Choppery służą nie tylko do lansu po miejskich bulwarach, ale przy pewnej dozie samozaparcia można na nich również podróżować – i to całkiem daleko. Wbrew obiegowej opinii nie tylko skręcają, ale czasami nawet jeżdżą po plaży. Tym razem chopper był jak najprawdziwszy: przebudowana przez AME Choppers ośmioletnia Yamaha 535 Virago z przestawionymi o 14 stopni półkami i dłuższymi rurami.

Tekst: Dorota Bialuk; zdjęcia: Dariusz Grzesiak

Decyzja, co do wyjazdu do Grecji zapada szybko i nieoczekiwanie. Po szybkim przeglądzie motocykla ograniczającym się do wymiany oleju i sprawdzenia ciśnienia w oponach, następuje załadunek zgromadzonego w ogromnych ilościach bagażu. Po tej operacji nasza poczciwa „Virówka” wyglądała jak objuczony marokański osiołek.

 

Puste wydechy zagrały

Przelot przez Polskę przebiega przy zmiennej pogodzie, ale udaje się nam na szczęście ominąć wszystkie deszcze pałętające się po naszym kraju. Granica w Barwinku jest prawie niezauważalna. Na Słowacji pierwszy deszczyk przeczekujemy na stacji benzynowej, jednak wjazd do madziarskiego kraju i ostatnie 50 kilometrów stoi pod znakiem raz mniejszej, raz większej ulewy. Pierwszy nocleg zaplanowaliśmy w stałym miejscu postojowym polskich bajkerów, czyli mieście Tokaj. Ze względu na deszcz spanie na polu namiotowym raczej nie wchodzi w rachubę. Niestety pechowo trafiamy na lokalną imprezę Święta Wina i znalezienie lokum zajmuje nam dłuższą chwilę. Rano rzut oka na węgierską prognozę pogody – całe szczęście ze mapki mają piktogramy, bo języka nie rozumiemy. Nieciekawie to wygląda, pokazują burze nad Rumunią na planowanej trasie. Musimy szybko zmienić plan i zamiast na Satu Mare jedziemy na Oradeę.

Jedno z pierwszych greckich miasteczek na naszej trasie

Pogoda w kratkę, mokniemy z lekka i wysychamy na przemian. Węgierskie drogi powodują u nas obrywanie żołądków i ból tylnej części ciała. Zawieszenie przeładowanego choppera dobija na większości wybojów. W deszczu wjazd do Rumunii, Oradea i jedziemy na E79 – kierunek Deva. Oto prawdziwy hardkor, wszak to droga dla enduro, a nie dla motocykla szosowego, a tym bardziej objuczonego jak wielbłąd choppera! Nawierzchnia w takim stanie, że lepszy kawałek wybrać trudno. Początkowo mamy nadzieję że za parę kilometrów się poprawi, lecz są to tylko złudzenia. Do tego dodajmy popadujący deszczyk utrzymujący zabłoconą nawierzchnię w wilgoci i rumuńskich kierowców jeżdżących na styk, tak jakby motocykla w ogóle na drodze nie było. To powoduje że nie wyrabiamy zaplanowanej ilości kilometrów, ale ostatecznie to wakacje – nie musimy się śpieszyć. Tylko dlaczego, mimo że jedziemy na południe robi się coraz zimniej? Nocujemy w motelu w miejscowości Brad, degustując na kolację rumuńską ciorbę podawaną z ostrą papryczką do przegryzienia.

Następnego dnia pełen optymizm: słońce jakby wyszło zza chmur. Ryzykownie nie zakładamy polarów pod skóry i faktycznie z każdym kilometrem przejechanym na południe robi się coraz cieplej. W drogach też ubywa dziur, ale te co pozostały atakują z zaskoczenia.  Swego rodzaju ciekawostką jest tu istnienie zakładów produkcyjnych – działających lub nie w całkowitej głuszy. Czasami przejazd przez taki obszar sprawia surrealistyczne wrażenie. Jedziemy drogą nr 66 – może to nie jest słynna Route 66, ale widoki równie ciekawe.

Coraz cieplej, południe Europy wita
Droga na sporym odcinku za Petrosani wije się w głębokim wąwozie wzdłuż rzeki, parokrotnie ją przekraczając. Dzień kończymy rozbijając namiot gdzieś w szczerym polu. Rano jemy śniadanie składające się z zakupionego przy drodze i skonsumowanego na miejscu arbuza. Cena jak w Polsce, ale smak dużo lepszy. Przed promem Calafat-Vidin „wyłudzacz” żąda dziesięć euro, lecz po chwili obniża stawkę do pięciu. Każemy mu spadać – ciekawe czy zrozumiał? Przeprawa na drugą stronę trwa ok. 35 minut.

Bułgaria wbrew obiegowym opiniom wita nas rewelacyjną drogą. I tak będzie praktycznie przez cały przejazd na trasie do Kulaty – z wyjątkiem obwodnicy Sofii. Co chwila mijamy tablice informujące, że drogę modernizowano przy wsparciu UE. Po zimnej Polsce i chłodnych Węgrzech wydaje się, że upał jest afrykański. Trasę mamy rozpisaną według stacji Shella, na których można płacić kartą. Zresztą innego wyjścia nie ma, gdyż nie mamy ani jednego bułgarskiego lewa. Wieczorem przekraczamy granicę z Grecją. Luzacki grecki pogranicznik ogląda dokumenty z papierosem w gębie.

 

Kolebka zachodniej cywilizacji

Dziwne i denerwujące jest greckie oznakowanie dróg. Minie trochę czasu zanim się przyzwyczaimy. Wygląda tak, jak gdyby stawiali nowe tablice nie usuwając starych. Po drodze mijamy zamknięte stacje benzynowe, więc przechodzimy na tryb ekonomiczny zmniejszając prędkość jazdy.

Nocleg na plaży ma swój urok
W nocy rozbijamy namiot na plaży już nad morzem Egejskim w pobliżu miejscowości Amphipolis w zatoce Strimonikos. Rano po kąpieli w krystalicznej wodzie robimy przelot na Riwierę Olimpijską. Miejscowość ta niemal przez cały rok jest zielona, pełna gajów oliwnych, a także gwarnych tawern z grecką muzyką. Riwiera stanowi bardzo dobrą bazę wypadową do zwiedzania Grecji kontynentalnej, niedaleko znajdują się Saloniki z pomnikiem Aleksandra Wielkiego i Białą Wieżą. Początkowo droga malowniczo wije się wzdłuż brzegu morza i możemy podziwiać lazurową wodę.

Po kilkunastu kilometrach wjeżdżamy na nowo wybudowaną autostradę, czyli jeszcze bez stacji benzynowych czy barów. Upał daje się we znaki, a wzdłuż drogi brak zacienionych miejsc w których można by się zatrzymać. Zjeżdżamy do Katerini żeby coś zjeść. Kupujemy souvlaki, czyli bułkę pita wraz z szaszłykiem. Pierwszy raz w życiu wewnątrz bułki znajdujemy również frytki z sosem – pychota!

Souvlaki

Danie to czasami nazywane jest greckim hamburgerem. Występuje w klasycznej postaci, czyli szaszłyk na patyku lub w bardziej współczesnej wersji: kanapka, pomidory, cebula i sos.

Wjeżdżamy do centrum miasta dość łatwo, ale teraz mamy problem z wyjazdem. Pełno tu jednokierunkowych uliczek, a niepełne oznakowanie powoduje, że kręcimy się w kółko mocno hałasując wyprutymi wydechami. Jednak nasz plan przewiduje nocleg w tej okolicy. Zaczynamy szukać kempingu. Na pierwszym brak miejsc, na drugim to samo, następny – zamknięty, ale w końcu jest. Cena trochę wysoka bo aż ok. 100 zł, ale lepszy rydz niż nic. Mamy jeszcze czas by podziwiać zachód słońca nad Olimpem, stanowiącym najwyższy masyw górski w Grecji – prawie 3000 m n.p.m. Na plaży jak to na Riwierze: ciepła, czysta woda, leżaki i parasolki – po prostu czadowo! Następnego dnia po krótkim plażowaniu robimy przelot autostradą do portu w Glifadzie.

 

Eubeja – Grecja nieznana

Tu ładujemy się na prom na Eubeę skracając drogę wokół Zatoki Sarońskiej do mostu w Halkidzie o około 170 kilometrów. Ciekawostką jest to, że na prom samochody wjeżdżają tyłem. Obsługa dba o upakowanie pojazdów niczym sardynek w puszce, a my oglądamy malowniczy zachód słońca z pokładu prawie przeładowanego statku.

Dzika grecka przyroda
Niestety próba znalezienia miejsca na namiot po drugiej stronie brzegu w Agiokambos kończy się niepowodzeniem i koniecznością dalszej jazdy o zmroku po górach. Nie przypuszczaliśmy wcześniej, że to tak górzyste tereny. Późnym  wieczorem stawiamy namiot na kamienistej plaży w Psaropouli w północno-wschodniej części wyspy. Eubeja to druga, co do wielkości grecka wyspa. Ale jako że w najbliższym kontynentowi miejscu przesmyk ma tylko 40 metrów, to łączy się ona ze stałym lądem mostem wybudowanym już w starożytności. Eubeja leży na uboczu wakacyjnych szlaków większości turystów, natomiast cieszy się sporą popularnością wśród Greków. W części wschodniej ze względu na kręte górskie drogi, a w szczególności strome zjazdy na nieliczne plaże w zatokach, nasycenie wczasowiczami jest znacznie mniejsze. Tutaj paliwo jest droższe o ok. 20 groszy na litrze i praktycznie nie można płacić kartą. Jednak jest to wspaniałe miejsce do jazdy motocyklem ze względu na przyzwoity asfalt. Poszukujący szutrowych dróg też znajdą tutaj coś dla siebie: nieduży ruch, liberalne podejście do biwakowania na dziko, no i to, po co tu przyjechaliśmy, czyli niesamowite widoki.

Północno-wschodnie wybrzeże wyspy to skaliste klify stromo spadające w morze, gdzieniegdzie tylko przerywane malowniczymi plażami malutkich zatoczek.  Przed południem nieśpiesznie zwijamy majdan i jedziemy dalej. Za kemping Agia Anna zapłaciliśmy 100 zł, ale miejsce to pełen luksus: baseny, kluby i tym podobne atrakcje. Przed południem jeszcze leniuchujemy na plaży, lecz już o godzinie 13. gramy wydechami pędząc przed siebie. Po drodze mijamy Zatokę Koryncką, której zdjęcia oglądaliśmy wcześniej w internecie. Z trasy regionalnej zjeżdżamy na lokalną drogę do Kotsiki. Powoli mamy dosyć winkli. Zjazd do Kotsiki bije chyba rekord: 5 kilometrów ciągłych zakrętów, a najdłuższa prosta ma może z 50 metrów. Przekonujemy się, że to urocza zatoka, a piękne widoki zapadną na długo w pamięci. Po kąpieli w morzu ruszamy dalej. Skręcamy na Pilos, droga w remoncie, a na odcinku kilku kilometrów całkowicie zerwany asfalt. Nic to, czopery dają radę wszędzie, nawet – jak tutaj – po skalnych półkach.

Piaszczysta plaża a Virago daje radę

Kręcąc się po drogach Eubeji biegnących po nadmorskich zboczach powoli uodparniamy się na te zatykające dech widoki, inaczej trzeba by było stawać co pięć minut. Jeszcze stromy zjazd i plaża pod Vlachia, gdzie rozkładamy obozowisko obok innych namiotów, prawie pod tabliczką z napisem No Camping. Wieczorem z grekami pijemy piwo Amstel pochodzące z ateńskich browarów. Gwałtownej zmiany pogody nie zapowiada nic, lecz niespodziewanie zbierają się chmury i zrywa się porywisty wiatr. Burza rozpoczyna się na całego. Przez całą noc leje rzęsisty deszcz, pioruny biją w powierzchnię wody, a huk gromów odbija się od stromych skał – efekty jak z filmów grozy. Namiot bez tropiku rozbity na plaży przemaka całkowicie, więc  następny dzień jest dniem suszenia. Po dwóch dobach ruszamy ponownie. Jeżdżąc po lokalnych drogach widzimy, że zbieranie mastyksu (żywicy dodawanej do kadzideł) oraz pszczelarstwo to powszechne zajęcia mieszkańców. Małe, przenośne ule wyglądające jak skrzynki na listy widać dosłownie wszędzie. W Pili stajemy przed piekarnią żeby kupić chleb. Na widok dwumetrowego choppera Pani staje w drzwiach i z wielkim uśmiechem zaprasza do środka. A tam: same cuda i zapachy. Do chleba który kupujemy dostajemy gratis wodę mineralną i przepyszne ciasteczka – miejscowy specjał wykonany z miodu. Ciastko wygląda jak zrobione z cienkiego makaronu zwiniętego w gniazdko z migdałem w środku. Słodkie aż zęby bolą.

Serpentyna pod Pilos
Przeskakujemy przez wyspę na druga stronę. W końcu trzeba zobaczyć zachód słońca. Góry pośrodku (najwyższy szczyt Stropones 1743 m n.p.m.) ewidentnie zmieniają pogodę. Po stronie wyspy graniczącej z kontynentem jest bardziej upalnie. Parę razy mijamy wypalone obszary, krajobrazy po pożarach która to klęska nawiedza Grecje regularnie – wygląda  przerażająco. Nic dziwnego że co kilkanaście kilometrów stoją w lasach dyżurujące wozy straży pożarnej, a palenie ognisk jest bezwzględnie tępione.

Zachodnia strona wyspy ma już wyraźniejszy posmak regionu wakacyjnego: więcej knajp, wyższe ceny. Kempingi zapchane stacjonującymi na stałe przyczepami. Wybieramy kamping Milos pod Eretrią i przeznaczamy dzień na włóczenie się po okolicy. W tej części wyspy przeważają gaje oliwne. Każdy sklep potwierdza to, że oliwki w Grecji są  produktem pierwszej potzreby. Kilkanaście rodzajów: zielone, czarne, nadziewane, suszone, marynowane na różne sposoby. Można by wymieniać jeszcze długo. Zwiedzając odkrywamy znaczenie tajemniczych kół na wodzie, które widzieliśmy na zdjęciach satelitarnych. To morskie hodowle ryb, które są trzymane w basenach z siatki zatopionych w morzu. No ryby są może i świeże, ale zapachy wokół tych miejsc już nie za bardzo.

Mała przekąska w greckim stylu

Polka prowadząca w Eretrii sklep z pamiątkami poleca nam najpiękniejszą plażę na Eubeji. To nic, ładujemy graty i jedziemy. Daleko nie jest, kilka skrętów na czuja i już jesteśmy na drodze lokalnej prowadzącej do Kalamos. Na samej końcówce trzy zakręty w greckim stylu – strome serpentyny dziwnie odwrotnie wyprofilowane, za to zatoka  rzeczywiście piękna. W sezonie wioska jest okupowana przez tłumy, a teraz na koniec sezonu jest tu spokój. Wjeżdżamy dość karkołomnym podjazdem nad samo morze. Malutka wioska leży praktycznie na plaży: kilka tawern i hotelików oraz baza płetwonurków. Musimy uprzedzić, że wielbiciele złotych piaszczystych plaż mogą z Eubeji wyjechać niezadowoleni, gdyż jest ich bardzo mało. Przeważają kamieniste i żwirowo kamieniste o przeróżnych odcieniach i kolorach. Eubeję opuszczamy przejeżdżając przez nowy wiszący most w miejscowości Halkida. Dzisiejszy etap przebiega po nudnej autostradzie, którą jedziemy powyżej 100 km/h, nadrabiając stracony czas, zresztą nie ma tu czego oglądać.

 

Peloponez

Przejeżdżamy przez przesmyk Koryncki i lokujemy się na kempingu nad Zatoką Sarońską. Tym razem plaża jest mocno niesympatyczna, a woda Zatoki Sarońskiej też jakaś taka szarobura.

Akrokorynt

Greckie wzgórze na Peloponezie wznosi się na wysokość 575 m n.p.m. W starożytności miejsce to było osiedlem położonego wyżej Koryntu. Znajdowała się tu słynna, znana w całym greckim świecie świątynia Afrodyty, gdzie kapłanki świątyni Afrodyty (córy Koryntu) położyły podwaliny pod najstarszy zawód świata. Ponumerowane od 1 do 1000 służyły swej bogini ciałem, oddając się przejeżdżającym Przesmykiem Korynckim kupcom, pielgrzymom, wojskowym no i wszystkim, którzy mieli ochotę czcić wspólnie z nimi Afrodytę.

Ale luzik, bez bagażu robimy sobie wycieczkę do Epidauros. Bez tych tobołów jeździ się jak rowerem i w dodatku jedziemy ledwo 70 kilometrów w jedna stronę, więc co to jest w stosunku do kilku tysięcy pokonanych kilometrów. Niestety, ale jak to zwykle bywa, najlepsze widoki są w miejscu, gdzie nie można się zatrzymać by zrobić pamiątkową fotę. Podziwiamy roślinność – draceny, które w Polsce występują w doniczkach tutaj mają po cztery metry wysokości. W Epidauros oglądamy jeden z lepiej zachowanych teatrów. Wypowiedziane szeptem słowo czy szelest papieru w centralnym punkcie sceny są dobrze słyszalne na całej widowni, bez względu na zajmowane miejsce. Teatr ten został zbudowany przez Greków i kolejno rozbudowany przez Rzymian.

Epidauros

W Epidauros od VI wieku p.n.e. do IV wieku n.e. istniało najsłynniejsze sanktuarium Asklepiosa (opiekunka sztuki lekarskiej). Wybudowano tu również najlepiej do dziś  zachowany grecki teatr z 52 rzędami siedzeń, zbudowany przez Polikleta Młodszego około 300 p.n.e., który mógł pomieścić 14 tysięcy widzów i gdzie co cztery lata odbywały się zawody sportowo-intelektualne.

Mimo, że to już po sezonie, sporo tu turystów z całej Europy. Patrząc na ogromny parking zastanawiamy się, jakie tłumy muszą tu być w lipcu i sierpniu. Amfiteatr jest dość wysoki. Po wejściu na koronę w motocyklowych skórach mamy wrażenie że jest dużo wyższy.

Zachód słońca, ostatnie chwile w Grecji
W drodze powrotnej jedziemy nad Kanał Koryncki, długi na ponad sześć kilometrów i głęboki na 79 metrów. Na żywo robi znacznie większe wrażenie niż na zdjęciach, szczególnie jeśli wiemy że został wybudowany prawie ponad sto lat temu w ciągu dwóch lat. Kanał ma za zadanie skrócić drogę statkom wokół Peloponezu o ok. 400 kilometrów. W drodze powrotnej miejscowy motocyklista zaprasza nas na kawę. W Grecji jeździ mało większych motocykli, przeważają malutkie „50” z przerobionym ryczącym wydechem, więc nasz chopper budzi powszechne zainteresowanie.

Rano opuszczamy kemping z niesympatyczną plażą i ruszamy na zachodnią stronę Peloponezu. Droga biegnąca wzdłuż wybrzeża z Koryntu do Patry jest płatna, ale niestety wąska. Mimo że odcinkami malowniczo biegnie wzdłuż wybrzeża, tylko pasażer może sobie pooglądać widoczki, bo natężenie ruchu jest tu dość spore. Co ciekawe w całej Grecji w oczy rzuca się brak policyjnych radiowozów.

 

Kierunek Morze Jońskie

W każdej podróży jest punkt, od którego do domu jest bliżej niż dalej, dla nas to Patra. Od kilku lat to spore miasto słynie z mostu o długości prawie trzech kilometrów, na czterech pylonach z jezdnią zawieszoną 50 metrów nad poziomem morza. Przejazd przez tego kolosa jest płatny. Zaraz za mostem znowu wjeżdżamy w góry i winkle. Po drodze przejeżdżamy przez widokowy wąwóz Klissoremata.

Camping w pobliżu miejscowości Amfiliochia miał być, ale go nie ma. Dokładnie to jest, ale od dłuższego czasu zamknięty na cztery spusty. Od strony plaży przez dziurę w płocie wjeżdżamy na teren. Miejsce to porośnięte jest zaniedbanymi palmami, sprawiając wrażenie dżungli. Tym razem nocujemy nie nad morzem, tylko nad zatoką Arty, która jest w zasadzie sporym zalewem połączonym z otwartymi wodami kilkusetmetrowym przesmykiem.

Zapierające dech w piersiach widoki pod Epidauros

Następny etap to Parga – miasteczko położone nad morzem Jońskim. Na dojeździe widoki jak zwykle zapierające dech, lecz niespodziewanie wpadamy w sam środek kurortu. Takie nasze polskie Władysławowo: tłumy ludzi, kawiarni i czego tylko może być pełno nad morzem. Porcje w restauracjach, mniejsze i droższe. Spędzamy resztę dnia na lenistwie pławieniu się w ciepłej wodzie i piciu wina. Planujemy  dojechać do Kalambaki. Do przebycia mamy dwa pasma górskie Epir i Pindos. Grecy mówią, że jest autostrada. No jest, ale tylko w krótkich odcinkach. Pomiędzy nimi albo serpentyny ze znakami ograniczającymi do 20 km/h, albo drogi w remoncie zapchane samochodami. Bliskość portu w Igoumenitsie robi swoje. Tędy poprzez Włochy wjeżdża do Grecji sporo turystów z zachodniej części Europy. Tylko czemu oni się pchają tak krętą trasą? Okazuje się, że to najkrótszy dukt poprzez Kalambakę nad Morze Egejskie. Tu się niczym nie pogoni, jedziemy prawie równo z jakimś sporym plastykiem, który co raz krztusi się za autokarem. Widzimy też kilka emerytek prawie modlących się o ocalenie w kabinach dusznych kamperów. Ciężarówki i przyczepy kempingowe z obu stron, nie ma mowy o wyprzedzaniu. Przełęcz Katara leżąca na wysokości 1694 m n.p.m. jest najwyższą przełęczą dostępną pojazdom w paśmie Pindos. Co kilkanaście kilometrów na trasie obserwujemy zimowe stacje pługów. Kalambaka: kemping, namiot i rozładowaną maszyna pędzimy po serpentynach wzdłuż malowniczych skał na szczytach których stoją naprawdę stare monastyry zbudowane na piaskowcach zwanych Meteorami.

Meteory – centrum klasztorne kościoła wschodniego

Gdy się na nie patrzy to trudno uwierzyć w to, że początkowo wszelkie materiały potrzebne do budowy i życia mnichów wciągane były na linach. Również odwiedzający mogli dostać się do monastyrów jedynie w koszach wciąganych linami. Anegdota głosi, że wymieniano je dopiero w momencie zerwania. Obecnie część z monastyrów udostępniona jest dla zwiedzających i dla nich głównie zostały wybudowane schody oraz pomosty.

Meteory

Według legendy św. Atanazy, założyciel Wielkiego Meteora, najstarszego monastyru wzniósł się na szczyt skał na skrzydłach orła. W 1336 roku założył tu pierwszy klasztor. Budowa pozostałych odbywała się podczas licznych wojen Bizancjum z Serbią, a klasztory były znakomitym i niedostępnym dla wroga schronieniem. Okres największego rozkwitu klasztory przeżywały dwieście lat później. Monastyry w tych czasach gromadziły ogromne skarby. W sumie wybudowano 24 klasztory (każdy na innej skale). Obecnie w największym z nich, w którym jeszcze sto lat temu przebywało stu dwudziestu mężczyzn, dzisiaj mieszka trzech zakonników.

Wieczorem udzielamy pomocy technicznej Włochowi, który w swojej Yamasze XT zerwał linkę sprzęgła. Przed południem znów ruszamy w drogę. Chcemy zrobić tyle kilometrów ile możemy wytrzymać. Mimo trasy przebiegającej w znacznej części po autostradzie porywisty wiatr uniemożliwia rozwinięcie większej prędkości i zabiera sporo przyjemności z jazdy. Silne boczne podmuchy potrafią zepchnąć motocykl na sąsiedni pas. Ponownie jesteśmy nad Morzem Egejskim w miejscowości Asprovalta. Jutro startujemy w drogę powrotną do Polski. Wieczorem za ostatnie euro jedziemy zjeść ulubione Horiatiki.

Horiatiki

Horiatiki to tradycyjna nazwa greckiej sałatki wiejskiej, znanej u nas jako sałatka grecka. Przyrządzana jest m.in. z pomidorów, ogórków i fety. Feta nie występuje w drobnych kawałkach jak w polskim wydaniu, ale w postaci solidnego plastra. Podaje ją się z lokalnym chlebem.

Po powrocie podczas inspekcji motocykla okazuje się, że w maszynie nie ma świateł długich. Od rana Darek walczy z kabelkologią. Niby prosty temat, ale diagnoza i naprawa zjada sporo czasu. Przejeżdżamy przez Saloniki po raz drugi. Aż trudno uwierzyć, że byliśmy tutaj dwa tygodnie temu i że czas może tak szybko lecieć. A może by tak do Polski nie wracać? Przecież tam zimno jest, a myśmy już przywykli do ciepła, do tego stopnia, że w skórach na słońcu siedzimy. Jakoś z Grecją rozstać się nie możemy. Będziemy tęsknić.

Ostatnie kilometry

Na granicy celnik grecki nawet nie sprawdza czy mamy dokumenty. Za to Bułgar pracowicie wklepuje do komputera wszystkie dane, przez co odprawa wlecze się niemiłosiernie. Jedziemy przez Bułgarię. Zaczyna robić się coraz chłodniej. Zjeżdżamy z autostrady i na krawędzi pierwszej wioski zjeżdżamy na coś, co wygląda na ścieżkę. Nasza Virówka jak rasowy cross przedziera się przez krzaki.

Dojeżdżamy do Ruse – jakiegoś przedmieścia z zapuszczonymi blokami, które robią na nas przygnębiające wrażenie. Przejście graniczne z Rumunią to most w Ruse z kolumnami wjazdowymi w stylu socrealizmu. Wybudowany w latach pięćdziesiątych i chyba od tego czasu nie remontowany. Uprzedzeni przez rumuńskich bikerów, aby omijać Bukareszt próbujemy objazdów po dziwnych bocznych drogach. Składają się one z luźnych kawałków asfaltu, a średnia prędkość spada do całych 20 km/h. Po minięciu Bukaresztu zaczynają się drogi dobrej jakości, ale za to przybywa ciężarówek. Ich ruch na drogach Rumunii jest gigantyczny, w zasadzie niewyobrażalny dopóki się tego nie zobaczy. Co raz utykamy w jakimś korku. Dojeżdżamy do Sibiu i dziwnym trafem zatrzymujemy się prawie dokładnie w miejscu, w którym Darek umówił się wcześniej ze swym rumuńskim motocyklowym kolegą. Zabieramy bagaże. Maszyna zostaje przed blokiem, a my pijemy pierwsze piwo na wygodnej kanapie w domu Sima. Jeszcze nocna wycieczka po stolicy Transylwanii i grzecznie lecimy spać.

Rano, a raczej przed południem ruszamy. Naprawdę powrót mógłby być bardziej sympatyczny. Przelotne deszcze i wiatr jest tak silny ze przestawia motocykl po drodze ze strony prawej na lewą. Polska. Jeszcze kilka dni wcześniej zażywaliśmy kąpieli słonecznych, a teraz zażywamy zimnych wodnych biczy przy temperaturze jedynie ośmiu stopni Celcjusza – połowa września.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ