Każdy zakątek Francji wart jest uwagi: słoneczna Prowansja, winnice Langwedocji czy wietrzne wybrzeża Bretanii. No i Paryż oczywiście. Do tego kuchnia, wino i francuskie piosenki. Francja obiecuje i kusi na wiele sposobów.

Tekst: i zdjęcia: Przemysław Jaworski

5 sierpnia godzina 6.00, Thunderace zapakowany po brzegi. Japońscy inżynierowie nawet po półlitrowej sake nie uwierzyliby, że da się ją prowadzić. Na zawsze zapamiętam ten moment, kiedy wczesnym rankiem wyruszamy spod domu na spotkanie z przygodą. Od tej chwili wszystko smakuje inaczej, wygląda piękniej, adrenalina buzuje, a silnik mruczy jak kot. Po wielu poprzednich wyjazdach na wschód i południe Europy ulegamy nęcącej wysokimi standardami Europie Zachodniej. Decydujemy się na wojaże po Francji w pełnym słońcu, a punktem docelowym jest najwyższa wydma piaskowa w Europie – Pyla.

Szybka droga

Francja kryje mnóstwo pięknych zakatków
Nasze ukochane polskie drogi dość szybko i zdecydowanie odciskają swój ślad na naszych zwieńczeniach pleców. Natomiast Czechy pokonujemy w mgnieniu oka. Słońce jeszcze wysoko świeci nad kaskami, a my już wjeżdżamy do Niemiec. Tego zakątka świata pewnie każdy rodak posmakował lub przynajmniej słyszał o prostych jak stół autostradach i czystości.

Około godziny 18. stajemy na podmonachijskim parkingu. Nie możemy spać przy autostradzie, a tym bardziej czekać na parkingu do zmierzchu. Szukanie miejsca do godnego odpoczynku też nam się jeszcze nie uśmiecha. Jemy kanapki i postanawiamy jechać aż do Jeziora Bodeńskiego. Jeszcze przed zmierzchem znajdujemy w okolicy miejscowości Lindau przepełniony, ale gotów nas ugościć kemping.

Deszcz nas niestety nie oszczędzał
Rozkładamy szybko namiot na pięknej, dzikiej łączce w sąsiedztwie ogromnego kontenera na śmieci. Wieczorem zaczyna się robić chłodniej, więc po dniu w upale mamy chwilę ochłody. Jednak zbliżające się powoli ku nam chmury wrogo połyskują błyskawicami. Tego dnia planowaliśmy przejechać jakieś 700 kilometrów, jednak ostatecznie zamykamy pierwszy dzień wynikiem ok. 1,1 tys. kilometrów.

Siedząc na kempingowej ławce planujemy jutrzejszy dzień: ja chcę odwiedzić grób wielkiego geniusza Felixa Wankla (niemieckiego mechanika i konstruktora, który opatentował silnik z wirującym tłokiem), a żona Sabina drży z emocji na myśl o egzotycznych roślinkach rosnących na wyspie Mainau.

Mainau

Mainau to wyspa w północno-zachodniej części Jeziora Bodeńskiego. Słynie z unikalnych ogrodów (stąd jej potoczna nazwa – Wyspa Kwiatów). Ciepły, wilgotny mikroklimat umożliwia uprawę egzotycznych roślin.

Próby odnalezienia śladów konstruktora spełzają na niczym, a osoby obsługujące biura informacji turystycznej nie potrafią pomóc. W końcu w potokach lejących się z nieba rezygnujemy z dalszych poszukiwań i decydujemy się na podróż w kierunku wspomnianego Mainau.

Mistrzostwo ogrodników budzi szacunek
Droga jest kręta i malownicza. Mimo niepogody spotykamy dziesiątki motocykli, mijamy ukwiecone miasteczka i wioski – wypielęgnowane, czyściutkie i pachnące. Mijamy winnice, plantacje chmielu, tytoniu i sady czereśni, a na horyzoncie widzimy coraz wyraźniej przedgórze Alp.

Niestety naszą idyllę burzą wszechobecne ograniczenia prędkości. Bywają takie miejsca, gdzie trzeba jechać nawet 40 km/h. Decydujemy się na przeprawę promową za parę euro na drugą stronę jeziora w okolice wyspy (połączenie Meersburg-Konstanz). Nie potrafię się jednak skupić na kontemplowaniu piękna przyrody, bo na promie obok mnie staje starszy pan w obskurnym kombinezonie, zarżniętych butach motocyklowych, z kaskiem pamiętającym lata 70., z obrzydliwą chustą na szyi, która kiedyś pewnie była czarna.

U boku pana motocyklisty stoi motocykl, Ducati: widać że leciwy, cudownie spatynowany, sportowy w znaczeniu tego słowa w latach swojej świetności, a dzisiaj po prostu zachwycający. I ten wydech! Chodzi tak jakby miał zamiar rozproszyć tę niepogodę, nic nie robiąc sobie z nieżyczliwych spojrzeń przebywających na promie emerytów.

Mainau

Takich zakątków sa tutaj setki
Tę wyspę odwiedziłem z moim ojcem, kiedy miałem parę lat. Zapamiętałem potężne postaci z bajek całe obrośnięte kolorowymi kwiatami i bananowce z lichymi owocami, ale zawsze to banany, których próżno było szukać w PRL.
Dzisiaj trochę inaczej odbieram to urokliwe miejsce. Po pierwsze parking, czyli miejsca dla motocykli z tablicami informacyjnymi Only Motorbikes – miód na serce. Opłata za wstęp jest wysoka – 20 euro (ok. 80 zł). Niegdyś niekończąca się aleja prowadząca na wyspę stała się krótka jak mgnienie oka. Postaci które pamiętam stały się jeszcze okazalsze. A rośliny? Spaceruję alejkami z żoną (amatorsko ogrodniczką).

– To mamy, to też mamy, to mamy, ale ładniejsze, to mieliśmy, tego nie warto – słyszę co chwila. Okazuje się, że w tej kupie zieleni pod naszym blokiem nie mamy tylko palm i wspomnianych bananowców oraz największego mojego odkrycia: mamutowca olbrzymiego. To ogromne drzewo, bardzo rozłożyste, posiadające mięciutką i włoskowatą korę, od której wzięła się nazwa. Na wyspie ponadto znajduje się pałacyk, kościół i oranżeria, a także zagrody ze zwierzętami hodowlanymi. Przy zagrodach stoją „parkometry”, po zasileniu których usypuje się garść pokarmu dla łakomych spasionych i zmanierowanych zwierzaków. Wracamy spełnieni, na motocykl i w drogę.

Burgundia

Opady zaczynają być nieznośne. Zimno i strumienie lejące się z nieba towarzyszą nam przez całą Szwajcarię. Traktujemy to państwo jako tranzytowe, nigdzie się nie zatrzymując, niczego nie szukając, po prostu prąc w kierunku francuskiego słońca. Ostatecznie wykończeni warunkami pogodowymi i z nich wynikającymi drogowymi, zatrzymujemy się na kempingu, nad jeziorem Le Leman, w okolicach Lozanny.

Le Leman

Jezioro Lemańskie leży na granicy Szwajcarii i Francji. Jest największym jeziorem w Alpach i Europie Zachodniej. Zajmuje powierzchnię 581 m2, a jego głębokość wynosi 310 m.

Leje niemiłosiernie, robi się już ciemno, lecz na szczęście kemping jest przytulny i gościnny. Ekspresowo rozstawiamy namiot, lecz na jedzenie ochoty już nie mamy. Rano – leje! Herbata w barze, kąpiel, pakowanie i jazda. Dzisiaj chcemy zobaczyć masyw Mont Blanc (4810 m n.p.m.).

Mont Blanc

Polskie tłumaczenie nazwy to Biała Góra. Jest najwyższym szczytem w Alpach i jednocześnie w Europie (4810 m n.p.m.). W 1965 r. pod masywem wybudowano tunel, który łączy Francję z Włochami. Tunel ma prawie 12 kilometrów długości i w najwyższym miejscu wznosi się na wysokości 1381 m n.p.m., stanowiąc fragment drogi E25.

Czasem krajobrazy wyglądały dziwnie znajomo
Przekraczamy granicę szwajcarsko-francuską. Wciąż leje, tak że świata nie widać. Tylko tablica informująca o aktualnym położeniu mówi, że patrząc w lewo do góry widzimy właśnie najwyższy szczyt w Europie.  Jedziemy pięknymi serpentynami i ciasnymi łukami, drogą numer N508 wykutą w skale. Ruch bardzo niewielki, a motocykli prawie nie ma. Kultura pracy naszej Yamaszki oraz droga rekompensują „niedostatki” aury.

Jadąc alpejskimi szlakami nie mamy żadnego konkretnego celu, po prostu cieszymy się trasami i powoli posuwamy się na zachód. Niedaleko (okolice Grenoble) miał tu miejsce potworny wypadek polskiego autobusu z pielgrzymami. Trasa jest naprawdę bardzo wymagająca, jest potwornie mokro, kręto i ciasno.

Takie widoki nie należą we Francji do rzadkości
Mijamy Lyon i Clermont ucząc się posługiwać francuskimi drogowskazami. Ktoś może się z tego śmiać, ale jadąc poza autostradami, na nieznanym terenie, korzystając ze słabej mapy można mieć w tym przepięknym kraju niemałe kłopoty z dotarciem do określonego miejsca.

Nasz cel się zbliża. Fascynująca jest zmiana krajobrazów wygładzających się Alp. Francuskie miasteczka są przepiękne, a wioski nie gorsze. Wypatrujemy przy okazji starych Citroenów DS i 2CV. Tak mija nam droga do Bordeaux, która zajmuje nam dwa dni. W okolice Pyli dojeżdżamy bardzo późnym wieczorem. Okolica tętni życiem: zastępy młodzieży, korowody samochodów, wszędzie gra muzyka. Pogoda ostatniego dnia się zmienia, aby właśnie w tej części kraju osiągnąć temperaturę oraz przejrzystość nieba godną wymarzonych wakacji.

Czasem gorący asfalt jest lepszy niż najlepszy hotel
Jeździmy nocą od kempingu do kempingu, odwiedzamy parking dla kamperów i nigdzie nie ma dla nas miejsca. Dla jednego motocykla, dwójki turystów z Polski oraz maleńkiego namiociku. Próbujemy na dziko, ale jesteśmy padnięci, a wszędzie dookoła las stojący na piasku. Wreszcie kładziemy się na parkingu przy markecie, opatulając się śpiworami. Czasem gorący asfalt jest jak najwygodniejsze łóżko. Dość ciekawa jest zawsze w takich sytuacjach pobudka: otwierasz oczy i nie wierzysz, że śpisz na parkingu zapełniającego się samochodami klientów sklepu. Dalszy ciąg poszukiwań kempingu – wreszcie bardzo uprzejma młoda obsługa jednego z nich prosi, obyśmy poczekali trzy godziny i gdzieś nas wepchną.

Dune du Pilat

Ze szczytu wydmy można podziwiać nieziemskie widoki
Tak właśnie brzmi właściwa nazwa tego cudu natury. Góra piasku przez duże „P”, sen murarza, wielka, potężna kupa piachu. Stojąc u stóp ściany o wysokości ok. 120 metrów, człek myśli czy lęk wysokości pozwoli mu wejść na szczyt. Drętwienie w kończynach to zasługa wyobraźni i drabiny, po której trzeba się wspiąć. Drabina nie posiada żadnych zabezpieczeń i żadnej poręczy, a w dodatku leży na niemal pionowym zboczu.

Spojrzenie w dół: ludzie maleńcy jak zapałki. Mimo tego, że mam lęk wysokości, na tej pionowej skarpie piachu czuję się bezpiecznie. Na wysokości 2/3 wydmy nogi się buntują. Wszyscy, którzy się wspinają ciężko dyszą. Spojrzenie w dół: ludzi już prawie nie widać, teraz to drzewa są zapałkami. Panorama jest zabójczo piękna, ale to jeszcze nie koniec drogi w górę. Szczyt: 115 metrów, choć źródła podają różną wysokość (nawet 124 metry).

Wejście na Dune du Pyla nie było wcale łatwe
Patrząc w kierunku lądu widać już niemal tylko potężny las. Gdy zerkamy w kierunku Atlantyku w oddali majaczy piaszczysty półwysep, dryfujący po bezkresie niebieskiej wody i maleńkie punkciki, będące jachtami przybywających tu bogaczy. Aby dostać się nad brzeg oceanu trzeba zejść z tej góry piasku, tyle, że dużo łagodniejszym spadem. Do oceanu schodzi się bardzo przyjemnie, za to powrót można przekląć. Już nie ma żadnej drabinki, nogi zapadają się po kostki w piachu, a wierzchołek wydmy wydaje się niemal nieosiągalny.

Wydma zapełnia się ludźmi głównie świtem i o zachodzie słońca. Dziesiątki statywów z aparatami, zakochani, całe rodziny, młodzież, wszystkie języki świata. Wydma ma ok. 500 metrów szerokości i ok. 3 kilometry długości. Jest największą wydmą w Europie oraz trzecią co do wielkości na świecie. U jej podnóża znaleźć można zatrzęsienie kempingów o różnym standardzie. Ceny wcale nie są niskie. Za nasze pole namiotowe płacimy równowartość 100 zł za noc. Ludzie są bardzo przyjaźni, a na miejscu można spotkać bardzo wielu motocyklistów – prawie jak na zlocie.

Dune du Pyla

Wydma Piłata jest położona obok miejscowości La Teste-de-Buch, w odległości 60 kilometrów od Bordeaux. Diuna ma wysokość ok. 120 metrów i stale wzrasta. Przemieszcza się w tempie ok. 5 m/rok i jest jedną z 1,5 tys. wydm w tym rejonie Francji.

Ciche francuskie miasteczka mają swój niepowtarzalny klimat
Niestety urlop ucieka nieubłaganie, poza tym, nie przepadamy za stacjonarnymi wakacjami. Po dwóch dniach leniuchowania wracamy więc do siodła. Jedziemy bocznymi drogami, aby dotrzeć i zwiedzić La Rochelle. Podróż przebiega szybko i komfortowo.

Stoimy u bram ładnego, przytulnego miasteczka. Pamiętające wiek XII mury miasta doświadczyły wielu tragedii na tle religijnym. Anglicy oraz Francuzi całe wieki zbrojnie przekonywali się, kto powinien rościć sobie pretensje do tego znaczącego niegdyś węzła handlowego i ważnego strategicznie portu. Dzięki staraniom współczesnego mera miasta, możemy dzisiaj podziwiać historyczne, siedemnastowieczne centrum, wolne od ruchu kołowego. Pozwala to bezkarnie snuć się uliczkami wolnymi od samochodów i supermarketów.

Gotycka brama Porte de la Grosse Horloge stanowi wejście na Stare Miasto. Czternastowieczne: Tour de la Chaine, Tour St-Nicholas oraz Tour de la Lanterne to piękne wieże, z którymi związane są liczne historie prawdziwe i te nieco naciągnięte. Jemy lody i na motocykl – ku plażom Normandii. Jednak zanim dotrzemy do celu, mamy zamiar zawitać w katedrze mającej naszym zdaniem wszystkie katedry pod sobą: Le Mont Sant Michel.

Mont St. Michel

Opactwo zbudowano na wyspie Mont Tomie (grobowiec na wzgórzu). Jego początki datuje się na 966 rok, kiedy to książę Ryszard I ufundował benedyktynom dach nad głową. Burzliwa historia tego miejsca, niesamowity kunszt budowniczych i wspaniałe krajobrazy przyciągają co roku niemal milion odwiedzających.

Mont St Michel - klasztor na wyspie
Zamczysko jest klasztorem, zbudowanym na wyspie połączonej z lądem długą groblą. Początki zagospodarowania wyspy datuje się na VIII wiek. Dzięki coraz bardziej wyrafinowanym konstrukcjom geometrycznym w miarę upływu stuleci granitowa budowla rozrastała się mimo ograniczonej przestrzeni. Widok imponujący. Na szczycie katedry, która stanowi centralną i najwyższą budowlę wyspy wznosi się złocony Michał Archanioł z uniesionym mieczem – najbrutalniej wojujący z pogaństwem i złem duch kościoła i jednocześnie patron tego miejsca.

Nasza próba dostania się do środka katedry kończy się zwiedzaniem dawnej drogi pielgrzymkowej z XII wieku, która dzisiaj stanowi zlepek sklepów, kawiarenek itp., służącym turystom o pełnych sakiewkach. Na skraju stałego lądu, skąd niczym dywan ciągnie się ku wyspie grobla, powstało miasteczko z hotelami i domkami kempingowymi, gdzie spędzamy noc.

Plaże Normandii
Rano pogoda znów płata nam figla – leje. Fascynujące w podróżowaniu po Francji są znaczne różnice w architekturze, planach zabudowy oraz klimacie odwiedzanych regionów. Nawet niesprzyjające warunki atmosferyczne nie są wstanie popsuć przyjemności w odkrywaniu nowych miejsc tak różnych od tych, które niedawno zostawiliśmy za sobą.

Plaże inwazji aliantów w 1944 r. mimo tak silnie odciśniętego piętna, mimo rozdzierającej serce świadomości potwornego ludzkiego cierpienia, również zachwycają swym pięknem. Rozpoczynamy spotkanie z historią od plaży Utah. Później idziemy na plażę Omaha, Gold, Juno i Sword. Odwiedzamy też cmentarze, miejsca gdzie odbyły się najzacieklejsze bitwy, muzea, trójwymiarowe kino traktujące o dniu „D”. Jednego dnia na tych plażach zginęło ok. 100 tys. żołnierzy, a pół miliona zostało rannych lub zaginęło bez śladu.

Plaże Normandii

Plaże oznaczone kryptonimami Utah, Omaha, Gold, Juno, Sword stały się 6 czerwca 1944 roku świadkami najkrwawszej bitwy II Wojny Światowej. Będąc tam nie wolno ominąć kilku miejscowych muzeów, ogromnego cmentarza, na którym spoczywają również szczątki polskich żołnierzy czy pozostałości portu Mulberry (sztucznego portu zbudowanego na czas inwazji).

Stolica Europy

Doskonałe zestawienie estetyczne
Wsiadamy na motocykl i powolutku kierujemy się w stronę Paryża. Droga przebiega sprawnie i już wczesnym wieczorem rozglądamy się po stolicy Francji za noclegiem. Znajdujemy ogromny kemping na południowym brzegu Sekwany. Pole namiotowe zapchane tak, że szpilkę trudno wetknąć, panie w recepcji odsyłają wszystkich oczekujących z kwitkiem. Nie tracąc nadziei, podchodzę kiedy przychodzi moja kolej.

Szybko tłumaczę, że jesteśmy wyczerpani po dniu jazdy na motocyklu z Polski, a namiot mamy maleńki – udaje się. Pani łaskawie prowadzi nas pod ogrodzenie przy samym wejściu głównym. Znowu zaczyna padać. Nie ma już czasu na marudzenie i zastanawianie się nad rozmieszczeniem namiotu. Stawiamy naszą chałupę i padamy z wycieńczenia. Jutro idziemy na obchód Paryża.

Ponieważ napisano o nim miliony książek i powiedziano jeszcze więcej pięknych słów, nie będę próbował reklamować tego miasta. Na miejscu skupiamy się jedynie na największych atrakcjach. Po pierwsze – Luwr. Miejsce ciekawe nie tylko z powodu zbieraniny (dosłownie) najwspanialszych dzieł sztuki, ale również z powodu ciągłego rozwoju konstrukcji. Narodziny twierdzy datuje się na XII w. Kolejno budowla ulegała wizjom królów i cesarzy, a od 1989 roku wejście do muzeum stanowi szklana piramida.

Tego obrazka komentować nie trzeba
Wewnątrz ruch niczym w czasie papieskiej pielgrzymki, a oglądanie zebranych tu dzieł, o których słyszeliśmy w szkołach, raczej wykluczone z powodu nieprzebranych tłumów zwiedzających. Kolejnym miejscem jest Katedra Notre Dame. Wybudowano ją w wieku XII. Miała tu miejsce w 1804 roku koronacja m.in. Napoleona. Piękna budowla, idealnie wykończona, a perfekcyjnie wykonane fasady, łuki przyporowe i liczne rozety zapierają dech w piersi.

Centre Pompidou to zupełnie inna para kaloszy. Nowoczesny budynek wywrócony na lewą stronę, ruchome schody, windy, kanały powietrzne i instalacje wodne, a nawet masywny stalowy szkielet konstrukcji zostały wyeksponowane na zewnątrz. Wnętrze budynku stanowi Musee National d’Art Moderne (Muzeum Sztuki Współczesnej oraz Główna Biblioteka Publiczna Paryża). Ta szokująca plątanina rur, szkła i stali jest od momentu swojego powstania w 1977 roku jedną z najważniejszych atrakcji Paryża.

Francuzi mają ciekawe pomysły architektoniczne
Obrót na pięcie o 180 stopni i idziemy na Plac de la Concorde (Plac Zgody). W czasie Wielkiej Rewolucji zniszczono stojący tu pomnik Ludwika XV, a na jego miejscu postawiono gilotynę, na której ścięto m.in. Ludwika XVI, Marię Antoninę, Dantona, Robespierre. Łącznie zginęło tu przeszło 1300 osób. Pośrodku placu wznosi się obelisk z czerwonego granitu, pochodzący z jednej ze świątyń egipskiego Luksoru. To autentyczny obelisk staroegipski, a wykute na nim hieroglify sławią czyny Ramzesa II. Najbliższy most (z 1790 roku) skonstruowano z kamieni pochodzących ze zburzonej Bastylii.

Teraz przychodzi kolej na Grand Palais. Duża, przeszklona hala wystawowa została zbudowana na wystawę światową Expo, jaka odbyła się w Paryżu w 1900 roku. Cechą charakterystyczną budynku jest szklana kopuła oraz frontowe kolumny w stylu secesyjnym. Następnie idziemy pod Łuk Triumfalny. Do Arc de Triomphe prowadzi m.in. Avenue Des Champs Elysees (Aleja Pól Elizejskich).

Avenue Des Champs Elysees

Reprezentacyjna aleja Paryża łącząca Plac Zgody z Placem Charles’a De Gaulle’a (na którym stoi Łuk Triumfalny), a dalej z nowoczesną dzielnicą biznesową – La Défense. Długość ulicy wynosi blisko dwa kilometry.
Na miejscu obecnych Pól Elizejskich do roku 1616 były pola uprawne, przez które Maria Medycejska poprowadziła drogę wysadzaną drzewami. W roku 1640 drogę tę przedłużono z Luwru do Ogrodu Tuileries, a w roku 1724 do Placu Gwiazdy (dawna nazwa placu Charles De Gaulle).

W XVIII wieku aleja ta stała się modnym deptakiem spacerowym i miejscem spotkań arystokracji. W roku 1828 postawiono tu oświetlenie gazowe i fontanny oraz ułożono chodniki.

Co roku podczas francuskiego święta narodowego 14 lipca (rocznica zdobycia Bastylii w 1789 roku) wzdłuż Alei odbywa się defilada wojskowa, którą odbiera prezydent Republiki.

Okropny żelazny stelaż w nocy robi kosmiczne wrażenie
Już z oddali widać znany w całym świecie łuk. Miał on być obiektem, który przywita zwycięskie wojska Napoleona po bitwie pod Austerlitz. Prace nad budowlą rozpoczęto w 1806 roku, jednak w wyniku niesprzyjających wydarzeń, jakie spotkały Napoleona, ukończono go dopiero 30 lat później. Łuk o wysokości 50 metrów ozdabiają pełne dynamiki płaskorzeźby, wyryte daty zwycięskich bitew, nazwiska dowódców. W 1920 pod sklepieniem budowli złożono symbolicznie ciało Nieznanego Żołnierza, upamiętniając w ten sposób ofiary I Wojny Światowej.

Obieramy teraz kierunek na leżącą na stromym wzgórzu dzielnicę Montmartre, czyli miejsce związane z artystami. Miło popatrzeć na pracujących na Place du Tertre malarzy. Najważniejszym obiektem dzielnicy jest kościół Sacre-Coeur. Wydłużona kopuła kościoła jest drugim z najwyższych punktów w Paryżu. Choć Montmartre może pochwalić się wieloma wartymi odwiedzin zakamarkami, to my wracamy w stronę Sekwany. Po drodze zahaczamy o Plac Pigalle, o którym dzięki Hansowi Klossowi słyszał każdy Polak.

Do środka motocyklem nie wpuszczali
Niestety to chyba najmniej atrakcyjne miejsce w mieście pod względem ilości zabytków. Można jedynie tu wejść do jednego z licznych domów publicznych. Czas biegnie nieubłaganie. Nie mamy liczników przebiegu w butach, ale przeszliśmy już przynajmniej 18-20 kilometrów. Zaczyna zmierzchać, znowu leje, a przed nami jeszcze niezaprzeczalnie najsłynniejszy symbol Paryża – wieża Eiffla. U kolumn stanowiących stopy wieży znajdują się kasy, do których trzeba odstać blisko godzinę.

Przy okienku kupujemy trzeci z możliwych biletów: na pierwszy poziom na wysokości 57 metrów na który prowadzą schody (dokładnie 360), na drugi poziom, który można osiągnąć windą lub 700 stopniami oraz trzeci poziom – 274 metry (tylko winda).

Wizyty w Notre Dame także sobie nie odmówilismy

Pogoda się pogarsza i wzmaga się wiatr. Winda przenosi nas na drugi poziom, gdzie czeka nas przesiadka do innej windy prowadzącej na szczyt. Tłok niesłychany. Ja bardzo boję się wysokości i już drugi poziom zmiękcza mi nogi. Przesiadka z windy do windy to również rytuał, który trwa co najmniej pół godziny. Sama podróż wśród rozświetlonego szkieletu wieży jest cudownym przeżyciem. Flesze aparatów szaleją, kamery video łapczywie spijają każdą chwilę z podróży po konstrukcji. Turyści we wszystkich językach świata wznoszą „achy” i „ochy”.
Wysiadamy na ostatnim poziomie, czyli tarasie, z którego można podziwiać całą panoramę Paryża zza szyb. Na suficie na podświetlonej tablicy, zgodnie z kierunkiem wypisano stolice wraz z odległością dzielącą je w linii prostej od wieży. Jest oczywiście i nasza Warszawa. Gra świateł Paryża nocą jest niepowtarzalna. Z tego tarasu po pokonaniu paru schodków wchodzimy na ostatni udostępniony dla turystów taras – odkryty. Ta pozycja mocno mnie wyczerpuje emocjonalnie. Wieje gwałtowny wiatr niosący zimne, wielkie i kłujące krople deszczu, a pod jego naporem wieża ugina się minimum metr od osi niczym piekielne wahadło.

Zapach potrawy

Winnice - szkoda, że nie mogliśmy tankować wina wprost do żołądków
Do zobaczenia pozostały nam jeszcze dziesiątki ważnych, pięknych paryskich zakątków, lecz powoli zbliża się nieubłaganie tzw. godzina duchów, do namiotu daleko, a zmęczone ciało zaczyna się buntować. Wciąż padający deszcz potęguje chłód. Nie wiem o której docieramy pole namiotowe. Ważne jest to, że zdarta skóra stóp i odciski następnego dnia wyłączają wszystkie receptory w moim mózgu, a w takiej sytuacji zachwycanie się Paryżem jest niemożliwe.

Postanawiamy więc powłóczyć się po stolicy na motocyklu, kupić prezenty dla najbliższych i wcześniej położyć się spać, aby następnego dnia ruszyć wypoczęci w stronę Polski. Z ważniejszych miejsc odwiedzonych tego dnia warto odnotować dzielnicę biznesu – La Defense i jej najważniejszy budynek – La Grande Arche, stanowiącą współczesną wersję Łuku Tryumfalnego. Dzielnica ciekawa i warta odwiedzin.

Paryż, który zobaczyliśmy w dwa dni, to zaledwie zapach wspaniałej potrawy, którą będzie nam dane skosztować jeśli poświęcimy jej tydzień.

Powrót

Wytyczamy do Katowic najprostszą drogę z możliwych. Kolejne 2 tys. kilometrów pokonamy niemal wyłącznie asfaltami autostrad. Prędkość oscyluje miedzy 140 a 180 km/h, zatrzymujemy się tylko na tankowanie i tak aż do późnych godzin wieczornych. W okolicach miejscowości Zwickau w Saksonii, na stacji benzynowej przy autostradzie wyciągamy śpiwory i zasypiamy. Rano szybkie pakowanie, guma do żucia i po włożeniu kasku ruszamy w drogę. Jak już jesteśmy w okolicy miasta, gdzie narodził się Trabant, to przy okazji chcemy odwiedzić muzeum poświęcone tej marce. Niestety Zwickau nie pachnie już spalinami rodem z silnika dwusuwowego. Miasteczko raczej brzydkie, przemysłowe, mocno nie turystyczne. Jednak największe rozczarowanie to zamknięte muzeum. Przekraczamy granicę z Polską, a parę godzin później witamy się z bliskimi.

Pokonaliśmy łącznie ok. 6 tys. kilometrów. To były moje drugie wakacje we Francji i mimo niepogody, która towarzyszyła nam niemal całą drogę, będę do nich wracał pamięcią z ogromną przyjemnością.

 

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ