Zaczęło się od problemów. Po pierwsze – do końca nie było pewne, kto pojedzie.  Po drugie – Maniol napisał smsa, że spóźni się około 90 minut. Po trzecie – Andrzej pojawił się w Kobierzycach na czopku z torbą sportową leżącą na tylnym błotniku i trzymającą się na nim za pomocą jednej gumy, ponieważ reszta gum się zerwała, a właściwie przetarła. 

Tekst i zdjęcia: Filip Rogiewicz

Po dokupieniu pająka, przerobieniu go na pojedyncze gumy oraz kilku krótkich naradach w Kobierzycach ruszamy do Międzylesia. Tam mamy spotkać się z Magdą i Bosym. Do Międzylesia towarzyszy nam też Krzychu, który mimo że nie może jechać na całą wyprawę, postanawia nas kawałek odprowadzić.

 

A zamkovnika brak…

W Międzylesiu pojawia się większy problem. Andrzejowi zdycha sprzęt – brak napięcia i zero pomysłu co dalej. Jednak jakimś cudem po czterech godzinach grzebania i rozebraniu jednej trzeciej motocykla pięciu facetów mających znikome pojęcie o mechanice motocyklowej – a o elektryce już kompletnie żadnego – naprawia sprzęt. Motocykl Andrzeja bez najmniejszej awarii dojechał później do końca wyprawy.

Z Chorwacką rodziną, która nas ugościła obok Plitvickich Jezer. Śliwowica była przednia

W Międzylesiu żegnamy Krzycha i ruszamy do Pohorelic w Czechach w składzie: Karina i ja, Magda i Bosy, Maniol i Andrzej (Payda) na czterech sprzętach. W Pohorelicach – zgodnie z mailem potwierdzającym rezerwację noclegu – mamy „parkovani motorek gratis”. To jedyny nocleg, jaki mieliśmy zarezerwowany na cały wyjazd. Przed wyruszeniem Karina rzuca jeszcze tytułowe hasło, czyli „jedziemy razem, ale osobno”. Chodzi o to, byśmy nie wlekli się w szyku, tylko każdy swoim tempem i spotykali się co jakiś czas na stacjach benzynowych. Jednak skróty myślowe kobiet przenoszone bezpośrednio na język polski brzmią czasami zaskakująco i niezrozumiale. Po drodze Maniol gubi klucz od kufra centralnego i dowiadujemy się, że w Pohorelicach nie ma „zamkovnika”, czyli ślusarza. Na razie jednak nie jest to problem. W kufrze centralnym Maniola zostały: kanapki z Polski, lustrzanka, paszport, zielona karta i kombinezon przeciwdeszczowy.

Pokazujemy znak „Zvornika”

Następnego dnia tniemy do Jezior Plitvickich głównie autostradami, z wyjątkiem Słowenii, w której trochę latamy po winklach. Jesteśmy zachwyceni krajobrazami oraz drogami. W Plitvickich Jeziorach trafiamy na kwatery u bardzo fajnych Chorwatów. Właściciel częstuje nas śliwowicą, a właścicielka pozwala nam zostawić u niej (za darmo) graty na pół następnego dnia. Nie musimy więc zwiedzać jeziorek w pełnym rynsztunku motocyklowym.

W Jeziorkach na chybił trafił wybieramy trasę F, gdzie każą płynąć stateczkiem. Zajmujemy więc strategiczne super miejsca na łódce, idealne do robienia zdjęć. Aparaty gotowe, rozpiera nas duma z dobrych miejsc. Po chwili stateczek przeprawia nas tylko na drugi brzeg.: podróż trwała cztery minuty.

Jeziorka robią ogromne wrażenie, jesteśmy wszyscy zgodni: warto było to zobaczyć. Czas szybkiego zwiedzania w naszym wykonaniu wyniósł około 2,5 godzin. Skoro jednak zamiast Włoch miały być Czarnogóra, Bośnia i Serbia, to trzeba napierać dalej.

 

W Trogirze chyba jest ładnie

Postanawiamy polecieć do Trogiru – Payda twierdzi, że tam jest ładnie. Co prawda nigdy tam nie był, ale tak słyszał. Wybieramy trasę przez Sukosan i dalej już magistralą adriatycką przy samej wodzie. Trasa jest nieco dłuższa i wolniejsza od najkrótszej możliwej z Plitvickich Jezior, ale za to z pięknymi widokami. No i Sukosan też brzmi nieźle.

Po drodze spotykamy polską ekipę, która chrzci Paydę „królem ekspanderów” widząc, jak ma na tylnym błotniku swojego czopka zamocowaną torbę za pomocą gumek od pająka.

Jeziora Plitvickie

Trogir to faktycznie piękne, lecz niewielkie miasteczko ze starym miastem położonym między dwoma kanałami. Po posiłku znajdujemy nocleg. Sprzęty parkujemy w bardzo wąskiej uliczce, gdzie nie da się wjechać samochodem. W starym mieście zresztą są same takie uliczki. Rankiem jakaś pani z okna zaczyna nam tłumaczyć, byśmy nie uruchamiali naszych głośnych sprzętów, tylko wypchnęli je na ulice. Trochę się z niej nabijamy, jednak gdy rzuca na koniec „good luck”, postanawiamy wypchnąć motocykle. W tym momencie zauważamy przyklejoną kartkę formatu A4 z napisem: „NO BRRRRRRR!!!”. Wykonujemy w pośpiechu zdjęcie No Brrrr telefonem i gnamy do Dubrovnika.

Praktycznie przez całą podróż Maniol jest jakiś zamyślony. Najprawdopodobniej bije się z myślami, czy rozwalać zamek by dostać się do kufra, czy jechać tak dalej. Może też – wiedząc, że po czesku ślusarz to „zamkovnik” – zastanawia się, jak jest ślusarz po chorwacku? Tego nie udaje się nam jednak odgadnąć z kamiennego wyrazu jego twarzy.

Ostrzeżenie pisemne, które otrzymaliśmy w Trogirze

Winkle po drodze są niesamowite. Świetny asfalt i z racji tego, że to właściwie jeszcze przed sezonem ruch stosunkowo niewielki. Docieramy do Dubrovnika głodni jak jasny gwint. W Dubrovniku jest ogólny problem z parkowaniem w centrum motocykli, a targanie kufrów przez pół kilometra do miejsca noclegu nie jest nam w smak. Z kolei nie chcemy spać gdzieś z dala od centrum, by cokolwiek zobaczyć, bo rano trzeba pędzić dalej. Znajduje się jednak pewna pani, której początkowo kompletnie zrozumieć nie możemy. Zaczyna trzy razy od słów, że jej koleżanka ma mały motorek – no dobrze, ale co z tego? Zdeterminowani by znaleźć nocleg nie mamy siły już jej słuchać. W końcu jednak odkrywamy o co jej chodzi: ona ma po prostu miejsca do spania w centrum z garażem, natomiast jej koleżanka małym motorkiem ma nas tam po prostu podprowadzić. Jedziemy więc czterema objuczonymi sprzętami za małym różowym skuterkiem i okazuje się, że lokalizacja noclegu jest rewelacyjna. Dubrovnik to piękne, ale bardzo drogie miasto – zarówno noclegi, jak i wyżywienie są najdroższe podczas całej wyprawy. Jeśli chce szybko to miasto obejść, wystarczy pewnie ze trzy godziny.

pod zamkiem w Słowenii

Następnego dnia plan jest bardzo napięty. Z Dubrovnika przez Kotor w Czarnogórze oraz Bośnię planujemy dojechać do Zvornika na granicy bośniacko-serbskiej. Między Chorwacją a Czarnogórą sprawdzają zielone karty. Payda nie ma w ogóle, a Maniol schował swoją do kufra, do którego nie może się dostać. Chłopaki kupują ostatecznie zielone karty w budce.

 

Ty jesteś taki Zwornik!

Trasy przez Czarnogórę i Bośnię usiane są winklami z całkiem niezłym asfaltem oraz znikomym natężeniem ruchu. Spora część drogi w Czarnogórze przebiega wzdłuż przepięknego kanionu rzeki Tary. Po drodze – mnóstwo tuneli wykutych w skale, wręcz surowych, ciemno jak w mogile i czasem woda kapie na głowę. Na granicy między Czarnogórą i Bośnią problem z ubezpieczeniem się powtarza. Zielone karty, które nie są zielone tylko białe wypisuje gość nawalony jak szpak, który kompletnie nie wie co pisać. Zajmuje mu to 40 minut i kosztuje 20 euro od motocykla, ale w końcu ruszamy dalej. Nie udaje się dolecieć do granicy z Serbią między innymi dlatego, że nawigacja Maniola wariuje. Zatrzymujemy się na chwilę i wtedy Maniol słyszy ze strony GPS frazę „Ty jesteś taki Zwornik!”. Tarzamy się ze śmiechu, a Maniol zyskuje ksywę „Zwornik”, która nie opuszcza go już do końca wyjazdu. Zatrzymujemy się na nocleg w pobliskim motelu i to najlepsza decyzja, bo zaraz nadchodzi potężna ulewa i burze.

Zboczyliśmy z trasy, by zobaczyć zamek

Rano gnamy przez Zvornik do Serbii. W Serbii mocno zwiększa się ruch, pogarszają się drogi, a co najdziwniejsze – w nozdrza uderza ciężki i ostry, wszechobecny smród spalin. Gdy zatrzymujemy się na stacji benzynowej podjeżdża do nas gość na czymś a’la komarek z paczką kołpaków samochodowych pod pachą. Obserwuje, po czym bez słowa odjeżdża. Wraca jednak po pięciu minutach z dwoma plakatami. Komarkowy rider przedstawia się nam jako prezydent serbskiego klubu motocyklowego i zaprasza nas serdecznie na jakiś zlot, który ma się zacząć następnego dnia. Mimo, że jest bardzo sympatyczny, żegnamy się: trzeba jechać dalej. Na granicy serbsko-węgierskiej celnik prosi Zwornika o otwarcie kufra. Przejechaliśmy wszystkie inne granice z kufrem nie do otwarcia, a tu na wjeździe do Unii taka wtopa?! Zwornik przekonuje, że zgubił klucz i – o dziwo – celnik odpuszcza. Zrobił to zresztą w swoim interesie: mógłby się zdziwić widząc kanapki jeżdżące przez kilka dni w 30-stopniowych upałach w towarzystwie lustrzanki, zielonej karty i kilku innych drobiazgów.

Pokazujemy znak „Zvornika” w Czechach

Tego dnia docieramy do Kecskemet na Węgrzech i tam zostajemy. Dzięki temu znowu unikamy jazdy w deszczu. Następnego dnia postanawiamy dojechać do miejscowości Svitavy w Czechach. Po drodze łapie nas deszcz. Ubranie sporych gabarytów Paydy w przeciwdeszczowe żółte gumowe wdzianko Kariny o rozmiarze S wymaga od nas sporej gimnastyki. Zwornik oczywiście przeciwdeszczówkę ma w zamkniętym kufrze, więc też jest całkiem przemoczony. Co prawda część może dolecieć już z Węgier prosto do domu, jednak postanawiamy spędzić ostatnią noc w Czechach.

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ