Rumunia ze swoimi tajemniczymi zamkami i niesamowitą historią warta jest poświęceń. Na przykład podróży w dresie, nadłożenia 300 km lub wystawienia się na atak wściekłej pasterki. O wyprawie z przygodami pisze Adam.

Tekst: Adam Kobyliński

Zdjęcia: uczestnicy wyprawy

Do Rumunii wybieramy się dwoma motocyklami. Fazerem 1000 jadę ja i Krzychu, drugim Fazerem, tyle że 600 jedzie Kiduś i MaTi. Wyjeżdżamy w niedzielę z Częstochowy o 4 rano. Musimy czekać na MaTiego, który po 7 dniach alkoholowej imprezy wraca znad morza. Jego strój składa się z czarnych dresów, białych skarpet oraz białych adidasów. Jest zatem przygotowany na warunki atmosferyczne, jakie mogą się przydarzyć na motocyklu.

Wyjeżdżamy wreszcie bez mniejszych problemów. Kierunek Katowice, potem Kraków, Rzeszów i granica ze Słowacją. Idzie naprawdę nieźle. Słońce grzeje, ale czasowo stoimy dobrze. Problemy zaczynają się dopiero na Słowacji, gdzie nasze nawigacje najzwyczajniej głupieją. Parę razy nadrabiamy po 50 km zupełnie niepotrzebnie. Co to dla nas… W przerwach jemy parówki ze Snickersami.

Hardkorowy dojazd

No to w drogę
Dojeżdżamy do Węgier po południu naprawdę zmęczeni. Dzięki nawigacji nadrabiamy łącznie już 200 km! Co jakiś czas odwiązują się nam śpiworki co utrudnia jazdę nam i tym którzy jadą za nami. Zaczynamy robić trasy po 40 km. Nogi, przedramiona i kręgosłupy nie dają rady. Po 21 godzinach katorgi i męczarni dojeżdżamy wreszcie do Rumunii. Jest noc. Na jednym z postojów orientuję się, że mój łańcuch wyciągnął się jak korale i nie powinien być dalej eksploatowany, ponadto Kidusiowi w kufrze wylał się litrowy olej na szczoteczkę do zębów i antyperspiranty . Nie ma to jak trzymać smary silnikowe z kosmetykami.

Chłopakom gratulujemy, tymczasem sami martwimy się o naszą dalszą jazdę. Jest coraz bardziej nerwowo, sporo dziur, ciemno i jesteśmy zmęczeni. Kidusiowi momentami leci krew z nosa. Nasi pasażerowie zasypiają na prostych odcinkach i uderzają swoimi kaskami w nasze kaski. Czasem chwieją się na boki, na szczęście do tragedii nie dochodzi. Postoje uzależniamy również od rozwiązywania się śpiworów – ile tak można?

Po 24 godzinach meldujemy się w hostelu w miejscowości Cluj Napoca. Po otrzymaniu kluczy od pokoju okazuje się , że nie jesteśmy w nim sami. Wchodzimy jak spocone bydło do środka . MaTi zauważa murzyna na piętrowym łóżku i oznajmia , że nie będzie z nim spał. My nie myśląc zbyt wiele rzucamy się brudni na łóżko. Spanikowani panującymi warunkami Kiduś z Matim idą opić wyprawę w tamtejszym barze, skąd mają na to siłę?

Delikatne zwiedzanko

Na ulicach rumuńskiego Cluj
Następnego dnia budzimy siebie i innych o godzinie 8. Nasz zapach jest jednoznaczny – czas na kąpiel. Dla MaTiego to trochę szok – 7 dni imprezy, 35 godzin jazdy, z czego większość na wąskiej kanapie motocykla w dresie, a teraz wczesna pobudka. To nie jest wykonalne dla normalnego człowieka. Każdy z nas ma takie zakwasy, jakby wczoraj przebiegł maraton. Rano okazuje się , że to nie murzyn spał z nami, ale Żyd z ogromną brodą. Jak widać strach ma wielkie oczy, chociaż MaTi dalej jest przekonany że to był czarny Żyd.

Po kąpieli i śniadanku ruszamy zwiedzać Cluj. Na miejskim rynku pani blokuje mi motocykl parkując na środku ulicy. Czy jest tu jakiekolwiek prawo? Tego samego dnia zwiedzamy również wąwóz w Turdzie oraz przepiękną kopalnię (kilka razy większą niż Wieliczka). Z ciekawostek należy dodać, że do kopalni schodziło się 40 minut w dół setkami schodów. Na samym dole Kiduś zorientował się, że zostawił kluczyki w stacyjce na parkingu . Zwiedzanie musieliśmy przerwać i rozpocząć godzinny powrót w panice i strachu czy aby na pewno nie ukradli nam motocykla. (Nagle szybciej wchodziliśmy po schodach , niż schodziliśmy – co za kondycja) Na górze spoceni jak szczury dowiadujemy się, że jeden z dziadków z nudów pilnował nam maszyny. Boże, dzięki !!

Nie ma co kryć - trochę z nas hołota
Prócz Rumunów i Cyganów pełno jest również Polaków. Jesteśmy wszędzie! Wracając do hostelu gubimy się na wiejskich szutrowych drogach. Dopadają do nas rumuńskie dzieci oglądając motocykl, widok jest niesamowity, wszyscy patrzą na nas z zainteresowaniem. Dalej hałasuje nam napęd, przynajmniej wiemy, że go nie zgubiliśmy. Drugi motocykl po raz kolejny się gubi i ląduje na autostradzie. Dzięki temu chłopaki nadrabiają 80 km. Meldujemy się ponownie w hostelu skonani, wbiegamy jak hołota , w 2 sekundy rozbieramy się rzucając ciuchy na podłogę i kładziemy się spać. Wyglądamy jak typowe brudasy.

Rano wstajemy, kąpiemy się jemy szybkie śniadanie i pakujemy cały majdan w kufry. Jedziemy na południe Rumunii żegnając się z hostelem. Jedziemy calutki dzień w upale. Po drodze Kidusiowi padają światła. Rozbieramy motocykl przy wejściu do Lidla (jedyne miejsce które miało cień) Ochronie nie podoba się nasz tok myślenia i każą nam przestawić maszyny . Niestety nie umieją angielskiego, a my mamy rozebrany już motocykl więc muszą się z nami przemęczyć. Na szczęście padł tylko bezpiecznik, trzeba było w sumie od tego zacząć a nie tracić czas na wymyślanie najstraszniejszych historii. Mi łańcuch wali jak szalony, ale staram się o tym nie myśleć. Po drodze zwiedzamy pobliskie miasta i zabytki (Mati jedzie z podwiniętymi nogawkami od dresu).

Kulturowy szok

No tak, stroje były wybitnie niemotocykloweSą momenty, kiedy musimy awaryjnie hamować ze 120 km/h do zera, bo na drogę wychodzą owce, osły, krowy, konie a nawet bawoły. Robimy ponownie mnóstwo kilometrów i znów się gubimy w jakiejś wiosce. Wszędzie pełno bryczek i prawdziwej biedoty która budzi strach, współczucie i pewnego rodzaju przerażenie. Wokół zdychające z głodu bezpańskie psy. Nie wszystkim się pomoże.

Po południu dojeżdżamy do zabytkowego zamku ulokowanego na szczycie góry na wsi zabitej dechami. Wejście na zamek 3 leje, okolica przerażająca. Pukamy do bramy, która sama się otwiera… Mamy ochotę uciec stąd gdzie pieprz rośnie. Otwiera nam drzwi mała dziewczynka, a kiedy wchodzimy do środka okazuje się, że ktoś tu mieszka! Po wielu wielu latach w opuszczonych ruinach zamku zamieszkali bezdomni, którzy pobierają opłatę za wejście. Na środku placu widzimy uprawę warzyw, w jednych pomieszczeniach zamku pasą się zwierzęta, w innych znaleźliśmy sznurki na bieliznę. Gdzie my jesteśmy? Co jest grane? Za co zapłaciliśmy? Za wejście do czyjegoś gospodarstwa? Wygląda to bardzo dwuznacznie. Kręcimy się w kółko po zamku więc postanawiamy uciekać dalej. W pobliżu naszych motocykli znajdujemy przywiązaną owieczkę która wydziera się w niebogłosy.

Klimatyczna panorama
Kiedy zjeżdżamy w dół po kamienistym zboczu, uderzam przednim kołem w duży kamień. Kierownica mi się przekrzywia, wystawiam nogę która ślizga się na żwirze. Wraz z Krzychem zaliczamy glebę. Jest noc, odludzie, Kiduś z Matim zjechali już dawno na dół, a my nie wiemy jak wydostać się spod leżącego motocykla… Krzyczymy o pomoc ale na darmo. Po małym zamieszaniu udaje nam się wydostać spod rozgrzanego sinika. Spoceni jak olimpijczycy. Mam już po dziurki w nosie tego wypadu.

Za cholerę nie potrafimy podnieść motocykla z kamieni. Czekamy aż chłopaki zrozumieją, że jest coś nie tak. Po kilkunastu minutach Kiduś jak sportowiec wbiega na górę i pomaga nam podnieść cały zestaw (motocykl i paredziesiąt kilo w kufrach). Odpalamy i nasz opanowany kolega zjeżdża Fazerem na dół z tyrkoczącym łańcuchem. Nocą dojeżdżamy do nowego hostelu w miejscowości Sibiu. Ponownie budzimy mieszkańców, zrzucamy z siebie wszystko na wyścigi i lądujemy na łóżkach.

Ukryta Transfogaraska

Transfogaraska to punkt obowiązkowy na trasie każdego motocyklisty
Rano budzę wszystkich ostrzej niż zwykle bo przed nami najpiękniejsza trasa w górach rumuńskich. Mój donośny głos ma jednak to do siebie, że zbudziłby umarłego, zatem budzę ponownie cały hostel. Goście mają już nas dosyć, prawdę mówiąc trochę z nas hołota. Wyganiam chłopaków pod prysznic. Mati pyta po co ma wstawać o 6, skoro jedziemy o 7. Deklaruje także, że jego zamknięte oczy nie świadczą o spaniu!

Ostatecznie każdy melduje się 6:58 na dole. Wchodzimy na motocykle i ruszamy w trasę marzeń . Jedziemy drogą nr 7, kamera i aparat przygotowane do uwieczniania niezwykłych widoków. Kilometry mijają i… szału nie ma. Nie wiemy co jest grane. Jest strumyk, są góry, ale… to już widzieliśmy. Przejeżdżamy całą drogę nr 7 i stajemy na stacji. Pytamy o Szosę Transfogaraską i okazuje się, że dróg nr 7 jest pięć: 7, 7A,7B,7C,7D. Ta, której szukamy to 7C. Nie ma to jak nieświadomość – droga której szukamy zaczyna się 50km stąd. Tak więc z własnej głupoty nadrobiliśmy kolejne 100 km.

Przybijamy sobie piątki jemy co nieco i śmigamy dalej właściwą trasą. Po drodze chłopki przeżywają awarie interkomu. Jest kryzys, bo nie mają do kogo otworzyć gęby. Przed wjazdem w góry zahaczamy o zamek Draculi. By na niego wejść,  trzeba pokonać 1 200 schodów. Co to dla nas – dieta z parówek i Snickersów wzmocniła nas jak nic.

Owce zapoznawaliśmy z dźwiękiem wydechów
Szosa Transfogaraska jest faktycznie nie z tej ziemi. Każdy kto nazywa się prawdziwym motocyklistą powinien ją zobaczyć. Zdjęcia nie odzwierciedlają prawdziwego jej uroku. Po kilku godzinach przepięknych widoków zjeżdżamy w dół . Niestety – tracę hamulec tylny. Okazało się, że hamowanie podczas zjazdu tylko tylnym hamulcem zagotowało płyn i układ zapowietrzył się. Tylna tarcza zrobiła się aż fioletowa od temperatury.

Co jakiś czas na trasę wychodzą nam owieczki i osiołki. Nieraz nie chcą zejść i przejazd jest niemożliwy. Bardzo ciężko się hamuje do zera podczas ostrego zjazdu. Opatentowaliśmy sposób pozbywania się bydła z drogi. Podczas jazdy odkręcamy gaz do odcinki, zwierzaki uciekają gdzie popadnie robiąc ostre zamieszanie, niektóre nawet się wywracają. Wygląda to bardzo śmieszne choć zdajemy sobie sprawę, że nie jest to humanitarny sposób.

Pechowa Transalpina

Transalpina nas zachwyciła
Wracamy już bez większych przygód. Aby dotrzeć do hostelu musimy przejechać pod szlabanem i dostać się na rynek, gdzie jest zakaz ruchu. Okazuje się, że w Sibiu organizowane są pokazy aut sportowych Skoda Rally oraz mini wyścig. Zupełnie przypadkowo mijamy czerwone wstążki i wjeżdżamy na trasę rajdu. Ludzie myśląc, że również się ścigamy, dopingują nam a nawet robią nam zdjęcia. Dzieciaki machają flagami i piszczą z podekscytowania. Czujemy się wyróżnieni i również dumnie odmachujemy. Czar i duma szybko się kończą. Wyścig jedzie w drugą stronę i okazuje się, że jedziemy pod prąd . Trzeba bardzo uważać by nie natrafić na auto pędzące z naprzeciwka. Nie wiem dlaczego nikt nas nie zdjął z trasy wyścigu na rynku i nie dał po 500 euro mandatu. Po kliku minutach wrażeń podjeżdżamy do hostelu. Zostawiamy brudne i śmierdzące ubrania na podłodze na środku pokoju który dzielimy z Izraelczykami i idziemy do pubu. Rozmawiamy z Amerykanami, Niemcami, Rumunami , Włochami – wszyscy robią wielkie oczy, że dojechaliśmy z Polski na motocyklu. Jednak najwięcej jest Polaków. Pytają nas gdzie można spać. Jesteśmy wszędzie.

Rano otwieramy oczy o 12.30, choć mieliśmy wyjeżdżać o 8.00! Spora panika, wstajemy zupełnie nieogarnięci. Pierwszy raz nikogo nie budzimy, bo wszyscy zdążyli już wyjść. Wsuwamy szybkie parówki, po czym wsiadamy na motocykle i jedziemy zobaczyć kolejną z pięknych tras – Transalpinę. Droga od początku wydaje się niebezpieczna – sporo na niej odcinków szutrowych, które dla obładowanych motocykli sportowo-turystycznych nie są przyjemne. Co chwile wrzucaliśmy 1 i 2 bieg usiłując utrzymać się na pojawiającym się co chwilę szutrze. Taka jazda strasznie męczy, nie pomaga także upał.

Odpoczynek się należy
Po drodze wyłącza mi się jeden cylinder, silnik traci moc, więc staję i wyłączam maszynę. Mści się nasza głupota: nie zabraliśmy zastępczych świec z hostelu. Góry, odludzie, żadnej stacji benzynowej czy sklepu więc jesteśmy w kropce. Silnik jest gorący, więc nie ma nawet jak świec wykręcić. Tracę cierpliwość. Czas mamy również fatalny . Chodzimy wokół motocykla w upale na pustkowiu, jak Rumuni wokół swoich osiołków myśląc co zrobić. Nic ostatecznie nie robimy, odpalamy motocykl po 15 minutach. Cylinder pracuje normalnie. Nie mam pojęcia co się stało. Jedziemy dalej i cylinder na zmianę pracuje i się wyłącza. Po godzinie jazdy wszystko się stabilizuje i maszyna pracuje jak należy.

Dojeżdżamy na kolejne szczyty i jesteśmy pod ogromnym wrażeniem. Nieziemskie widoki i masa bezpańskich wygłodzonych umierających z głodu psów. Po drodze znów napotykamy na owieczki i przeganiamy je dźwiękiem wydechu. Nie podoba się to właścicielce tych przemiłych zwierząt, która obrzuca nas kamieniami wielkości pięści. Uciekamy i na szczęście żaden kamień w nas nie trafia. Adrenaliny nie zabrakło. Mamy nauczkę, by nie wkurzać miejscowych .

Fantastyczne łuki Transalpiny
Na samej górze, gdzie widoków naprawdę nie da się opisać spotykamy motocyklistów z Włoch, Chorwacji, Słowacji, Węgier i Niemiec. Wszyscy podchodzą do MaTiego z pytaniem dlaczego jeździ w dresach na motocyklu. Niektórzy nie dowierzają, że wjechał na ten szczyt w tak specyficznym ubiorze. MaTi na pytanie czy nie ma żadnego innego stroju ze sobą odpowiada, że owszem ma – drugi komplet dresów.

Niestety robi się późno i zimno. Jedzenie tych samych parówek po raz kolejny nie daje nam spodziewanej energii. Krzychu orientuje się, że zapomniał kurtki, więc co sił w silniku pędzimy z  powrotem do hostelu. Na nasze nieszczęście rozdzielamy się. Ja z Krzychem docieramy po godzinach zimna na miejsce cali i zdrowi. Znów przejeżdżamy o pierwszej w nocy przez rynek , budząc innych sportowym tłumikiem.

Końcówka z przygodami

Drugi motocykl myli drogę. Zamiast kierować się do miasta Sibiu, w którym mamy spać już trzecią noc, pojechali do Sebes (mała miejscowość , w której byliśmy chwilę przejazdem). Czas nieubłaganie mija, siły również. W środku nocy padają im światła. Stają na przystanku, Kiduś zakłada latarkę górniczą na głowę, by byli widoczni. Atakuje ich pies. Pędzą dalej i kolejne psy wychodzą odważnie na drogę. Niestety ich ekstra mocny halogen nie wychwytuje w porę zagrożenia i przejeżdżają jednego z nich. Droga ciągnie się godzinami, wiele samochodów trąbi na nich ponieważ brakuje im oświetlenia z tyłu. Starają się trzymać jakichś pojazdów, które jadą w tę samą stronę by łatwiej odnajdywać swój pas na drodze.

Bagaże ciągle nam się rozwiązywały
Wracamy do domu. Podróż przez Rumunię idzie sprawnie biorąc pod uwagę, że wyjechaliśmy po 13:00, oraz że tak naprawdę nie wyspaliśmy się od 6 dni. Mijamy granicę z Węgrami wieczorem. Przed przejazdem obieramy taktykę, by dziś zajechać jak najdalej. Mają nam pomóc w tym temacie napoje energetyczne. Problem w tym, że zostało nam mało pieniędzy, zatem zamiast dobrze znanych Red Bulli, decydujemy się na tańszy zamiennik o nazwie Crazy Wolf.

Na Węgrzech jesteśmy już na konkretnym speedzie. Włączył nam się tryb nieśmiertelności – mimo zimna, komarów rozbijających się na szybie, mimo zmęczenia jedziemy naprawdę dobrą prędkością. Nagle Krzychowi w moim moto zrywa się oparcie. Zatrzymujemy się w środku lasu, w nocy na Węgrzech . Kufer ważący 15 kg został wyrwany z uchwytów i nie ma możliwości zamontowania go ponownie w motocyklu. Niebywałym szczęśliwym trafem udaje nam się zatrzymać przejeżdżających akurat Polaków, którzy zabierają nasz uszkodzony kufer i obiecują wysłać go kurierem z Polski.

Postanawiamy iść spać. Lądujemy na kostce brukowej stacji ogumienia, rozkładamy tam śpiworki i zasypiamy na 4 godziny. Jutro niedziela, więc nikt nie powinien nas wygonić. Rano budzi nas fatalny kac i susza w ustach po koszmarnym rumuńskim energetyku. Na śniadanie jemy ohydne surowe parówki i jedziemy dalej. W Jaśle rozdzielamy się: Kiduś z Matim jadą do Częstochowy, ja z Krzychem do Kalisza. Po ciężkich godzinach jazdy z Krzychem docieram o 20:00 do domu. Drugi motocykl jeszcze długo błądził po Polsce. Nie rozumiem jak Kiduś mógł zgubić się 80 km od rodzinnego miasta, mimo to serdecznie gratulujemy mu tych przygód!

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ