Musnęliśmy Grecję, pogłaskaliśmy Albanię, doświadczyliśmy bajecznych motocyklowych dróg – nasza tegoroczna wyprawa na Bałkany przyniosła niewiarygodnie wiele radości. Cudownie jest spełniać marzenia!

Mulcumesk! Kiedy pachnące mittitei lądują przede mną na stole, zmęczenie ginie gdzieś w przyjemnych oparach grillowanego mięsa i wspomnień zeszłorocznej wyprawy do Rumunii. Z lubością pałaszuję małe kiełbaski, które zamówiłem z mamałygą, co pewnie doprowadziłoby do śmiechu moich rumuńskich przyjaciół, dla których takie połączenie jest całkowicie niezrozumiałe. Dla mnie, stęsknionego za smakami Rumunii wydaje się idealne.


Mititei i mamałyga

Dwie typowe dla Rumunii potrawy – mittitej, inaczej mici, to małe grillowane kiełbaski z różnych gatunków mięsa, najczęściej mieszanego wołowo-wieprzowego. Tradycyjnie podaje się je z musztardą. Mamałyga to kasza kukurydziana, bardzo chętnie używana jest nie tylko jako dodatek do obiadu, ale też jako samodzielne danie – bulz, z jajkiem i serem.

Nasz wyjazd wyniknął trochę krakowskim targiem – Paweł chciał zwiedzić południe Albanii, a ja napaliłem się na grecką Meteorę. Mój towarzysz chowa w zanadrzu jeszcze jeden plan, o którym mam dowiedzieć się dopiero w Albanii. Może i dobrze, bo pewnie bym się wcześniej na niego nie zgodził.

albania motocyklem
Mititei i polenta. Tych dwóch rzeczy się nie zestawia

Poszukiwania dzisiejszego miejsca do spania zajęły nam sporo czasu – w Saloncie jest tylko jeden hotel, w dodatku drogi jak nieszczęście. Wystarczyło jednak trochę popytać i trafiliśmy do przyjemnego lokalu Millenium w Madaras. Miła restauracja, czyste pokoje – czego chcieć więcej? No, może odrobinę mniej ofochanych kelnerek.

Kończymy kolację, dopijamy piwo i idziemy spać. Nie zrywamy się skoro świt – w końcu to wakacje, a nie obóz pracy. Wstajemy koło ósmej, wsuwamy niezbyt urozmaicone śniadanie i ruszamy w dalszą drogę. Od początku wyjazdu martwi mnie mój kufer centralny, który jest za ciężki i przez to osłabia stelaż. Będę go dokręcał już do końca wyjazdu.

Cel na dzisiejszy dzień: Bełogradczik w Bułgarii – małe miasteczko znane ze świetnie zachowanej twierdzy Kaleto, niezwykłych formacji skalnych oraz pobliskiej jaskini Magura, w której leżakuje znakomite wino.

Zanim jednak przyjdzie nam oglądać te atrakcje, chcemy przejechać wzdłuż Dunaju, tym razem po rumuńskiej stronie. W zeszłym roku po stronie serbskiej odwiedziliśmy leżący nad przeciwnym brzegiem Dunaju Park Narodowy Dżerdap. Postanowiliśmy wówczas, że musimy tutaj wrócić by przebyć trasę po stronie rumuńskiej.

albania motocyklem
Kawiarnia Pergola w Aradzie. Jaka piękna kelnerka tutaj pracuje!

Po szybkiej kawie w pięknym Aradzie, w towarzystwie jeszcze piękniejszej kelnerki z kawiarni Pergola, ruszamy na południe. Rumuńskie drogi są dość zatłoczone, ale kierowcy jeżdżą zaskakująco sprawnie i chętnie ustępują nam miejsca.

W Coronini wjeżdżamy wreszcie na przytuloną do Dunaju drogę. To prawdziwy motocyklowy skarb – dziesiątki cudownych, łagodnych zakrętów, które pokonujemy w towarzystwie majestatycznej rzeki. Patrząc w jej nurt zdaję sobie sprawę ilu historii była ona świadkiem, ilu artystów inspirowała i ile pochłonęła istnień.

albania motocyklem
Piękny, majestatyczny Dunaj

Otulony niespokojnym brzegiem Dunaj pozwala nam dziś dostąpić zaszczytu swojej bliskości. Chłoniemy tę chwilę, to wczuwając się w adagio niezwykłej drogi, to podziwiając niespokojną linię brzegową po serbskiej stronie. Tu, na rumuńskim brzegu, wiedzie nas romantyzm chwili, krótką chwilę tęsknimy za swoimi kobietami, dla których każdy kilometr podsuwa nowe miłosne wyznania.

Po kilometrach tych nostalgicznych zachwytów zaczynam wypatrywać niezwykłej rzeźby – ogromnej głowy Decebala, ostatniego władcy Daków, wykutej w skale przy niewielkiej zatoczce nad Dunajem. Jej lokalizacja i skala przypominają mi trochę Argonath – bramę północnego krańca Gondoru, opisaną w powieści Władca Pierścieni.

albania motocyklem
Decebal, król Daków

Miejsce okazuje się atrakcją turystyczną pełną gębą – wzdłuż mostu nad wejściem do zatoczki kręci się mnóstwo turystów, migają flesze, a dziwaczne pozycje i miny strojone do ekranów smartfonów jako żywo przypominają widoki znane spod krzywej wieży w Pizie czy sprzed fontanny Di Trevi w Rzymie. Zastanawiam się jak to jest wyglądać na kretyna, więc też robię sobie pamiątkowe selfie.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ