Maroko to raj dla motocyklistów. Sezon trwa tu cały rok. Na miejscu do wyboru: plaże Atlantyku, góry znacznie wyższe niż Tatry, a w końcu też najprawdziwsza Sahara. Co ważne – te wszystkie atrakcje oferuje ten kraj na stosunkowo niewielkim obszarze. Do tego drogi lepsze niż w Polsce i rozsądne ceny. Wada? Tylko jedna: to 3500 kilometrów od Warszawy.

Tekst: Wojtek Męczyński; zdjęcia: Joanna Kędzia i Wojtek Męczyński

Jest sobota 19 września, rozpoczynam samotną, mam nadzieję spokojną, podróż przez całą Europę, by zgodnie z planem po tygodniu dotrzeć do Malagi, gdzie wyląduje moja żona. Stamtąd już razem udamy się w motocyklowy objazd po Maroku. Aśka chciała pojechać do Maroka już od dawna, zawsze jednak udawało nam się znaleźć powód, by na kolejne wakacje jechać gdzie indziej.

Podróż nie zaczyna się dobrze: po przejechaniu 330 kilometrów na skrzyżowaniu we Wrocławiu mój  Caponord mimo poważnych inwestycji poczynionych przed wyjazdem w jego techniczne odmłodzenie gaśnie i nie chce odpalić. Dwa dni czekam na regulator napięcia i zamiast w niedzielę opuszczam Polskę dopiero we wtorek. Gnam przez Europę na złamanie karku, zatrzymując się po drodze w Strasbourgu, Narbonne (Langwedocja) i Vilafranca del Pendes (Katalonia). Na południe Hiszpanii docieram jednak na czas, odbieram Aśkę z lotniska i docieramy promem do Ceuty – jednej z dwóch hiszpańskich enklaw w północnej Afryce. Za nami 3,5 tysiąca kilometrów.

 

Bienvenue au Maroc!

Po kilku minutach od zejścia z promu docieramy do obrzeży Ceuty i drogowego przejścia granicznego z Marokiem. Do całej operacji jesteśmy dobrze przygotowani: dokumenty celne motocykla wypełniliśmy jeszcze w Polsce. Aśka mówi po francusku, a ja po angielsku. Wspólnie wypełniamy białe kartoniki – po jednym na osobę i tak wyposażeni udajemy się z wizytą do kilku okienek, w których kolejni urzędnicy oglądają, stemplują, opisują i sprawdzają nasze paszporty. Mimo ostrzeżeń o możliwych trudnościach ze strony celników czy samozwańczych kolejkowych pomocników granicę pokonujemy w kwadrans.

Casablanca – po wymianie opon

Tuż po minięciu ostatniego celnika, zatrzymujemy motocykl przy dużym rondzie, wokół którego parkują dalekobieżne taksówki i robimy sobie pierwsze zdjęcia w Afryce. Spotykamy też sympatyczną polską parę, która z plecakami podróżowała po Maroku przez miesiąc i właśnie wraca do Europy. My dzielimy się z nimi informacjami na temat promów odpływających z Ceuty, a oni dają nam kilkadziesiąt dirhamów, których i tak nie wolno im wywieźć. Wskakujemy na motocykl i ruszamy w kierunku pierwszego miasta w Afryce, w którym spędzimy noc. Do Tangeru docieramy równiutką i pustą autostradą. Informacje o częstych kontrolach radarowych w Maroku potwierdzają się.

Motocyklowe patrole, uzbrojone w nowoczesne laserowe mierniki prędkości spotykamy co 30-40 km. Po dojeździe do miasta szybko znajdujemy tani hotelik, tuż obok głównej nadmorskiej promenady. Nasze lokum jest mocno „klimatyczne”, ale szczęśliwie jest tanie i ma własny garaż. Tego dnia snujemy się dobrych kilka godzin po wąskich uliczkach tangerskiej medyny (starego miasta) i pijemy pierwszą pyszną miętową herbatę podawaną w malutkich złoconych szklaneczkach. W kafejce czytamy przewodnik i oddajemy się naszej ulubionej rozrywce – obserwacji życia ulicy.

El Jadida – plaża

Wieczorem odwiedzamy jeszcze plac, na którym nakręcono kilka świetnych scen z udziałem Matta Damona do filmu o przygodach Jasona Bourne’a i idziemy spać.

 

Warsztat poszukiwany

Poranek spędzamy na poszukiwaniu warsztatu wulkanizacyjnego, który podjąłby się wymiany opon w motocyklu na terenowe. Gumy oczywiście przywiozłem z Polski, bo tutaj raczej trudno byłoby je dostać. Maroko jest krajem pełnym jednośladów, ale tych najmniejszych rozmiarów. Królują tu nieduże jednocylindrowe motorowery. Od tych znanych z Polski różnią je dwie ważne rzeczy: tutejsze wyposażone są w pedały oraz, co ważniejsze, są ciche, a nawet bardzo ciche. Po kilkudziesięciu minutach jeżdżenia po mieście, rozmów z kierowcami, przeprowadzeniu wywiadu z policjantem kierującym ruchem na jednym ze skrzyżowań, docieramy do eleganckiego warsztatu Michelin tylko po to, aby się dowiedzieć , że najbliższy profesjonalny zakład mogący nam pomóc znajduje się w Casablance. To 250 kilometrów od Tangeru. Dostajemy wizytówkę z adresem. Wbijamy dane w GPS i ruszamy przed siebie.

Po około trzech godzinach docieramy na miejsce. Warsztat robi wrażenie. Jest duży, odpowiednio wyposażony. Ledwo do niego wjeżdżamy, a mechanicy już biorą się za zdejmowanie kół w Aprilii. Nikt im jeszcze nic nie powiedział, o nic nie poprosił, a oni zabrali się do pracy. Lepiej trafić nie mogliśmy. Od Francuzów zarządzających tym miejscem dowiadujemy się, że są jedynym importerem produktów spod znaku Bibenduma w Maroku i najnowocześniejszym warsztatem oponiarskim w kraju. Wymiana jest szybka, sprawna i ku memu zaskoczeniu – bardzo tania. Dajemy mechanikom dobry napiwek, pakujemy graty na naszą niebieską strzałę i jedziemy dalej.

 

Portugalskie pozostałości

Wieczorem po pokonaniu 450 km i zgodnie z wcześniejszym planem docieramy do miejscowości Al-Dżadida (fr. El Jadida). Robi się ciemno, niczego już dzisiaj nie zwiedzimy. Meldujemy się w najlepszym hotelu w mieście, należącym do sieci Ibis.

El Jadida. Właśnie tu dojechaliśmy

Motocykl parkujemy tuż przed hotelem, pod chmurką, prawie na ulicy. Nie boimy się o jego bezpieczeństwo – przez całą noc będzie go pilnował guardian – przedstawiciel ciekawego i pożytecznego zawodu. W większych miastach Maroka można ich spotkać wszędzie tam, gdzie trudno znaleźć miejsce do parkowania. To tacy parkingowi – ochroniarze. Panowie Ci ubrani są zwykle w odblaskową kamizelkę, wskazują wolne miejsce przy krawężniku i autentycznie pilnują pozostawionych przez kierowców pojazdów. Opłatę za ich usługi wnosi się, odjeżdżając z zajętego miejsca. Co łaska.

Al-Dżadida urodą nie powala . Położona jest jednak nad bardzo czystą i szeroką piaszczystą atlantycką plażą. Stare miasto, zbudowane przez Portugalczyków w XVI wieku, jest niewielkie i otoczone murami wychodzącymi bezpośrednio na morze.

Posterunek policji na Starym Mieście w El Jadida

Obronne bastiony wraz z umieszczonymi na nich armatami robią niezłe wrażenie, a część budynków na szerokich ulicach wygląda, jakby była przeniesiona z południa Europy. Tym którzy tu trafią zdecydowanie polecamy zajrzenie do podziemnej cysterny. W tym wielkim pomieszczeniu, w kamiennej posadzce zalanej wodą odbija się sklepienie podtrzymywane przez dziesiątki kolumn, a światło wpadające do wnętrza przez duży otwór w suficie tworzy smugi, elegancko dopełniając ten pocztówkowy obrazek. Na zwiedzania miasta zdecydowanie starczy kilka godzin. Głodnym polecamy odwiedzenie jednej z portowych jadłodajni, gdzie bezpośrednio nad węglem drzewnym, w kłębach gryzącego, białego dymu rodziny rybaków przygotowują pyszne sardynki. Podają je z chlebem, oliwkami i sałatką z pomidorów. Pycha. Mimo tego, że po powrocie do hotelu musieliśmy prać wszystkie ciuchy, uwielbiamy takie miejsca.

 

Port, biała medyna i wino

Po dwóch nocach spędzonych w hotelu wybieramy się do kolejnego miejsca na wybrzeżu – As-Sawiry (fr. Essaouira). Mimo, że miasta dzieli jedynie 258 km, podróż zajmuje nam znacznie więcej czasu niż planowaliśmy. Gubimy drogę, bo mapy w naszej nawigacji okazują się dalekie od idealnych i część trasy jedziemy w niedużym tempie po wąziutkiej drodze przez okolicę, w której oprócz kilku rolników i ich owiec mieszka już chyba jedynie muzułmański diabeł.

Port w Essaouira

Do As-Sawiry docieramy wczesnym popołudniem. Szybkie, zakończone sukcesem poszukiwanie hotelu z widokiem na ocean – i już jesteśmy na bardzo szerokiej plaży, która wiedzie do portu i starej części miasta. Wieje tu dosyć mocno. Kilku kitesurferów szaleje na falach, a my w knajpie na plaży gasimy pragnienie chłodnym piwem. Alkohol dostępny jest tu jedynie w hotelach i to nie we wszystkich. Sprawdzamy jeszcze kartę dań i decydujemy, że wrócimy tu na kolację z winem.

Piasek miło chrzęści pod stopami, a my coraz bardziej zbliżamy się do dużego portu. Ilość niebieskich, niedużych łodzi, jak i większych kutrów, które codziennie udają się stąd na połów jest powalająca. Nie do końca wiemy dlaczego, ale architektura tego miejsca jednoznacznie kojarzy się nam obojgu z Torre de Belem w Lisbonie. W drodze z portu do wnętrza medyny trafiamy do zagłębia knajp rybnych pod gołym niebem. Jest tu drożej niż w Al-Dżadida, ale wybór dużo większy. Decydujemy się na krewetki królewskie, doradę i sardynki. Pięć minut później grillowane przysmaki lądują na naszych talerzach. Nie muszę pisać, że wychodzimy stamtąd bardzo zadowoleni?

Białe ściany budynków starego miasta robią wrażenie, to pierwsze w 100 procentach ładne miasto Maroka, jakie odwiedzamy. Na ulicach ścisk i ruch. By uciec od hałasu wystarczy zejść w bok i na małym placyku przy niedużym stoliku oddać się największej przyjemności Marokańczyków – długiemu i niespiesznemu piciu herbaty z miętą.

Odpoczynek przy herbacie

Mimo, że nasze brzuchy trawią jeszcze zjedzone niedawno morskie stwory, wracając do hotelu wchodzimy do znalezionej wcześniej restauracji na plaży i jemy lekką kolację, degustując przy tej okazji świetnej jakości marokańskie wina. Muzułmański kraj, a robią świetne trunki. Tego nam było trzeba.

 

Czerwone miasto

Przed nami krótki, 190 kilometrowy odcinek jazdy. Opuszczamy wybrzeże atlantyckie, kierujemy się na wschód do chyba najsłynniejszego marokańskiego miasta – Marrakeszu. Asfalt znowu świetnej jakości, ruch większy niż na wcześniejszych odcinkach, wszystko jednak w normie. Wszelkie europejskie standardy zostają dopiero przekroczone po wjeździe na opłotki metropolii. Samochody, skutery, wozy ciągnięte przez osły i piesi poruszają się jak wolne elektrony. Sygnalizacja świetlna, mimo tego, że ustawiona na prawie każdym skrzyżowaniu, nie robi na nikim wrażenia. Piesi wchodzą na jezdnię na czerwonym świetle, a kierowcy omijają ich na grubość lakieru. Ciśnienie skacze mi znacznie. Aśka z tylnej kanapy co chwila krzyczy w interkom „uważaj”, „z prawej” „hamuj”. Skupiam się na jeździe, wykorzystując moc naszego silnika i uciekając ze stad otaczających nas z każdej strony pojazdów. Walka w ponad 30 stopniowym upale trwa kilkadziesiąt minut. Na główny plac Dżemaa el-Fna wjeżdżamy z fasonem mimo, że nawigacja kilkakrotnie wpuszcza nas w maliny, nakazując jazdę pod prąd jednokierunkowymi ulicami.

Pyszne baranie głowy w Marrakeszu

Parkujemy moto przy poczcie głównej i drepczemy do Cafe de France, gdzie jesteśmy umówieni z Nadią – menedżerką zarezerwowanego jeszcze w Polsce hotelu, w którym mamy spędzić trzy kolejne noce. Trochę się dziwimy, gdy do naszego stolika podchodzi nie kobieta, a bezzębny starszy mężczyzna, nie mówiący ani słowa po francusku czy angielsku, powtarzający jak mantrę trzy słowa – Dar El Quadi. To nazwa naszego hotelu.

Po konsultacjach z innymi gośćmi kawiarni, którzy mówią po arabsku i angielsku udaje się nam ustalić, że nagabujący nas Arab to wysłannik Nadii. Do hotelu docieramy prowadzeni ciasnymi uliczkami medyny, ocierając się o wystawione wszędzie do sprzedaży towary, unikając rozjechania przez setki skuterów jeżdżących tam, gdzie ja nie odważyłbym się wjechać rowerem. Potem okaże się, że tymi samymi uliczkami będę jechał naszym wielkim, objuczonym kuframi motocyklem w drodze na strzeżony parking. To jednak temat na osobną opowieść.

Nasze lokum całkowicie wynagradza traumę jaką przeżyliśmy, by tu dotrzeć. Hotel położony jest przy jednym z zaułków starego miasta. To tradycyjne marokańskie domostwo – riad, zamienione na oazę spokoju w otaczającym go oceanie chaosu, jakim dla Europejczyka jest życie marakeskiej medyny. Hotel ma tylko pięć pokoi, piękny wewnętrzny dziedziniec i taras na dachu. Codziennie na śniadanie dostajemy świeży sok z pomarańczy, lekką kawę z mlekiem i pyszne lokalne naleśniki z miodem. Żadnej jajecznicy czy tłustych kiełbasek. Jest świetnie.

Muzeum w Marrakeszu

W Marrakeszu spędzamy trzy dni i zwiedzamy prawie wszystko na czym nam zależało. Muzeum miejskie, szkołę koraniczną Ben Youssef, pałac El-Badi, grobowce Saadytów, żydowską dzielnicę mellah oraz niesamowite ogrody Majorelle, położone w nowym mieście.

To, na czym się tutaj mocno skupiamy to jedzenie. Jeść kochamy, uwielbiamy gotować i w czasie każdej podróży szukamy kulinarnych inspiracji. Już pierwszego dnia trafiamy do knajpy w dawnym pałacu, w której wcinamy zjawiskowy kuskus Siedem Warzyw i jagnięcy tadżin ze śliwkami. To właśnie te dwa dania będziemy kilka tygodni później kopiować w domu, zapraszając naszych przyjaciół na pokaz zdjęć z wyprawy.

Tadżin

Naczynie służące do pieczenia mięs i warzyw nad rozżarzonym węglem lub drewnem. Naczynie to wykonywane jest z gliny i posiada wysoką stożkowatą pokrywę. To również nazwa dania, które przygotowuje się w tym naczyniu. Tadżin ma swój niepowtarzalny smak dzięki gromadzącym się pod przykryciem i mieszającym aromatom licznych składników potrawy.

Sztuczne szczęki z odzysku

Przeżyciem kulinarnym najwyższej próby jest wieczorna wizyta na ogromnym placu Dżemaa el-Fna. To epicentrum Marrakeszu pełne jest życia przez cały dzień. Mnóstwo tu zaklinaczy węży, treserów małp, opowiadaczy historii, znachorów i sprzedawców używanych… sztucznych szczęk. Pełny blask i klimat tego miejsca ujawnia się jednak dopiero po zachodzie słońca. To właśnie wtedy pojawia się na nim kilkadziesiąt przenośnych barów i garkuchni, w których pełno lokalnych przysmaków. Turyści przy stołach są większością tylko tam, gdzie serwowanych jest wiele potraw do wyboru. My kierujemy się do straganów specjalizujących się w pojedynczych daniach.

Garkuchnie są wszędzie

Najpierw jemy harirę – ostrą zupę z ciecierzycy, pomidorów, makaronu i soczewicy. Zgodnie z lokalnym zwyczajem zupę zagryzamy słodkimi daktylami. Potem przypuszczamy atak na ślimaki w sosie własnym. Mocny smak, zero subtelności. Potem przychodzi czas na gwóźdź programu – baranie głowy. Całe łby gotowane są w wielkich garach z dodatkiem przypraw i marynowanych cytryn. Potem kucharze pytają gości o ich preferencje i podają ulubione kawałki z cytrynowym sosem i pajdą okrągłego chleba. My bierzemy talerz mix – trochę mięsa z policzków, trochę ozora, wszystko elegancko posiekane. Nie boję się powiedzieć, że to był jeden z lepszych posiłków mojego życia! Ucztę kończymy przy stoisku ze świetnymi baranimi kiełbaskami podawanymi z zimną pomidorową salsą. Życie jest piękne.

Siedząc któregoś dnia w kafejce kontemplujemy czerwony kolor ścian domów medyny, gdy uzmysławiamy sobie ogromną różnicę pomiędzy Marokiem a innym muzułmańskim turystycznym hegemonem, jakim jest Egipt. Tutaj prawie nikt nie zaczepia nas nachalnie na ulicy, próbując namówić do kupienia kolejnej pary bamboszy, dywanu czy fajki wodnej. Na ulicach widać równą ilość kobiet i mężczyzn. Dziewczyny są kelnerkami, pracują w bankach i sklepach, jedne ubierają się w tradycyjne stroje, zasłaniają włosy, inne wyglądają tak jakby właśnie szły na dyskotekę – błyszczące bluzki, krótkie spódnice, makijaż. Pełna swoboda. Nigdzie nie widać policji obyczajowej czy zakazów narzucanych przez islamistów, jakie znamy z innych krajów arabskich. To miłe zaskoczenie.

 

Górska premia

Opuszczamy Marrakesz i jedziemy jeszcze dalej na wschód. Celem tego etapu podróży jest obszar Maroka, który krajobrazowo i klimatycznie zbliżony jest do tego, czego można doświadczyć na Saharze. Pokonanie około 540 kilometrów do Merzougi zajmie nam dwa dni. Najpierw musimy zdobyć pierwszą górską premię i pokonać przełęcz w Atlasie Wysokim na wysokości 2260 m n.p.m.

Droga jest piękna, świetny asfalt, są murki chroniące przed upadkiem w przepaść, więc Aśka jest zrelaksowana. Winkiel za winklem. Do pełni szczęścia brakuje niestety mniej obładowanego motocykla. Z powodu obciążenia przy mocniejszym składaniu się w zakrętach szorujemy centralną stopką o drogę. Nie mogę cieszyć się jazdą tak, jak bym chciał, muszę jechać wolniej, by nie zaliczyć wywrotki.

Ait Benhaddou

Na przełęczy Tizi n’Tichka spotykamy pierwszych motocyklistów. Mieszkający w Holandii Kanadyjczyk i Belg z Nigerii podróżują na harleyach. Ciekawe typy.

Zjeżdżamy w dolinę. Góry zakrywają chmury, z których przez kilkanaście minut pada pierwszy „marokański” deszcz. Jedziemy w dół z duszą na ramieniu. Na zakrętach pojawia się raz na jakiś czas piach i błoto. Dwa razy uślizguje się tylne koło. Do wioski Ajt Bin Haddu (fr. Aït-Ben-Haddou) zbudowanej w całości z mieszanki gliny i ciętej słomy docieramy jednak w jednym kawałku. Widok – rewelacyjny. Strome uliczki, wąskie przejścia, warowne mury obronne i wieże. Wszystko czerwone, wszystko z gliny i wszystko na tle pięknych gór. Najfajniejsze jest to, że wieś nie jest skansenem. Wciąż mieszkają tu ludzie. Przyjaźnie nastawieni do turystów Berberowie.

Berberowie

Rdzenna ludność północnej Afryki i Sahary pochodzenia chamito-semickiego. Wielu ma do dziś niebieskie oczy, rude, bądź jasne włosy. Oblicza Najwięcej Berberów zamieszkuje w Maroku gdzie stanowią większość populacji i w Algierii. Nazwa Berber pochodzi od łacińskiego barbarus – barbarzyńca. Sami siebie Berberowie nazywają Amazigh – „ludzie wolni”. Najbardziej znanym Berberem jest …Zinedine Zidane, były kapitan reprezentacji Francji w piłce nożnej.

 

Wydmy, piach i wywrotka

Kolejnego dnia, po noclegu w XVIII wiecznej fortecy z gliny odbudowanej przez hiszpańskiego przedsiębiorcę, zjeżdżamy z wyznaczonej trasy, by odwiedzić wąwóz Dades. Widoki gór we wszystkich kolorach brązów i czerwieni oraz bujnej zieleni gajów palmowych w dolinie są porywające. Dobrze, że mamy motocykl i nie musimy pokonywać tych odległości i wysokości na rowerach, jak dwóch śmiałków spotkanych po drodze. Zawał serca miałbym po godzinie takiego „treningu”.

Wąwóz Dades. Naprawdę świetna jazda!

Po powrocie na drogę krajową N9 mijamy miejscowe Hollywood, czyli miasto Warzazat (fr. Ouarzazate) i po dwóch godzinach jazdy docieramy do skraju pustyni. Tu kończy się asfalt i około  dziesięciokilometrowy odcinek jaki pozostał nam do hotelu musimy przejechać po piachu, kamieniach i koleinach. Oceniam przez chwilę warunki i trochę wbrew rozsądkowi mówię sobie – damy radę. Aśka z tyłu, wszystkie bagaże na motocyklu, bez zmniejszania ciśnienia w oponach – jak uczą specjaliści – ruszamy w ślad za terenowym autem, jakie wyjechało nam na spotkanie. Pierwsza część odcinka jest po prostu nieprzyjemna. Motocykl trzęsie jak szalony, jedziemy po tzw. tarce, czyli poprzecznych wgłębieniach w terenie. Miło nie jest, ale tor jazdy udaje się kontrolować. Schody zaczynają się później. Podłoże robi się coraz luźniejsze. Raz udaje mi się wyjść z opresji gwałtownie wyjeżdżając z piaskowej koleiny, kolejnym razem na zakręcie wjeżdżam w kupę piachu na zbyt małej prędkości, przednie koło traci przyczepność i zaliczamy wywrotkę. A do hotelu już tak blisko… Generalnie nic się nie stało. Joanna odczuwa ból w prawej nodze, która w czasie upadku znalazła się między kufrem a motocyklem. Szczęśliwie to nic poważnego.

Piach zaczyna wyłazić na drogę

Dojeżdżamy w końcu do hotelu i kolejne dwa dni spędzamy w miejscu jak z bajki. Pomarańczowe wydmy praktycznie wsypują się do naszego pokoju przez okno. Plan dnia obejmuje oglądanie wschodu słońca, picie zimnego piwa kupionego dzięki uprzejmości obsługi hotelowej w nielegalnym sklepie we wsi obok, czytanie książek i pławienie się w basenie. O takich luksusach na pustyni nie marzyliśmy.

 

Gradobicie w Atlasie

Opuszczamy przedsionek Sahary i ruszamy na północ. To początek końca podróży po Maroku. Jedziemy przez Atlas Średni. Za „oknami” naszego środka transportu przewijają się coraz wspanialsze widoki. Najładniejsza jest wielka kobaltowa chmura gdzieś w oddali, która wygląda niesamowicie tuż obok białych cumulusów i słońcem pokrytych zboczy. Niestety wjeżdżamy w strefę jej wpływów i przez pięć minut uprawiamy motocyklowy taniec na lodzie z elementami biczowania. Pada grad! Jezdnia robi się niesamowicie śliska, a kulki lodu, uderzając w nas zadają sporo bólu. Mamy szczęście i po chwili zatrzymujemy się w przydrożnej knajpie, która z powodu tych anomalii staje się naszym schronieniem na kolejne dwie godziny.

Atlas

Najwyższe pasmo górskie w Afryce. Ciągnie się na przestrzeni 2500 kilometrów, od Maroka przez Algierię aż po Tunezję. Panuje tam klimat podzwrotnikowy, występuje roślinność śródziemnomorska z resztkami wytrzebionych w znacznym stopniu lasów cedrowych i cyprysowych. Najwyższym szczytem jest Dżabal Tubkal (4165 m n.p.m.). Antyatlas i Atlas to świetne miejsce do motocyklowych wędrówek.

 

Bardzo namolni przewodnicy

Prawie 500-kilometrowy odcinek do Fezu mamy zamiar pokonać w dwóch etapach. Oglądając mapy dzień wcześniej nie mogliśmy jednak wiedzieć, że okolica w której planowaliśmy zatrzymać się na nocleg będzie taka nieciekawa. Na stacji benzynowej podejmujemy decyzję, że jedziemy dalej. Do trzeciego pod względem wielkości miasta Maroka docieramy już po zmroku. W Ibisie, w którym mieliśmy nadzieję się zatrzymać brak miejsc. W mieście odbywa się festiwal jazzowy. Koniec końców trafiamy do Hotelu Grand, zlokalizowanego bliżej centrum. Jedynym plusem tego przybytku jest to, że nasza Aprilia mieszka razem z nami w podziemnym garażu, a okolica pełna jest restauracyjek. Nasz pokój jest jeszcze gorszy od tego, w którym przyszło nam spędzić pierwszą noc w Maroku. Z bidetu śmierdzi na potęgę i muszę wykonać specjalny korek z butelki po wodzie mineralnej, żeby przeżyć noc.

Wejście do Medresy w Fezie

Rankiem kolejnego dnia zwiedzamy bardzo klimatyczną medynę Fezu. Medresa Abu Inana, której jesteśmy pierwszymi gośćmi tego dnia, jest pełna kotów, misternych zdobień i różnokolorowych witraży rzucających na ściany osobliwe odbicia. Po zjedzeniu śniadania w kawiarni z widokiem na słynną niebiesko-zieloną bramę Bab Bou Jeloud udajemy się na poszukiwania słynnych farbiarni skóry, które nieprzerwanie działają tu od setek lat. Pomimo tego, że przez pół drogi towarzyszy nam namolny pseudoprzewodnik oferujący swoje usługi twierdząc, że na pewno zgubimy się w zaułkach udaje nam się dotrzeć na miejsce samodzielnie i obejrzeć to co planowaliśmy.

 

Szwajcarski ser

Przed południem wracamy do hotelu, przebieramy się, pakujemy motocykl i ruszamy w góry Rif. Są dużo niższe niż Atlas i cieszą się troszkę złą sławą miejsca, gdzie turyści nie tylko są niemile widziani, ale czasem nawet porywani dla okupu. My niczego takiego nie widzimy. Zauważamy jednak i zapamiętujemy na całe życie, że nie zawsze i wszędzie można wierzyć technice i zachodnim firmom produkującym oprogramowanie do gadżetów, które mają nam ułatwiać życie. Nasz GPS ustawiony jest na planowanie tras najszybszych. Tym razem mu się nie udało. Zgodnie z zaleceniami urządzenia jedziemy drogą R 501 i dalej R 408 prowadzącej z Fezu do Ouazzane. Zapamiętajcie te dane i gdybyście trafili w te strony – omijajcie ten odcinek szerokim łukiem. Droga, teoretycznie asfaltowa, jest węższa niż stół w naszej jadalni i dziurawa bardziej niż szwajcarski ser, jaki czasem na tym stole ląduje. Nasze zaskoczenie i złość jest tym większa, że to pierwszy odcinek złego asfaltu, jaki napotkaliśmy w Maroku. Ten koszmar trwa cztery godziny, w ciągu których udaje się nam pokonać 50 kilometrów!

Góry Rif, nasza ulubiona szwajcarska droga

Nagrodą jest  dotarcie do Szafszawan (fr. Chefchaouen). Tego dnia nawinęliśmy na koła w sumie jedynie 200 km.

 

Błękitny hasz-hasz

Szafszawan, miasto położone na zboczach wapiennych gór jest miejscem naszego ostatniego noclegu w Maroku. Pięknie tu. Niebiesko-białe domy w medynie wydają się nierzeczywiste. Na ulicach przyjaźni ludzie. Część z nich raz na jakiś czas szeptem mówi do mnie hasz, hasz. To sprzedawcy haszyszu, którego góry Rif są królestwem. Nie korzystamy z ich usług. To zresztą byłoby dosyć niebezpieczne, bo wielu z nich to konfidenci policji. Za to w pewnej restauracji, wieczorem jemy danie zwane pastilla. To kurczak w cieście, ze słodkimi dodatkami. Palce lizać. Trafia na listę naszych ulubionych marokańskich przysmaków.

Kif

W Maroku potrafią się bawić bez alkoholu. Jest niezdrowy. Ale kif? Ten w Rifie jest wszędzie. Kif czyli haszysz to produkt powstały z marihuany, szacuje się że połowa światowej produkcji tego narkotyku pochodzi z Maroka. Posiadanie haszyszu jest oczywiście nielegalne. Handlarze w Rifie oferują go jednak na każdym kroku. Serdecznie odradzamy próby korzystania z „okazji”. Nader często oferujący „towar” współpracują z policją, która musi się wykazać osiągnięciami i czyni to raczej aresztując detalicznych „turystów” niż miejscowych hurtowników.

Jest nam tu dobrze i pewnie moglibyśmy zostać jeszcze jeden dzień. Na pewno byłoby warto, mamy czas. Coś nas jednak już goni w kierunku Morza Śródziemnego i następnego dnia po przejechaniu 150 kilometrów jesteśmy z powrotem w hiszpańskiej Ceucie. Z granicy gnamy przez miasto na złamanie karku, by zdążyć na ostatni szybki prom do Europy. Do portu docieramy w ostatniej chwili i jeszcze tego samego dnia wynajmujemy apartament na słynnym Costa del Sol. W Hiszpanii spędzamy razem jeszcze cztery dni. Samolot Joanny został odwołany z powodu strajku francuskich kontrolerów lotu i musimy trochę przedłużyć pobyt. Pogoda nas nie rozpieszcza, czasem pada, czasem świeci słońce, ale jesteśmy zadowoleni, że do domu już tak niedaleko. Rozstajemy się w środę, by spotkać się znowu już w Warszawie w kolejny poniedziałek. Aśki samolot ląduje w stolicy zamiast w Krakowie i jest ona jedyną osoba na pokładzie, która cieszy się z tej zmiany. Ja mam mniej powodów do zadowolenia, bo w drodze przez Hiszpanię, Francję i Niemcy towarzyszy mi deszcz i upiorne zimno.

Czasem tyłek bolał niemiłosiernie, ale ta podróż była tego warta!

3 KOMENTARZE

  1. dobry pomysł – moje marzenie, ja najdalej dojechałem moto do Malagi… ale za to wiele razy… ps. fajna ta Aśka… też znam francuski… no ale mężatka… pozdrawiam T

ZOSTAW ODPOWIEDŹ