Od jakiegoś czasu marzyło mi się zwiedzenie muzeum d’Orsy w Paryżu. Pierwotny plan zakładał wprawdzie dostanie się do stolicy Francji drogą powietrzną, ale w wakacje swój pomysł zmodyfikowałam, zamieniając samolot na skuter: Suzuki Burgman 650.

Tekst i zdjęcia: Joanna Machej-Liberus

Chętnych do towarzyszenia mi w wyprawie nie znajduję, postanawiam więc jechać sama. Kalkulacja czasu i funduszy, rzut oka na mapę, przeglądnięcie Motovoyagerów – i plan zaczyna się krystalizować. Głównym celem jest oczywiście muzeum, ale przy tygodniowym urlopie postanawiam zwiedzić po drodze Szampanię. Chcę też przejechać serpentynami alpejskiej trasy Silvretta i porównać ją z zeszłoroczną Grossglockner. Jeszcze tylko rezerwacja hoteli, przegląd skutera, zakup nawigacji i w drogę.

 Zjeść crossanta przy kawie w Reims

Pierwszego dnia zamierzam dojechać do hotelu w miejscowości Chalons-en-Champagne, przy granicy z Luksemburgiem. Do przejechania mam około 1300 kilometrów, z Rybnika wyruszam więc o 5.30. Pogoda zapowiada się całkiem dobra, po drodze straszy tylko przelotnymi opadami i trochę za mocno wieje. Droga mija bez przygód i problemów – najpierw przez Polskę autostradą A4, następnie przez Niemcy i Francję.

Romański kościół w Ville-en-Tardenois

Postoje co 200 kilometrów na tankowanie, wypicie kawy i siusianie. O godz. 20.00 zatrzymuję się przed hotelem. Według nawigacji średnia prędkość z postojami to 110 km/h, maksymalna – 165km/h. W niecałe 15 godzin przejechałam 1300 kilometrów. Czas na gorący prysznic, smsy do rodziny i przyjaciół i opracowanie trasy na następny dzień.

Drugi dzień to zwiedzanie Szampanii. Pomaga mi w tym pięknie opracowana mapka rejonu, którą znajduję w recepcji hotelu. Szampanię rozsławia oczywiście białe wino z bąbelkami – szampan. Ten prawdziwy pochodzi tylko stąd, żaden inny musujący trunek nie ma prawa nosić tej dumnej nazwy. Szampania to region rolniczy, jej nazwa pochodzi od łacińskiego słowa „campania”, oznaczającego kraj pól.

Suzuki Burgman i jedno z sennych francuskich miasteczek

Rozległe winnice zajmują prawie 32 tys. hektarów i są ulokowane na łagodnych nasłonecznionych zboczach malowniczych wzgórz w okolicach Reims i Epernay. Wytyczono tam specjalne trasy turystyczne. Swoją podróż po Szampanii zaczynam właśnie od Reims – stolicy tego regionu. Przyjeżdżam tam rano, witana deszczem, parkuję więc szybko i biegnę do pobliskiej kafejki na kawę i croissanta na poprawę humoru. Już siedząc nad filiżanką pachnącego naparu i wyglądając przez okno dochodzę do wniosku, że źle zaparkowałam: by wyjechać muszę bowiem wypchnąć motocykl pod górkę. Ponieważ spomiędzy chmur zaczyna się wychylać słońce, postanawiam tym problemem zacząć się martwić dopiero przed wyjazdem.

Szampania to kraina szampanem płynąca. Każde miasteczko zachwala jak może swoje wyroby

To historyczne miasto koronacyjne słynie przede wszystkim z olśniewającej gotyckiej katedry, zaliczanej do najwspanialszych zabytków Francji. Budynek figuruje na liście UNESCO. Budowę gotyckiego kościoła rozpoczęto w 1211 roku po wielkim pożarze miasta. Kolejni budowniczowie stworzyli do końca XIII wieku arcydzieło z bogatą i zachwycającą dekoracją rzeźbiarską. Zwiedzając katedrę warto zwrócić też uwagę na przepiękne witraże, zdobiące wielką dwunastoramienną rozetę.

W Chatilon-sur-Marne urodził się papież Urban II, który zapoczątkował wyprawy krzyżowe

Gdy zwiedzam takie budowle zawsze fascynuje mnie pietyzm, z jakim dawni budowniczowie czy artyści wykonywali detale nie mając dostępu do dzisiejszej techniki ani współczesnych narzędzi. Każdy wytwarzany ręcznie szczegół jest całkowicie niepowtarzalny.

Po co babie Suzuki Burgman

Czas wsiąść na skuter i ruszać dalej. I tu daje znać zapomniany już przeze mnie problem – jak wyjechać pod górkę tyłem. W tym momencie Ci, którzy zastanawiali się po co babie taki duży skuter mogą zacząć zacierać z zadowolenia ręce. Ja jednak znajduje rozwiązanie niestandardowe: nie po raz ostatni zresztą podczas tej wyprawy przywołuję na twarz uśmiech nr 52 i z wdziękiem zaczepiam przechodzącego przystojnego Francuza – can you help me? Równo po dwóch sekundach maleństwo stoi przodem we właściwym kierunku do wyjazdu z parkingu.

Szampania to nie tylko winnice i szampan

Francuza żegnam miłym Merci beaucoup i ruszam zwiedzać dalej. Piękna, równa droga wije się przez wzgórza Szampanii pomiędzy polami i winnicami, przez prześliczne miasteczka, takie jak Ville-en-Tardenois z kamiennymi domkami czy pięknymi romańskimi kościołami. Jadąc mijam Chatillon-sur-Marne, miejscowość malowniczo przyklejoną do zbocza wzgórza z górującą nad całą okolicą figurą papieża Urbana II, który w tej miejscowości się urodził.

Dojeżdżam do Epernay, prawdziwej stolicy szampana. Choć w miasteczku praktycznie nie ma zabytków, turystów chcących zgłębić tajemnicę wytwarzania tego trunku tu nie brakuje. Zgłębić w przenośni i dosłownie, gdyż żeby zwiedzić drugą co do wielkości wytwórnię szampana – Mercier, turyści są zwożeni przeszkloną windą do podziemi, a następnie długimi korytarzami wożeni zautomatyzowaną kolejką wśród leżakujących butelek szampana.

Droga prowadzi przez inną krajobrazowo część Szampanii
W trakcie tej podróży przedstawiany jest proces szampanizacji. Czas już powoli wracać już do hotelu. Na następny dzień mam zaplanowany wyjazd do Paryża. Droga prowadzi przez trochę inną krajobrazowo część Szampanii. Przez piękne lasy, malownicze miasteczka z pałacami, wzdłuż pól i jezior.

Francja oprócz widoków i zabytków urzeka mnie jakością dróg i kulturą jazdy. Dojeżdżając poprzedniego dnia do Chalons-en-Champagne, z powodu zmęczenia zdecydowałam się na jazdę autostradą mimo dość wysokich opłat (za przejechanie 200-kilometrowego odcinka musze zapłacić 10 euro). Jednak na objazd po Szampanii i dojazd do Paryża rezygnuję całkowicie z płatnych odcinków. Drogi, nawet te najbardziej boczne są równe jak stół. Na dwupasmówce do Paryża jest wprawdzie ograniczenie do 110 km/h, ale nikt nie szaleje, wszyscy jadą równym tempem. Jedynym problemem jest mała ilość stacji benzynowych.

Żelazny punkt programu obowiązkowego: Wieża Eiffla

Do jednej z nich dojeżdżam już na oparach. To ważna nauka: we Francji nie można czekać z tankowaniem aż zacznie migać kontrolka, bo przez najbliższe 100 kilometrów można nie znaleźć stacji.

I nawigacja czasem się przyda

W dniu, w którym zwiedzam stolicę Francji pierwszy raz w życiu doceniam posiadanie nawigacji. Ja, zagorzała zwolenniczka map papierowych i przeciwniczka GPS-ów, przed wyjazdem kupiłam to magiczne urządzenie, skuszona opiniami kolegi. I swojej decyzji nie żałuję. Podczas wcześniejszej jazdy czasami zapatrzona w ekran traciłam orientację gdzie jestem – wyciągałam wtedy mapę, żeby zlokalizować swoje położenie. Podczas jazdy po Paryżu nawigacja okazuje się jednak strzałem w dziesiątkę. Spokojnie mogę się skupić na samej jeździe po mieście i docieraniu do kolejnych punktów.

Łuk triumfalny zbudowano dla uczczenia tych, którzy walczyli i polegli za Francję w czasie wojen rewolucji francuskiej i wojen napoleońskich

Najpierw dojazd pod samo muzeum. Jedno kółko więcej jednokierunkowymi uliczkami i mój Suzuki Burgman szybko znajduje miejsce do zaparkowania między dwoma autami. Maleństwo upchane, ja biegnę więc do muzeum. Trzy godziny podziwiania i zachłystywania się największymi dziełami impresjonizmu, pięknymi obrazami pełnymi barw, ulotności chwili, światła. Monet i jego „Katedra w Rouen”, „Staw z nenufarami”, „Zielona harmonia”, „Stogi” czy „Regaty w Argenteuil”. Degas i jego baletnice. Van Gogh i jego niespokojne obrazy odzwierciedlające stany psychiczne artysty. Toulouse-Lautrec i jego umiejętność obserwacji, połączona z sympatią i zrozumieniem dla ludzkich niedoskonałości. Długo by wymieniać. Na pewno jeszcze tam wrócę.

Winnice na granicy francusko-austriackiej

Wracam do skutera. Mam dużo miejsca, gdyż samochód, który stał za mną już odjechał. Ale ja zamiast szybciutko skorzystać z okazji, że tył mam wolny idę na kawę. A w Paryżu wolne miejsca parkingowe długo wolne nie zostają: za mną na styk parkuje samochód. Nauczona doświadczeniem z Reims zaczepiam kolejnego przystojnego Francuza – oczywiście, pomoże, tylko że tym razem z wyjazdem tak łatwo już nie będzie. Uliczka jest wąska, ruch duży, a samochód za mną zaparkowany bardzo blisko. By wyjechać muszę trzy razy podjeżdżać do przodu, ale miły pan cierpliwie mi pomaga podciągając skuter do tyłu i blokując jadące ulicą samochody. Robi się korek. Kierowcy trochę wprawdzie trąbią, ale nikt się na siłę nie wpycha. Jeszcze miłe merci z mojej strony, au revoir i ogromny sznur aut na czele ze mną rusza dalej.

Kolejna zabawa – jazda po paryskich zaułkach. Cały dzień przemierzam swym maleństwem ulice, place i ronda Paryża, bez przygód dojeżdżam do wyznaczonych celów: Wieży Eiffla, Łuku Triumfalnego, Champs Elysees i Katedry Notre-Dame. Idę spać w hotelu, a następnego dnia spokojnie przemierzam drogę z Francji do Austrii, wśród pól, winnic, przez Ren, wokół Jeziora Bodeńskiego.

Droga alpejska Silverta – trzeba zapłacić myto

Na kolejny dzień przewidziane jest zdobywanie szczytów serpentynami Silvretta-Hochalpenstrasse. Ja trasę tę przejeżdżam od strony Schruns. I wydaje mi się to znacznie ciekawsze, gdyż od tej strony podjeżdżamy serpentynami do góry. Trasę wybudowano w 1954 roku. Ma w sumie długość 22,5 kilometra i tworzą ją 32 serpentyny. W trakcie jazdy pokonuje się różnicę wysokości ok. 1000 metrów. Maksymalne pochylenie na kilku odcinkach wynosi 14%, a średnie pochylenie drogi – ok. 5%. Z powodu lawin, osunięć kamieni i gruntu droga otwarta jest dla ruchu kołowego tylko w miesiącach letnich, o czym informują znaki drogowe. Fantastyczną scenerię tego miejsca dopełnia olbrzymie sztuczne jezioro BielerHohe na wysokości 2032m n.p.m. i wybudowana tama z miejscami widokowymi na panoramę Alp.

Porównując tę trasę z Grossglocknerstrasse, którą przejechałam ta zeszłoroczna podoba mi się jednak bardziej. Jest bardziej widokowa, ma więcej serpentyn, przebiega też przy samym lodowcu. Silvretta-Hochalpenstrasse z jednej strony jest natomiast stroma z zakrętami, a po osiągnięciu najwyższego punktu łagodnie opada w kierunku miejscowości Ischgl.

Moje maleństwo - Suzuki Burgman 650

Przede mną miłe popołudnie w towarzystwie kolegi. Dzień wcześniej po przyjechaniu do hotelu stwierdziłam, że moje lenistwo bierze górę – postanowiłam zmienić plany wyjazdowe. Zamiast się spieszyć z przejazdem przez Silvrettę, chcę się cieszyć pięknymi widokami i odstresować przed powrotem do kieratu. Kilka dni wcześniej z Mirkiem zastanawialiśmy się, czy uda nam się zgrać spotkanie na kawę (on z rodziną jeszcze nie wrócił z wakacji, ja już planowałam powrót do domu na ten dzień) i po moim przedłużeniu pobytu w tym rejonie o jedną noc po szybkiej wymianie sms ustalamy wyjazdowy spot grupy śląskiej. Mimo odległości (około 200 kilometrów!) Mirek wraz z córką wsiada na skuter i już są u mnie – pijemy leniwie kawę na tarasie pensjonatu. Po chwili szybka decyzja o popołudniowo-wieczornym wyjeździe do Lindau nad Jeziorem Bodeńskim. Przejeżdżamy na wyspę gdzie zlokalizowana jest najstarsza część tego ośrodka turystycznego.

Szósty dzień to spokojny powrót do domu przez autostrady Austrii, Czech i polskie drogi.

1 KOMENTARZ

  1. Fajny opis, pewnie skorzystam kiedys.
    Mam tylko jedno pytanie do autora w sprawie jednego zdiecia podpisanego ´´Winnice na granicy francusko-austriackiej´´.
    Pytanie brzmi: od kiedy Francja graniczy z Austria? I w ktorym miejscu? :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ