Mieliśmy jechać do Armenii, a wyprawa miała się nazywać „Hayką do Hayastanu” (dawna nazwa Armenii). Jednak jak to w życiu bywa, sprawy się trochę pokomplikowały i z Armenii wyszła Gruzja. Nasza Suzuki Hayabusa służyła podczas wyprawy jako endurak. 

Tekst i zdjęcia: Radosław Jakubczyk, Anna Wawrzyczek

Zawsze nas ciągnęło na wschód, zawsze. Po kilkakrotnym zjeżdżeniu naszej kochanej Rumunii i odwiedzeniu Białorusi, Ukrainy i Rosji powstał trochę szalony plan zobaczenia Gruzji i Armenii. Ponieważ u nas najczęściej „takie” pomysły wchodzą w życie, podjęliśmy decyzję: jedziemy na Kaukaz.

Autorzy relacji
Z miejsca odpuściliśmy sobie szukanie chętnych na tą wspólną wyprawę. Raz – że ciężko byłoby znaleźć kogoś, kto by chciał jechać aż tam. Dwa – wiemy z doświadczenia, że na takich wyjazdach zawsze dochodzi do tarć. I wreszcie trzy – lubimy podróżować w pojedynkę.

Ostatecznie jedziemy w składzie: Ania Wawrzyczek, Radek Jakubczyk i nasza Hayka, czyli Suzuki Hayabusa 2011.

Zamek Drakuli przy łyku Ursusa

Ania jak zwykle zajmuje się przygotowaniem potrzebnych dokumentów (wiz, ubezpieczeń) oraz samej trasy, czyli szuka informacji, co i gdzie warto zobaczyć. Już samo znalezienie jakichkolwiek map Kaukazu okazuje się dosyć trudne. Biorąc pod uwagę długość trasy, nie najlepsze drogi oraz brak serwisów po drodze, ja skupiam się natomiast na jak najlepszym przygotowaniu motocykla. Wymieniam w nim wszystkie płyny ustrojowe i opony oraz wzmacniam stelaże.

Plan zakłada jak najszybsze przejechanie Europy i Turcji tak, aby jak najwięcej czasu zostało na zwiedzanie samej Gruzji i Armenii. Żeby nie wracać tą samą drogą, trasa powrotna ma prowadzić przez Krym.

Trasa Transfogaraska w pełnej krasie.
7 lipca startuję z Łazisk po mój „Plecaczek” do Pogwizdowa. Następnego dnia po przepakowaniu bagaży wyruszamy już razem w stronę Węgier, gdzie mamy zaplanowany pierwszy nocleg. Drugiego dnia dobijamy do naszym zdaniem najpiękniejszego miasteczka w Rumunii – Sighisoary.

Sighisoara

Miejscowość znana również jako Schäßburg leży w centralnej części Rumunii. Została założona w 1191 roku przez niemieckich osadników. Stare miasto otoczone jest murem obronnym z licznymi basztami. Jest tu m. in. urocza wieża zegarowa i kamienica, gdzie w 1431 roku na świat przyszedł sam Vlad Palownik, szerzej znany jako Dracula.

Wieczorem spacerujemy klimatycznymi wąskimi uliczkami i odwiedzamy naszą znajomą winiarnię gdzie z braku wina popijamy najlepsze rumuńskie piwo – Ursus. Następny dzień to już Trasa Transfogaraska. Droga ta łącząca miasta Sybin w Siedmiogrodzie i Pitesti na Wołoszczyźnie to Mekka motocyklistów, którzy są dosłownie wszędzie. Plątanina niekończących się agrafek i zakrętów. Gęba się cieszy, Hayka coraz szybciej połyka kolejne winkle, a z tyłu coraz bardziej dziobie mnie Dzięcioł tzn. Ania.

Kryzys nr 1 w Bułgarii
Wbrew naszym wyobrażeniom Bułgaria oprócz nadmorskiej części okazuje się trochę zaniedbanym i dość biednym krajem. Miasteczka przez które przejeżdżamy wyglądają na wyludnione. Pozamykane sklepy, stacje benzynowe, opuszczone domy sprawiają dosyć dziwne wrażenie. Wieczorem docieramy do małej wioski – Kamenovo, gdzie o dziwo ma być nasz kemping. Kemping jest, a jakże, całkiem nawet ładny – tyle że zamknięty. Po około 30 minutach i próbach nawiązania kontaktu z miejscowymi, którzy niby uśmiechają się przyjacielsko, ale za bardzo rozmowni nie są, pojawia się w końcu właściciel. Okazuje się nim Szkot mieszkający samotnie w Bułgarii, który działkę pod kemping i dom kupił sobie na e-bayu.

Turcja, czyli paliwowy koszmar

Czwartego dnia przekraczamy granicę turecką. Spotykamy tu dwóch „przyszywanych niemieckich turystów” – Turków na motocyklach, którzy wracają już do kraju. Pstrykamy pamiątkowe fotki i wymieniamy się informacjami o drodze. Na początku idzie nam to całkiem sprawnie. Latając od okienka do okienka zbieramy kolejne pieczątki i kwity. Wykupujemy wizę, która okazuje się tańsza o 20 euro niż zakładaliśmy. Gdy mamy przed sobą już ostatnie okienko dopada nas pech: brakuje jednego głupiego stempla i cała zabawa zaczyna się od początku. W końcu po kolejnym godzinnym spacerku w pełnym rynsztunku w czterdziestostopniowym upale meldujemy się w końcu w Turcji. Ciekawe jest to, że zanim dojedziesz do jakiegokolwiek miasta, zobaczysz dużo wcześniej wielgaśną turecką flagę na jeszcze większym maszcie dumnie powiewającą na wietrze. Turcy mają hopla na punkcie swojej narodowości.

Tradycyjna herbatka z właścicielką stacji
Teraz skupiamy się na samej jeździe, żeby jak najszybciej przejechać ten drogi kraj, gdzie litr paliwa kosztuje w przeliczeniu ok. 8 złotych! Sam Istambuł przelatujemy dość sprawnie, o mały włos nie przeoczając Bosforu, który wydaje nam się jakiś taki mały. Lądujemy w Sile na kempingu witani przez miłego gospodarza zimnym kefirem. Szybko rozbijamy namiot i lecimy nad morze. Zauważamy, że Turcy są bardzo rodzinni. Spędzają wspólnie wakacje w kilka pokoleń. I tak rano z ogromnego namiotu najpierw wyskakują dzieciaki, za nimi rodzice, następnie – dziadkowie, a nie raz i nawet pradziadkowie.

W drodze do Amasyi za Safranbolu mamy niezłą przygodę z naszą Suzi. Zaczyna się ciekawie. Zajeżdżamy na stację by zatankować, ale okazuje się, że paliwa brak. Oki, lecimy dalej.  Próbuję odpalić motocykl, a tu nic, cisza. Szybki przegląd: stopka złożona, sprzęgło, luz, „cpyczek” od zapłonu. Co jest? Myślę sobie – spokojnie, pewnie padła bateria w pilocie od alarmu. Wygrzebuję więc zapasowe kluczyki, ale sytuacja się powtarza. Odłączam klemę i nic. Przegrzebuję wszystkie bezpieczniki. Też lipa. Ciśnienie trochę nam skacze. Szybki telefon do serwisu w Polsce i naświetlam chłopakom sprawę. Niestety, rozkładają ręce i mówią, że w tej sytuacji to już tylko laweta…

Kryzys nr 2 w Turcji
Dzwonię więc do Suzuki Aassistance, a babka w słuchawce na to, że gwarancja tak oczywiście, ale niestety nie w Turcji. No to pięknie. Zostaje jeszcze assistance w ubezpieczalni. Kobitka już mnie powoli namierza by wysłać lawetę, ale jeszcze wpadam na pomysł wykonania telefonu do salonu gdzie kupiłem Haykę. Dzwonię więc do nich. I tu zaskoczenie – spokojnie, krok po kroku prowadza mnie za rękę mówiąc mi, co mam robić. Idzie szybko: mostkuję dwa kabelki zszywką od siedzenia i alleluja! Hayka ożywa.

Wjeżdżając do Amasyi próbujemy znaleźć informację turystyczną, jednak wszystkie pytane przez nas osoby ni w ząb nie znają angielskiego. W końcu trafiamy na kierowniczkę restauracji i pojawia się iskierka nadziei. Jednak gaśnie dość szybko: kierowniczka na nasze na pytanie o tourist information znacząco kiwa głową że tak, rozumie o co nam chodzi, po czym prowadzi nas do… łazienki.

Zrezygnowani wracamy do motocykla i znowu zaczynamy wertować mapę. W tym czasie nadjeżdża policja. Zatrzymujemy ich, a oni z kolei wstrzymują na chwilę ruch i prowadzą nas do upragnionej informacji turystycznej. W informacji pracuje Turek, który właśnie zamyka, na dodatek nie zna angielskiego i na odczepnego daje nam jakieś foldery. Tego dnia nocujemy w hotelu, który może nie jest za bardzo wyszukany, ale jest tani. Leży w samym centrum miasteczka, a co najważniejsze – jego właściciel mówi po angielsku. Wieczorem wyskakujemy jeszcze na szybkie Amasya by Night.

Drugie oblicze Turcji
Dalej nasza droga przez Turcję przebiega przez pustynny, górzysty, księżycowy wręcz krajobraz. Umilamy sobie czas popijając słodkie herbatki z miejscowymi na stacjach benzynowych.

Po kolejnych dwóch dniach podróży docieramy do granicy turecko-gruzińskiej. Przejście tureckie to totalna rozpierducha, chaos i koszmarna kolejka. Strona gruzińska to już pełen profesjonalizm: zero kolejek, mili celnicy i szybka odprawa. Kilka kilometrów za granicą leży Batumi, gdzie spędzamy dwa dni. Nocleg znajdujemy w Gonio, niedaleko Batumi, u emerytowanego marynarza Timura, którego żona robi niesamowicie smaczne śniadanka.

Gruzja. Na pierwszym biegu po szutrach

Na początku ciężko nam się przestawić na styl jazdy Gruzinów, przy których tureccy kierowcy to naprawdę leniwe świętoszki. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze przechadzające się wszędzie krowy. Wiele samochodów jeździ tu bez przednich i tylnych zderzaków, które zostały na miejscowych dziurach. Tam gdzie są dwa pasy nagle robią się z nich cztery, a nawet pięć. Na światła nikt nie patrzy, a do tego oczywiście najważniejszym wyposażeniem każdego samochodu jest klakson.

Wszędobylskie krowy w Batumi
Batumi to miasto pełne kontrastów. Wystawne bulwary, kasyna i skwery położone nad morzem gryzą się z rozpadającymi się kamienicami parę przecznic dalej. Kolejne dwa dni spędzamy na wylegiwaniu się na plaży i zwiedzaniu miasta. Po podładowaniu naszych akumulatorów ruszamy dalej drogą nr 1 na wschód w stronę Akhaltsikhe. Trasa, która na mapie była oznaczona jako highway okazuje się szutrówką biegnąca przez góry, po której jeżdżą Krazy, Kamazy, Ziły i różnego rodzaju terenówki.

Teraz zaczyna się prawdziwy offroad. Przejazd 50 kilometrów zajmuje nam pięć godzin. Droga miejscami jest rozmyta przez strumienie albo leży kilkanaście metrów niżej razem z osuwiskiem. Jest naprawdę ciężko. Jedziemy cały czas na pierwszym biegu w potwornym kurzu i upale. Wentylatory w Hayce chodzą non stop, nie wyłączając się ani na chwilę. Na kurtce pojawia się coraz więcej solankowych chmurek. Mimo wszystko udaje się nam przejechać bez żadnej gleby. Zjeżdżając do Akhaltsikhe mijamy się z Niemcami w Defenderach i Pajero, którzy kapkę dziwnie na nas patrzą.

Odpoczynek na gruzińskim highwayu
Po zainstalowaniu się w małym hotelu w centrum Akhaltsikhe wieczorem wychodzimy na główny plac miasteczka. Mimo później pory (jest koło godziny 22.) życie dopiero kwitnie. Dzieciaki wściekają się na placu zabaw, rodzice i dziadkowie rozmawiają na ławkach, a młodzież coś kombinuje po kątach. Rano szybko się pakujemy i ruszamy podekscytowani w stronę Hayastanu, czyli Armenii. Po drodze zwiedzamy skalne miasto Wardzia. Miasto-klasztor usytuowane na zboczu góry Eruszeli robi na nas duże wrażenie. Pierwotnie miało trzynaście kondygnacji i mogło pomieścić od 20 do 60 tysięcy ludzi. W Wardzi spotykamy parę turystów z Polski i Francuza, który zwiedza Gruzję na rowerze. W pobliskiej restauracji jemy po raz pierwszy prawdziwe gruzińskie jedzenie. Ania zachwyca się ojakhuri, a mi wegetarianinowi pozostaje placek ze słonym serem czyli chaczapuri.

Gruziński Orlen
Na granicy gruzińsko-armeńskiej, która wygląda naprawdę skromnie Ania gubi naszą jedyną i najważniejszą mapę. Od tej chwili jesteśmy już zdani tylko na znaki drogowe, których jest jak na lekarstwo. Armenia, która była głównym celem naszej wyprawy nie przypada nam w ogóle do gustu. Planowaliśmy spędzić w niej około tygodnia, a wytrzymujemy zaledwie dwa dni. Po odhaczeniu na naszej liście Giumri, Erewania i Sewanu gnamy już z powrotem do Gruzji, wstępując jeszcze do majestatycznego klasztoru Haghpat, który jest naprawdę piękny.

Jeszcze tego samego dnia meldujemy się w stolicy Gruzji, Tbilisi. Nocleg chcemy spędzić w bardzo znanym hostelu U Iriny. Z powodu głupiej literówki w adresie hostelu w przewodniku krążymy po mieście dobre dwie godziny i pewnie trwało by to jeszcze dłużej, gdyby nie zaczepiła nas para z Polski, która właśnie tam nocuje. Irina okazała się przemiłą osobą i pomimo braku wolnych łóżek nie zostajemy bez noclegu. Trochę nam ściska gardła, gdy w głównym pokoju Iriny widzimy na ścianie portret naszej pary prezydenckiej przepasany kirem. Ogólnie wyczuwa się jakąś dziwną, ale bardzo miłą, braterską więź między naszymi narodami. Kolejne dni spędzamy na zwiedzaniu Tbilisi i okolic. To największe gruzińskie miasto położone jest na malowniczych wzgórzach. Nazwa pochodzi według legendy od gorących źródeł, które mają się tu znajdować (tbili – ciepły). Jeden dzień poświęcamy na zobaczenie Gruzińskiej Drogi Wojennej. Prowadzi ona od stolicy przez majestatyczne góry do Władykaukazu. Oczywiście zahaczamy o przepiękną twierdzę Ananuri, gdzie pstrykamy „przewodnikowe” foty. Ostatni dzień poświęcamy na nerwowe poszukiwania oleju do Hayki, w której zbliża się termin przeglądu. Po dwóch godzinach jazdy taksówką po mieście i odwiedzeniu rożnego rodzaju bazarów, sklepów, serwisów zrezygnowani wracamy z pustymi rękami.

Jakoś trzeba tędy przejechać
Czas naszej wyprawy się kurczy, musimy już powoli wracać. Z Tbilisi kierujemy się na Poti, skąd odchodzi nasz prom na Ukrainę. Po drodze wstępujemy jeszcze do rodzinnego miasta Stalina – Gori. Gdy przyjeżdżamy do Poti, nikt oczywiście nie wie, kiedy prom odpływa. W końcu udaje się ustalić, że za dwa dni. Z dwóch dni robią się cztery, w tym jeden to czekanie dosłownie na walizkach pod biurem armatora. Odpuszczamy więc Krym i płyniemy prosto do Odessy. Na promie poznajemy fajnych Gruzinów: Gariego i Dawida, z którymi spędzamy czas na rozmowach i na wspólnej „degustacji” prawdziwego swojskiego wina i czaczy. Gruzińskie destylaty sprawiają, że nasze toasty stają się coraz dłuższe, a angielski, a nawet rosyjski – coraz lepsze.

Odessa jest świetna, zielona, pełna parków, ogrodów i klimatycznych knajpek. Niestety jest też bardzo droga. Z tego powodu lądujemy w najstraszniejszym chyba hotelu na całej Ukrainie, gdzie w cenie noclegu dostajemy stado koników polnych w łazience i zimną wodę pod prysznicem.

Czas na odpoczynek
Ma to też dobre strony, bo cały nasz wolny czas poświęcamy na zwiedzanie miasta, a w upiornym hotelu dosłownie tylko śpimy. Nie, nie śpimy – spędzamy dwie noce bliscy obłędu, mordując hordy ukraińskich komarów. W Odessie udaje się nam w końcu kupić olej do motocykla. Jeszcze szybka jego wymiana pod hotelem i człowiek od razu robi się jakiś spokojniejszy. Stąd tylko jeszcze jeden nocleg w Tarnopolu, szama we Lwowie i meldujemy się na mecie w Łaziskach.

Wyprawa zajęła nam 25 dni, przejechaliśmy ok 8000 km, sama Hayka nie dała plamy i sprawdziła się całkiem nieźle jako lekkie fun enduro na szuter i kiepskie drogi. Nie mieliśmy żadnych niebezpiecznych sytuacji czy niemiłych przygód. Wszędzie spotykaliśmy życzliwych i otwartych ludzi. Naszą wyprawę możemy polecić każdemu, kto od poukładanego i drogiego zachodu woli spontaniczny i szczery wschód.

17 KOMENTARZE

  1. 7 lipca startuję z Łazisk po mój „Plecaczek” do Pogwizdowa. Następnego dnia po przepakowaniu bagaży wyruszamy już razem w stronę Węgier, gdzie mamy zaplanowany pierwszy nocleg. Czesc a gdzie jest Pogwizdów :)) Pozdrawiam suuuper mieliscie podróz!!!

  2. janchrzan… mieliśmy jednego dnia szuter na odcinku około 50 km więc ciężko byłoby mi biec obok motorka;)… po prostu przy bardziej stromych, niebezpiecznych podjazdach lub zakrętach (albo przy przejazdach przez rzeczki – jak na głównym zdjęciu) schodziłam z motorka przy okazji pstrykając fotki:)

  3. Też w tym roku byłem w Gruzji i Armenii. Tyle że jechałem przez Rosję a wracałem przez Turcję. Podziwiam przejazd z Batumi do Akhaltsikhe bez gleby. Też mi się to udało ale byłem sam i na fujarce:-). Szkoda że będąc w Armenii nie pojechaliście w kierunku granicy z Iranem. Gdybyście zobaczyli ten kawałek zmienilibyście zdanie o Armenii. Jeżeli jesteście ciekawi zajrzyjcie na moją stronę http://www.moto-voyager.com.
    Pozdro
    Grzegorz

  4. Kurde zazdroszczę bo ja najdalej to byłem dookoła Polski w zeszłym roku, ale teraz jak się uda to chce jechać do Rumuni, Chorwacji lub dookoła Włoch. Jeździłem Suzuki Marauder 1600, teraz mam BMW K1200R:) Nie mam jeszcze kufrów a to koszt ok 3000 zł, więc zobaczymy jak będzie z funduszami na wycieczkę.

  5. Hej
    Zdecydowanie polecam Romanie:)))) Jesta świetna za każdym razem. Może i troche dzika ale o wiele tańsza od Chorwacji czy Włoch i jeszcze nie zadeptana..no i jeszcze trasa Transfogaraska:))))

  6. Wiele osób poleca mi właśnie Rumunię, ponoć piękne widoki. Ludzie jak wiadomo do obcokrajowców przyjaźni są wszędzie, więc nie boję się jechać samemu. Pożyjemy zobaczymy. Wyjazd najprawdopodobniej w maju;)

  7. My w maju planujemy pojechać do Grecji, która podobno jest teraz tania przez to całe zamieszanie z kryzysem.. Oczywiście trasa będzie wiodła przez Romanie… Może się gdzieś spotkamy na trasie.:)

  8. Ja byłem w Grecji 2011 a wracałem przez min. Albanie, Chorwacje i wyszło mi na to że Grecja była nawet tańsza od Chorwacji na ten czas..

ZOSTAW ODPOWIEDŹ