Nad warszawską Wystawą Motocykli, zwaną również przez organizatorów  „targami” mieliśmy już spuścić zasłonę milczenia i w dobrych humorach cieszyć się dopiero co rozpoczętym sezonem. Wysyp negatywnych komentarzy na temat tej imprezy i podobne w tonie opinie wystawców skłoniły mnie jednak do zaprezentowania własnej opinii.

Mariusz Ignatowicz

No dobrze, zdjęcie tytułowe jest całkiem od czapki. Ale poza tym że fajne – trafnie oddaje udawaną atmosferę motocyklowej (?) imprezy, która „targami motocyklowymi” jest tylko z nazwy, a w rzeczywistości to po prostu wielka lipa.

 

Dokładnie tak, jak ten drewniany motocykl udający prawdziwy.

Zacznę od tego, że na tegorocznych targach nie byłem. Miałem inne, ważniejsze sprawy, np. pierwsze polatanie po zimie (niestety afryka nie odpaliła). Ale to, że bywałem na wszystkich imprezach targowych w zeszłych latach, a z tegorocznej mam relacje z pierwszej ręki upoważnia mnie do tego, by zabrać w tej sprawie głos.

Z podejścia do zwiedzających odnoszę wrażenie, że twórcy Moto Expo uważają, iż rangą warszawska impreza dorównuje co najmniej mediolańskiej EICMA. Otóż nie dorównuje. Praktycznie w każdym aspekcie mogliby się uczyć nie tylko od organizatorów zagranicznych wystaw, ale i od polskich odpowiedników z innych branż.

I rozumieją to chyba coraz lepiej wystawcy: z tego co mi wiadomo liczba poważnych, pierwszoligowych firm z roku na rok spada, a wiele z nich rozważa zrezygnowanie z udziału w przyszłorocznym Moto Expo.

Wybrane komentarze na naszym Facebooku

FB FB1 fb2

 

Kasa misiu, kasa

Chęć zmaksymalizowania zysku za wszelką cenę to chyba największy mankament Moto Expo. Opłaty parkingowe dla motocykli. Drogie i niesmaczne jedzenie. Płatność za wifi (!) To tylko niektóre przykłady działań organizatorów, mających na celu wyciśnięcie jak cytrynę nie tylko każdego zwiedzającego, ale i wystawcy.

A pewnych rzeczy – jak choćby zmuszania motocyklistów do uiszczania horrendalnych opłat za parking – po prostu robić nie wypada.

Golizna, czyli wszystko na jedno kopyto

Nie jestem raczej pruderyjny. Przyjmuję też do wiadomości, że niektóre produkty, w tym motocykle, sprzedają się najlepiej za pośrednictwem reklam związanych z erotyką.

Ale ilość roznegliżowanych dziewczyn na targach dla mnie jest po prostu niesmaczna.

Czy naprawdę niektórzy wystawcy uważają, że stopień nagości hostess jest wprost proporcjonalny do późniejszych wyników sprzedaży? Czy marketingowców dużych bądź co bądź korporacji nie stać na bardziej oryginalne pomysły, które pozwolą odróżnić się od konkurencji?

Nikt nie widzi że to sztampa? Koncepcje wycięte z jednej matrycy?

Dwa przykłady: na jednej z ubiegłorocznych wystaw nowopowstający salon motocyklowy (już go nie ma) reklamowały hostessy w strojach topless. Tak, nie pomyliłem się, właśnie topless. Siedziały na motocyklach w samych gaciach.

Inna firma z kolei ponaklejała na pośladkach hostess własne logotypy i tak obklejone dziewczyny przechadzały się dumnie po halach. Swoja drogą, marketingowiec który to wymyślił powinien od razu zostać wysłany na szkolenie dotyczące wizerunku marki.

Ta wszechobecna golizna jest tym bardziej niesmaczna, ze sporą część zwiedzających stanowią rodziny z dziećmi. Sami organizatorzy przygotowali nawet specjalną strefę dla dzieci (skądinąd bardzo dobry pomysł).

Jak to się ma do eksponowania nagości bez żadnych zahamowań?

Cały naród na motory!

Być może obracam się w specyficznych kręgach, ale nie znam ani jednego motocyklisty który po odwiedzeniu targów byłby zadowolony. Zresztą większości moich znajomych nawet do głowy nie przyszła myśl o wizycie na Moto Expo. Chyba że służbowo.

Piękna słoneczna pogoda sprzyjała pierwszym przedwiosennym przejażdżkom, a nie przepychaniu się przez tłumy zwiedzających w dusznych halach.

No właśnie, tłok i ścisk. To moja subiektywna opinia, ale wydaje mi się że większość klientów targów to osoby które przyszły z ciekawości, a z motocyklami mają niewiele wspólnego.

Ewentualnie rozważają zakup skutera czy jakiejś „studwudziestkopiątki”. Chcą posiedzieć na Hayabusie czy Harleyu, porobić selfiaki z ładnymi dziewczynami i wrzucić je na fejsika czy snapczata.

Dla importerów tanich chińskich jednośladów jak Romet czy Zipp ma to sens. Ale czy naprawdę dzięki targom zwiększy się sprzedaż nowego GS-a, kurtek Rukka czy kasków Shuberth? Mam wątpliwości.

(Dez)organizacyjny bałagan

I wreszcie zaniedbania organizacyjne: widać że kaliber tej imprezy przerósł możliwości organizatorów. Na to mógłbym w sumie przymknąć oko, bo w końcu to impreza motocyklowa. Zdarza się, na Elefancie było gorzej.

Ale nie rozumiem jakim problemem jest częstsze sprzątanie toalet czy postawienie większej liczby kas, by uniknąć ciągnących się jak wartburg z przyczepą pod górkę kolejek?

I trochę z własnego podwórka. Buszowanie po stronie internetowej Moto Expo wywołało we mnie pewną nostalgię, przywołując dawne wspomnienia kawiarenek internetowych z lat 90. Nie tak wyglądają witryny poważnych imprez targowych. Brakowało choćby wyeksponowanego planu stoisk czy wyszukiwarki wystawców.

I dlatego również w przyszłym roku zamiast się zastanawiać nad tym, czy iść na targi odpalę motocykl i pojadę na pierwszą przejażdżkę.

O ile, tak jak w tym roku, dopisze pogoda.

Mariusz Ignatowicz

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ