Gdy prześledziłem w internecie historie różnych wypraw, zostałem odarty z jakichkolwiek złudzeń. Dookoła Morza Czarnego przejechać się nie da, granica Rosji z Gruzją jest bowiem po wojnie zamknięta. Cóż, nam się jednak udało. 

Tekst: Rafał „Piast” Mysiorek; zdjęcia: Mirek Smoczyński, Rafał Mysiorek

Wymyśliliśmy, by spróbować przez Abchazję. Są tam przecież mocne wpływy Rosji – może warto spróbować? Wizy do Rosji jakoś sprawnie udaje się załatwić. Specjalne pozwolenie na wjazd do Abchazji – po perypetiach też załatwione. Pełni optymizmu ruszamy ze Smokiem, kompanem z poprzedniej podróży, po nowe przygody. Planujemy jechać odwrotnie do wskazówek zegara. Słowację i Węgry traktujemy raczej tranzytowo.

 

Motocykl  jak torpeda

Startujemy 1 lipca około 6 rano. Słowacja, Węgry, Rumunia i Transalpina – przelot prawie cały czas w deszczu. Postój w Bukareszcie – i docieramy wreszcie nad Morze Czarne. Lokujemy się w mieście Costinesti – wypisz wymaluj nasze Władysławowo i następnego dnia ruszamy w stronę Bułgarii. Po drodze zahaczamy o Złote Piaski. Zawsze chciałem je zobaczyć – dla zawodowych kurortowiczów będzie to strzał w dziesiątkę. Wypasione hotele, długa plaża z różnymi atrakcjami, leżaki do wynajęcia itd. To jednak nie dla nas – jedziemy dalej. Upał daje już nam w kość. Jest ponad 30 stopni i trzeba robić często przystanki na uzupełnienie płynów. Już za Burgas pytamy o miejsce na namiot – lokalesi wskazują okolice Lozenec.

Transalpina – ostatnie fragmenty bez asfaltu
No to jedziemy. Asfalt, potem droga polna, ostry zjazd w dół – i nic. Przejazd przez błoto: tylne koło łapie uślizg, tył mi odjeżdża i leżę. Szybkość na szczęście żadna, więc w zasadzie nic wielkiego się nie stało. Czekam na Smoka, a jego nie ma. W pewnym momencie widzę kilogramy błocka rzucone w górę i wir w krzakach. Smokowi uślizguje się przednie koło, potem dokręca gaz, ale tył jest już w poprzek do osi jazdy, więc GS wyskakuje jak torpeda obracając się w powietrzu o 180 stopni i ostatecznie ląduje w krzakach w rowie. Wygląda to słabo – jestem pewien, że we dwójkę nie wyciągniemy motocykla z krzaków. Pomaga nam na szczęście przypadkowo spotkany Bułgar. Moto jest w jednym kawałku, silnik pali, można jechać. Straty: oprócz osłabionego morale, odgięty prawy gmol i wygięty prawy kufer. Idzie w ruch gumowy młotek i w 15 minut kufer się domyka. Humory powoli też wracają.

Motocykle przyciągają uwagę – odwiedza nas Misza, sympatyczny gość. Przynosi nam słodycze – tak się składa, że jest właścicielem zakładu cukierniczego i przyjechał tu na urlop. Powoli rozwiązuje mu się jezyk – okazuje się, że był wcześniej snajperem w Afganistanie, a później na wojnie bałkańskiej po stronie serbskiej. Nie, to nie jego wojny, żadna z nich nie była jego, walczył tam tylko dla pieniędzy. Najemnik znaczy się. Za pieniądze zabijał ludzi z karabinu z odległości kilometra.

Misza przestaje już być fajnym, sympatycznym gościem – wyczuwa to i szybko znika.

 

Balony nad Kapadocją

Nazajutrz szykujemy się do startu. Ciepłe śniadanie – mleko w proszku zalane gorącą wodą i trochę słodzika. Tniemy w kierunku Istambułu. W Bułgarii droga kręta, dużo winkli, a nawierzchnia marna – wyrwy w asfalcie, na zakrętach niebezpieczny piach i żwir. Wjazd do Turcji – po godzinie możemy jechać dalej. Na przedmieściach Stambułu lądujemy w niezłym hotelu, w pokojach jednoosobowych po 80 zł. Jest idealnie. Zrzucamy graty i zaczynamy od zwiedzania. Miasto jest potwornie drogie. Piwo w knajpie to wydatek średnio 22 zł, a w sklepie – 8 zł. Piąta rano, a my już żegnamy się z Istambułem. Po drodze mijamy słone jezioro Tuz.

Instambuł to absolutna mieszanka kultur i religii
I nie tylko woda jest tu słona: sól zbiera się na brzegu i można wręcz ją pakować do worków. Dojeżdżamy do Belisirma. Droga za wioską się zwęża i idzie ostro w dół. Tego szukaliśmy: po obu stronach knajpki ze stolikami ustawionymi na wodzie. Patent prosty, ale urokliwy. Miejsce położone jest w kanionie przy niewielkim strumieniu. Jest zielono, a drzewa dają cień i w ten sposób chronią przed słońcem.

W nocy budzi mnie totalny jazgot. To bezpańskie psy. Jeden zaczyna szczekać, a odpowiada mu echo, więc i on odpowiada na echo. Za moment dołączają się inne i robi się zadyma połączona z walkami w stadach. Co jakiś czas słyszę wycie zranionego zwierzęcia – tak całą noc. Spać się nie da. Zatem dobra rada – zatyczki do uszu obowiązkowe. Następnego dnia Goreme, serce Kapadocji. To właśnie tutaj można obejrzeć wykute w skałach klasztory oraz całe starożytne osady. Jeździmy, zwiedzamy, dzień mija. Finał dnia to zachód słońca nad Kapadocją, który oglądam z punktu widokowego. Czerwony krąg powoli znika za horyzontem i stopniowo zapadają ciemności. Wsiadamy ze Smokiem na maszyny i wracamy do bazy.

Kolejnego ranka o 5. zrywam się z łóżka, obmywam tylko twarz i wymykam się z pokoju. Po cichu, by nie budzić jeszcze śpiących, wypycham motocykl i odpalam go zjeżdżając na luzie drogą w dół. Mam nadzieję, że nie będzie za późno. Dojeżdżam na miejsce – wszystko w porządku, zdążyłem! Kilkadziesiąt ekip szykuje sprzęt i za moment nad Kapadocją zaczynają unosić się balony. Każdy z nich ma inne barwy i własny charakter. Te kilkadziesiąt balonów na niebie Kapadocji zapamiętam do końca życia.

Balony nad Kapadocją

Czas ruszać dalej, w stronę Gruzji. Dobry nastrój psuje nam padający deszcz i zapadające powoli ciemności. Siadają też hamulce w motocyklu Smoka – w przypadku zblokowania przedniego koła może być niebezpiecznie. Co jakiś czas robimy przerwy, by schłodzić tarcze. Wreszcie dojeżdżamy do Giresun. Hotel – kompletna abstrakcja. Pokoje są, ale nie ma do nich kluczy. Do jedzenia też nie ma nic. W mojej łazience jest ciepła woda, u Smoka brak. Robimy kolację we własnym zakresie. Nagle w drzwiach mojego pokoju pojawia się jakiś jegomość. Uśmiecha się, robi głupie miny, po czym bez pytania wchodzi do mojej łazienki i bierze prysznic. Sytuacja jest tak absurdalna, że tarzamy się ze śmiechu. Podejrzewamy, że to program z cyklu „Ukryta kamera”. Uspokajamy się trochę – zaczynamy nad mapą planować dalszą trasę, gdy następny gość wchodzi do mojej łazienki. Wakacje w Tworkach. Na szczęście limit „obcych” w moim pokoju na ten dzień się wyczerpał.

 

Podążaj za niebieskim Żiguli

Droga do granicy z Gruzją idzie sprawnie. O 14. wjeżdżamy do Batumi i zostajemy tu na noc. W międzyczasie Smoku nakręca miejscówkę, gdzieś koło bazaru, podobno mega tanio. Ruszamy za błękitnym Żiguli. Jedziemy i jedziemy, mijamy bazar, a od centrum jesteśmy już bardzo daleko. Spojrzenie na Smoka – nie potrzeba komunikatorów: odwrót. Panowie mieli pewnie czyste intencje, ale lokalizacja jest bardzo niekorzystna. Znajdujemy inne miejsce.

Drogi w Gruzji wcale nie są takie złe

Startujemy o 8 rano w stronę Tbilisi. Wybieramy drogę podrzędną, mniej uczęszczaną. Pierwsze 40 kilometrów to bardzo dobry asfalt. Nawet jestem zaskoczony, bo słyszałem już opowieści o tym, że z drogami tu słabo. Potem asfalt trochę słabszy, ale bez zarzutu. Prawdziwa zabawa robi się od 60. kilometra. To nawet nie szutry: resztki asfaltu wymieszane z szutrem, a raz na jakiś dziura wzmagająca czujność. Potem kamienie z wjazdem pod górę i w dół. I lepka, zdradliwa maź błotna. Na jednym z odcinków podczas pokonywania strumienia klinuje mi się przednie koło. Skutek – gleba w potoku. Podnoszenie maszyny ważącej z bagażem 300 kg idzie mi źle: w stresie brakuje techniki, a siła pomaga tylko trochę. Jak zawsze można liczyć na Gruzinów – z pomocą idą pracujący niedaleko drwale. Jedyny ubytek to wgięta osłona cylindra. Rozbijamy obóz dokładnie za rzeką obok wykutych w skale klasztorów Vardzia. Miejsce cudowne: łąka, rzeka, odkrywamy nawet termiczny basen siarkowy, wydzielający smród zgniłych jaj.

Rano lecimy już do Tbilisi, zahaczając o Mtscheta, dawną stolicę. W Tbilisi łapiemy nocleg w hostelu na Starym Mieście. Dookoła odrapane kamienice, podwórka z wejściem na własne ryzyko, ale czuć swoisty klimat. Niedaleko, nad rzeką zbudowano kładkę ze szklanym dachem – to pocztówkowy symbol tego miasta.

Gruzińska Droga Wojenna

Startujemy na Gruzińską Drogę Wojenną w kierunku granicy z Rosją. Widoki robią wrażenie. Jedziemy doliną, a otaczają nas góry wysokie na ponad 3000 metrów. Odprawa po stronie gruzińskiej to pestka. Między posterunkami znajduje się strefa buforowa, ale jadąc w oddali widzę już część rosyjską. Robię krótkie ujęcia otaczających nas widoków. Dojeżdżamy do kolejki samochodów i grzecznie ustawiamy się do wjazdu. Przesympatyczna pani bardzo szczegółowo ogląda każdą kartkę mojego paszportu. Sprawdza absolutnie wszystko. Wklęsłość napisów na okładce. Klej pod moją wizą wjazdową do Rosji. W pewnym momencie pojawia się oficer. – Rafał, idi sa mnoj – mówi głosem nie uznającym sprzeciwu. Oficer zaczyna mnie odpytywać – a skąd, a dokąd, a ile dni tam, a ile dni tu, a po co, a co robię w Polsce? Pyta jeszcze o kamerę – czy ich specjalista może ją obejrzeć? Jasne, że tak. Sytuacja niezbyt przyjemna, choć atmosfera sielska – wszystko z uśmiechem na twarzy, z żartem, a nawet z przeprosinami za te wszystkie pytania. Odzyskuję paszport, w środku wypełnione już przez celniczkę papierki. Po blisko trzech godzinach odprawy wjeżdżamy do Rosji.

Parking we Władykaukazie – robimy ze Smokiem naradę, co dalej. Podjeżdża auto. Wysiada z niego wygolony postawny jegomość – niedobrze, nasza czujność rośnie, rozglądamy się gdzie wiać! A facet tak po prostu pyta, czy może nam jakoś pomóc! Wskazuje właściwą drogę – i już wiemy co dalej. Za Nalczikiem zaczyna się autostrada, ale po kilku kilometrach okazuje się, że przejechać nie damy rady – droga zamknięta. Za nami zatrzymuje się Lexus, a kolejny Rosjanin oferuje pomoc. Mamy jechać za nim, wyprowadzi nas. Pytamy jeszcze o miejsce do spania i tniemy za Lexusem jakieś 100 kilometrów, sprawnie omijając policyjne patrole.

Krajobrazy jak z Tolkiena

Od rana naszym celem jest dotarcie do Morza Czarnego. Na odcinku około 200 kilometrów mijamy chyba 20 patroli, ale udaje się uniknąć nieprzyjemnych spotkań. W okolicy małego miasteczka Mikołajew znajdujemy zjazd do morza i wjeżdżamy na namiotowisko. Rozbijamy się przy plaży, ale GS wzbudzają ogromne zainteresowanie. Cały czas ktoś nas o nie zagaduje albo robi zdjęcia.

Prom Kavkaz-Kercz, granica z Ukrainą. Przed wjazdem obserwuję, co robią wysiadający z niego pasażerowie. Wszyscy, absolutnie wszyscy piesi – i ci z dziećmi, i ci z kilkoma torbami – sprintem, ile sił w nogach, biegną w stronę okienek. – Alarm bombowy czy co – pytam pogranicznika – co się stało? – Jak to co się stało? Eto Rossija. Każdy chce być pierwszy przy okienku paszportowym.

Ruszamy w kierunku Jałty. Za Feodosją odbijamy z drogi głównej i jedziemy winklami pnącymi się w górę i dół po marnej nawierzchni. Teren górzysty, a droga za jakiś czas dochodzi do morza. Zatrzymujemy się w jednej z wielu z miejscowości letniskowych – jarmark jak wszędzie, ale z elementami oryginalnego folkloru. Kwas chlebowy leje się jak piwo z beczki. Poznajemy sąsiadów: ona Ukrainka, on Japończyk, a z nimi bardzo rozrywkowa dziewczynka o imieniu Leila. Mała świetnie mówi po japońsku i brzmi to świetnie, a z nami rozmawia po rosyjsku. Mama i córka ewakuowały się rządowym samolotem po tsunami w Japonii. Mieszkają w okolicy Fukushimy i mogły być narażone na skażenie promieniowaniem. Termometr wskazuje 41 stopni w cieniu. W Odessie zaopatrzenie w wodę, potem szukanie miejsca na namiot. Odbijamy od głównej drogi szukając zjazdu nad brzeg jeziora. Super polana, a za nią zejście do wody. Zanurzam się w ciepłej wodzie, tak jak stoję, w ciuchach, bo należy im się pranie.

Prom Kavkaz-Kercz, granica z Ukrainą

Szykujemy się na wjazd do Mołdawii. Przez ukraińską granicę przechodzimy spokojnie, jednak później robią się komplikacje. Po konflikcie w tym regionie przejście to prowadzi do Naddniestrza. Zaczyna się cały korowód związany z wjazdem. Najpierw sprawdzanie dokumentów, przeplatane słabo zawoalowanym żądaniem łapówki. Że niby szybciej pójdzie odprawa. Wreszcie zapinamy dalej. Po drodze wpadamy na zaporę drogową. Amfibia, szlabany, wojsko, kałachy w gotowości. Udaje się przejechać – niedługo docieramy do Milestii Mici. Wjeżdżamy do podziemnego winnego miasta. Są tu nazwy ulic, a bus kręci to w lewo, to w prawo. Pierwszy przystanek na głębokości 40 metrów. Ciągną się tu aleje wielgachnych bek z dojrzewającym winem. Jedziemy dalej, do przystanku na głębokości 80 metrów. Jest już chłodno, a my oglądamy kolekcję ponad 2 milionów butelek win (rekord ten jest w Księdze Rekordów Guinessa). Korytarze ciągną się przez ponad 55 kilometrów.

Pakujemy się z rana. Próbuję uporządkować dokumenty po przeprawie na ostatnich granicach. Brakuje mojego prawa jazdy. Kilkakrotnie przetrząsam kieszenie, sakiewki, schowki, torbę, bagaże – i nic. Prawdopodobnie w trakcie zadymy z dokumentami na granicy gdzieś się zawieruszyło. Jechać dalej jednak trzeba. Przestaję się przejmować – jakoś to będzie.
Niebawem lądujemy jakieś 60 km od Lwowa. Po zwiedzaniu startujemy do Polski. Do granicy mamy jakieś 60 kilometrów.

6 KOMENTARZE

  1. jedyne co nie jest latwe do ominiecia z platnych drog w Turcji to slynny most nad Bosforem. Do autostrady jest przylepiona dwupasmowa w kazda strone droga szybkiego ruchu, D100 bodajze. Mozna nia cisnac ile fabryka dala.http://www.youtube.com/watch?v=3h1q9Kp0kA4&feature=g-upl

    Karte mozna kupic naladowana do polowy za polowe ceny, tutaj filmik instruktarzowy jak to zrobic udajac, ze po angielsku sie nic nie umie:

    http://www.youtube.com/watch?v=3h1q9Kp0kA4&feature=g-upl

      • Rzeczywiście, zwracam honor. Sprawdziłem na Wikipedii. Gdybym wiedział, to bym w tym roku nie jechał tylko transfogarską, ale i transalpiną. Bije się w pierś i przepraszam, jednocześnie żałując mojego wyjazdu na wariata po bałkanach

  2. Platne autostrady w Turcji to pestka, ja wjezdzalam bramka automatyczna, wyjazd za TIRem lub autobusem, a przy wyjezdzie bramki otwieraly sie same. Fuks? Zawsze mozna sie tlumaczyc , ze nigdzie nie mozna dostac kwitka na wjazd . Spora oszczednosc…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ