Sycylii. Tu nie obowiązuje nic. Tysiące skuterów, ludzie w kaskach i bez, pojedynczo i całe rodziny. Wszyscy jadą byle szybciej, byle się przepchać i byle być pierwszym na światłach. A i na tych się nie zatrzymują, bo i po co? Czas goni. Jechać, jechać i jeszcze raz jechać. Prócz skuterów auta, lub to co nazywało się autem – poobijane z każdej strony. Rysy, wgniecenia, zadrapania. Klakson to podstawa komunikacji. Obowiązuje reguła – jeśli klakson nie działa, to auto musi być zepsute.

Po małych zakupach w tutejszym sklepie koncentrujemy się na poszukiwaniu miejsca do spania. O polu namiotowym nikt nie słyszał, co robić? Uciekać z Palermo, czy spać na plaży? Jak z nieba spada nam Niemiec, właściciel kwatery. Za kilka euro dostajemy przepiękny apartament z widokiem na miasto. Wiją się wstęgi ulicznych lamp, migające reflektory pojazdów i kilka małych czerwonych punktów na wodzie – łodzie rybackie wracają lub wypływają w morze.

Trzeba się zmierzyć z tym upałem
Ciepła kolacja, herbata i gorący prysznic rekompensują poprzedni nocleg na statku gdzieś w korytarzu na podłodze. Jest pięknie. Tylko natarczywe bzykanie nie daje nam spokoju całą noc – komary również mają kolację. Do śniadania przystępujemy pogryzieni i niewyspani, ale droga wzywa i jest nadzieja, że będzie lepiej. Nurkujemy na powrót w miasto. Horror trwa dalej. Skutery, motocykle i te samochody… Jazda do przyjemności nie należy, ale atmosfera miasta rekompensuje te minimalne niedogodności.

Wizyta na targu pozwala wczuć się w klimat kuchni śródziemnomorskiej, gdzie królują płody morza. Ach, te zapachy, te widoki i te krzyki handlarzy… Zachwycamy się tym co zostało złowione i tu wyłożone, produkty bardziej niż świeże, zero mrożonek. Tylko jeść, ale gdzie to przygotować?

Drogi wiją się między pagórkami
Opuszczamy targ. Zaglądamy do portu jachtowego, gdzie pływa „kilka ładnych euro”. Przed opuszczeniem miasta zahaczamy o przepiękną kaplicę Palatine. Miasto pozostawiamy za plecami i brniemy w ląd. Widać wszechobecne spustoszenie dokonane tu przez słońce. Ziemia wypalona, trawy w kolorze złota i ten powiew powietrza jak z rury wydechowej. Skwar i raz jeszcze skwar, około 38 stopni w cieniu.

Droga wije się między pagórkami, jej jakość nie budzi zastrzeżeń, więc opona po jeździe po autostradzie zaczyna się zaczerniać na bokach – zakręty robią swoje. Po kilku chwilach i jednym momencie stajemy przy tablicy z nazwą „Corleone”. Dziwne uczucie, przelatują przez głowę obrazy z filmu. Wjeżdżamy w miasto. Nie jest to to samo co widziałem u Coppoli.

Chwila zadumy
Miasto jakich we Włoszech wiele. Małe uliczki, kramiki, kościoły, place jak wszędzie. Tylko że to miasto naprawdę było kolebką mafii, urodził się tutaj wielki mafiozo Michaele Nawara. To on rozsławił to miasteczko, ale ludzie po prostu mieli dość i to oni pomogli pozbyć się tych Capo di Tutti Capi. Teraz oficjalnie miasto jest czyste i poradziło sobie z tym problemem. Rzut oka do kościoła i na panoramę miasta z wieży widokowej – widok zapiera dech w piersi, ale droga wzywa. Jedziemy do Agrigento.

Miasto o bardzo bogatej historii i zabytkach. Ruiny kultury greckiej zachowane we wspaniałym stanie, pozostałości  kościoła, grobowca, ruiny pałacu. Świątynia jak z innej bajki. Kolor kamienia dziwnie czerwony, co w połączeniu z zielenią drzew oliwnych daje osobliwy oczopląs. Zostajemy w tym mieście na noc. Wizytujemy plażę, kąpiel pozwala odejść zmęczeniu.

Skaliste wybrzeże

W międzyczasie dzięki pomocy tutejszego motocyklisty, Luigiego, trafiamy do salonu BMW na niezbędną wymianę klocków z tyłu. Niestety skończyły się, ale po zapłaceniu sporego rachunku hamulce są jak nowe. W podziękowaniu za pomoc zapraszamy kolegę na wieczornego kielicha na pole namiotowe, które de facto sam nam pokazał. Pojawia się ze swoja dziewczyną, ładna z nich para. Ludzie otwarci i przesympatyczni. Znajomość włoskiego (machanie rękoma) i kilka kropel naszej polskiej pozwala na przemiłą pogawędkę. Wymiana adresów, kilka fotografii i pojechali. A my na spoczynek – jutro znowu patelnia. Zapowiadają 38 stopni w cieniu.

Z jednej kałach, z drugiej wulkan

Ruszamy w drogę. Małe deja vu z dnia poprzedniego, upał nie do zniesienia. Droga to czysta przyjemność. Zakręty, winkielki, pagórki i dolinki. Stajemy na mały popas w miejscowości Ragusa. Miasto położone jest na zboczach dolinki. Dom doklejony do domu, poruszanie się autem po starym mieście to istna sztuka. Na uliczkach cisza. Brak ludzi – to czas siesty.

Miasto na wzgórzu
I tu na centralnym placu w odpowiedzi na koszulkę Jacka z polskim orłem na piersi, słychać ciche „dzień dobry”. Nasza rodaczka przy małej czarnej czyta książkę i odpoczywa. Fajny akcent, pierwsze zasłyszane z zewnątrz polskie słowo od czasu wyjazdu z kraju.

Przy miejscu gdzie stoją motocykle Piotr podnosi z ziemi kompletny (aczkolwiek stary) nabój od kałacha. Oj, coś jest na rzeczy. Nie znajduje się tak po prostu amunicji na ulicy. Reputacja Sycylii skądś się jednak wzięła. Lecimy szukać noclegu, pada na miasto Siracusa.

To miejsce o wielowiekowej historii. Kiedyś  antyczna kolonia Greków z Koryntu, a dziś zapisane na liście dziedzictwa UNESCO. Rodził się tutaj Archimedes, który coś tam namieszał w filozofii i nauce.

Taki kościół jest w każdym mieście na wyspie
Czyli jest na co patrzeć i co czytać na temat tych murów. Jak w każdym z mijanych przez nas miast są ruiny, tym razem jednak noszą nazwę – Ora. Ale jedną z większych atrakcji są słynne kamieniołomy, skąd  wydobywano kamień na budowę tego i nie tylko tego miasta. Kamieniołomy noszą wdzięczną nazwę Ucho Dionizosa.

Kilometr po kilometrze, rejon po rejonie wjeżdżamy do Catani – cudownej Catani. Kilometry plaż, ale ani grama piasku. Kamienie i tylko kamienie, wielkość do wyboru. Począwszy od skał do ziarenek. Niekończące się wybrzeże i piękne widoki to tylko dodatek do dzisiejszego celu naszej podróży – wulkanu Etna.

Z poprzedniego kempingu było ją widać – ją i jej delikatny pióropusz dymu, który nieustanie wydobywa się ze szczytu. Jeszcze w tym roku w lutym zdarzyła się potężna erupcja. Jednak nikt z miejscowych się tym nie przejmuje. Oni i Etna to jedno. Żyją przy niej, a ona żyje z nimi. Robi wrażenie, jest ogromna.

Za naszymi maszynami pył wulkaniczny

W mieście u stóp wulkanu mamy chwilę na schowanie się do cienia i zjedzenie wspaniałych soczystych owoców, kupionych na przydrożnym straganie. Potem wspinaczka, na początek przebijamy się przez miasto. Upał jest znów nie do zniesienia, grzeje z nieba, od asfaltu, od silnika i Bóg wie skąd jeszcze. Już tylko kręta i szeroka droga. Takich jak my, na dwóch kołach co niemiara. Bo droga zachęca do zabawy, do składania się w zakrętach, do ciągłego sprawdzania granic naszych możliwości. Jedziemy coraz wyżej i wyżej.

Etna pokazuje nam swoje zbocza, zbudowane z tego co z siebie wypluła. Widok taki jest nam obcy i gdyby nie motocykle i stały dostęp do tlenu, powiedziałbym – jestem na Księżycu. Wjazd na wysokość 1850 m.n.p.m. Parking, kilka fotek, mały obiadek, kartka, pamiątka i już. Wjazd na sam krater trochę blokuje ceną, minimum 25 euro i około 2 godzin, a czas lekko goni. Chcemy zdążyć do portu do Messyny.

Dużo ciasnych zakrętów to gratka dla motocyklistów

I teraz w odwrotnej kolejności – setki  zakrętów, ale już z głową w dół. Niekończący się zjazd, winkiel za winklem. I tak do samego dołu, do samego wybrzeża. A tu już piękna, równiutka i płaska droga, wijąca się wzdłuż morza.

GPS prowadzi bezbłędnie do portu w Messynie. Udaje nam się kolejny raz – prom za godzinę. Mimo iż kontynent jest na wyciągnięcie ręki, cena za bilet nie jest przyjemna. 12 euro na osobę! A u nas w Świnoujściu gratis! Opuszczamy przepiękną wyspę pełną ludzi, którzy po części zamknięci w swojej kulturze nie ujawniają nic dla obcych. Z drugiej strony życzliwi i otwarci, zawsze chętni do pomocy.

Szukając nowego lądu

Na promie my i jeszcze trzy osoby. Nie mija 30 minut, a koła naszych motocykli dotykają lądu stałego. Żegnaj Sycylio. W ramach relaksu pozwalamy sobie na przejechanie kilku kilometrów drogą prostą o minimalnych zakrętach, zwaną dalej autostradą A3. Fajnie, szybko, ale miejsca na nocleg na autostradzie nie znajdziesz. Zjeżdżamy więc i szukamy czegoś przy wybrzeżu. Trzeba było ponad 100 kilometrów żeby znaleźć kemping. Na tym nie chcą namiotów, ten zamknięty od kilku lat, następny jest może za 50 kilometrów.

Czas na odpoczynek
Tylko takie informacje dostajemy od ludzi, na Sycylii nie było łatwo o kemping, ale tu jest jeszcze gorzej. Według tutejszych tak będzie tez dalej – nie wróży to nic dobrego. Smażenie się przez cały dzień na słońcu, zmęczenie, droga i brak miejsca na spoczynek – to naprawdę dołujące. W końcu po tych stu paru kilometrach, trafiamy do miejscowości Falerna. Wygląda nam na dobre miejsce na nocleg. Rozbicie namiotu nie wchodzi w grę, same kamienie. Ale jest prysznic i porcelanowa toaleta, a to nam wystarcza. Kąpiel redukuje poziom stresu, a my kładziemy się na materacach. Morze gra nam kołysankę, a wiatr przygrywa na drzewach. Za dach służą nam Księżyc i gwiazdy. Sen przychodzi bardzo szybko.

Witamy kolejny dzień wschodzącym słoneczkiem i bezkresem morza. Wieczorna narada spowodowała lekką korektę planów. Nie jedziemy do Ankony gdzie miała nastąpić przeprawa do Chorwacji, na prom okrętujemy się w Bari. Mały telefon do znajomych, kilka pytań do internetu i wszystko wiadomo. Prom jest, ale kiedy pływa i czy są miejsca tego nikt nie wie.

Piknik pod wiszącą skałą
Po śniadaniu dosiadamy maszyn i w drogę. Upał jak co dzień nie daje żyć. Jak się ubrać? Na krótko? Nie da rady, bo smażenie i spalenie słońcem gwarantowane. Piotr może powiedzieć coś na ten temat. To co ma na ciele, to nie jest opalenizna, to jest poparzenie drugiego stopnia! Bąble, odchodząca skóra i okropny ból. W kurtkach to gotuje się nie tylko ciało, ale i myśli. W głowie walka, jak pogodzić bezpieczeństwo  z komfortem jazdy? No cóż, każdy orze jak może.

Jedni w krótkim, jedni w długi rękawku, ubrani jak banda klaunów, pokonujemy przestrzenie Italii. Odpuszczamy autostrady i drogi szybkiego ruchu. Jedziemy, a raczej przebijamy się przez piękne górskie miasteczka. Ciche i jakby nieżywe. Tylko gdzieś tam w głębi domowych zaciszy tętni życie i gotuje się makaron albo piecze pizza.

Urokliwe włoskie uliczki

Droga biegnie przy wybrzeżu albo w górach i kończy się w Bari. Jest coś na podobieństwo kempingu, gdzie gros miejsca jest zajęte przez tubylców. Żyją tutaj w przyczepach zaadaptowanych na długoterminowe cele mieszkalne. A co z ich mieszkaniami? Są przeznaczone pod wynajem, zawsze to kilka euro do budżetu. Wieczorem wracam do portu po bilety. Niestety nasze okienko zamknięte i wiadomość z recepcji, że będzie otwarte jutro. Prom także odpływa dopiero jutro, więc z nosami na kwintę wracamy na kemping na kolację. Takie wieczory to fajny moment na podsumowanie tego co już było i jak będzie. Jeszcze jedno pytanie: czy jutro będą bilety na prom… Bo inaczej będziemy jeden dzień do tyłu wobec planu. I tak oto cały majdan zostaje w recepcji kempingowej. My natomiast jak turyści, na gołych motocyklach jedziemy do miasta.

Spotkanie z królową

GPS jest fajny, ale nie zaufam mu już nigdy do końca. Kwitując powiem, że ja, Sobol i Jacek trafiamy motocyklami  w sam środek starówki, w porze siesty. My to pikuś, ale Drag Star na pustych wydechach, w uliczce o szerokości dwóch metrów i zabudowanej na trzy piętra, odciska piętno na spokoju odpoczywających ludzi. Nerwy i adrenalina sięgają szczytu. Jeden jedzie, a my za nim jak te owieczki za baranem. Niby fajnie, ale robi się nerwowo. Mieszkańcy dopadają Jacka i zaczyna się pyskówka. Po wjechaniu na pierwszy plac kask Jacka z furią ląduje na ziemi, kilka niecenzuralnych słów pada z jego ust. Zostajemy gdzie jesteśmy.

Bez klasonu zginiesz

Nerw spływa na gorący asfalt. My w krótkich spodenkach i czapeczkach idziemy sobie w miasto. Wieczorem poznajemy za pośrednictwem przewodnika kilka faktów historycznych. Okazuje się, że ma wiele wspólnego z Polską. Tutaj urodziła się nasza Królowa Bona z rodu Sforzów, która pod koniec swojego życia oddała to miasto Polsce. Tradycje chyba nie dotrwały do dnia dzisiejszego, bo mało tu słychać polskiego. Ale orzeł na koszulce Jacka znowu przyciąga wzrok rodaków. Zostajemy zahaczeni przez dziewczynę, która się tu osiedliła i mieszka –  pracuje w lodziarni. Wymiana zdań i zostajemy namówieni na ogromną porcję lodów. Oj, bardzo nam tego było trzeba.

Jest co zobaczyć. Zamek Bony i Stare Miasto, którym jeszcze wczoraj bujaliśmy się motorami. Teraz z kolei przeciskamy się między turystami. Z godziny na godzinę robi się coraz ciszej, czas obiadu i słychać tylko włączone telewizory oraz rozmowy przy Włoskich stołach. Wchodzimy do jednego z większych kościołów. Znajdujemy przepiękny sarkofag ze szczątkami naszej królowej. Wnętrza skromne, bez przepychu, ale i tak budzą respekt. Grube mury nie pozwalają na nagrzanie się powietrza wewnątrz. Przyjemny chłód owiewa nasze twarze, a oczom co chwilę ukazują się nowe atrakcje kościoła. Zmiana miejsca i znowu przepiękne uliczki. Słynne włoskie balkony z wywieszonym praniem. Kolejną atrakcją miasta jest kościół Św. Mikołaja. Podobnie jak poprzedni, jest równie ogromny i równie chłodny wewnątrz. Posiada czarowną kaplicę w podziemiach. Czasu do otwarcia kas w porcie jeszcze mnóstwo, zjadamy więc mały obiadek na jednej z uliczek Bari. Upał nie pozwala na normalne myślenie. Przyjemnym miejscem okazuje się miejski skwerek z zielonymi drzewami, odpoczywamy. Punkt o 18. meldujemy się w porcie po bilety – są! Szybciutko na kemping po nasz majdan i powrót do portu. Tym razem odprawa paszportowa – opuszczamy Unię Europejską.

Mocny sen znużonego wędrowca

Motocykle przymocowane w ładowni, a my jak to bywało wcześniej, na tylny pokład z zapasami. Różnica jest tak że na tym statku jest normalna restauracja, co pozwala nam zakończyć dzień z pełnymi brzuchami. Zasypiamy na rufie pod pięknymi gwiazdami. Śpię tak twardo, że budzi mnie dopiero Piotr przed samym wejściem do Dubrownika.

Dubrownik, Split, po drodze kawałeczek Bośni i dalej już prosto. Drogi cudowne i motocykli od zatrzęsienia. Żadnej „blachy” z tubylcami, sami obcokrajowcy żądni zakrętów.  Gnamy na Zagrzeb z obowiązkowym postojem nad jeziorami Plitwickimi. Potem już tylko droga do domu. Bałkany zostawiamy sobie na inne czasy.

Jakoś tak dziwnie się przemierza te ostatnie kilometry. Trochę smutno, że tak szybko, że nie zobaczyliśmy tego czy tamtego. Zapominamy o niedogodnościach, o upale, o braku kempingów. O wszystkim co było nie tak. Górę biorą te wspaniałe wspomnienia, to co było ciekawe i miłe. Pozdrawiamy Luigi i jego panią. Pozdrawiamy tych życzliwych i tych nie. Szkoda, że tak krótko i tak gorąco. Wspaniałe wakacje, wspaniałe przeżycia. Ładny kawałek historii – tej prawdziwej i tej filmowej – za naprawdę niewielkie pieniądze.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ