Do Gruzji wyruszamy zgraną ekipą z klubu podróżników Strangers. Motocykle na taką podróż wydają się idealne: moja Yamaha Super Tenere, jeden mały i dwa duże GS-y oraz KTM 990 Adventure. Nasze żony mają dolecieć samolotem do Gruzji.

Przygotowania do wyprawy trwają kilka miesięcy. W tym czasie rozkładam Babcię Teresę (Yamaha Super Tenere XTZ 750 z 1989 roku) na części. Udaje się, choć nerwowo jest do ostatniej chwili. Mechanik-amator ze mnie nawet niezły, ale diagnosta-amator już kompletnie do niczego. Ekspresowa wymiana silnika na kilka dni przed wyprawą okaże się zupełnie niepotrzebna.

Mój przyjaciel Maciek Chełstowski (zwany dalej Chełstim) swój motocykl BMW GS800 ma sprawny –  bo prawie nowy. Wpada jednak w szał przedwyprawowych zakupów. Pozostałe chłopaki – a jedzie nas pięciu – mają dobrze wyposażone motocykle po wcześniejszych wojażach, więc na nasze przygotowania patrzą z dobrodusznym uśmiechem.

Arbacka Striełka. To jedyny pewny sposób parkowania na piachu w ciemności
Arbacka Striełka. To jedyny pewny sposób parkowania na piachu w ciemności
Wyjeżdżamy. A właściwie wyjechać próbujemy. Wiz rosyjskich nie mamy. Miały być gotowe na tydzień przed wyjazdem, ale nie są. Bo nie. Tak właśnie wygląda pierwsza lekcja pokory wobec uwarunkowań wschodniego sąsiada. Kokosz wizy w ogóle nie dostał. Odmowa. Jedzie więc przez Turcję i mamy się spotkać w Tbilisi.

My mimo wszystko ryzykujemy. Z Chełstim i Buczkiem meldujemy się rano w konsulacie. Pani – jak mawia Buczek, o śpiewnym akcencie – zgadza się pomóc. Po ponad godzinie nerwowego stania dostajemy wreszcie paszporty.

Nie spieszy nam się. Do przejścia w Medyce dojeżdżamy już późnym wieczorem. No i się zaczyna.

Yamaha Super Tenere marki Hyundai 

Kolejka długa, ale jeśli się da, to przeciskamy się bokiem. Czasem się nie da, więc stoimy i badawczo się rozglądamy. Podchodzą Ukraińcy. Kto ich nie poznał, nigdy nie zrozumie tej specyficznej ciekawości, otwartości i jednocześnie gadatliwości. No bo jak to rozumieć, kiedy podchodzi facet w dresie i klapkach, drapie się po wielkim brzuchu i na nasz widok wydaje z siebie wyjątkowo głośne beknięcie!? Potem łamaną polszczyzną pyta o to, ile warte są nasze motocykle, ile można na nich jechać, dokąd jedziemy no i oczywiście gdzie będziemy dokładnie spali.

Upadki zdarzają się nawet najlepszym
Upadki zdarzają się nawet najlepszym
Pierwsza myśl? No właśnie. Coś tu nie gra. Lepiej uważać. Dopiero potem się przekonamy, że ta ciekawskość jest formą ich zainteresowania gościem. Może trochę nawet okazaniem szacunku? W każdym razie negatywów w tym nie ma.

Polska granica przechodzi bardzo sprawnie. Teraz ukraińska.

Pierwsza pani celniczka. – Dokąd jedziecie?

– Do Gruzji.

– A po co tam jechać?

Nie pozostaje nam nic innego niż uśmiechać się infantylnie. Rozdzielają nas. Druga pani celniczka.

– Dokąd pan jedzie?

– Do Gruzji.

– Sam?

– Nie, z kolegą.

– No to już lepiej.

Trzecia pani celniczka (tak, były same panie celniczki!) – podaję jej karteczkę, którą dostałem na wjeździe. Na niej marka i numer rejestracyjny motocykla. Pani marszczy brwi, z mądrą miną patrzy na listę marek na swoim monitorze i wybiera.

– Hyundai

–Nie, jaki Hyundai, to Yamaha! – próbuję nerwowo tłumaczyć, że się pomyliła.

Wiem, wiem – odpowiada mi ze śmiechem. – Na liście nie ma Yamahy. U nas będzie pan jeździł Hyundaiem.

Do Lwowa dojeżdżamy w połowie nocy. Jest mokro, ulice brukowane i dziurawe. Do tego tory tramwajowe ukryte w paskudnej, śliskiej kostce – bardzo trudno po niej jeździć. Znajdujemy zarezerwowany wcześniej hotel, a w zasadzie akademik i idziemy spać. Jutro przed nami kawał drogi.

Widmowe auta bez świateł

Następny dzień to właściwie tylko droga. Wybieramy trasę przez Ternopil. Kilka rzeczy wartych odnotowania. Żeby zatankować musimy najpierw iść do kasy zostawić pieniądze, potem zatankować i znowu wrócić do kasy i odebrać ewentualną resztę. Tłumaczenia, że po prostu chcemy do pełna nic nie dają. – U nas taki system – i koniec rozmowy.

Do autostrady na Odessę dojeżdżamy razem z zachodzącym słońcem. Wjazd na nią – piękny i szeroki. Kilkaset metrów dalej posterunek policji. Zatrzymują nas. Bo tam gdzieś wcześniej był znak stop. Rozmowa zaczyna się od 320 euro za głowę. Jeśli nie zapłacimy to zabierają nam dokumenty i możemy wrócić jutro, bo szef już nie pracuje. Rozmawiamy, rozmawiamy, ale i tak na końcu przepłacamy. Trochę szkoda nam czasu, bo do Odessy, gdzie czeka na nas założyciel naszego klubu zostało jeszcze ponad 300 kilometrów. Prowadzi nas Garmin, zwany przeze mnie pieszczotliwie gamoniem.

Na Arbackiej jest wiele równoległych dróg. Wszystkie jednakowo piaszczyste i wyboiste. Zęby bolą
Na Arbackiej jest wiele równoległych dróg. Wszystkie jednakowo piaszczyste i wyboiste. Zęby bolą
Okazuje się, że wiosek Wielikij Dalnik jest wokół Odessy kilka. Trafiamy oczywiście do tej złej. Ostatecznie do Vlada docieramy gdzieś koło drugiej. Już śpią, ale oczywiście goszczą nas jak na Strangersów przystało. Rano ruszamy w kierunku Arbackiej Striełki.

Nadal nie potrafimy się przyzwyczaić do samochodów jeżdżących po zmroku bez świateł. Oszczędność? Brak wyobraźni? Trudno powiedzieć, pewnie jedno i drugie. Do Arbackiej docieramy już po zmroku. Nie jest dobrze.

Żeby jazda była chociaż trochę komfortowa to trzeba ostro zasuwać. Ale po ciemku tak się nie da. Telepie nami chyba z godzinę, a chcemy dojechać do miejsca, gdzie będzie całkiem ciemno. Zmiana planów. Jest już tak późno, że wyciągamy jedynie śpiwory i śpimy na plaży.

Romantyczna kąpiel w Morzu Azowskim

Chełsti budzi mnie przed wschodem słońca. Najpierw myślę, że coś się musiało stać, ale nie. Okazuje się, że mój kolega jest romantykiem i chce się wykąpać o wschodzie słońca w Morzu Azowskim. – Czy ona na głowę upadł? – myślę sobie. – O tej porze? Teraz się śpi, a nie zażywa kąpieli!

Ale to on miał rację. Ta nocna kąpiel to jeden z momentów, które zapamiętam do końca życia.

Ruszamy bardzo wcześnie rano. Jedziemy takim tempem, że śpiewam w kasku i mówię sam do siebie, że to mój prywatny Dakar. Po kilkunastu kilometrach – łup! Coś się łamie, dźwięk metaliczny. Jestem przekonany że to sprężyna amortyzatora, bo Yamaha Super Tenere nagle przysiada. Do Kerczu mamy jeszcze 30 kilometrów terenu i 100 kilometrów asfaltu. Damy radę. Tempa więc nie zwalniamy – bo i dlaczego? Na asfalcie coś trze – ignoruję.

Chełstka zatrzymuje milicja. Przekroczona prędkość – jechaliśmy 70, dozwolone jest 50. Ale funkcjonariusz pokazuje na radarze 92! – To nie moje! – targuje się Chełsti. Z drugiej strony nerwowy ruch, spojrzenie na radar, wciśnięcie przycisku – i wyskakuje cyfra 81! – To też nie moje! – Chełsti jest zakłopotany, ale i trochę rozbawiony. Walczy dalej. W radiowozie na prędkościomierzu ma pokazać ile jechał. Pokazuje że 60. Możemy dalej jechać bez konsekwencji.

Tak wyglądała rama z obu stron
Tak wyglądała rama z obu stron
W Kerczu zatrzymujemy się na postój w cieniu, żeby na spokojnie sprawdzić co się stało. Przypadkiem stajemy pod bramą warsztatu motocyklowego. Jest niedziela, więc jest zamknięty. Na szyldzie jest telefon – więc dzwonimy. Właściciel przyjeżdża niedługo.

W międzyczasie widzę na horyzoncie Teresę. Macham pojednawczo – Cezary! Samotny rider student, którego poznałem na forum XTZ. Wyjechał w podobnym czasie, nawet trasa podobna, tylko ma na nią dwa razy więcej czasu niż my. Ech studenckie życie. Kiedy to było?

Przyjazd Cezarego jest o tyle ważny, że po chwili oglądania Tereski ma dla nas dwie wiadomości, dobrą i złą.

Po pierwsze – nie musisz szukać sprężyny. Po drugie – masz złamaną ramę. Z obu stron.

Niedługo potem przyjeżdża szef warsztatu, Denis. Młody chłopak, w krótkich spodenkach i klapkach (co oni mają z tymi klapkami?). Tak, pomoże nam. Tak, ma spawarkę. Tak, możemy wprowadzić motocykl. Żeby było szybciej zaczynam od razu rozbierać Teresę. Okazuje się, że owszem – Denis pomoże, ale nie on, tylko jego pracownik, a ten będzie dopiero jutro. Spawarka jest, ale nie u niego. Moja Yamaha Super Tenere musi trafić do spawacza.

Chełsti ogląda swój sprzęt. Też ma złamaną ramę! Pod siedzeniem. Bezpieczeństwu wprawdzie nie zagraża, ale pasażerki na motocykl nie posadzi. Trzeba reperować. Po kilku godzinach mamy wszystkiego serdecznie dość. Szybki prysznic i biegiem w kierunku zimnego piwa. Bar Pingwin. Ulica Lenina.

Ja bardzo potrzebowałem się znieczulić. Chłopaki opowiadają dzień później, że widoki były piękne.

Na Wschodzie wszystko jest możliwe 

Rano stawiamy się u Denisa. Jest też mechanik – ale tylko jako doradca. Wszystko robię sam. Do spawacza wiezie nas zamówiony bus. Fachowiec ma swoją siedzibę na przedmieściach Kerczu, w jednym z setek betonowych garaży.

Yamaha Super Tenere musiała być trzymana przez trzech chłopa
Yamaha Super Tenere musiała być trzymana przez trzech chłopa
Jeden trzyma, drugi łapie równowagę, trzeci skacze po Teresce, a spawacz próbuje coś przyspawać. Wszystko wygląda na tyle finezyjnie, że schodzą się lokalni doradcy. Jesteśmy atrakcją. Chełsti też się decyduje na spawanie. Ja wracam do warsztatu gdzie na złożenie czeka Yamaha Super Tenere.

Wlewam olej o wdzięcznej nazwie Grom. Późnym popołudniem Yamaha Super Tenere i GS są gotowe do drogi. Udaje się! Omijamy kilkukilometrową kolejkę aut i o 18 stajemy pod szlabanem. Wjazd na prom i jednocześnie granica ukraińsko-rosyjska.

Musicie odczekać swoje – mówi pan w wielkiej czapce.

Swoje?

No przynajmniej ze dwie godziny.

Dołącza do nas Jacek, motocyklista z Polski. System wpuszczania na prom jest dziwny. Bilety może kupić tylko ten, kto dostał specjalny karnet. Przyznawanie? Jedynie na podstawie widzimisię pana w czapce. Po godzinie zaczynają się awantury. Na szczęście nie chodzi o nas, tylko o wjeżdżające na dziko limuzyny.  Kobiety zastawiają je wózkami z dziećmi. Te zaczynają ruszać, dzieci płaczą, matki krzyczą. koszmar. Kiedy po kilku godzinach przejeżdżamy przez szlaban wiemy, że dobrze się stało, że musieliśmy czekać.

To jednak nie koniec. Ładowanie samochodów na prom to też osobna bajka. Kto nie widział, nie uwierzy. Po rosyjskiej stronie idzie sprawnie. Łącznie zajmuje nam to osiem godzin. Uwzględniając przesunięcie czasu jest trzecia rano. Jedziemy w poszukiwaniu noclegu. Chcemy dotrzeć na plażę i rozbić namioty.

Wjeżdżamy do wioski. Otwarty sklep, a tam tubylcy. – Kosmonauty! – krzyczą na nasz widok. Każdy chce się przywitać, niektórzy na siłę wsadzają swoje kobiety na nasze motocykle. Ostatecznie rozbijamy się na trawniku stacji benzynowej. Jak najdalej od tubylców.

Przygoda jest wtedy, kiedy chcesz być w domu

Krasnodarskij Kraj – przedsionek piekła. Zapraszamy wszystkich grzeszników! – tak mógłby się reklamować ten region Rosji. Długie i nudne drogi pośrodku niczego. Ziły rzygające olejem, łady przewożące stada owiec, wołgi które spełniają rolę ciężarówek, marszrutki (małe busy – red.) które zawsze się zmieszczą, no i oni. Nuworysze. Nowyje Russkije czyli Nowi Rosjanie. Pędzący w swoich land roverach z ciemnymi szybami. Środkiem, bokiem, poboczem, jakkolwiek. Byle szybciej, byle krócej. Nie zważając na nic.

MA-KA-BRA.

Zalew wyglądał pięknie. Okazało się że to zalany cmentarz
Zalew wyglądał pięknie. Okazało się że to zalany cmentarz
Zbliżamy się do gór Kaukazu. Przed nami widać burzę. Wkładamy na siebie gumy i jedziemy. Leje tak, że po 15 minutach, mimo kilku nieprzemakalnych warstw, jestem cały mokry. Jarek opowie później, że krople wody w kasku płynęły mu w poprzek szyby.

W okolicy miejscowości Jarosławskaja deszcz i wiatr boczny są tak silne, że w czasie jazdy przestawia nam motocykle. Nie wiem o ile – nie widzę absolutnie nic. Zatrzymujemy się. Buczek gdzieś został. Burza jest tak silna, że nawet lokalni kierowcy samochodów stoją.

Fatamorgana.

W klapkach, podkoszulku, lokalny biker pojawia się jak zjawa. jest tak nierealny, że nawet nie mamy czasu się zdziwić. Mija nas z dużą prędkością na jakimś ścigaczu. Trąbi, pozdrawia. Nie, nie, nie. To się nie wydarzyło. Nie ma takiej możliwości.

Droga do Gruzji wiedzie nas przez góry Kaukazu. Piękno absolutne. Kto nie był, niech żałuje i zaplanuje podróż. Widoki – pierwsza klasa. Na przejściu granicznym jesteśmy już po zachodzie słońca. Gruzini kiedy słyszą że jesteśmy z Polski, są niezwykle mili. Dają adresy, gdzie możemy spać, pomagają wymienić walutę. Przed nami kilkanaście kilometrów do Kazbegi. Grzmi i błyska, pioruny rozświetlają ogromne górskie wąwozy.

Droga kiepska. Jedziemy. W Kazbegi meldujemy się u Wasilija. Księga gości pełna od polskich wpisów. W notatniku zapisuję: jest bardzo swojsko, jednocześnie bardzo gościnnie. Śpimy na łóżkach z psychiatryka. Buczek opowiada, że był w gawędzie i tańczył w getrach czy innych pończochach. Jakoś kłóci mi się to z postawą poukładanego Pana Plana.

Następny dzień, to droga wojenna do Tbilisi. Jest moc. Kąpiel w tym pięknym zalewie, to jednocześnie kąpiel w zalanym cmentarzu – to okaże się niestety dopiero przy wyjściu.

Wieczorne zwiedzanie miasta. Zaskoczenie – policjanci są bardzo przyjaźni. Siedzimy w miejscu gdzie być nas nie powinno. Pijemy piwo, machamy do policjantów (głupie to oczywiście). Reakcja? Też machają i się do nas uśmiechają. Krzywdy w końcu nikomu nie robimy. Pełen luz.

W nocy przylatują kobiety. Przy śniadaniu Ania (żona Buczka) stwierdza, że skończyły się dla nas wakacje. No tak, coś w tym jest.

Czikena niet. A muuu?

Pierwszy punkt widokowy i noclegowy to Wardzia – skalne miasto. O ile główną atrakcję można sobie wyobrazić, o tyle te poboczne są dla nas zaskoczeniem. Ogromne wrażenie robią na mnie przełęcze. I remont torów kolejowych na wysokości ponad 2 tys. m n.p.m. Oczywiście robiony bez pośpiechu, ale to w tych regionach zupełna norma. Pod skalnym miastem znajdujemy kemping. Nie ma luksusów, ale jest termalne źródło. Kąpiel w nim – bajka.

Dzień należy do Justyny, żony Jarka.

Patrz Justynka, tir z Koła (chodzi oczywiście o transport polskiej armatury).

Jak to z koła? To można zrobić auto z koła?

Przy barze, próba zamówienia jedzenia:

– Ok, czikena niet. A muuuuu?

Justyna – dostawca codziennej porcji żartów sytuacyjnych
Justyna – dostawca codziennej porcji żartów sytuacyjnych
Zasypiamy z widokiem na skalne miasto. Rano zwiedzanie. Jak to możliwe, że mieszkało tam kilkadziesiąt tysięcy ludzi? Warto zobaczyć.

Droga przez góry piękna. Kolejny przystanek to uzdrowisko Borżomi – woda pita bezpośrednio ze źródła smakuje zupełnie inaczej niż ta z butelek. Jest ciepła, bez gazu i mocno słona. W Kutaisi, gdzie mamy spać, wszystkie hotele zajęte. Wolne miejsca dopiero kilkanaście kilometrów od centrum. Właściciele lekko podejrzani, ale trudno. Ahoj – przygodo! Z kolacji wygania nas pijany DJ, który cały czas sprawdza moc swojego sprzętu. Rano – ani żywego ducha. Nie dostajemy śniadania, za które zapłaciliśmy. Już wiemy skąd nazwa miejscowości.

Śniadanie jemy po drodze. Tu nikt nie ma żadnych wątpliwości, że Ruskije ubili waszego prezydienta. – Tak, tak – my rozumiemy, że nie możecie tego przyznać, ale my i tak wiemy swoje – słyszymy za każdym razem. Moja żona decyduje się kolejny odcinek przejechać marszrutką, która właśnie podjeżdża pod bar. Ma dość deszczu i strachu. Mamy się spotkać w Mesti.

Górska droga zapiera dech w piersiach. Piękne widoki, czasami mgła i chmury pod nami. Wielki zbiornik do elektrowni, a do niego prowadzi rwąca rzeka. Czasem naprawdę lepiej nie patrzeć w dół. Po drodze telefon od żony – droga zasypana, czekamy na ciężki sprzęt. My też czekamy, w przydrożnym barze. Pada deszcz, więc postój jest nam na rękę.

Do Mestii docieramy po południu. Samo miasteczko rozczarowuje. Nie ma żadnej dzikości – są Krupówki. Za dwa lata będzie tu pewnie McDonald. Wisienką na torcie jest wieczorna supra. Nieufni z początku lokalni imprezowicze dopuszczają nas po pewnym czasie do swojego stołu. O wszystkim decyduje on. Mówią na niego Tamada.

Ziły służą to wszystkiego. A najrzadziej do hamowania
Ziły służą to wszystkiego. A najrzadziej do hamowania
To on wyznacza tego, który może wznieść bardzo dłuuuuugi toast. To on wyznacza tego, kto może śpiewać (jak oni śpiewają!), to on w końcu decyduje kto może się dosiąść do stołu. My (faceci, bo to męska impreza) dostajemy pozwolenie. Kobiety muszą się przyglądać ze stołu obok.

Rano musimy wybrać drogi niepubliczne. Cel: Uszguli. Ponad 40 km górskiego traktu. Pada deszcz, więc potoki wezbrały. Lokalni twierdzą, że powinniśmy dać radę. My wiemy na pewno: z kobietami i bagażami rady nie damy. Te drugie zostawić łatwo. Dla tych pierwszych wynajmujemy samochód terenowy z kierowcą. Po drodze mijamy motocyklistę, który twierdzi, że potoki są zbyt głębokie żeby przejechać. Nic to, spróbujemy.

Nie wiem jak to wszystko opisać. Widoki, trudy, błoto wszędzie – nawet wewnątrz kasku. Podnoszenie motocykli dziesiątki razy. Lekki stres, kiedy człowiek patrzy w dół. No jak to nazwać? Fart? Szczęście?

U celu chwila odpoczynku z widokiem na ośnieżone szczyty, szybkie buziaki dla kobiet i powrót.

CU-DO-WNIE.

Yamaha Super Tenere  przez chwilę odmawia współpracy. Na szczęście mam linę (ile to razy Buczek pytał, po co mi ona. Chwila holowania i babcia znowu żyje. Wracamy tak ubłoceni, że lokalesi pokazują nas palcami. Zasłużone piwo i czyszczenie pompy paliwowej.

Wieczorem spotykam jeszcze naszych znajomych imprezowiczów. Mówią, że jak nie przyjdziemy to się śmiertelnie obrażą. Ot, dylemat. Jednak nie. Następnego dnia musimy przejechać spory dystans. Rozsądek bierze górę.

Inna strona Gruzji

Dzida, dzida, dzida. To opis kolejnego dnia. Chcemy dojechać do Tbilisi na nocleg.

Kiedy biedne dzieci nie żebrzą, to kąpią się w miejskich fontannach
Kiedy biedne dzieci nie żebrzą, to kąpią się w miejskich fontannach
Do Singhali rzut kamieniem. To jedno z miast Kachetii. Według Gruzinów – kto jej nie zna, ten nie poznał Gruzji. Trafiamy do gospodarzy. Jedzenia, picia i domowego wina jest tyle, że nie jesteśmy w stanie tego przejeść. Chyba po raz pierwszy spotykamy się ze zwyczajem stawiania jednego talerza na inne. Stołu nikt nie sprząta! Kokosz znajduje gdzieś gitarę. Włodzimierz Wysocki i Pieśń o Przyjacielu do dzisiaj dźwięczą w mojej głowie.

Jak spadnie widelec, to znaczy, że gość przyjdzie – tak mówi nasza gospodyni przy śniadaniu. Życzymy jej, żeby miała ich jak najwięcej. Ruszamy, żegnani jak prawdziwi przyjaciele. Gdzie my mieliśmy jechać? Nie pamiętam.

20 kilometrów dalej Jarek wykonuje przede mną dziwny manewr. Zajeżdża drogę, zjeżdża na pobocze, stawia motocykl i kładzie się na murku. – Zaraz mi przejdzie – uspokaja dziarsko. Nie przechodzi. Jesteśmy lokalną atrakcją. W końcu przyjeżdża karetka. Gęsta krew – brzmi diagnoza. Trzeba odpoczywać. Wracamy do naszych gospodarzy. I jakkolwiek dziwie to nie zabrzmi, wszyscy są szczęśliwi. Wieczór na tarasie zaczynamy już o 14. Kokosz znów bierze gitarę w dłoń. Dołączają gospodarze.

Większość grupy jedzie pokazać kobietom drogę wojenną. My z Jarkami – prosto do Tbilisi. Jeszcze jedno zwiedzanie, prezenty. Po powrocie do naszego hostelu gospodarz Ramin postanawia się otworzyć. Pokazuje nam filmy, które zarejestrowały kamery przemysłowe na ulicy (musiał zapłacić za nie fortunę).

Mafia wykonuje wyrok na jego synu. Pięciu mężczyzn. Każdy po kolei strzela. Powodem miała być odmowa syna wstąpienia do mafii. Dwóch zabójców udało się zatrzymać. Ramin twierdzi, że ma sposoby, żeby mścić się na nich także wtedy, gdy siedzą za kratkami. Resztę będzie ścigał aż do śmierci.

Most z wagonu
Most z wagonu
Wieczorny spacer po mieście nie jest już tak spokojny. Na ludzi patrzymy przez pryzmat tego co zobaczyliśmy. Dziwnie. Kiedy dojeżdża reszta idziemy na pożegnalną kolację. Niby w miejsce w którym już byliśmy, ale znowu płaciliśmy przed podaniem posiłków. To błąd.

W nocy odwozimy kobiety do samolotu. I zaczynamy wakacje.

Rano w stronę Batumi. Jarek i Kokosz jadą autostradą, my drogą przez góry. Jest kręta, zaniedbana i pełna kurzu. Miał być miły off, a wyszła jakaś pokraka z mnóstwem maszyn budowlanych. Za rok będzie tu asfalt. Na szczęście widoki wynagradzają nam nasze trudy. W połowie trasy od razu dwa motocykle, mój i Chełstka, tracą moc. Babcia jak Babcia. Yamaha Super Tenere przeczyści się i pojedzie dalej, ale GS? Problemem okazuje się kiepskiej jakości paliwo. Po zatankowaniu do pełna problem znika. Przynajmniej na jakiś czas.

Mniej więcej 100 kilometrów przed Batumi, jeszcze na górskiej drodze bez asfaltu łapię gumę. Kiedy jesteśmy gotowi do dalszej drogi, zachodzi słońce. Asfalt osiągamy jeszcze w świetle dziennym. Potem 80 kilometrów serpentynami po ciemku. Tempo musi być odpowiednie, bo inaczej lokalesi zepchną Cię na pobocze.

Batumi kojarzy mi się z Władysławowem przed 20 laty. Jest absolutnie okropnie, nowobogacko i przaśnie. Chłopaki czekają na nas z zimnym piwem w kwaterze. Kolację jemy U Turka: wszyscy mamy dość pamidorów i ogórcow.

Negocjacje, głupcze!

Turcja. Jedziemy w kierunku Samsunu. W planie kawa – po turecku, a jakże! Chełsti wjeżdża na parking, gdzie stoi sporo tirów. To dobry znak – mówi. Psikus! To nie żaden bar, tylko stacja rozładunkowa dla kierowców wożących herbatę. Fabryka jest niedaleko. Częstują nas tym, co mają najlepszego. Tak, ten smak będę pamiętał długo. To najlepszy czaj jaki kiedykolwiek piłem.

Po drodze zwiedzamy Trabzon. No dobra, wcale nie zwiedzamy, bo miasto nieciekawe. Koledzy postanawiają, że musimy wymienić pieniądze. I że na pewno będzie jakiś kantor. W temperaturach, które nawet autochtonów zaganiają do cienia, my kręcimy się po mieście przez prawie dwie godziny. Tak, na motocyklach. Tak, w strojach. Tak, normalne to nie jest.

Na kemping w Samsunie dojeżdżamy przed wieczorem. Jak się okazuje, w ciągu dziesięciu dni (kiedy był tu Kokosz) ceny wzrosły dwukrotnie. Tak przynajmniej brzmi pierwszy komunikat. Po długich negocjacjach, targowaniu, udawanym wyjeżdżaniu, czyli całym zestawie trików negocjacyjnych dostajemy normalną cenę.

Ataturk wiecznie żywy
Ataturk wiecznie żywy
Do przejechania 750 kilometrów do Istambułu. Trzeba jechać autostradami. Trzy pasy, beton, świetne oznakowanie, tunele przez góry. A wszystko to zbudowane w sześć lat – mega szacun. 300 kilometrów przed Istambułem zaczyna się ulewa. Trudno – trzeba jechać. Tu chyba to normalne, bo na autostradzie są specjalne światła, które wskazują właściwy kierunek. Leje tak, że naprawdę nie widać pasów na drodze. Ulewa (wiem, co piszę) kończy się kilkadziesiąt kilometrów przed Istambułem. Zachodzi słońce. Jest ciepło, więc chyba zdążymy wyschnąć?

Do Istambułu wjeżdżamy po ciemku. Takich korków nie widziałem nigdzie. Ruch? Wszyscy są motocyklistami. Bez względu na pojazd. Utrzymanie grupy jest wyzwaniem. Korek, korek, korek. I nagle TEN most. Nazywa się Bagazici. Jest przerzucony nad Bosforem. Serce bije szybciej. Nie tylko dlatego, że wróciliśmy do Europy.

Od rana piesze zwiedzanie. Łby się wszystkim kręcą dookoła. Miasto absolutnie fantastyczne. Po Hadze Sofii (monumentalna świątynia bizantyjska – red.) chodzę boso. Mimo setek turystów, czuję się bardzo swobodnie. Dużym zaskoczeniem są dla mnie zachowane oryginalne chrześcijańskie malowidła. Przecież od kilku wieków to świątynia muzułmańska!

Potem Grande Bazar, gdzie podobno można kupić wszystko. Obiad z widokiem na zatokę i postanowienie, że tu trzeba wrócić na dłużej. Na koniec lekko słaniamy się na nogach. Błękitny Meczet. Wow.

Dziury i dziwki, czyli witamy w Unii 

Granica turecko – bułgarska. Unia Europejska kontra reszta świata. Przejście graniczne to jeden z powodów, dla których trudno mi sobie wyobrazić wspólną wyprawę motocykli i samochodów. Auta czekają co najmniej sześć godzin. W upale, bez toalet, wody. Koszmar. My, dzicy, brudni i źli motocykliści z Polski mijamy to bokiem. Wszystko zajmuje nam najwyżej pół godziny. To chyba najszybciej pokonana granica na naszej trasie. No ale w końcu, wjeżdżamy do siebie. Znaczy to tyle, że pojawiają się dziury w drogach (dużo) i dziwki na poboczach (trochę mniej). Na postoju wymieniamy się spostrzeżeniami, że Turcja pod względem infrastruktury jest bardziej w Unii niż Bułgaria.

Granica nie jest problemem. Z jednym wyjątkiem. Każdy podjeżdża do innego okienka, szybka wymiana spojrzeń i jedziemy dalej. Za granicą postój i czekanie na wszystkich. Kokosz? Nie ma Kokosza. Będzie za chwilę. Telefonu nie odbiera. Po pół godzinie z poszukiwań wraca Buczek. Po bułgarskiej stronie też Kokosza nie ma. Czekamy kolejną godzinę. Są rozterki, ale trzeba jechać. Kokosz cel zna. Ma nawigację. Da radę sam.

Transfogarska. Kto nie był niech pojedzie, a kto był, ten pewnie tam wróci
Transfogarska. Kto nie był niech pojedzie, a kto był, ten pewnie tam wróci
Oddzwania po kolejnych kilkudziesięciu minutach. Odkąd wyjechał z granicy, to nas…  goni. Jest 100 kilometrów przed nami. Będzie czekał. Po drodze mijamy najprawdziwsze cygańskie tabory. Dlaczego nie zrobiłem zdjęcia? Trasa Transfogarska. Mekka wszystkich motocyklistów. W miarę równy asfalt, winkle jak marzenie. Widoki – ach te widoki! Żadne zdjęcie nie potrafi tego oddać. Druga strona gór, to inny świat. Zmienia się nawet architektura. Kierowcy są nieuprzejmi, a każdy motocyklista to ich wróg.

Węgry to już Europa. Równy asfalt, no i te maniery! Motocyklista jest mile widziany, przepuszczany. Obiad jemy w Tokaju. Kosztujemy wina – pycha. Kilkaset metrów przed granicą łapie mnie policja. – Powinniśmy zatrzymać was wszystkich, ale pan to już przekroczył wszelkie granice! – pokrzykuje na mnie zlepkiem różnych języków węgierski policjant. Że niby co? Że teren zabudowany? Że przejazd przez tory? Wyprzedzanie radiowozu, podwójna ciągła? Przesada.

Mandat najwyższy jaki dostałem – jeżeli chodzi o cyferkę. 10 000 – na szczęście mało wartych forintów. Chłopaki widząc co się dzieje, niewiele się zastanawiają i szybciutko przekraczają granicę. To widać już na Słowacji, ale w Polsce uderza nas to z całą mocą. Jak tu jest zielono! Pięknie! Śpimy w Krośnie. Cały hotel wynajęty na wesele, oprócz naszego pokoju. Jest moc. W sam raz na ostatnią noc.

Podziękowania

Wielkie podziękowania dla mojego Ojca, bez którego pomocy w taka podróż pojechać by mi się  nie udało.

Dziękuję Tato!

Klaudiusz

 

Klub Strangers

Logo klubu StrangersAutor jest członkiem Motocyklowego Klubu Podróżników Strangers. To najdłużej działająca organizacja  w Polsce o tym charakterze. Skupia pasjonatów wypraw na dwóch kołach. Klub ma kilkunastu stałych członków i kilkudziesięciu aktywnych sympatyków. Każdego roku Strangersi przejeżdżają setki tysięcy kilometrów po drogach wszystkich kontynentów.